sobota, 2 kwietnia 2016

Zawieszenie bloga

Przykro mi to pisać, robię to z wielkim bólem serca :( Tak jak w tytule zdecydowałem się na zawieszenie bloga. Decyzja trudna, z którą musiałem się przespać i rozważyć wszystkie za i przeciw.  Poświęciłem w tym miejscu wiele miłych i dobrych chwil, z którymi nie jest łatwo się rozstać.Coś się jednak kończy, a coś się zaczyna...

Wszystko, co tutaj robiłem robiłem na 100% i z pełnym zaangażowaniem i przywiązaniem do bloga i czytelników. Starałem się dbać o najwyższy poziom tekstów, ich merytoryczność, jak również sposób przedstawiania postów, jak i wygląd bloga.

Z tego też względu zawieszam bloga, nie lubię robić czegoś na pół gwizdka, pisać postów na kolanie. To nie w moim stylu i tego, nie chciałem Wam tego serwować.

Nie mówię żegnaj, a do zobaczenia!


Chciałbym podziękować moim koleżankom i kolegom z blogosfery, do których z miłą chęcią zaglądałem, z którymi wymieniałem poglądy. Blogerów, którzy stanowili dla mnie inspiracje i dawali motywację do działania.

Dziękuję:
Asi z mylife-asiaa.blogspot.com
RealnejAni z floatemnabramke.blog.onet.pl 
JustMe z siatkarskapasja-true.blogspot.com
Ani z zblogowany.pl
Snajperowi z snajpers.blogspot.com
Dankowi z daneks.blox.pl
Piotrkowi z ksiazkisportowe.blogspot.com


Obecny na Facebooku jeszcze będę, więc odsyłam do tego miejsca:

Po sportowej stronie mocy

piątek, 25 marca 2016

Wesołego Alleluja!


Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych wszystkim czytelnikom składam najserdeczniejsze życzenia: dużo zdrowia i nadziei, która da siłę w pokonaniu codziennych trudności i pozwoli z ufnością patrzeć w przyszłość. Aby te Święta przyniosły pogodę ducha towarzyszącej każdego dnia, radość serca, gdy będziecie odpoczywać,
 oraz
smacznego Święconego w gronie najbliższych osób. 

Alleluja, Alleluja!

środa, 9 marca 2016

Nie wiedziały Szarapowej gały, że meldonium brały...

Od poniedziałku sportowy świat żyje jedną wiadomością. Kiepską wiadomością i nie sposób od tego uciec. Rosyjska tenisistka Maria Szarapowa na specjalnie zwołanej konferencji prasowej przyznała, że wynik jej kontroli antydopingowej przeprowadzony 26 stycznia po ćwierćfinałowej porażce w Australian Open okazał się pozytywny i wykazał stosowanie przez nią niedozwolonego meldonium.

Czym jest owy środek? Specyfik ten poprawia wydolność i zwiększa zdolność regeneracji po długotrwałym wysiłku. Meldonium znalazł się na liście Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) we wrześniu 2015 roku z adnotacją, że jego użycie będzie karane dyskwalifikacją od 1 stycznia 2016 roku.

Choć starałem się sprawy nie komentować od razu. Chciałem dać sobie trochę czasu. Przyznaję, że teraz nadal nie wiem co na ten temat sądzić. Jestem zmieszany. Trudno mi jednoznacznie opowiedzieć się po stronie krytykantów i jednogłośnie stwierdzić i nazwać Szarapową koksiarą, z drugiej jednak strony trudno być zagorzałym obrońcą tenisistki, bo w tym przypadku pojawia się wiele niedomówień i nie wszystko jest do końca wyjaśnione.

Fakt jest taki, że gwiazda tenisa wpadła i zaliczyła dopingową wpadkę. Kara się należy koniec kropka. Okoliczności łagodzące? Fakt przyznania się, wyrażenie skruchy i zapowiedź ścisłej współpracy z organizacjami ITF i WADA. Może jeszcze to, że środek tak naprawdę na liście zakazanej znajduje się od niedawna.
Fot. AP
Tyle w tym temacie. Trzeba mieć jednak na względzie,że nieznajomość prawa nie zwalnia z odpowiedzialności. Maria nie przeczytała e-maila, który otrzymała od WADA mówiący o zmianach w przepisach antydopingowych oraz zawierający link do listy zabronionych substancji w 2016 roku. Pierwsza zasada: warto czytać wiadomości. Kwestię tę można rozwinąć dalej. Jak to możliwe, że tak liczny, profesjonalny (do tej pory) sztab Rosjanki przeoczył tak ważną informację. Sztab, który pobiera olbrzymie pieniądze, za wypełnienie swoich obowiązków. Ewidentnie ktoś tu tego nie przypilnował, a konsekwencje dla samej zawodniczki są opłakane. Szarapowa honorowo przyjęła odpowiedzialność na swoje barki, kwitując, że za wszystko odpowiada ona i tylko ona. Choć już kilku sportowców przyznało, że e-maili od WADA nie czyta, ale ktoś ze współpracowników Rosjanki powinien i powinien mieć tego świadomość. I to jest jeden z największych nonsensów w tej sprawy. Jak można zaniechać sprawdzenia tej listy. Nie rozumiem, że nikt nie był w stanie skontrolować tego, co aplikowane jest Szarapowej. Absurdalna sytuacja.

A może ktoś chciał wielkoszlemowej mistrzyni zaszkodzić? Może i to teoria spiskowa, ale hipotez jest wiele, więc dlaczego i tej nie sprawdzić. Przecież samej Marii ewidentnie ta wiadomość jest olbrzymią rysą na jej karierze. Karierze wspaniałej, nienagannej. Idolka, gwiazda tenisista rozpoznawalna na całym świecie. Czy ryzykowałaby zszarganie nazwiska dla… no właśnie tak naprawdę czego? Następnego triumfu? Przecież i bez tego potrafiła sobie poradzić i wygrywać Wielkie Szlemy (tak, tak wiem, że przyjmowała ten lek od 10 lat – swoją drogą to kolejny wątek, kto tak długo przyjmuje jeden i ten sam lek - producent leku, łotewski Grindeks, informuje, że środek stosuje się w przypadku ludzi chorych przez około 4-6 tygodni).

A może „życzliwym” zależało, aby zniszczyć dobre imię Szarapowej, aby odwróciły się od niej media, kibice i.. sponsorzy. Tak, tak ci ostatni bardzo szybko zareagowali na tę wieść, a straty finansowe dla Rosjanki mogą być okazałe.

W mojej głowie krąży jeszcze jedna myśl. Jak długo meldonium utrzymuje się w organizmie i kiedy Szarapowa przyjęła go po raz ostatni. Kompletnie nie znam się na tym, i nie mam wiedzy w tym zakresie, ale ślady leków mogą znajdować się gdzieś około miesiąca w ciele, a tym samym mogło być tak, że Rosjanka zażyła go jeszcze w grudniu, a badanie przecież zostało zrobione 26 stycznia.

Z powyższej argumentacji wynika, że bardziej jestem skłonny bronić Szarapowej. Może i tak, choć mam w pamięci przypadek człowieka, który był dla mnie swoistym autorytetem. Lance Amstrong - podziwiałem tego faceta, ale po aferze dopingowej z nim związanej nie mam do niego szacunku. On oszukiwał. Choć Armstrong gdyby nie brał dopingu, prawdopodobnie nie wygrałby Tour de France, a Rosjanka bez dopingu wygrywała Wielkie Szlemy.

Maria Szarapowa musi zostać ukarana. Co do tego nie mam wątpliwości. Sprawa jest jednak delikatna, a opinia publiczna nie zna wszystkich informacji, przekazano nam szczątkowe informacje i pozostaje wiele znaków zapytania. Trzeba czekać na decyzję odpowiednich władz, które podejmą w tej sprawie sprawiedliwy werdykt biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności sprawy. Fani pięciokrotnej triumfatorki wielkoszlemowych turniejów mogą jednak oczekiwać, że zobaczą ją na  kortach. Choć z zasady istnieje równość, to nie od dziś wiadomo, że są równi i równiejsi (chociażby fakt, że Rosjance pozwolono osobiście poinformować o sprawie), a tenisowy świat straciłby wiele, gdyby Rosjanki w nim nie było, jest zbyt ważna dla tego biznesu.
Fot. Splash News/East News

środa, 2 marca 2016

Siatkarskie Oskary rundy zasadniczej 2015/2016

Leonardo Di Caprio doczekał się najcenniejszej filmowej nagrody i po wielu nominacjach sięgnął po upragnionego Oscara w kategorii aktor. Nagrody Akademii Filmowej zostały wręczoną w ubiegłą niedzielę, czas teraz na siatkarskie Oskary rundy zasadniczej sezonu 2015/2016.

Meine Damen und Herren, Mesdames et Messieurs, Ladies and Gentlemen, Panie i Panowie czas rozpocząć tegoroczną uroczystą galę. Raz, dwa trzy! Zaczynajmy!


Najlepsza charakteryzacja i fryzury: Andrzej Wrona i Facundo Conte
Za odwagę i autentyczność. Wielkie uznanie za spełnienie obietnicy, a także wytrwałość, w tym co robią od początku do końca.
Fot. Instagram Andrzeja Wrony

Najlepsza muzyka na rozgrzewce: "Reality" - Lost Frequencies, Janieck Devy
Nie prowadzono oficjalnych statystyk, co do ilości odtwarzania tego tytułu na siatkarskich parkietach, ale z pewnością częstotliwość była znacząca, a właściwy rytm muzyki sprawia, że jest ona odpowiednia i dla siatkarzy i kibiców.


Najlepsze efekty specjalne na trybunach: "14 na boisku – 15 w drużynie"
W szczególny sposób PGE Skra Bełchatów postanowiła okazać wsparcie swojemu zawodnikowi Michałowi Winiarskiemu. Szacunek to jedno słowo wyraża więcej niż cały elaborat.
Fot. Pawel Piotrowski (C) www.skra.pl

Najlepsze stroje: Lotos Trefl Gdańsk
Stroje, w których podziękowano kibicom za ich doping, a gdańszczanie mają komu dziękować, bo jest to najliczniejsza publiczność w PlusLidze, dlatego też na meczowych koszulkach siatkarzy  pojawił się element graficzny, na którym przedstawiono kibiców Lotosu Trefla podczas jednego z meczów w Ergo Arenie. Nagrodę przyznano za docenienie kibiców i znalezienie dla nich miejsca na koszulce, które jest nad wyraz widoczne i nie ginie w gąszczu reklam sponsorów.
Fot. Lotos Trefl Gdańsk

Najlepszy scenariusz: Mecz 16. kolejki pomiędzy Asseco Resovią Rzeszów a PGE Skrą Bełchatów
Chciałoby się oglądać i oglądać. Spotkanie rozegrane na wysokim poziomie sportowym i emocjonalnym, a kiedy jedno i drugie idzie w parze to mamy, to co kibice lubią najbardziej!
Fot. SportoweFakty.pl

Najlepszy trener: Andrea Anastasi
Statuetka wędruje do włoskiego szkoleniowca po raz drugi z rzędu. Za utrzymanie nadal wysokiego poziomu Lotosu prowadzonego przez ekipę Anastasiego, pokazując, że ubiegłoroczny wynik nie jest działem przypadku. A praca szkoleniowa Anastasiego  uwidaczniająca się w rozwoju zawodników i wprowadzeniu młodych siatkarzy do podstawowego składu.
Fot. Cyfrasport

Najlepszy zawodnik niepolskojęzyczny: Benjamin Toniutti i Kevin Tillie
Kapitaua konkursu postanowiła nagrodzić francuski duet ZAKSY Kędzierzyn-Koźle. Rozgrywający i przyjmujący wspaniale wkomponowali się i w swój zespół jak i całą otoczkę PlusLigi nadając jej francuski rys.
Fot. Fanpage Kevin Tillie

Najlepsza postać drugoplanowa: Michał Masny
Rozgrywający Jastrzębskiego Węgla pozostał na tonącym okręcie, choć zdawał sobie sprawę, że wraz ze zmniejszonym finansowaniem klub nie będzie odgrywał pierwszoplanowej roli w Pluslidze, niemniej Masny, choć z drugiego szeregu nadal pozostaje wybijającą się postacią w całych rozgrywkach.
Fot. Tomasz Wantula/Newspix / News

Najlepszy zawodnik: Bartosz Kurek
W tym sezonie Bartosz Kurek jest wiodącą postacią swoje zespołu, a ostatnio przekroczył granicę 2500 punktów w rozgrywkach ligowych. Jest najlepiej punktującym, najskuteczniejszym zawodnikiem w PlusLidze. Nagrodę przyznano za wielkie umiejętności i sportową klasę przejawiającą się w braniu odpowiedzialności za zdobywanie punktów w kluczowych akcjach meczów.
Fot. Maciej Goclon Fotonews

wtorek, 23 lutego 2016

O Bednorzu, który z gimzjalistami gra w siatkówkę

Sportowcy są idolami dla wielu ludzi, a radość mogą sprawiać nie tylko swoją dobrą grą i sięganiem po kolejne medale, ale także, a może przede wszystkim przez bliski kontakt z fanami i nie chodzi tu o wspólne zdjęcie czy podpisanie kartki po meczu, zawodach.

W tym poście chciałbym zwrócić uwagę na szczególne zachowanie siatkarza olsztyńskiego AZS-u Bartosza Bednorza. Wszystko zaczęło się od pewnego ucznia gimnazjum Katolickiego Zespołu Edukacyjnego im. Świętej Rodziny w Olsztynie, który za sprawą jednego z portali społecznościowych napisał do siatkarza wiadomość następującej treści: "Organizujemy zawody klasowe w siatkówkę. Czy możemy liczyć na Pana pomoc? W składzie IIIm mamy luki. Proszę o szybką odpowiedź. Mecze będą rozgrywane w olsztyńskiej hali OSiR przy ulicy Głowackiego". Siatkarz szybko odpisał: "Będę, szykuj formę na czwartek".

I tak o to 18 lutego, przyjmujący akademików z Olsztyna zawitał na halę i zagrał z gimnazjalistami. O sprawie zrobiło się dość głośno i dobrze! Uważam, że trzeba docenić takie zachowanie skądinąd również młodego siatkarza. Okazuje się, że marzenia i radość można sprawiać nie tylko dzieciom, których los nie oszczędzał i cierpią z różnych powodów. Do spotkania z profesjonalnym sportowcem może dość także w codziennych warunkach, a uśmiech goszczący na twarzy tych młodych adeptów siatkówki jest bezcenny.

Fot. Instagram Bartosza Bednorza
Spontaniczna decyzja 21-letniego zawodnika z pewnością wyszła mu na dobre. Pod kątem wizerunkowym to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Bednorz wyłonił się jako człowiek dostępny, mający czas na spotkania z kibicami. Mógł olać tę wiadomość, nie zająknąć się sprawą, nie brać jej poważnie. I tak naprawdę nic by się nie stało, no bo przecież to sportowiec i on nie ma czasu na takie tam błahostki.

A jednak! Bednorz ma gest! I Bednorz wie, jak się zachować! Zapewne Bednorz składając obietnice przyjścia nie rozmyślał nad wpływem tego działania na jego image, dlatego tym bardziej jest to świetna sprawa, ponieważ na pierwszym miejscu było spełnienie czyichś marzeń, zadowolenie fanów. To się chwali, bo w dzisiejszych czasach bezinteresowność jest w cenie.

Z pewnością Bednorz nie spodziewał się takiego rozgłosu, ale sytuacja naprawdę okazała się być jedyna w swoim rodzaju. Spójrzmy prawdzie w oczy mało znaczące zawody sportowe, nieoficjalne zaproszenie pozbawione utartych frazesów i oficjalnej drogi. Za to odpowiedź przyszła na luzie, w młodzieżowym stylu i co najważniejsze szczera i prawdziwa, albowiem złożona obietnica została spełniona. A przyjmujący wykazał się  przy tym olbrzymim taktem, poczuciem humoru i odpowiedzialnością. Odpowiedzialnością za tą młodzież, dał im impuls, motywację do działania. Bez dwóch zdań, dla uczniów największym przeżyciem była możliwość odbicia piłki czy też przybicia piątki z siatkarzem.

Pochwalić też trzeba klub i sztab szkoleniowy Indykpolu Olsztyn, ponieważ dzień później przyjmujący rozgrywał mecz w PlusLidze, a wszelki uraz nie byłby mile widziany, a profesjonalne kontrakty rządzą się swoimi prawami. Przyczepie się jednak do mało sportowego stroju siatkarza – jeansy i bluza na parkiecie siatkarskim nie jest dobrym pomysłem i tego wzorca młodzież nie powinna utrwalać. Czynię z tego zarzut jedynie w kontekście budowania wizerunku Bednorza. Niemniej to jednak obrazuje bezpretensjonalność, młodzieńczość i swobodę w działaniach zawodnika.

Wielka klasa i wielka brawa dla Bednorza. Nie wiem jak wielkim siatkarzem zostanie Bartosz Bednorz, wiem natomiast, że już jest WIELKIM CZŁOWIEKIEM!

środa, 17 lutego 2016

Lotos nie siegnął Zenitu, a Zenit sięgnął nadiru

FC Barcelona przyjeżdża do Polski na mecz fazy pucharowej Ligi Mistrzów? Może kiedyś, kiedy poziom sportowy polskich zespołów futbolowych będzie ich do tego predestynował. Na szczęście, szczęście mają siatkarscy kibice, którzy posiadają sposobność oglądania takich spotkań. Przyznaję bez bicia, we wtorek 16 lutego kibice volleya w Polsce mieli prawdziwą ucztę. Do Ergo Areny na granicy Gdańska i Sopotu przyjechał ubiegłoroczny triumfator rozgrywek Ligi Mistrzów – Zenit Kazań.

Spotkanie Lotosu Trefla z Zenitem mogłem oglądać na własne oczy. Na żywo, poczuć atmosferę siatkarskiego święta, (choć to z kolei nie był mój debiut, jeśli chodzi o mecze w LM) bądź co bądź nie zdarza się to często, baa przecież to debiut gdańszczan w Lidze Mistrzów, tym samym sympatycy na Pomorzu spragnieni są klubowej siatkówki na światowym poziomie (aczkolwiek spodziewałem się, że kibiców będzie więcej).
W starciu Lotosu Trefla z rosyjskim potentatem nie trudno jest o wskazanie zwycięzcy. Zenit jest nie tylko faworytem starcia z podopiecznymi Andrei Anastasiego, ale też całych rozgrywek.

Nie ukrywam, że na spotkanie jechałem, by z bliska przyjrzeć się konstelacji gwiazd grających w rosyjskim klubie. Nie na co dzień można zobaczyć w akcji graczy pokroju Michajłowa, Andersona czy Leona. Trzeba przyznać, że gdańszczanie nie przestraszyli się, dzielnie walczyli i z pewnością robili co mogli, by zaprezentować jak najlepiej. Starczyło tylko na jednego seta, co myślę i tak było dobrym wynikiem, przynajmniej dla kibiców, którzy trochę dłużej mogli pozostać w hali.

Dużo mówiło się składzie Lotosu, który pojawił się w czwartym secie. Anastasi desygnował do gry rezerwowych, czy chciał zaskoczyć rywala? A może chciał dać odpocząć podstawowym graczom z uwagi na ważne mecze w PlusLidze? Nie wiem, choć na pewno nikt porażki z Zenitem roztrząsać nie będzie, ale brak medalu mistrzostw Polski będzie sporym poletkiem do dyskusji, więc.. odpowiedź nasuwa się sama. Są rzeczy ważne i ważniejsze.

Teraz trochę o pozameczowych wydarzeniach. Niewątpliwie atrakcją tego meczu były popisowe akcje Wilfredo Leona – siatkarza z polskim paszportem, a być może już niedługo także reprezentanta naszego kraju. Przyjmujący zamienił kilka słów z Antigą. Nie wysuwałbym jednak daleko idących wniosków, albowiem nasz szkoleniowiec już wcześniej przecież zapowiadał, że jeśli będzie mógł to Leona powoła. Więc sprawa tak naprawdę nie leży w gestii Antigi i Leona, ale działaczy PZPS-u, a przede wszystkim FIVB.
Warto docenić pomeczowe zachowanie Leona, który jako jedyny gracz Zenitu został na parkiecie i rozdawał autografy i pozował do zdjęć z polskimi fanami. Niestety, pozostali siatkarze z Kazania bardzo szybko udali się do szatni. Przyglądając się temu z boku odniosłem wrażenie, że była to nawet jakieś klubowe rozporządzenie. Choć Leon się wyłamał. Czy to tylko kurtuazja Leona i dbanie o dobry wizerunek wśród polskich fanów? Bo nie chcę myśleć, jaka fala komentarzy przetoczyłaby się, gdyby i on udał się do szatni. „Prawie” reprezentant Polski nie ma czasu na spotkania z polskimi fanami? Byłaby to z pewnością niezła pożywka dla mediów i przeciwników gry Leona w biało-czerwonych barwach. Jaki jest powód, że gracze z Kazania tak prędko uwinęli się przed kibicami? Trudno powiedzieć, ale tak naprawdę poza gorzkim przyjęciem Spiridonowa (co nie jest zaskakujące) pozostała część drużyny została przyjęta ciepło. Na samolot też się raczej nie spieszyli, bo Leona nikt nie popędzał do wyjścia. Meczu też nie przegrali, wiec przyczyn do zdenerwowania też nie było. Może i się czepiam, ale niektórzy fani przyjechali do Ergo Areny także po to, aby zobaczyć z bliska złotych medalistów Ligi Mistrzów. Siatkarze z Kazania może i prezentują formę sportową na najwyższym poziomie – sięgającą zenitu; to z formą grzecznościową i szacunkiem do kibiców jest daleko w lesie, nadirem – posługując się nomenklaturą z astronomii.

wtorek, 9 lutego 2016

Tie-break dla Niemczyka!

Siatkarską rodzinę ogarnęła smutna wiadomość. Andrzej Niemczyk ponownie walczy z nowotworem. Utytułowany szkoleniowiec, trener dwukrotnych mistrzyń Europy po raz kolejny musi stanąć do walki z tym paskudztwem! Mam nadzieję, i gorąco wierzę w to, że wykurzy go ze swoich płuc.

Za sprawą wydawnictwa SQN, które zorganizowało akcję #tiebreakdlaniemczyka można wesprzeć byłego trenera reprezentacji Polski.

"Przed Trenerem kolejna batalia, która ze względu na zaawansowany wiek zapowiada się na najtrudniejszą. Pomóżmy wspólnie Trenerowi w walce z nowotworem, okazując mu wsparcie!

Wystarczy zrobić sobie zdjęcie z kartką, na której napisane będzie #tiebreakdlaniemczyka, a następnie opublikować je na stronie tego wydarzenia lub na swoich profilach w social mediach (Facebook, Twitter, Instagram, itd.). Z przesłanych zdjęć stworzymy album, który przekażemy Andrzejowi Niemczykowi.

Prowadząc reprezentację Polski do dwóch tytułów mistrza Europy dostarczył nam niezapomnianych emocji. Odwdzięczmy mu się, pokazując, ile osób kibicuje mu w powrocie do zdrowia! Razem pomożemy Trenerowi wygrać kolejny życiowy tie-break!"

Dołączam się do akcji i trzymam kciuki za trenera Niemczyka! Walcz trenerze!


#tiebreakdlaniemczyka

Akcja zorganizowana została na Facebooku w formie wydarzenia: dołącz!

środa, 3 lutego 2016

Ręce precz od zmian w siatkówce!

Włodarze FIVB znów dali o sobie znać głośno wypowiadając swoje pomysły jak by tu „ulepszyć” siatkówkę. Propozycje ich są po prostu godne uwagi.. kosza na śmieci. Podstawą dyskutowania o zmianach w siatkówce jest skrócenie spotkań do dwóch godzin, tak aby stacje telewizyjne mogły zaplanować ramówkę na dwugodzinny program.

Tym razem rozwiązaniem na krótsze mecze ma być skrócenie czasu na przygotowanie do serwisu, a także dzięki poprawie systemu weryfikacji wideo. O ile ten drugi nie podlega żadnej dyskusji i tu uwaga FIVB jest celna, by jeszcze doskonalić system challenge, bo rzeczywiście czas oczekiwania na rozstrzygniecie bywa w niektórych przypadkach nad wyraz długi. Zasłonę milczenia spuszczę na fakt skorcenia czasu na rozgrzewkę, bo niektórzy zapominają, że najważniejszymi aktorami widowiska są siatkarze, a ich zdrowie jest najważniejsze.

Z kolei pomysł skrócenia czasu na wykonanie serwisu jest szukaniem dziury w całym. Obecnie przepisy regulują, że „zawodnik musi wykonać zagrywkę w ciągu 8 sekund od gwizdka sędziego”.  Szybka matematyka.  W jednym secie rozegranych niech będzie 49 akcji, pomnóżmy to przez 8 sekund to daje niecałe 7 minut. Nie wiem, jakie jest nowe założenie FIVB co do czasu w ciągu, którego trzeba wykonać zagrywkę, ale mniej niż 5 sekund sobie nie wyobrażam. Przyjmując to założenie to daje nam prawie 5 minut czasu na serwis w jednym secie. Różnica wynosi wiec 2 minuty, czy jest sens by tu zmieniać zasady? Jak dla mnie nie.

Zresztą włodarze siatkówki słyną z dziwacznych pomysłów jak to powiadają na uatrakcyjnienie siatkarskiego widowiska. W Brazylii testowany był system rozgrywania setów do 21. Nowa formuła jednak nie sprawdziła się i po krytyce czołowych siatkarzy i siatkarzy w brazylijskiej superlidze powrócono do gry do 25 punktów. To jeden z wielu, ale o innych szkoda czasu i energii na wspominanie.

Fot. SportoweFakty.pl
Osobiście, uważam, że pomysł skrócenia meczów siatkarskich do dwóch godzin jest nie do pomyślenia. I nie wiem komu to ma służyć i po, co toczyć tak zaciętą batalię. Jasne ramówka nie jest z gumy, ale można chyba założyć 3 godzinne spotkania i po kłopocie. Zresztą w tenisie nie ma z tym problemów, a tam każdy cieszy się gdy spotkanie może trwać 3, 4 a nawet 5 godzin. Jak dziś, pamiętam finał Australian Open z 2012 roku, kiedy to Novak Djoković rywalizował w finale z Rafą Nadalem przez pięć godzin i 53 minuty! Nikt na przedłużające widowisko się nie skarżył, a w tenisie jakoś nie słychać  nico rewolucyjnych zmianach, aby skrócić czas widowiska. Bo wiedzą, że to święto, to rywalizacja, którą mają się wszyscy bez wyjątku delektować i z zapartym tchem oglądać takie widowiska.

Siatkarscy włodarze pewnie znajdą sposób, aby jednak mecze trwały 2 godziny, bo prawdopodobnie nacisk wywierają na nich czołowe telewizje i to one żądają jasności i uporządkowania sprawy…Zastanawiam się... może by tak zrezygnować z jednej przerwy technicznej? Myślę, że jednak przerwa techniczna po 16 punkcie spokojnie, by wystarczyła, mopersi i tak czyszczą boisko po każdej akcji. Oczywiście to się nigdy nie stanie, bo przecież przerwy techniczne wprowadzono nie dla siatkarzy, czy kibiców, ale dla reklamodawców.

Schodzę jednak na ziemię, wracam do rzeczywistości. Pomysłem, który jestem w stanie zaakceptować to ograniczenie przerw dla zespołów do jednej po każdej z drużyn. Obecnie i tak komunikacja odbywa się przed każdą akcją, a oczekiwania na werdykt wideoweryfikacji także zespoły wykorzystują jak przerwę i czas na rozmowę ze sztabem.

Jestem pełen obaw i drżę na sam widok nagłówków w stylu: „FIVB wprowadza zmiany” itp., bo nie chce zmian w siatkówce, radykalnych zmian, psujących widowisko. Teraz jest wszystko w jak najlepszym porządku. Na nic się nie uskarżam. I błagam niech tak zostanie, bo w takiej siatkówce się zakochałem i w tej miłości chce wytrwać do końca świata i.. jeden dzień dłużej!

wtorek, 26 stycznia 2016

Recenzja: "Moja walka o każdy metr" Thomas Morgenstern

Oglądanie skoków narciarskich wzbudza zachwyt i szacunek kibiców, bo w tym sporcie oprócz umiejętności trzeba być w zgodzie z natura, ale to nie zawsze się udaje, bo ona jest nieprzewidywalna i  nie sposób jej ujarzmić. Zawodnicy często balansują na granicy życia i śmierci. I jeśli chodzi o te dyscyplinę to nie jest utarty slogan, o czym dobitnie można się przekonać sięgając po lekturę „Mojej walki o każdy metr” autorstwa Thomasa Morgensterna, wybitnego skoczna narciarskiego.

Trzykrotny mistrz olimpijski, ośmiokrotny mistrz świata, dwukrotny mistrz świata w lotach oraz dwukrotny zdobywca Pucharu Świata postanowił napisać książkę. Jak sam twierdzi, nie jest to typowa, klasyczna biografia, a powieść skoncentrowana na walce, tytułowej walce o każdy metr. Nie tylko na skoczni, by odlecieć jak najdalej, ale również w życiu osobistym, aby w trudnych chwilach sprostać wymaganiom. Zarówno w sensie czysto fizycznym stawiając pierwsze kroki po wypadku, jak i psychicznym pokonując bariery tkwiące w umyśle.

Austriacki skoczek nie opowiada punkt po punkcie o historii swojego życia, nie ma też chronologicznie opisanych sezonów Pucharu Świata. Dlatego nie jest to szablonowa autobiografia, ale nie należy czynić z tego zarzutu, bo co innego było zamyśle autora. W publikacji skoncentrowano się na wydarzeniu, na fatalnym wydarzeniu, na którym zbudowano fabułę. Otwierający rozdział „Mojej walki o każdy metr” obrazuje moment wybrudzenia i pierwszych chwil po ocknięciu się z przerażającego upadku na skoczni Kulm 10 stycznia 2014 roku.

Przyznaję, że początek jest mocny. Zwyczajowo na plan pierwszy w sportowej autobiografii wysuwa się zwycięstwo, zaskakujący triumf, a nie ludzki dramat. Wspomnienia Morgensterna szokują i wzbudzają w czytelniku stan niepewności, rozpoczynając grę na emocjach.

Austriak bardzo mocno skupia się na swoich myślach i uczuciach jakie towarzyszyły mu na szpitalnym łóżku. Stara się odtworzyć  w pamięci wszystko, to co wydarzyło się w Bad Mitterndorf, tym samym zabiera czytelnika w podroż po meandrach skoków narciarskich. I co najważniejsze w głąb ludzkiego umysłu, wraz z Thomasem docieramy to tego co świadome, logiczne i zrozumiałe, ale znajdziemy się także w otchłani nieświadomości, czegoś trudno wytłumaczalnego, albo wręcz niemożliwego do wyjaśnienia. 

„Moja walka o każdy metr” opisuje także determinacje Morgensterna do powrotu do sportu, do skakania i wyjazdu na Igrzyska Olimpijskie w Soczi. Zaledwie sześć dni po upadku rozpoczął rehabilitację, rozpoczął walkę o każdy metr, by moc ponownie poczuć olimpijska atmosferę. W pogoni za marzeniami zdecydował się podjąć wyzwanie i mozolnie przygotowywał się do turnieju.


Podczas pobytu w szpitalu Morgenstern chcąc nie chcąc miał czas, by dokonać bilansu dotychczasowego życia. Przywołuje w pamięci swoje poprzednie upadki, analizuje każdy z nich w najdrobniejszych szczegółach, i dzieli się z tym z czytelnikami. Ujawnia, co było przyczyną jego pierwszego w karierze groźnego upadku w Kuusamo, a także jakie myśli krążą w głowie skoczkowi, gdy przy prędkości  105km/h  wypina się narta.

Kilka cytatów z autobiografii:

„Lubię moje życie w centrum uwagi i kocham tak bezpośredni kontakt z fanami jak i ten utrzymywany przez portale społecznościowe. To wspaniałe przeżycie, którego nie da się opisać, kiedy 30 tysięcy fanów z austriackimi flagami zagrzewa cię do walki, przeżywa razem z tobą, niesie cię każdy metr w powietrzu, wspólnie z tobą się cieszy… Wytrzymuje nawet publiczne dywagacje, czy powinienem kosić trawę na bosaka. Tak naprawdę to nawet zabawne”.

„Przypadłość na która cierpię, ma nazwę – to trauma I typu. Nie da się jej wyłączyć ot tak, jak zamyka się program na komputerze. Strach sam nie przejdzie. Trzeba nauczyć się z nim funkcjonować, a jego zaakceptowanie jest pierwszym krokiem w tym kierunku. Wtedy przynajmniej droga na normalną skocznię w Soczi staje się bardziej realne. Trudna, tak, to też”. 


,,Między mną a Gregorem istniał jednak inny rodzaj konkurencji i wiele kręciło się wokół pytania, za pomocą jakich środków dwóch samców alfa walczy w stadzie o rolę przywódcy. Przypadła ona mnie, ale czułem, że chce ją mieć także Gregor. Dobrze wiedział, że wiele biorę sobie do serca, i myślę, że dlatego specjalnie mi docinał, chcąc wyprowadzić mnie z równowagi. Czym innym jak nie przejawem arogancji i chęci świadomego zranienia były jego słowa, kiedy po zwycięstwie w Garmisch- Partenkirchen stwierdził, że wreszcie wygrał najlepszy? Wcześniej to przecież ja zaliczyłem serię zwycięstw – wygrałem aż sześć razy. Bardzo możliwe, że jest to jego sposób, żeby się bardziej motywować. Ja jestem jednak przekonany, że wiele mówił tylko dlatego, żeby mnie zabolało''.


„Chcę się poczuć jeszcze lepiej, zanim skończę na dzisiaj. Wiatr się wzmaga. Działam bardziej rutynowo niż podczas pierwszego skoku. Strach jest odrobinę mniejszy. To dobry skok. Nagle w powietrzu narty gwałtowanie zbliżają się do siebie. Natychmiast zaczyna się bronić. Moje ciało, które dopiero co płasko leżało w powietrzu, walczy o powrót do równowagi. Czuję adrenalinę od końców włosów aż po palce u stóp. Wymachuję rękoma. Jakoś udaje mi się utrzymać równowagę i wylądować. Moje serce bije jak szalone. Odjeżdżam i siadam na ziemi na zeskoku. W moich oczach pojawiają się łzy. Widok Bergisel staje się rozmyty”.


W książce doskonale zobrazowano, że powrót Morgensterna do zdrowia rozgrywał się w dwóch aspektach. Z jednej strony to uporanie się z somatycznymi dolegliwościami, bólem i dochodzeniu do fizycznej sprawności, z drugiej przywrócenie równowagi psychicznej i przezwyciężenie strachu. Morgenstern dosadnie obrazuje swój niepokój związany z ponownym oddaniem skoku. Dzieli się z czytelnikami swoimi wątpliwościami jakie towarzyszą mu jeszcze przed samą decyzją o powrocie na skocznie,  jak również tym, co nastąpi później… kiedy siedzi już na belce startowej i dostrzega sygnał od trenera do startu, to moment od którego nie ma już odwrotu…

Nie było odwrotu, bo cel w jego przypadku był jasny. Pragnął po raz trzeci wystartować na igrzyskach olimpijskich. Nie bez obaw, nie bez blizn tych widocznych na ciele, ale i tych niezauważalnych w psychice. Nie poddał się, a tamto wydarzenie zmobilizowało go i sprawiło, że ze zdwojoną energią przystąpił do realizacji swojego marzenia.

„Moja walka o każdy metr” porusza tematy ważne, nie ma tu miejsca na chwile rozrywki. Morgenstern skupia się na tym, co jest istotne z perspektywy skoczka. Choć z zasady skoki narciarskie to dyscyplina indywidualna, to kadra narodowa jest jedna i skoczkowie funkcjonują w drużynie. Austriak poświęcił kilka słów rywalizacji z Gregorem Schlierenzauerem. Relacji trudnej, w której starły się w stadzie dwa samce alfa, niemniej jednak wzbudzającą motywację do doskonalenia swoich umiejętności. Ponadto wyjaśnia też dlaczego współpraca z trenerem Alexandrem Pointnerem nie układała się tak jakby tego oczekiwał.

Książka oprócz zmagań z lękiem i powrotem do sportu porusza także inne znaczące wydarzenia w życiu Thomasa Morgensterna. Mistrz olimpijski opowiada jaka cenę przyszło mu zapłacić za sławę. To, co wybija go na tle innych sławnych sportowców to wielka świadomość tego faktu, dostrzega zarówno plusy jak i minusy wiążące się z życiem na piedestale. I przyjmuje wszystko z dobrodziejstwem inwentarza.

Wydarzenia na skoczni odcisnęły piętno także na prywatnej sferze życia. W swoich wspomnieniach przywołuje opowieści intymne, opowiada o swoich miłościach do kobiet, ale przede wszystkim do swojej córki Lily. I to postać pierworodnej stanowi dla niego podłoże do zastanawiania się nad sensem życia, tego czy może być dobrym ojcem, choć ryzykuje życie, oraz na ile jest w stanie poświęcić swoje osobiste sprawy, aby sięgać po najwyższe laury w sporcie.

,,Moja walka o każdy metr” to poruszająca historia sportowca ukazująca jego zmagania jako człowieka, przedstawiająca jego wewnętrzne rozterki. To walka Morgensterna z Morgensternem. To konfrontacja pomiędzy sportową ambicją i chęcią ciągłego zwycięstwa a poczuciem realności, które ma zapewniać potrzebę bezpieczeństwa. To emocjonalna opowieść, w której radość ze skakania ściera się ze strachem przed oddaniem skoku. Tak, to paradoks. Konflikt pomiędzy tym, co ludzkie. Silna wola kontra strach. Thomas Morgenstern nie jest osobą, która pragnęła przez własne słabości odnieść porażkę. Zresztą kto by chciał? A póki człowiek żyje, można postarać się podnieść i cieszyć się życiem!

Moja ocena: 4/5

„Moja walka o każdy metr”, Thomas Morgenstern, Wydawnictwo SQN, Kraków 2016


wtorek, 19 stycznia 2016

Polak siatkarz, szczypiornista, dwa bratanki?

Kolejne sportowe święto w naszym kraju! Po piłkarskim Euro 2012, siatkarskim mundialu 2014, dużo radości mają kibice piłki ręcznej, albowiem w kraju nad Wisłą odbywają się mistrzostwa Europy! Polscy szczypiorniści zmagania rozpoczęli o dwóch zwycięstw, kolejno nad Serbią i Macedonią odpowiednio… jedną  bramką. We wtorek spotkanie z Francją, ale nie będzie o meczu...

Nasi panowie, a wcześniej i panie swoimi występami na parkiecie gwarantują nam emocje do ostatniej sekundy meczów, prawdziwą huśtawkę emocji. Oglądając ich zmaganie nie można być spokojnym, na luzie śledzić spotkanie. To nie w ich stylu, za to jest emocjonująco i nieprzewidywalnie, ale.. właśnie za to ich podziwiamy! Za walkę do końca i nieustępliwość. 

Nie jestem wielkim znawcą piłki ręcznej, nie mniej lubię  kibicować i oglądać zmagania naszych reprezentantów. Wiem natomiast, że nasi szczypiorniści swoją postawą na boisku zyskują sympatyków wszystkich dyscyplin, a w szczególności siatkarskiej braci. Wielu siatkarskich kibiców dopinguje czy to w halach, czy przed telewizorami naszych szczypiornistów.

Nie ulega wątpliwości, że szczypiorniści obok siatkarzy dostarczają nam najwięcej powodów do radości i dumy jeśli chodzi o sporty drużynowe. Często z najważniejszych imprez wracają z medalami. Teraz mistrzostwa Europy odbywają się w Polsce. Po raz pierwszy mają okazję zaprezentować się przed polską publicznością na imprezie takiej rangi. Oczekiwania kibiców są duże, bo szczypiorniści to czołowa drużyna świata. Kibice mają być atutem tak jak było to podczas siatkarskiego czempionatu.

Naszych piłkarzy ręcznych wspierać będą też sami siatkarze, którzy wiedzą jak doping publiczności potrafi poderwać ich do walki. Trzeba powiedzieć, że sympatia zawodników obu dyscyplin jest bardzo duża. Głębsza relacja pomiędzy siatkarzami a szczypiornistami narodziła się w trakcie Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku, kiedy to obie reprezentacje wspierały się wzajemnie. Wielu z nich podkreślało, że połączył ich właśnie fakt bycia w zespole sportowym, stad po prostu wynika przyzwyczajanie do bycia w grupie. Znajomości przetrwały, a jedni czy drudzy nie szczędzą sobie ciepłych słów lub, co więcej spędzają wspólnie wakacje, o czym można się przekonać oglądając filmik pt. „Kadziu projekt i Lijek na Kanarach”, czyli o wakacjach siatkarza Łukasza Kadziewicza i szczypiornisty Marcina Lijewskiego, można także przeczytać o innych mniej lub bardziej zabawnych historyjek z udziałem graczy obu dyscyplin, które miały miejsce w wiosce olimpijskiej w stolicy Chin.

Śmiało można powiedzieć, że Polak siatkarz i Polak szczypiornista to dwa bratanki. Zachęcają się i mobilizują na wszystkie sposoby. Na jednym z portali społecznościowym opublikowano zdjęcie szczypiornistów, którzy na tablecie śledzili zmagania naszych siatkarzy walczących o IO w Rio w berlińskim turnieju z podpisem: „Szczypiorniści kibicują siatkarzom, gratulują zwycięstwa i trzymają kciuki za ich awans do IO w Rio!”
Fot. Twitter Piłka Ręczna POLSKA
Przed rozpoczęciem turnieju w Krakowie, wielu siatkarzy, w tym. m.in. Mariusz Wlazły będzie trzymał kciuki: Ja również będę kibicował szczypiornistom. Tym bardziej, że turniej w Polsce będzie wielkim sportowym świętem. Przed polskimi fanami i zawodnikami wspaniałe dni, których na pewno nie zapomną – zapewnił. Naszych szczypiornistów można dopingować także na żywo, w hali, jak uczynili to chociażby Krzysiek Ignaczak, Piotr Nowakowski i Fabian Drzyzga.

Myślę, że to bardzo wartościowe i miłe, kiedy jedni sportowcy wspierają drugich, bo tak naprawdę tylko oni wiedzą jak wiele wysiłku trzeba w to wszystko włożyć i pojawić się właśnie w tym miejscu, ile zdrowia fizycznego i psychicznego kosztuje spotkanie rozgrywane podczas takich turniejów, to także docenienie pracy jaką wkłada się w reprezentowanie Polski na arenie międzynarodowej. Czy nie jest przyjemniej kiedy potrafimy się zjednoczyć i razem ramię w ramię kibicować niż dywagować i umniejszać ważności wyników jednej dyscypliny nad inną? Ostatnio pokusił się to uczynić pewien znany jegomość ze znanej dyscypliny. Wydaje się, że jednak skopał sprawę, może z zazdrości, że to właśnie Polak siatkarz, szczypiornista, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki…
Fot. Michał Nowak/ newspix.pl

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Siatkarze świętowali Berlinie, siatkarki rozpaczały w Ankarze

Michał Kubiak po zwycięstwie nad reprezentacją Niemiec w turnieju kontynentalnym do IO, a tym samym zapewniającym biało-czerwonym udział w turnieju interkontynentalnym powiedział, że jest zaszczycony, że może być kapitanem tej drużyny! Ja natomiast jestem zaszczycony, że mamy takiego kapitana i taką drużynę!

Jeszcze przed rozpoczęciem berlińskiego turnieju przewidywano kto zagra w półfinale tych rozgrywek: Polska, Francja, Rosja i albo Niemcy albo Serbia. Wiadomo było też, że biało-czerwoni w półfinale zmierzą się z mistrzami Europy lub mistrzami olimpijskimi. Padło na Trójkolorowych, którzy koniec końców okazali się lepsi od Polaków, choć dwa sety były bardzo wyrównane. Bardzo zacięte, i tak naprawdę decydowały detale i odrobina szczęścia.

Rozstrzygająca batalia o przedłużenie szans na występ w Rio, ale też o renomę polskiej siatkówki, o jej medialną wartość, finansowanie, uznanie, honor, ale i marzenia i nadzieje samych zawodników. Stawka spotkania z Niemcami olbrzymia, trudno było uciec od presji. Podołać zadaniu nie było łatwo, graliśmy z gospodarzami turnieju, zespołem, który w Max-Schmeling-Halle już nas pokonał.


Fot. sportowybar.wp.pl
Ale, to wszystko można było odłożyć na bok. Tak jak na bok można było odłożyć cztery sety wcześniej rozegrane w meczu o 3 miejsce. O wszystkim zadecydował tie-break. Prawdziwa próba sił, wytrwałości i charakteru. Bo to nie umiejętności były najważniejsze, a głowa. To ona rządziła i decydowała. Polscy siatkarze pokazali determinacja, sile woli, nie pękli i gryźli parkiet. Dosłownie, o czym świadczy akcja przy stanie 12:11 - najpierw pad Zatorskiego, potem obrona Łomacza uwidoczniła, co znaczy walka do końca, nieustępliwość i chęć zwycięstwa! To była piękna akcja i co najważniejsze zakończona przez nas zdobytym punktem. Śmiem twierdzić, że był to punkt zwrotny w tym tie-breaku. Podopieczni Stefana Antigi stali się jeszcze silniejsi i mocniejsi, uwierzyli, że mogą przenosić góry i są w stanie dokonywać rzeczy wielkich.

I wygrali tę wojnę nerwów i pojadą do Tokio na turniej interkontynentalny. Oczywiście, to jeszcze nie oznacza awansu na igrzyska, ale pewność występu jest duża, zważywszy na, to co działo się w Berlinie. Bartosz Kurek powiedział, że drużyna mistrzów świata już nie istnieje. Może to i prawda, ale na pewno po tym turnieju jest drużyna walcząca i grająca jak mistrzowie świata!

O ile panowie pokazali jak zwyciężać trzeba. Jaką siłą mentalną dysponują, i jak potrafią przekuć to na wydarzenia na boisku, o tyle tego wszystkiego nie można powiedzieć o naszych siatkarkach.

Dosłownie parę zdań o ich występie w Ankarze. O otoczce wokół żeńskiej kadry pisałem już wielokrotnie. Ale człowiek wierzył, bo wiara kibica umiera ostatnia. Niestety, nie mamy drużyny mogącej wystąpić w igrzyskach, my w ogóle nie mamy drużyny. Myślę, że to czas pożegnań z siatkarkami, ale przede wszystkim z trenerem. Po pierwsze światowy trener, fachowiec z najwyższej klasy. Po drugie dać szansę młodym, bo jak widać doświadczenie nie wygrywa, a w młodości siła, czego dowodem są Włoszki. Naszym Złotkom i innym starszym zawodniczkom podziękować za występy, obdarzyć kwiatkiem i dobrym słowem i niech idzie nowe, młode. I na tym zakończę, bo pasmo rozczarowań związanych z żeńską siatkówką trwa zbyt długo, a siwych włosów na głowie coraz więcej, wiec wolę radować się niedzielnym, choć także nerwowym (i pewnie też pojawiło się parę siwych włosków, dzięki naszych chłopakom), ale szczęśliwe zwieńczonym występem!

Fot. Fanpage Michał Kubiak

niedziela, 3 stycznia 2016

Do boju! Po paszporty! Po chwałę i radość!

Siatkarki, w poniedziałek (4 stycznia), a siatkarze dzień później rozpoczną zmagania w europejskim turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk olimpijskich w Rio. O zasadach turnieju, jego bytności napisano i powiedziano już wiele. Bez dwóch zdań jest to turniej niełatwy, niemniej reguły dla każdego są takie same: zwycięzca jedzie do Rio, a druga i trzecia drużyna będzie szukać swojej szansy w turnieju interkontynentalnym.

Zacznijmy od naszych pań. W grupie starcie z Rosjankami, Belgijkami i Włoszkami. Bardzo mocne zespoły. Biało-czerwone faworytkami nie są, ale.. No właśnie jest coś, co daje nadzieję. Historia styczniowych kwalifikacji. W 2008 i w 2012 roku, biało-czerwone grały jak z nut w turniejach europejskich i w każdym z nich dochodziły do finału! O ile turniej w Halle z 2008 roku i wynik tam zrobiony nie był niespodzianką, bo poziom sportowy tamtej drużyny był dobry, to wynik osiągnięty przed czterema laty był miłą niespodzianką, choć niestety ostateczny rezultat bez happy-endu.

W 2012 roku zespół prowadził Alojzy Świderek, a Polki ze Skowrońską-Dolatą na lewym skrzydle i z Izabelą Żebrowską na prawym ograły Holandię (3:1), Rosję (3:2) i Serbię (3:2), a w półfinale Niemki. Niestety finał był dramatem w trzech aktach, biało-czerwone uległy 0:3 Turcji i o igrzyskach mogły zapomnieć. Na szczęście teraz jest inaczej, bo zasady się zmieniły i gra w finale daje jeszcze szansę na udział w turnieju olimpijskim.

Trudno wyrokować, na co stać polską reprezentację. Bo nie ma w niej stabilności, i co impreza to jest inny skład, inne ustawienie. Albo wypali albo nie. Udało się w Baku na Igrzyskach Europejskich, z formą gorzej było na ME, teraz powinno być lepiej. W kadrze są te siatkarki, które chcą grać, pod względem sportowym są prawie wszystkie najlepsze w kraju. Ostatnie sparingi pokazały, że pozycje przyjmujących są obsadzone - tak jak przewidywałem - w pierwszym składzie będzie Aleksandra Jagieło, która będzie stanowić duet wraz z Werblińską. Para ta zapewniła nam ostatni siatkarski sukces, a mianowicie brązowy medal mistrzostw Europy w 2009 roku.

Przyznaję jestem optymistą, bo też co innego pozostało? Wierzę, że w starciu z Rosją osiągniemy dobry rezultat. Ekipa Sbornej jakoś nam leży i potrafimy z nimi grać. Belgijki to niewygodny przeciwnik - przynajmniej ostatnimi czasy, ale kiedyś karta musi się odwrócić.I Włoszki, trochę osłabione i niepewne, również będące niewiadomą. Choć nie ma tam też już za wiele siatkarek, których trzeba się obawiać. Liczę na wyjście z grupy, a wtedy będą kolejne szanse, na zdobycie upragnionego awansu...
Fot. CEV
Czas na panów. Mistrzów Świata, którzy w szranki staną z brązowymi medalistami ostatniego mundialu, Niemcami oraz Serbią i Belgią. W Berlinie będą także mistrzowie olimpijscy, Rosjanie i mistrzowie Europy, Francuzi. Gdyby nie była to walka o igrzyska, można byłoby delektować się poziomem i liczbą utytułowanych zespołów. Ścisła światowa czołówka, crème de la crème siatkówki.

Biało-czerwoni po raz ostatni w europejskim turnieju kwalifikacyjnym walczyli w 2008 roku, i walczyli to dobre słowo, albowiem w grupie przegrali po 2:3 z Hiszpanią i Holandią, na koniec 3:0 pokonali Włochów, ale to było na tyle i swojej szansy trzeba było szukać w turnieju interkontynentalnym. I to najczęściej właśnie z turnieju światowego polscy siatkarzy przywozili olimpijskie bilety. Na pewno paniom w styczniu wiodło się lepiej niż panom, ale siatkarki grały z nożem na gardle, a panowie zawsze mieli tę drugą szansę. Teraz jej nie będzie, więc już w Berlinie trzeba wyzwolić w sobie wszystkie siły. I podopieczni Stefana Antigi z pewnością są w stanie pokazać bardzo dobrą grę!

O awans do półfinału jestem spokojny, z każdą z drużyn, z którymi zmierzymy się w grupie mieliśmy już na rozkładzie i trudno spodziewać się, że teraz będzie inaczej. Schody zaczną się w półfinale, niezależnie na kogo się trafi: Rosja, Francja, a może nieobliczalna Bułgaria. Tam będzie dużo, dużo trudniej, i tak naprawdę dyspozycja dnia może zadecydować o byciu albo nie byciu w finale albo wywalczeniu 3 miejsca. Patrząc na ostatnie dokonania to faworytem berlińskich zawodów są Francuzi, potem jesteśmy my, groźni będą Rosjanie.
Fot. FIVB
Chciałbym, aby polskie reprezentacje jeśli nie wygrają odpowiednio w Ankarze i Berlinie, to aby znalazły się w trójce, bo nie od dziś wiadomo, że zawody światowe są słabiej obsadzone i wywalczenie olimpijskiego awansu jest dużo słabsze. A ponowne zobaczenie obu siatkarskich reprezentacji na Igrzyskach Olimpijskich byłoby czymś fantastycznym!

Kibicujemy już jutro i tak aż do 10 stycznia.