wtorek, 26 stycznia 2016

Recenzja: "Moja walka o każdy metr" Thomas Morgenstern

Oglądanie skoków narciarskich wzbudza zachwyt i szacunek kibiców, bo w tym sporcie oprócz umiejętności trzeba być w zgodzie z natura, ale to nie zawsze się udaje, bo ona jest nieprzewidywalna i  nie sposób jej ujarzmić. Zawodnicy często balansują na granicy życia i śmierci. I jeśli chodzi o te dyscyplinę to nie jest utarty slogan, o czym dobitnie można się przekonać sięgając po lekturę „Mojej walki o każdy metr” autorstwa Thomasa Morgensterna, wybitnego skoczna narciarskiego.

Trzykrotny mistrz olimpijski, ośmiokrotny mistrz świata, dwukrotny mistrz świata w lotach oraz dwukrotny zdobywca Pucharu Świata postanowił napisać książkę. Jak sam twierdzi, nie jest to typowa, klasyczna biografia, a powieść skoncentrowana na walce, tytułowej walce o każdy metr. Nie tylko na skoczni, by odlecieć jak najdalej, ale również w życiu osobistym, aby w trudnych chwilach sprostać wymaganiom. Zarówno w sensie czysto fizycznym stawiając pierwsze kroki po wypadku, jak i psychicznym pokonując bariery tkwiące w umyśle.

Austriacki skoczek nie opowiada punkt po punkcie o historii swojego życia, nie ma też chronologicznie opisanych sezonów Pucharu Świata. Dlatego nie jest to szablonowa autobiografia, ale nie należy czynić z tego zarzutu, bo co innego było zamyśle autora. W publikacji skoncentrowano się na wydarzeniu, na fatalnym wydarzeniu, na którym zbudowano fabułę. Otwierający rozdział „Mojej walki o każdy metr” obrazuje moment wybrudzenia i pierwszych chwil po ocknięciu się z przerażającego upadku na skoczni Kulm 10 stycznia 2014 roku.

Przyznaję, że początek jest mocny. Zwyczajowo na plan pierwszy w sportowej autobiografii wysuwa się zwycięstwo, zaskakujący triumf, a nie ludzki dramat. Wspomnienia Morgensterna szokują i wzbudzają w czytelniku stan niepewności, rozpoczynając grę na emocjach.

Austriak bardzo mocno skupia się na swoich myślach i uczuciach jakie towarzyszyły mu na szpitalnym łóżku. Stara się odtworzyć  w pamięci wszystko, to co wydarzyło się w Bad Mitterndorf, tym samym zabiera czytelnika w podroż po meandrach skoków narciarskich. I co najważniejsze w głąb ludzkiego umysłu, wraz z Thomasem docieramy to tego co świadome, logiczne i zrozumiałe, ale znajdziemy się także w otchłani nieświadomości, czegoś trudno wytłumaczalnego, albo wręcz niemożliwego do wyjaśnienia. 

„Moja walka o każdy metr” opisuje także determinacje Morgensterna do powrotu do sportu, do skakania i wyjazdu na Igrzyska Olimpijskie w Soczi. Zaledwie sześć dni po upadku rozpoczął rehabilitację, rozpoczął walkę o każdy metr, by moc ponownie poczuć olimpijska atmosferę. W pogoni za marzeniami zdecydował się podjąć wyzwanie i mozolnie przygotowywał się do turnieju.


Podczas pobytu w szpitalu Morgenstern chcąc nie chcąc miał czas, by dokonać bilansu dotychczasowego życia. Przywołuje w pamięci swoje poprzednie upadki, analizuje każdy z nich w najdrobniejszych szczegółach, i dzieli się z tym z czytelnikami. Ujawnia, co było przyczyną jego pierwszego w karierze groźnego upadku w Kuusamo, a także jakie myśli krążą w głowie skoczkowi, gdy przy prędkości  105km/h  wypina się narta.

Kilka cytatów z autobiografii:

„Lubię moje życie w centrum uwagi i kocham tak bezpośredni kontakt z fanami jak i ten utrzymywany przez portale społecznościowe. To wspaniałe przeżycie, którego nie da się opisać, kiedy 30 tysięcy fanów z austriackimi flagami zagrzewa cię do walki, przeżywa razem z tobą, niesie cię każdy metr w powietrzu, wspólnie z tobą się cieszy… Wytrzymuje nawet publiczne dywagacje, czy powinienem kosić trawę na bosaka. Tak naprawdę to nawet zabawne”.

„Przypadłość na która cierpię, ma nazwę – to trauma I typu. Nie da się jej wyłączyć ot tak, jak zamyka się program na komputerze. Strach sam nie przejdzie. Trzeba nauczyć się z nim funkcjonować, a jego zaakceptowanie jest pierwszym krokiem w tym kierunku. Wtedy przynajmniej droga na normalną skocznię w Soczi staje się bardziej realne. Trudna, tak, to też”. 


,,Między mną a Gregorem istniał jednak inny rodzaj konkurencji i wiele kręciło się wokół pytania, za pomocą jakich środków dwóch samców alfa walczy w stadzie o rolę przywódcy. Przypadła ona mnie, ale czułem, że chce ją mieć także Gregor. Dobrze wiedział, że wiele biorę sobie do serca, i myślę, że dlatego specjalnie mi docinał, chcąc wyprowadzić mnie z równowagi. Czym innym jak nie przejawem arogancji i chęci świadomego zranienia były jego słowa, kiedy po zwycięstwie w Garmisch- Partenkirchen stwierdził, że wreszcie wygrał najlepszy? Wcześniej to przecież ja zaliczyłem serię zwycięstw – wygrałem aż sześć razy. Bardzo możliwe, że jest to jego sposób, żeby się bardziej motywować. Ja jestem jednak przekonany, że wiele mówił tylko dlatego, żeby mnie zabolało''.


„Chcę się poczuć jeszcze lepiej, zanim skończę na dzisiaj. Wiatr się wzmaga. Działam bardziej rutynowo niż podczas pierwszego skoku. Strach jest odrobinę mniejszy. To dobry skok. Nagle w powietrzu narty gwałtowanie zbliżają się do siebie. Natychmiast zaczyna się bronić. Moje ciało, które dopiero co płasko leżało w powietrzu, walczy o powrót do równowagi. Czuję adrenalinę od końców włosów aż po palce u stóp. Wymachuję rękoma. Jakoś udaje mi się utrzymać równowagę i wylądować. Moje serce bije jak szalone. Odjeżdżam i siadam na ziemi na zeskoku. W moich oczach pojawiają się łzy. Widok Bergisel staje się rozmyty”.


W książce doskonale zobrazowano, że powrót Morgensterna do zdrowia rozgrywał się w dwóch aspektach. Z jednej strony to uporanie się z somatycznymi dolegliwościami, bólem i dochodzeniu do fizycznej sprawności, z drugiej przywrócenie równowagi psychicznej i przezwyciężenie strachu. Morgenstern dosadnie obrazuje swój niepokój związany z ponownym oddaniem skoku. Dzieli się z czytelnikami swoimi wątpliwościami jakie towarzyszą mu jeszcze przed samą decyzją o powrocie na skocznie,  jak również tym, co nastąpi później… kiedy siedzi już na belce startowej i dostrzega sygnał od trenera do startu, to moment od którego nie ma już odwrotu…

Nie było odwrotu, bo cel w jego przypadku był jasny. Pragnął po raz trzeci wystartować na igrzyskach olimpijskich. Nie bez obaw, nie bez blizn tych widocznych na ciele, ale i tych niezauważalnych w psychice. Nie poddał się, a tamto wydarzenie zmobilizowało go i sprawiło, że ze zdwojoną energią przystąpił do realizacji swojego marzenia.

„Moja walka o każdy metr” porusza tematy ważne, nie ma tu miejsca na chwile rozrywki. Morgenstern skupia się na tym, co jest istotne z perspektywy skoczka. Choć z zasady skoki narciarskie to dyscyplina indywidualna, to kadra narodowa jest jedna i skoczkowie funkcjonują w drużynie. Austriak poświęcił kilka słów rywalizacji z Gregorem Schlierenzauerem. Relacji trudnej, w której starły się w stadzie dwa samce alfa, niemniej jednak wzbudzającą motywację do doskonalenia swoich umiejętności. Ponadto wyjaśnia też dlaczego współpraca z trenerem Alexandrem Pointnerem nie układała się tak jakby tego oczekiwał.

Książka oprócz zmagań z lękiem i powrotem do sportu porusza także inne znaczące wydarzenia w życiu Thomasa Morgensterna. Mistrz olimpijski opowiada jaka cenę przyszło mu zapłacić za sławę. To, co wybija go na tle innych sławnych sportowców to wielka świadomość tego faktu, dostrzega zarówno plusy jak i minusy wiążące się z życiem na piedestale. I przyjmuje wszystko z dobrodziejstwem inwentarza.

Wydarzenia na skoczni odcisnęły piętno także na prywatnej sferze życia. W swoich wspomnieniach przywołuje opowieści intymne, opowiada o swoich miłościach do kobiet, ale przede wszystkim do swojej córki Lily. I to postać pierworodnej stanowi dla niego podłoże do zastanawiania się nad sensem życia, tego czy może być dobrym ojcem, choć ryzykuje życie, oraz na ile jest w stanie poświęcić swoje osobiste sprawy, aby sięgać po najwyższe laury w sporcie.

,,Moja walka o każdy metr” to poruszająca historia sportowca ukazująca jego zmagania jako człowieka, przedstawiająca jego wewnętrzne rozterki. To walka Morgensterna z Morgensternem. To konfrontacja pomiędzy sportową ambicją i chęcią ciągłego zwycięstwa a poczuciem realności, które ma zapewniać potrzebę bezpieczeństwa. To emocjonalna opowieść, w której radość ze skakania ściera się ze strachem przed oddaniem skoku. Tak, to paradoks. Konflikt pomiędzy tym, co ludzkie. Silna wola kontra strach. Thomas Morgenstern nie jest osobą, która pragnęła przez własne słabości odnieść porażkę. Zresztą kto by chciał? A póki człowiek żyje, można postarać się podnieść i cieszyć się życiem!

Moja ocena: 4/5

„Moja walka o każdy metr”, Thomas Morgenstern, Wydawnictwo SQN, Kraków 2016


wtorek, 19 stycznia 2016

Polak siatkarz, szczypiornista, dwa bratanki?

Kolejne sportowe święto w naszym kraju! Po piłkarskim Euro 2012, siatkarskim mundialu 2014, dużo radości mają kibice piłki ręcznej, albowiem w kraju nad Wisłą odbywają się mistrzostwa Europy! Polscy szczypiorniści zmagania rozpoczęli o dwóch zwycięstw, kolejno nad Serbią i Macedonią odpowiednio… jedną  bramką. We wtorek spotkanie z Francją, ale nie będzie o meczu...

Nasi panowie, a wcześniej i panie swoimi występami na parkiecie gwarantują nam emocje do ostatniej sekundy meczów, prawdziwą huśtawkę emocji. Oglądając ich zmaganie nie można być spokojnym, na luzie śledzić spotkanie. To nie w ich stylu, za to jest emocjonująco i nieprzewidywalnie, ale.. właśnie za to ich podziwiamy! Za walkę do końca i nieustępliwość. 

Nie jestem wielkim znawcą piłki ręcznej, nie mniej lubię  kibicować i oglądać zmagania naszych reprezentantów. Wiem natomiast, że nasi szczypiorniści swoją postawą na boisku zyskują sympatyków wszystkich dyscyplin, a w szczególności siatkarskiej braci. Wielu siatkarskich kibiców dopinguje czy to w halach, czy przed telewizorami naszych szczypiornistów.

Nie ulega wątpliwości, że szczypiorniści obok siatkarzy dostarczają nam najwięcej powodów do radości i dumy jeśli chodzi o sporty drużynowe. Często z najważniejszych imprez wracają z medalami. Teraz mistrzostwa Europy odbywają się w Polsce. Po raz pierwszy mają okazję zaprezentować się przed polską publicznością na imprezie takiej rangi. Oczekiwania kibiców są duże, bo szczypiorniści to czołowa drużyna świata. Kibice mają być atutem tak jak było to podczas siatkarskiego czempionatu.

Naszych piłkarzy ręcznych wspierać będą też sami siatkarze, którzy wiedzą jak doping publiczności potrafi poderwać ich do walki. Trzeba powiedzieć, że sympatia zawodników obu dyscyplin jest bardzo duża. Głębsza relacja pomiędzy siatkarzami a szczypiornistami narodziła się w trakcie Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku, kiedy to obie reprezentacje wspierały się wzajemnie. Wielu z nich podkreślało, że połączył ich właśnie fakt bycia w zespole sportowym, stad po prostu wynika przyzwyczajanie do bycia w grupie. Znajomości przetrwały, a jedni czy drudzy nie szczędzą sobie ciepłych słów lub, co więcej spędzają wspólnie wakacje, o czym można się przekonać oglądając filmik pt. „Kadziu projekt i Lijek na Kanarach”, czyli o wakacjach siatkarza Łukasza Kadziewicza i szczypiornisty Marcina Lijewskiego, można także przeczytać o innych mniej lub bardziej zabawnych historyjek z udziałem graczy obu dyscyplin, które miały miejsce w wiosce olimpijskiej w stolicy Chin.

Śmiało można powiedzieć, że Polak siatkarz i Polak szczypiornista to dwa bratanki. Zachęcają się i mobilizują na wszystkie sposoby. Na jednym z portali społecznościowym opublikowano zdjęcie szczypiornistów, którzy na tablecie śledzili zmagania naszych siatkarzy walczących o IO w Rio w berlińskim turnieju z podpisem: „Szczypiorniści kibicują siatkarzom, gratulują zwycięstwa i trzymają kciuki za ich awans do IO w Rio!”
Fot. Twitter Piłka Ręczna POLSKA
Przed rozpoczęciem turnieju w Krakowie, wielu siatkarzy, w tym. m.in. Mariusz Wlazły będzie trzymał kciuki: Ja również będę kibicował szczypiornistom. Tym bardziej, że turniej w Polsce będzie wielkim sportowym świętem. Przed polskimi fanami i zawodnikami wspaniałe dni, których na pewno nie zapomną – zapewnił. Naszych szczypiornistów można dopingować także na żywo, w hali, jak uczynili to chociażby Krzysiek Ignaczak, Piotr Nowakowski i Fabian Drzyzga.

Myślę, że to bardzo wartościowe i miłe, kiedy jedni sportowcy wspierają drugich, bo tak naprawdę tylko oni wiedzą jak wiele wysiłku trzeba w to wszystko włożyć i pojawić się właśnie w tym miejscu, ile zdrowia fizycznego i psychicznego kosztuje spotkanie rozgrywane podczas takich turniejów, to także docenienie pracy jaką wkłada się w reprezentowanie Polski na arenie międzynarodowej. Czy nie jest przyjemniej kiedy potrafimy się zjednoczyć i razem ramię w ramię kibicować niż dywagować i umniejszać ważności wyników jednej dyscypliny nad inną? Ostatnio pokusił się to uczynić pewien znany jegomość ze znanej dyscypliny. Wydaje się, że jednak skopał sprawę, może z zazdrości, że to właśnie Polak siatkarz, szczypiornista, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki…
Fot. Michał Nowak/ newspix.pl

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Siatkarze świętowali Berlinie, siatkarki rozpaczały w Ankarze

Michał Kubiak po zwycięstwie nad reprezentacją Niemiec w turnieju kontynentalnym do IO, a tym samym zapewniającym biało-czerwonym udział w turnieju interkontynentalnym powiedział, że jest zaszczycony, że może być kapitanem tej drużyny! Ja natomiast jestem zaszczycony, że mamy takiego kapitana i taką drużynę!

Jeszcze przed rozpoczęciem berlińskiego turnieju przewidywano kto zagra w półfinale tych rozgrywek: Polska, Francja, Rosja i albo Niemcy albo Serbia. Wiadomo było też, że biało-czerwoni w półfinale zmierzą się z mistrzami Europy lub mistrzami olimpijskimi. Padło na Trójkolorowych, którzy koniec końców okazali się lepsi od Polaków, choć dwa sety były bardzo wyrównane. Bardzo zacięte, i tak naprawdę decydowały detale i odrobina szczęścia.

Rozstrzygająca batalia o przedłużenie szans na występ w Rio, ale też o renomę polskiej siatkówki, o jej medialną wartość, finansowanie, uznanie, honor, ale i marzenia i nadzieje samych zawodników. Stawka spotkania z Niemcami olbrzymia, trudno było uciec od presji. Podołać zadaniu nie było łatwo, graliśmy z gospodarzami turnieju, zespołem, który w Max-Schmeling-Halle już nas pokonał.


Fot. sportowybar.wp.pl
Ale, to wszystko można było odłożyć na bok. Tak jak na bok można było odłożyć cztery sety wcześniej rozegrane w meczu o 3 miejsce. O wszystkim zadecydował tie-break. Prawdziwa próba sił, wytrwałości i charakteru. Bo to nie umiejętności były najważniejsze, a głowa. To ona rządziła i decydowała. Polscy siatkarze pokazali determinacja, sile woli, nie pękli i gryźli parkiet. Dosłownie, o czym świadczy akcja przy stanie 12:11 - najpierw pad Zatorskiego, potem obrona Łomacza uwidoczniła, co znaczy walka do końca, nieustępliwość i chęć zwycięstwa! To była piękna akcja i co najważniejsze zakończona przez nas zdobytym punktem. Śmiem twierdzić, że był to punkt zwrotny w tym tie-breaku. Podopieczni Stefana Antigi stali się jeszcze silniejsi i mocniejsi, uwierzyli, że mogą przenosić góry i są w stanie dokonywać rzeczy wielkich.

I wygrali tę wojnę nerwów i pojadą do Tokio na turniej interkontynentalny. Oczywiście, to jeszcze nie oznacza awansu na igrzyska, ale pewność występu jest duża, zważywszy na, to co działo się w Berlinie. Bartosz Kurek powiedział, że drużyna mistrzów świata już nie istnieje. Może to i prawda, ale na pewno po tym turnieju jest drużyna walcząca i grająca jak mistrzowie świata!

O ile panowie pokazali jak zwyciężać trzeba. Jaką siłą mentalną dysponują, i jak potrafią przekuć to na wydarzenia na boisku, o tyle tego wszystkiego nie można powiedzieć o naszych siatkarkach.

Dosłownie parę zdań o ich występie w Ankarze. O otoczce wokół żeńskiej kadry pisałem już wielokrotnie. Ale człowiek wierzył, bo wiara kibica umiera ostatnia. Niestety, nie mamy drużyny mogącej wystąpić w igrzyskach, my w ogóle nie mamy drużyny. Myślę, że to czas pożegnań z siatkarkami, ale przede wszystkim z trenerem. Po pierwsze światowy trener, fachowiec z najwyższej klasy. Po drugie dać szansę młodym, bo jak widać doświadczenie nie wygrywa, a w młodości siła, czego dowodem są Włoszki. Naszym Złotkom i innym starszym zawodniczkom podziękować za występy, obdarzyć kwiatkiem i dobrym słowem i niech idzie nowe, młode. I na tym zakończę, bo pasmo rozczarowań związanych z żeńską siatkówką trwa zbyt długo, a siwych włosów na głowie coraz więcej, wiec wolę radować się niedzielnym, choć także nerwowym (i pewnie też pojawiło się parę siwych włosków, dzięki naszych chłopakom), ale szczęśliwe zwieńczonym występem!

Fot. Fanpage Michał Kubiak

niedziela, 3 stycznia 2016

Do boju! Po paszporty! Po chwałę i radość!

Siatkarki, w poniedziałek (4 stycznia), a siatkarze dzień później rozpoczną zmagania w europejskim turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk olimpijskich w Rio. O zasadach turnieju, jego bytności napisano i powiedziano już wiele. Bez dwóch zdań jest to turniej niełatwy, niemniej reguły dla każdego są takie same: zwycięzca jedzie do Rio, a druga i trzecia drużyna będzie szukać swojej szansy w turnieju interkontynentalnym.

Zacznijmy od naszych pań. W grupie starcie z Rosjankami, Belgijkami i Włoszkami. Bardzo mocne zespoły. Biało-czerwone faworytkami nie są, ale.. No właśnie jest coś, co daje nadzieję. Historia styczniowych kwalifikacji. W 2008 i w 2012 roku, biało-czerwone grały jak z nut w turniejach europejskich i w każdym z nich dochodziły do finału! O ile turniej w Halle z 2008 roku i wynik tam zrobiony nie był niespodzianką, bo poziom sportowy tamtej drużyny był dobry, to wynik osiągnięty przed czterema laty był miłą niespodzianką, choć niestety ostateczny rezultat bez happy-endu.

W 2012 roku zespół prowadził Alojzy Świderek, a Polki ze Skowrońską-Dolatą na lewym skrzydle i z Izabelą Żebrowską na prawym ograły Holandię (3:1), Rosję (3:2) i Serbię (3:2), a w półfinale Niemki. Niestety finał był dramatem w trzech aktach, biało-czerwone uległy 0:3 Turcji i o igrzyskach mogły zapomnieć. Na szczęście teraz jest inaczej, bo zasady się zmieniły i gra w finale daje jeszcze szansę na udział w turnieju olimpijskim.

Trudno wyrokować, na co stać polską reprezentację. Bo nie ma w niej stabilności, i co impreza to jest inny skład, inne ustawienie. Albo wypali albo nie. Udało się w Baku na Igrzyskach Europejskich, z formą gorzej było na ME, teraz powinno być lepiej. W kadrze są te siatkarki, które chcą grać, pod względem sportowym są prawie wszystkie najlepsze w kraju. Ostatnie sparingi pokazały, że pozycje przyjmujących są obsadzone - tak jak przewidywałem - w pierwszym składzie będzie Aleksandra Jagieło, która będzie stanowić duet wraz z Werblińską. Para ta zapewniła nam ostatni siatkarski sukces, a mianowicie brązowy medal mistrzostw Europy w 2009 roku.

Przyznaję jestem optymistą, bo też co innego pozostało? Wierzę, że w starciu z Rosją osiągniemy dobry rezultat. Ekipa Sbornej jakoś nam leży i potrafimy z nimi grać. Belgijki to niewygodny przeciwnik - przynajmniej ostatnimi czasy, ale kiedyś karta musi się odwrócić.I Włoszki, trochę osłabione i niepewne, również będące niewiadomą. Choć nie ma tam też już za wiele siatkarek, których trzeba się obawiać. Liczę na wyjście z grupy, a wtedy będą kolejne szanse, na zdobycie upragnionego awansu...
Fot. CEV
Czas na panów. Mistrzów Świata, którzy w szranki staną z brązowymi medalistami ostatniego mundialu, Niemcami oraz Serbią i Belgią. W Berlinie będą także mistrzowie olimpijscy, Rosjanie i mistrzowie Europy, Francuzi. Gdyby nie była to walka o igrzyska, można byłoby delektować się poziomem i liczbą utytułowanych zespołów. Ścisła światowa czołówka, crème de la crème siatkówki.

Biało-czerwoni po raz ostatni w europejskim turnieju kwalifikacyjnym walczyli w 2008 roku, i walczyli to dobre słowo, albowiem w grupie przegrali po 2:3 z Hiszpanią i Holandią, na koniec 3:0 pokonali Włochów, ale to było na tyle i swojej szansy trzeba było szukać w turnieju interkontynentalnym. I to najczęściej właśnie z turnieju światowego polscy siatkarzy przywozili olimpijskie bilety. Na pewno paniom w styczniu wiodło się lepiej niż panom, ale siatkarki grały z nożem na gardle, a panowie zawsze mieli tę drugą szansę. Teraz jej nie będzie, więc już w Berlinie trzeba wyzwolić w sobie wszystkie siły. I podopieczni Stefana Antigi z pewnością są w stanie pokazać bardzo dobrą grę!

O awans do półfinału jestem spokojny, z każdą z drużyn, z którymi zmierzymy się w grupie mieliśmy już na rozkładzie i trudno spodziewać się, że teraz będzie inaczej. Schody zaczną się w półfinale, niezależnie na kogo się trafi: Rosja, Francja, a może nieobliczalna Bułgaria. Tam będzie dużo, dużo trudniej, i tak naprawdę dyspozycja dnia może zadecydować o byciu albo nie byciu w finale albo wywalczeniu 3 miejsca. Patrząc na ostatnie dokonania to faworytem berlińskich zawodów są Francuzi, potem jesteśmy my, groźni będą Rosjanie.
Fot. FIVB
Chciałbym, aby polskie reprezentacje jeśli nie wygrają odpowiednio w Ankarze i Berlinie, to aby znalazły się w trójce, bo nie od dziś wiadomo, że zawody światowe są słabiej obsadzone i wywalczenie olimpijskiego awansu jest dużo słabsze. A ponowne zobaczenie obu siatkarskich reprezentacji na Igrzyskach Olimpijskich byłoby czymś fantastycznym!

Kibicujemy już jutro i tak aż do 10 stycznia.