poniedziałek, 19 października 2015

Najlepsi na świecie, nie najlepsi w Europie. Francuzi po raz pierwszy mistrzami Europy!

W trzecią niedzielę października odbył się finał tegorocznych mistrzostw Europy w siatkówce mężczyzn. Finał, w którym polscy kibice mieli nadzieję oglądać Polaków, mistrzów świata. Nic z tego. Nasze medalowe oczekiwania brutalnie przerwano w ćwierćfinale, w którym to biało-czerwoni nie sprostali ekipie Słowenii, o której będzie jednak troszkę później.

Wracając do podopiecznych Stefana Antigi. Turniej w Bułgarii okazał się być dla nas nieudany. Bez owijania w bawełnę i używanie eufemizmów. Piąte miejsce w obecnym czasie to dla nas porażka. Półfinał to był plan minimum, który trzeba było zrealizować. Osobiście jednak, z trudem, bo z trudem, ale przeżyłem to rozczarowanie. Akurat wynik w tej imprezie, w tym sezonie nie był dla mnie szczególnie istotny.

Patrząc jednak globalnie na cały sezon 2015. Ocena nie może być pozytywna. Podstawowe zadanie, jakim był awans na igrzyska olimpijskie z Pucharu Świata nie zostało wykonane. Niestety. O tej imprezie szerzej pisałem w tekście "Miłe złego początki Pucharu Świata siatkarzy. Mistrzowie Świata bez kwalifikacji :("

Ujmując to wszystko w szerszym kontekście, najgorsza jest występująca pewna prawidłowość, ciągnąca się właściwie od 2006 roku: po wielkim sukcesie reprezentacji Polski, w kolejnym sezonie przychodzi do obniżenia poziomu i gorszych rezultatów. To niepokoi i martwi.

Martwi też  sposób selekcji zawodników dokonywany przez francuski sztab, w szczególności mam tu na myśli obsadę rezerwowego atakującego, który byłby cenny w starciu ze Słowenią, ale także podczas meczów w PŚ. Rozdrapywanie ran i szukanie winnych nie ma sensu, a nasi szkoleniowcy to mądrzy ludzie i tego błędu już nie popełnią.

Co się stało to się nie odstanie. Trzeba patrzeć w przyszłość. Z optymizmem, że będzie lepiej. A powinno, bo tę drużynę stać na wygrywania ze wszystkimi. To wiemy. Ważne, żeby i oni uwierzyli i pokazali to na parkiecie. Teraz przed wszystkimi związanymi z siatkówką, czyli nami kibicami, sztabem szkoleniowym i zawodnikami najważniejszy będzie styczniowy turniej kwalifikacyjny do IO w Berlinie.
Fot. CEV
Tyle o Polakach. Czas na Słowenią. Zespół, który pokonał biało-czerwonych w ćwierćfinale. Zespół, który sięgnął po wicemistrzostwo Europy. Zespół, który był prawdziwą rewelacją turnieju. Zespół, który był właśnie zespołem. Od początku do końca. I słowo zespół wydaje się być najważniejsze. Trener Andrea Giani potrafił poukładać siatkarzy, stworzyć z nich zespół, gdzie każdy wiedział, za co był odpowiedzialny. Słoweńcy kolektywem sięgnęli po srebrne medale. Mieszanka doświadczenia i młodości zrobiła swoje.W przypadku ćwierćfinałowej wygranej z Polakami można jeszcze było mówić o przypadku i farcie, ale dodając kolejne zwycięstwo, bijąc w półfinale reprezentację Italii 3:1 z pewnością o szczęściu i dyspozycji dnia mówić nie można. Giani potrafił wszczepić w nich syndrom zwycięzców.

I na koniec, słowo o mistrzach. Nowych mistrzach Europy, którymi zostali siatkarze Francji. Kiedy dla biało-czerwonych skończył się turniej to moje serce mocniej zabiło przy spotkaniach Trójkolorowych i to im kibicowałem. I taka mała satysfakcja i odrobina radości po ostatniej piłce finałowego starcia ogarnęła i moją osóbkę. Oceniając grę Francuzów mogę napisać to samo, co po triumfie tej ekipy w tegorocznej Lidze Światowej. Potrafią wygrywać nawet wtedy, kiedy nie idzie im dobrze. Zdobyli tę umiejętność walki i wiary w zwycięstwo w momentach, kiedy się nie układa, a wszystko idzie jak po grudzie. Siła woli sprawia, że osiągają szczyty swoich możliwości. Trójkolorowi wygrali wszystkie mecze czempionatu, wygrali dwie imprezy w sezonie, kto wie, co by było gdyby zagrali w Pucharze Świata... Z przyjemnością ogląda się grę tej reprezentacji. Pewna nonszalancja, polot w grze, nieustanna radość i determinacja. I potwierdziło się, że będą groźni. Baa! Oni są groźni już teraz, choć wydaje się, że to jeszcze nie jest pełnia ich możliwości.
Fot. CEV
Słowem zakończenia związane będzie z polską kadrą. Najgorsze, co teraz można zrobić to zacząć się bać. Strach ma wielkie oczy. I z pewnością, po takim rezultacie w europejskim czempionacie są powody do niepokoju. A wszystko dlatego, że styczeń w Berlinie jest coraz bliżej i niestety, jawi się mgliście. Trzeba jednak pamiętać, że po burzy przychodzi słońce. Zawsze!

2 komentarze:

  1. Nie udało się zrealizować głównego celu (jeszcze!) jakim jest awans na IO, więc sezonu do super udanych zaliczyć nie możemy. Z drugiej strony nie było aż takiej utraty jakości naszej drużyny, jaka miała miejsce przy poprzednich trenerach (a skład zespołu znacznie się zmienił). Widzę i plusy, i minusy minionych miesięcy. Mam nadzieję, że w styczniu awansujemy i o wszelkich minusach sezonu 2015 będziemy mogli zapomnieć i zacząć przygotowania do Rio. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przed styczniowym turniejem będziemy przyglądać się siatkarzom w Plus Lidze. Myślę że ich klubowa gra będzie mocno polaryzować na kadrę. Ważne aby od początku mieli znów ten głód do gry o ważne cele. Nie uważam jednak że sezon reprezentacyjny 2015, został kompletnie przegrany. Gdybyśmy zajmowali odległe pozycje w każdej z trzech imprez, to wtedy moglibyśmy mówić o porażce. Głęboko wierzę w awans do IO. z berlińskiego turnieju.

    OdpowiedzUsuń