czwartek, 31 grudnia 2015

Do siego roku!

I o to doczekaliśmy się 365 dnia w roku 2015, ostatniego dnia tego roku, czyli Sylwestra. 

Z okazji nadchodzącego roku 2016 wszystkim czytelnikom pragnę złożyć najserdeczniejsze życzenia, aby towarzyszył Wam spokój i pokój, niech każdy dzień będzie wyzwaniem, któremu będziecie potrafili podołać! Dużo optymizmu i radości, pozytywnej energii i wytrwałości. Żyjcie z nadzieją na lepsze jutro i wiarą w to, że nie ma rzeczy niemożliwych. I najważniejsze, życzę spełnienia wszystkich marzeń, bo marzenia się spełnia :)

Szczęśliwego Nowego Roku! 

Fot. pl.dreamstime.com

wtorek, 29 grudnia 2015

Recenzja: "Życiowy tie-break" Andrzej Niemczyk, Marek Bobakowski

Rok 2003 Ankara, Rok 2005 Zagrzeb. Mistrzostwa Europy siatkarek. Mistrzostwa, w którym polskie siatkarki sięgnęły po złote medale. Złotka! Dziewuchy na medal! Kraj ogarnęło szaleństwo. Ponownie narodziła się polska siatkówka. A za tymi sukcesami stał nie kto inny, a Andrzej Niemczyk. Wybitny szkoleniowiec postanowił przelać swoje myśli na papier. I dobrze zrobił, bo historia stworzona wspólnie z Markiem Bobakowskim jest jedną z lepszych jaką czytałem i spokojnie może znaleźć się na podium najlepszych książek sportowych 2015 roku.

,,Życiowy tie-break” jest próbą podsumowania biografii nietuzinkowej postaci, która przeżyła wiele, i o tym doświadczeniu Andrzej Niemczyk pragnie podzielić się z czytelnikami. Twórca potęgi Złotek to niebanalna postać w polskiej historii, wiec trudno było oczekiwać szablonowej autobiografii. Trener prowadził niesztampowe życie, doznając prawdziwej huśtawki emocjonalnej. I zgłębiając się w kolejne strony publikacji z pewnością na takiej huśtawce znajdzie się też czytelnik przeżywając naprzemiennie radość, zadowolenie, smutek czy złość.

Dwa złote medale mistrzostw Europy zdobyte wraz z polskimi siatkarkami były tak naprawdę kwintesencją kariery szkoleniowej Andrzeja Niemczyka, pięknym zwieńczeniem. Warto jednak przypomnieć, że to nie jedyne sukcesy polskiego trenera. Pokuszę się o odważne porównanie z futbolowym światkiem, ale Andrzej Niemczyk był tak wziętym trenerem, jak obecnie Jose Mourinho czy Carlo Ancelotti. Człowiek wielkiego formatu, a o Niemczyka biły się o najlepsze kluby na Starym Kontynencie. Ale po kolei, bo na sportowe życie pięnto odcisnęły wcześniejsze doświadczenia.

Otwierający książkę rozdział nosi tytuł: „jestem dzieckiem wojny i… szczęścia”. Andrzej Niemczyk urodził się w 1944 roku w Polsce. Przyszedł na świat w trudnych czasach, ale dzięki kochającej matce, odważnej o zdolnej do poświęceń, aby syn urodził się w kraju nad Wisłą, albowiem w innym przypadku zostałby przekazany rodzinie niemieckiej i wychowywany byłby zgodnie z ideałami Trzeciej Rzeszy. Wspomina też dziadków, którzy odegrali ważną rolę w życiu młodego Niemczyka. O szkole jest zaledwie kilka stron, choć problemów z nauką nie było, to z zachowaniem już tak, i dlatego wszędobylski Niemczyk postanowił zapisać się do sekcji, ale nie do jednej do kilku! Talent do sportu był, ale w końcu na coś trzeba było postawić i zdecydować, co wybrać. Wybór padł na siatkówkę, najpierw w Społem Łódź, potem w Stali Mielec i na koniec w Anilanie Łódź. Z tych czasów Niemczyk z nostalgią wspomina czasy PRL-u. Dobrych czasów dla sportowców, którzy nie mogli narzekać, wielu z nich dorabiało sobie trudniąc się przemytem towarów podczas zagranicznych wojaży.

Niemczyk szybko zdecydował się jednak na karierę trenerską, mimo, że był dobrym rozgrywającym, reprezentantem Polski, to o wiele więcej satysfakcji pociągała go praca szkoleniowca. W wieku 23 lat zaczął zbierać trenerskie szlify. O Niemczyku zrobiło się głośno, kiedy stworzył od podstaw zespół ChKS Łódź, z którym awansował do I ligi, a w 1976 zdobył mistrzostwo Polski. Wtedy też po raz pierwszy objął pracę z kadrą narodową. Przez dwa lata był selekcjonerem reprezentacji Polski, nie wytrwał na tym stanowisku zbyt długo, ponieważ podał się do dymisji po mistrzostwach Europy, na których reprezentacja Polski zajęła... 4. miejsce.

Po rezygnacji, Niemczyka nie obowiązywał żaden kontrakt, co doskonale wykorzystali Niemcy, ale ci z RFN, którzy czynili podchody i robili wszystko, by przekonać trenera do pracy z ich reprezentacją. Łatwo nie było, bo przecież to państwo Zachodu. Wróg, mimo tego, Niemczyk poszedł pod prąd i wybrał pracę właśnie w tym kraju. Przez 10 lat stworzył podwaliny siatkówki w Niemczech,a z Bayer Lohhof, siedmiokrotnie zdobywał mistrzostwo Niemiec. Pracował też w Turcji, gdzie prowadził czołowe ekipy takie jak Eczacibasi Stambuł i Vakifbank Stambuł sięgając po medale nie tylko w lidze, ale i europejskich pucharach.

Kilka cytatów z autobiografii:

,, (…) najlepszą motywacją dla sportowca są pieniądze i perspektywy. Bo czyż tak nie jest? Nie dajcie sobie wmawiać bajeczek o miłości do sportu, rodziny, chęci pomocy innym, które wprost wylewają się z biografii najpopularniejszych obecnie sportowców (Neymara, Messiego, Ronaldo). To PR-owa bzdura!”.

„Oficjalna umowa opiewała jedynie na te 5 tysięcy złotych miesięcznie. Czujecie? Selekcjoner reprezentacji oficjalnie miał zarabiać grosze. Gdyby w Niemczech albo Turcji się o tym dowiedzieli, to pospadaliby z krzeseł. Ta kasa tak naprawdę wystarczała mi wyłącznie na paliwo. Bo byłem selekcjonerem, który nie zamierzał siedzieć na dupie w Warszawie, tylko jeździłem po całym kraju, nie tylko na mecze ligowe, ale również praktycznie, codziennie wpadałem na treningi różnych zespołów”.

„Mogę na przykład powiedzieć, że Niemki to są nieźle porąbane. Nie mają żadnych oporów, by w szatni się rozebrać – mimo, ze obok stoi trzech facetów ze sztabu szkoleniowego, a jeszcze głowę w drzwi wkłada dziennikarz, którzy szuka kogoś do wywiadu. Paradują nago, tańczą, śpiewają”.

„Pamiętam jedną z wizyt kontrolnych. „Co tam, Herr Niemczyk?”, zapytał profesor. „A w porządku, jest sehr gut”. „Ma pan jakieś pytania dotyczące diety, stylu życia?” „Tak, panie profesorze – odpowiedziałem. – Bo ja do obiadu piję wino, a jeszcze wieczorem jedną–dwie szklaneczki whisky z lodem. Nie ma żadnej możliwości, abym z tego zrezygnował. Organizm się domaga”. Mina profesora była bezcenna. Nerwowo stukał długopisem w biurko, w końcu wydusił: „Herr Niemczyk, jeżeli sprawa tak wygląda, to zalecam po prostu ograniczyć alkohol. Tak będzie dobrze”. Więcej tego tematu nie drążyliśmy. Myślę, że profesor był na tyle inteligentnym człowiekiem, że doskonale wiedział, iż nie będę stosował się do jego zaleceń…”.

Choć powiada się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, to  powiedzenie nie tyczy się  Andrzeja Niemczyka. Zawsze idzie pod prąd, ale zgodnie z własnymi zasadami. I tak też było, kiedy w 2003 roku ponownie przejął stery w kadrze kobiet. Co zrozumiałe w „Życiowym tie-breaku” nie mogło zabraknąć opisu wydarzeń z tamtych lat.  Wydaje się, że większość tych opowieści jest już dobrze znana, jak chociażby usunięcie z reprezentacji swojej córki, błędne decyzje rozgrywającej Izabeli Bełcik w półfinale ME czy też konflikt z Małgorzatą Glinką w 2006 roku, prowadzący ostatecznie do rozstania z kadrą. Tematy te były łakomym kąskiem dla mediów, które wyciągnęły te wieści i od trenera, jak i od samych Złotek.

Stosowanie nowoczesnych metod treningowych skupiając się mocno na psychologicznym aspekcie funkcjonowania drużyny, wizja pracy z zawodniczkami, które najpierw są kobietami, a później siatkarkami – stąd prośby o uczęszczanie do solarium, malowanie paznokci i chodzenie do fryzjera. Niemczyk nie ukrywa swoich sposobów pracy z kobietami, jest ich wiele, ale nie sposób ich tu wszystkich umieścić.

Niemczyk bez tajemnic opowiada także o swoim życiu prywatnym. Bogatym życiu towarzyskim, sam siebie nazywa kobieciarzem, uwielbia otaczać się w towarzystwie pięknych kobiet, stąd pewnie trzy małżeństwa, parę romansów i pierwszy raz przeżyty z … nauczycielką. Inną miłością trenera jest whisky, za pomocą, którego udało się pokonać nowotwór.

Polski szkoleniowiec bez ceregieli zdradza także wszelkie kwestie finansowe. Opowiada ile zarabiał na początku kariery, jaką kwotę oferowali mu Turcy, kiedy chcieli go mieć u siebie i wreszcie ile złotówek zarabiał będąc selekcjonerem biało-czerwonych. Bez ceregieli mówi o pieniądzach, nie traktuje tego jako tajemnicy. Będąc w pełni szczerym z czytelnikiem decyduje się także opowiedzieć historię inwestycji, która w kilka sekund pozbawiła go miliona dolarów!

Czas spędzony przy lekturze był czystą przyjemnością. Książka jest wciągająca i interesująca. Trener Niemczyk przeżył bardzo wiele i nie omieszkał o tym wspomnieć, szczerze i otwarcie, w najdrobniejszych szczegółach. Historia opowiedziana wspólnie z Bobakowskim jest bezkompromisowa, pozbawiona ozdobników, co nadaje publikacji autentyczności. Odnosi się wrażenie, że wszystko zostało wyłożone kawa na ławę.

Co więcej, w autobiografii znajdują się opinie znajomych Niemczyka, które wtłoczono w treść publikacji, co zaburzało jednak płynność czytania, bo nie zawsze dotyczyło tego, o czym w danej części opowiadał szkoleniowiec. Plus za końcowe wywiady z siatkarkami, które wspominają i oceniają współpracę z trenerem.

„Życiowy tie-break” jest wciągającą lekturą, będąca swoistym rozliczeniem, tego co się wydarzyło w przeszłości w życiu twórcy sukcesu dwukrotnych mistrzyń Europy. Autor ukazał czytelnikom to, co kibice siatkówki przeżywają podczas rozgrywania pięciosetowego spotkania, prawdziwy rollercoaster emocji. Tie-break to decydująca batalia, a tych w swojej karierze Andrzej Niemczyk wygrał i przegrał wiele, ale w tym decydującym triumfował. Niemczyk zaserwował pięknego asa na rynku wydawniczym, na którego trzeba spojrzeć z uwagą!

Moja ocena: 4,5/5

„Życiowy tie-break”, Andrzej Niemczyk, Marek Bobakowski, Wydawnictwo SQN, Kraków 2015


czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt!

 

Wszystkim czytelnikom życzę wielu wspaniałych, pozytywnych chwil niosących radość i spokój! Życzę Wam pogodnych, zdrowych, pełnych rodzinnego ciepła Świąt Bożego Narodzenia! Niech w Waszych głowach, sercach, całym ciele zagości radość i uśmiech, szczęście i pomyślność. 


 

 

niedziela, 20 grudnia 2015

Tylko czy aż czwarte miejsce polskich szczypiornistek?

Dwa lata temu w tekście "Kopciuszek wróci bez butów :(Orlicom Rasmussena mówię: dziękuję!" podsumowując rozważania dotyczące występu polskich szczypiornistek pisałem, aby nasza reprezentacja po tak dobrym rezultacie zaczęła pojawiać się na imprezach rangi mistrzowskiej, aby przestały być kopciuszkiem, a stały się elitą.

I tak też się stało. Czwartym miejscem na MŚ pokazały, że nie są kopciuszkiem, a nalezą do elity. Może to nie jeszcze czas panowanie królowej w złotej koroną, ale z pewnością na salonach pokazała się księżniczka, która ugruntowuje swoją pozycję na arenie międzynarodowej.

Powtórzenie wyniku to wbrew pozorom dobry rezultat. Chociażby dlatego, że w porównaniu z poprzednim mundialem w najlepszej czwórce z MŚ z Serbii to tylko Polki awansowały do półfinału rozgrywanego duńskiego czempionatu.

Patrząc na ten wynik, nie można zapominać o problemach naszej kadry. Nasza drużyna też została przetrzebiona kontuzjami. Przede wszystkim zabrakło Aliny Wojtas, która dwa lata temu zrobiła prawdziwą furorę i ratowała zespół z opresji. Co więcej, z powodu kontuzji nie wystąpiła najlepsza polska skrzydłowa Kinga Grzyb oraz Joanny Grabik, która została wybrana najlepszą kołową młodego pokolenia na świecie.

Orlice Rasmussena jechały na tegoroczny mundial z jasno postawionym celem, tym celem był awans na turniej kwalifikacyjny do igrzysk olimpijskich. I udało się go zrealizować z nawiązką, bo awans do półfinału sprawił, że zawody te odbędą się w kraju nad Wisłą (na 99% sprawa wymaga potwierdzenia ze strony światowych władz). Rywalkami biało-czerwonych będą Rosjanki, Szwedki i Meksykanki. Awans do Rio wywalczą dwa zespoły. Zadanie wydaje się proste: wygrać jedno ze spotkań z europejskim rywalem, bo z Meksykiem kłopotów być nie powinno, a wtedy można bukować bilety do Brazylii.
Fot. Kocham ręczną - Fanpage
Kończąc jednak wątek występu polskich szczypiornistek na mistrzostwach świata. Czwarte miejsce nie jest złe, boli chyba jednak styl w jakim to się odbyło. Niestety, ale i Holenderki w półfinale i Rumunki w meczu o brąz były nad wyraz lepsze. A niemoc w ataku aż raziła w oczy, błędy taktyczne były znaczące (kto mi wyjaśni, dlaczego do rzutu karnego podchodzi Stachowska, która regularnie nie gra w ofensywie zespołu?). O ile poprzednie starcie o brąz w MŚ z Dunkami było wyrównane i tak naprawdę medal był na wyciągnięcie ręki, to teraz do medalu było bardzo, ale to bardzo daleko. Niemniej jeśli chodzi o porażki to przeżyliśmy już tę piękną (2013 rok) i tę dotkliwą (2015 rok). To za dwa lata kroi się zwycięstwo...

Czwarte miejsce niby najgorsze dla sportowca, ale powtórzenie takiego rezultatu do łatwych nie należy. Generalnie rzecz ujmując: spadku nie ma, postępu również, ale czy można w tym miejscu powiedzieć, że ten kto stoi w miejscu ten się cofa? Nie wiem, wydaje mi się, że odpowiedź przyjdzie w marcu po zakończeniu turnieju kwalifikacyjnego.

Wtedy okaże się, czy biało-czerwone zrobiły postęp czy też nie, bo dotychczas jeszcze nigdy żeńska reprezentacja w piłce ręcznej nie wystąpiła na igrzyskach olimpijskich.
Fot. Achruk & Kulwińska - backstage - Fanpage

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Orlice Rasmussena na drodze do spełnienia marzeń!


Ociągałem się z napisaniem tekstu na bloga, bo czekałem na ten dzień. Na poniedziałek, 14 grudnia. Oczywiście ten dzień nie zapisze się złotymi zgłoskami, jak chociażby 21 września 2014 roku, ale ten dzień, prawdopodobnie będzie początkiem pewnej drogi, drogi polskich piłkarek ręcznych na Igrzyska Olimpijskie w Rio 2016.

Właśnie w tym dniu Polki grały i wygrały spotkanie w 1/8 MŚ z Węgierkami i awansowały do ćwierćfinału MŚ, ale przede wszystkim awansowały do jednego z turnieju kwalifikacyjnego do IO (mistrz świata ma miejsce zapewnione w Rio, a ekipy z miejsc 2-7 walczą w turniejach kwalifikacyjnych, na szczęście awans mają już Norweżki (mistrzynie Europy 2014), dlatego wszystkie zespoły w ćwierćfinale wystąpią w takim turnieju). 

Prawo startu w igrzyskach olimpijskich to jeszcze nie definitywny udział w tej imprezie. Niemniej takiej szansy, nie było od lat. Polki jeszcze nigdy nie uczestniczyły w turnieju olimpijskim, a teraz ta okazja może się ziścić, bo szansa jest niebywała! Choćby dlatego, że z każdego takiego turnieju awans wywalczą dwa zespoły, a już teraz można powiedzieć, że na papierze biało-czerwone będą faworytkami.

Tyle faktów i wyciągu z regulaminu. Bo szansę na Rio otworzyło nam spotkanie z Węgierkami. Z rywalem, z którym nam nie szło. Dziennikarze rzucali statystykami, ile to oficjalnych meczów przegraliśmy. Ale kij z tym, albowiem ten najważniejszy, najistotniejszy, decydujący tak naprawdę o czteroletniej pracy w cyklu olimpijskim, o byciu i niebyciu trenera, a pewnie także o kontynuacji kariery przez niektóre nasze zawodniczki. 

Fot. PAP/Marcin Bielecki
W ostatnich latach to właśnie polskie piłkarki ręczne są tymi, które lubią sprawiać sensacje, są tymi, które nie pękają w spotkaniach o stawkę (ktoś tu się może obruszyć, że siatkarze również – tak to prawda, ale nasi mistrzowie świata to ścisła światowa czołówka i to oni tak naprawdę są faworytami w starciach z innymi). Nasze szczypiornistki grają bez kompleksów, wtedy kiedy trzeba! Tak było w poniedziałek w starciu z Węgierkami i tak było dwa lata temu podczas serbskiego mundialu, gdzie Podopieczne Rasmussena wyeliminowały Rumunki i Francuzki. 

Teraz w meczu z Madziarkami faworytkami nie były. Co więcej, nawet gra w fazie grupowej nie dawała powodów do optymizmu – trzecie miejsce w grupie, gorszego zająć nie można było, bo Angolki, Chinki i Kubanki odstawały poziomem – choć i w tych meczach, szło jak po grudzie, lub też jak krew z nosa itp. 

W poniedziałkowy wieczór oglądaliśmy inna drużynę. Polskę walcząca, oddającą serducho i mnóstwo energii, w to by powstrzymać ofensywę przeciwniczek. To, co jest piękne, a zarazem niekorzystne dla zdrowia polskiego kibica to huśtawka nastrojów. Polska piłka ręczna to gwarant emocji do końca na najwyższym poziomie, bo ileż to już przeżywaliśmy tych wyczerpujących momentów, w których albo odrabialiśmy straty i wygraliśmy mecze, albo drżeliśmy o końcowy rezultat, albowiem przeciwnik zbliżał się nieubłaganie?

Nie będę tu się trudził na jakąś analizę, bo i nie posiadam nazbyt wielkich kompetencji w tym zakresie, a i nie ma potrzeby. Teraz pozostaje nam się cieszyć i wierzyć w dziewczyny, bo mogą, potrafią i chcą. A my bądźmy i kibicujmy! Bo czy taka nie jest rola kibica?

niedziela, 6 grudnia 2015

Gdzie się podziały ciekawe rozmowy ze sportowcami?


Inspiracją do napisania tekstu był ostatni felieton Krzyśka Ignaczaka dotyczący tego, co i w jaki sposób siatkarze (sportowcy) komunikują się z mediami. Zdaniem polskiego zawodnika rozmowa z dziennikarzami ma bardzo szablonowy przebieg, a odpowiedzi są zwykle schematyczne, a bardzo często zdarza się, że odpowiedzi są przygotowane wcześniej. A pomeczowe wypowiedzi to utarte frazesy, pewne reguły, które zawodnik posiada w swoim repertuarze i stosuje w zależności od sytuacji, tego czy w tym tygodniu mecz okazał się wygrany lub tez przegrany. 

Jaka jest tego przyczyna? Mistrz świata w siatkówce oprócz marketingu, wygładzenia wizerunku podaje także zbyt małą ilość czasu na konkretna rozmowę. Bez dwóch zdań ma racje. Moim zdaniem to właśnie czas jest największą przyczyną, że pomeczowe wypowiedzi niewiele się od siebie różnią. 

W swoim życiu miałem tę przyjemność, by moc sprawdzić się w roli dziennikarza. Dlatego wiem, że czas ma znaczenie, bo te krótkie wypowiedzi po meczu tak naprawdę dotyczyły konkretnego spotkania. Piec czy siedem pytań, o tym dlaczego mecz udało się wygrać, który element najlepiej funkcjonował, co wymaga poprawy i jakie plany na najbliższy tydzień ma drużyna. Tak to mniej więcej wyglądało. Do tego trzeba było złapać zawodnika z jednego i drugiego obozu, by zachować obiektywizm. Czasu za wiele nie ma, bo zawodnicy nie mają możliwości półgodzinnej rozmowy po meczu z rożnych względów. Po drugie strasznie wzrosła ilość dziennikarzy. Każdy pragną mieć swój materiał. Tym samym pytania się powtarzają, wiec siatkarze ciągle gadają to samo, bo nie ma większego sensu jeszcze się wysilać, skoro i pytania są sztampowe. I jeszcze inny argument. Wyścig informacyjny w mediach, kto szybciej opublikuje rozmowę, która musi się ukazać kilka chwil po zakończonym meczu. Tak działają dzisiaj media, kto pierwszy ten lepszy, ten zdobędzie więcej odsłon, co koniec końców prowadzi do zarabiania większej kaski.
A i od tego może powinienem zacząć są jeszcze kibice, którzy pragną zdobyć autograf i zdjęcie i to oni maja pierwszeństwo u graczy, co sprawia, ze po rozdaniu kilkudziesięciu podpisów i chęci mniejsze i czasu mniej, by móc zaangażować się w rozmowę z dziennikarzem. 

Wracając do meritum dziennikarze także nie szukają sensacji, mają materiał, dostaną wierszówkę i gra gitara. Każdy jest zadowolony.
Fot. PAP
Patrząc na sprawę, jeszcze z innej strony. Co tak naprawdę ma powiedzieć sportowiec po przegranym meczu? Wszystko poszło źle, nie zagrałem dobrze i tyle. Czego się spodziewać po rozmowie z takim zawodnikiem. Na gorąco trudno jest ocenić sytuacje i powiedzieć, co poszło nie tak. Choć czasem stara się to właśnie wykorzystać, bo w przypływie negatywnych emocji zawodnik może coś palnąć.
Generalnie z pomeczowych wypowiedzi nie można dowiedzieć się niczego ciekawego. A wypowiedź z jednego tygodnia można wkleić i po kolejnym meczu, i po jeszcze następnym. Doskonale to widać w tenisie. Tam zawodnicy po wygranym turnieju mają wręcz tą samą śpiewkę. Dziękują organizatorom, sponsorom, swojej drużynie, rywalowi za dobry mecz i oczywiście dziękują kibicom za wsparcie. I na koniec zawsze slogan: mam nadzieje, że wrócę tu za rok.

Z pewnością trudno o dobry i prawdziwy wywiad ze sportowcami po meczach, ale to, co lubiłem to umawiać się z nimi właśnie w innym, dogodnym dla nich czasie, na jakąś kawę czy herbatę i dłużej porozmawiać. I wtedy jest szansa na ciekawą rozmowę, bo każda ze stron może się przygotować, i co ważne, wtedy następuje nawiązanie kontaktu. Nikt nie traktuje drugiej strony taśmowo, każda poświęciła swój czas, i każda chce w tym miejscu się znaleźć (może sportowiec nie zawsze, ale ostatecznie dal się zaprosić). Nie załatwia się tego hurtowo, a traktuje się drugą stronę w rozmowie indywidualnie. I to może być olbrzymim plusem. Bo tworzy się zaufanie, buduje się pewną nić porozumienia. Sportowiec może się otworzyć i powiedzieć coś więcej. 

I na koniec, to co jest ważne to przygotowanie dziennikarza do rozmowy. Bez tego ani rusz, to także bardzo dobry sposób, by zaimponować sportowcowi. Nie ma co ukrywać każdy z nas jest próżny i lubi łechtać swoje ego. A dobre rozeznanie, to że nie rozmawia się z byle kim, że prowadzący ma pojecie, interesuje się dokonaniami swojego rozmówcy jest pomocne, jest bazą do niestandardowej rozmowy.

Choć nie param się już dziennikarstwem i nie latam z dyktafonem, to dzięki działalności w Kole Naukowym Psychologii Sportu UKW (wybaczcie za promocje) nadal stykam się ze sportowcami i prowadzę z nimi spotkania. Dzięki temu wiem, że atmosfera w jakiej prowadzi się rozmowę jest istotna, a odpowiednie przygotowanie jest równie ważne jak  po prostu chęć poznawania drugiego człowieka, a nie szukania sensacji. Wtedy niewątpliwie pojawi się szansa, że sportowiec się otworzy, szczerze powie co i jak, pozwoli sobie na więcej, wyjdzie ze schematu i odłoży na bok ten wygładzony wizerunek. Jest szansa na ciekawa rozmowę, a my będziemy cenić u niego naturalność i szczerość. I w taki właśnie sposób będziemy go postrzegać, co będzie miało dla nas pozytywne konotacje oraz tak też będziemy go odbierać w przyszłości.