czwartek, 29 października 2015

Subiektywny ranking najciekawszych transferów do PlusLigi w sezonie 2015/2016

Skoro znamy tegorocznego triumfatora Superpucharu Polski siatkarzy to znaczy, że inauguracja PlusLigi zbliża się wielkimi krokami. Zespoły nie próżnowały w trakcie okienka transferowego i każdy klub starał się pozyskać najlepszych zawodników, rzecz jasna na miarę swoich możliwości.

Jednym z głośniejszych, o ile nie najgłośniejszym transferem okazał się być powrót Bartosza Kurka do Polski. Nie, nie do Bełchatowa a do Rzeszowa, do tam reprezentant kraju postanowił kontynuować karierę po zagranicznych wojażach.

Ja jednak na lamach bloga wybrałem pięcioro siatkarzy, którzy - mam taka nadzieje - swoją grą spełnią pokładane w nich nadzieje. W ostatnich latach trudno o ściągania do kraju nad Wisłą absolutnego światowego topu (swoją drogą część naszych siatkarzy do niego należy) pokroju Juantoreny czy Kazijskiego.  Co wcale nie oznacza, że trafił do nas drugi garnitur, choć tych naprawdę, naprawdę wartościowych w tym sezonie za wielu nie było.

Zaczynajmy!

5. Murilo Radke (Łuczniczka Bydgoszcz)
Zadziałał lokalny patriotyzm i postawiłem na transfer ekipy z Bydgoszczy, która postanowiła sięgnąć po rozgrywającego nr 3 reprezentacji Brazylii. Wydaję się, że już sam ten fakt jest dobrą rekomendacją dla jakości gry tego zawodnika, w końcu pozostaje w orbicie zainteresowań trenera jednego z najlepszych zespołów świata. Murilo Radke dał się poznać na europejskich parkietach za sprawą gry w czarnogórskim zespole Budvanska Rivijera Budva, gdzie rozgrywał bardzo dobry sezon, oby podobnie było w Łuczniczce Bydgoszcz.

4. Rafael Redwitz (AZS Częstochowa)
Z radością przyjąłem informację, że Redwitz postanowił wrócić do PlusLigi. Po pięciu latach ponownie będziemy mogli oglądać grę tego zawodnika. Przed pięcioma laty w Rzeszowie zrobił olbrzymią furorę i polubiła go cała Polska, mam nadzieję, że grając w Częstochowie będzie podobnie. Do dziś pamiętam fantastyczne rozegrania, ale przede wszystkim rozbrajający uśmiech, którym łagodził obyczaje. Oczywiście! Redwitz młodzieniaszkiem nie jest (35 lat), ale w przypadku rozgrywającego nie ma to tak dużego znaczenia, a i ze zdrowiem tego gracza w przeciągu całej kariery było nieźle, tym samym powinien być solidnym ogniwem zespołu.

3. Julien Lyneel (Asseco Resovia Rzeszów)
Wielka zagadka i być może pozycja w rankingu trochę na wyrost. Tak naprawdę trudno obiektywnie stwierdzić w jakiej obecnie formie znajduje się Lyneel, bo na parkiecie kibice nie mili zbyt wielu okazji by go oglądać. Niemniej zapamiętałem go z bardzo dobrej strony przed feralną kontuzją, której doznał w 2014 roku. Jeśli jednak u mistrza Europy nie ma już śladu po kontuzji to powinien okazać się sporym wzmocnieniem ekipy Asseco Resovii. Lyneel  dysponuje dużymi umiejętnościami technicznymi. Francuz jest niezwykle wszechstronnym zawodnikami zabezpieczając zarówno przyjęcie zagrywki, jak również dbając o skuteczność ataku na skrzydle.
Fot. Fanpage Asseco Resovii Rzeszów

2. Marcus Böhme  (Cuprum Lubin)

Działacze Cuprum Lubin nie próżnowali i godnie spisali się sprowadzając niemieckiego środkowego do zespołu. Böhme ma zastąpić Dmytro Paszyckiego i wydaje się, że Niemiec nie tylko wypełni lukę, a będzie jeszcze mocniejszym punktem ekipy z Lubina. Marcus Böhme został najlepszym blokującym mistrzostw świata, w swoim dorobku ma brązowy medal mistrzostw świata i złoto Ligi Europejskiej. Znany i uznany zawodnik na arenie międzynarodowej, oby wszystkie swoje atuty zaprezentował w Lubinie, bo nadzieje są spore, a i chce się oglądać zawodników prezentujących najwyższy poziom swoich umiejętności.
Fot. Paweł Piotrowski - Fotografia Sportowa (z fanpage'a)

1. Kevin Tillie i Benjamin Toniutti (ZAKSA Kędzierzyn- Koźle)
W zespole ZAKSY przed rozpoczęciem sezonu 2015/2016 doszło do wielu przetasowań na różnych szczeblach, ale to co najbardziej interesuje kibiców do wzmocnienia drużyny i można wywnioskować, że te są olbrzymie. W Kędzierzynie-Koźlu będzie grało dwóch tegorocznych mistrzów Europy, zwycięzców LŚ. W ZAKSIE powiało francuską opcją i z pewnością liczy się, że wraz z przyjściem Kevina Tillie i Benjamina Toniuttiego udało się zdobyć złoto – bądź co bądź Trójkolorowi wiedzą jak to się robi.

Tillie grając na pozycji przyjmującego posiada wszystkie cechy rasowego lewoskrzydłowego, bardzo dobre przyjęcie, solidny atak. Siatkarz pełniący ważną rolę w reprezentacji będący ogniwem spajającym defensywę i ofensywę, jeśli podobnie będzie w ZAKSIE to chapeau bas.

Z kolei Benjamin Toniutti jest podstawowym rozgrywającym najlepszej ekipy tego sezonu kadrowego, bez wątpienia jeden z najlepszych zawodników na swojej pozycji. W tym małym jak na siatkarza wzroście uwydatnia się olbrzymia determinacja, chęć zwyciężania, ale także finezyjne rozgrywanie, ale kiedy trzeba to także zajdzie potrzeba do chłodnej kalkulacji.
Fot. Fanpage ZAKSY Kędzierzyn-Koźle

poniedziałek, 19 października 2015

Najlepsi na świecie, nie najlepsi w Europie. Francuzi po raz pierwszy mistrzami Europy!

W trzecią niedzielę października odbył się finał tegorocznych mistrzostw Europy w siatkówce mężczyzn. Finał, w którym polscy kibice mieli nadzieję oglądać Polaków, mistrzów świata. Nic z tego. Nasze medalowe oczekiwania brutalnie przerwano w ćwierćfinale, w którym to biało-czerwoni nie sprostali ekipie Słowenii, o której będzie jednak troszkę później.

Wracając do podopiecznych Stefana Antigi. Turniej w Bułgarii okazał się być dla nas nieudany. Bez owijania w bawełnę i używanie eufemizmów. Piąte miejsce w obecnym czasie to dla nas porażka. Półfinał to był plan minimum, który trzeba było zrealizować. Osobiście jednak, z trudem, bo z trudem, ale przeżyłem to rozczarowanie. Akurat wynik w tej imprezie, w tym sezonie nie był dla mnie szczególnie istotny.

Patrząc jednak globalnie na cały sezon 2015. Ocena nie może być pozytywna. Podstawowe zadanie, jakim był awans na igrzyska olimpijskie z Pucharu Świata nie zostało wykonane. Niestety. O tej imprezie szerzej pisałem w tekście "Miłe złego początki Pucharu Świata siatkarzy. Mistrzowie Świata bez kwalifikacji :("

Ujmując to wszystko w szerszym kontekście, najgorsza jest występująca pewna prawidłowość, ciągnąca się właściwie od 2006 roku: po wielkim sukcesie reprezentacji Polski, w kolejnym sezonie przychodzi do obniżenia poziomu i gorszych rezultatów. To niepokoi i martwi.

Martwi też  sposób selekcji zawodników dokonywany przez francuski sztab, w szczególności mam tu na myśli obsadę rezerwowego atakującego, który byłby cenny w starciu ze Słowenią, ale także podczas meczów w PŚ. Rozdrapywanie ran i szukanie winnych nie ma sensu, a nasi szkoleniowcy to mądrzy ludzie i tego błędu już nie popełnią.

Co się stało to się nie odstanie. Trzeba patrzeć w przyszłość. Z optymizmem, że będzie lepiej. A powinno, bo tę drużynę stać na wygrywania ze wszystkimi. To wiemy. Ważne, żeby i oni uwierzyli i pokazali to na parkiecie. Teraz przed wszystkimi związanymi z siatkówką, czyli nami kibicami, sztabem szkoleniowym i zawodnikami najważniejszy będzie styczniowy turniej kwalifikacyjny do IO w Berlinie.
Fot. CEV
Tyle o Polakach. Czas na Słowenią. Zespół, który pokonał biało-czerwonych w ćwierćfinale. Zespół, który sięgnął po wicemistrzostwo Europy. Zespół, który był prawdziwą rewelacją turnieju. Zespół, który był właśnie zespołem. Od początku do końca. I słowo zespół wydaje się być najważniejsze. Trener Andrea Giani potrafił poukładać siatkarzy, stworzyć z nich zespół, gdzie każdy wiedział, za co był odpowiedzialny. Słoweńcy kolektywem sięgnęli po srebrne medale. Mieszanka doświadczenia i młodości zrobiła swoje.W przypadku ćwierćfinałowej wygranej z Polakami można jeszcze było mówić o przypadku i farcie, ale dodając kolejne zwycięstwo, bijąc w półfinale reprezentację Italii 3:1 z pewnością o szczęściu i dyspozycji dnia mówić nie można. Giani potrafił wszczepić w nich syndrom zwycięzców.

I na koniec, słowo o mistrzach. Nowych mistrzach Europy, którymi zostali siatkarze Francji. Kiedy dla biało-czerwonych skończył się turniej to moje serce mocniej zabiło przy spotkaniach Trójkolorowych i to im kibicowałem. I taka mała satysfakcja i odrobina radości po ostatniej piłce finałowego starcia ogarnęła i moją osóbkę. Oceniając grę Francuzów mogę napisać to samo, co po triumfie tej ekipy w tegorocznej Lidze Światowej. Potrafią wygrywać nawet wtedy, kiedy nie idzie im dobrze. Zdobyli tę umiejętność walki i wiary w zwycięstwo w momentach, kiedy się nie układa, a wszystko idzie jak po grudzie. Siła woli sprawia, że osiągają szczyty swoich możliwości. Trójkolorowi wygrali wszystkie mecze czempionatu, wygrali dwie imprezy w sezonie, kto wie, co by było gdyby zagrali w Pucharze Świata... Z przyjemnością ogląda się grę tej reprezentacji. Pewna nonszalancja, polot w grze, nieustanna radość i determinacja. I potwierdziło się, że będą groźni. Baa! Oni są groźni już teraz, choć wydaje się, że to jeszcze nie jest pełnia ich możliwości.
Fot. CEV
Słowem zakończenia związane będzie z polską kadrą. Najgorsze, co teraz można zrobić to zacząć się bać. Strach ma wielkie oczy. I z pewnością, po takim rezultacie w europejskim czempionacie są powody do niepokoju. A wszystko dlatego, że styczeń w Berlinie jest coraz bliżej i niestety, jawi się mgliście. Trzeba jednak pamiętać, że po burzy przychodzi słońce. Zawsze!

piątek, 16 października 2015

Subiektywny ranking najciekawszych transferów do OrlenLigi w sezonie 2015/2016

Tradycji musi stać się zadość, a więc wraz z inauguracją OrlenLigi zaprezentuję zestawienie najciekawszych zagranicznych transferów,  które przeprowadziły kluby przed rozpoczęciem sezonu 2015/2016. Działo się dużo, bo kilka czołowych klubów przeszło do ofensywy i planują nie tylko rządzić na krajowym podwórku, ale także w Europie.

Tak naprawdę oprócz zagranicznych gwiazd transferowym numerem jeden okazał się być powrót Katarzyny Skowrońskiej-Dolaty do Polski. Atakująca po dziesięciu latach zagranicznych wojaży wybrała Wrocław, któremu ma pomóc w walce o mistrzostwo Polski. I to Wrocław obok zespołu z Polic zaszalał na transferowym rynku. Tegoroczny sezon na transfery okazał się być udany. Pamiętam jak w zeszłym sezonie miałem problem z wyborem pięciu siatkarek, aby umieścić je w zestawieniu, taka była posucha. Teraz problemem jest tylko, które z nich mogą być na samym szczycie listy.

Cieszy, że kilka polskich klubów sięga po czołowe siatkarki świata, wcześniej zdarzały się jakieś przebłyski w tej materii, teraz jednak możemy mówić o pewnym standardzie. Szkoda, że dotyczącym nielicznych drużyn, a nie jeszcze całej ligi, ale krok po kroku. Widać światełko w tunelu.

5. Maret Balkestein-Grothues (Atom Trefl Sopot)
Gdyby nie czas i działania innych klubów to transfer Holenderki byłby tym jednym z najlepszych i najgłośniejszych. Przyjmująca jest uznaną marką na europejskiej arenie. Określana przez trenera Atomu jako siatkarka posiadająca duszę wojowniczki. Nowy nabytek Atomu  jest dwukrotną wicemistrzynią Europy. Balkestein-Grothues jest siatkarką bardzo uniwersalną: solidne przyjęcie, dobry atak, trudna zagrywka. Wydaje się, że będzie sporym wzmocnieniem atomówek. Szkoda, że tylko jedynym, bo sama Maret Balkestein-Grothues może nie wystarczyć na  rywalizację z całą gamę doskonałych siatkarek Impelu czy Chemika.

4.Carolina Costagrande (Impel Wrocław)
Zacznę od odrobiny prywaty. Włoskiej przyjmująca argentyńskiego pochodzenia to jedna z moich ulubionych siatkarek. Byłem pod wrażeniem jej gry w Scavolini Pesaro. Motor napędowy włoskiej ekipy. Fakt, te lata już dawno minęły. Niemniej 35-latka to nadal świetna siatkarka, znana na arenie międzynarodowej. Nie ma wątpliwości, że z pewnością znalazła by miejsce w każdym zespole na świecie. Costagrande to utytułowana siatkarka, która z niejednego pieca chleb jadła. Mnóstwo spotkań na najwyższym poziomie, powoduje, że nie zadrży jej ręka w najważniejszych momentach, co może być olbrzymią korzyścią dla wyników osiąganych przez Impel.

3. Helena Havelkova (Chemik Police)
Znajomości siatkarskie postanowili wykorzystać także w Chemiku Police ( jak w przypadku ściągnięcia Costagrande do Wrocławia atutem okazała się być gra Skowrońskiej-Dolaty), albowiem wraz ze ściągnięciem Joanny Wołosz do Polic trafiła inna gwiazda Unendo Yamamay, 27-letnia przyjmująca reprezentacji Czech Helena Havelkova. Wydaje się, że siatkarka jest w najlepszym momencie swojej kariery, co pewnie rozbudza nadzieje kibiców Czeszki i Chemika Police. Oprócz wysokich umiejętności czysto sportowych, pochodząca z Liberca zawodniczka jest bardzo urodziwą kobietą.
Fot. Fanpgae Chemika Police

2. Kristin Hildebrand (Impel Wrocław)
Mistrzyni świata w Polsce to naprawdę niewiarygodne. A jednak! Amerykanka postanowiła swoich sił spróbować w polskiej lidze, co z pewnością podwyższy poziom ligi. Hilderbrand obok złotego medalu MŚ jest m.in. złotą medalistką World Grand Prix 2012 czy Pucharu Panamerykańskiego. Przyjmująca zza Wielkiej Wody jest także siatkarskim obieżyświatem. Reprezentowała kluby z Rosji, Włoch, Azerbejdżanu czy Brazylii, a ostatni sezon spędziła w tureckim Fenerbahce Stambuł. Hildebrand jest bardzo wszechstronną zawodniczką, posiadającą auty w każdym elemencie siatkarskiego rzemiosła. Oprócz umiejętności czysto sportowym mam nadzieję, że zarazi nas także amerykańskim spojrzeniem na rzeczywistość obdarowując nas wszystkich szczerym, od ucha do ucha uśmiechem.
Fot. Tomasz Hołod (Gazeta Wroclawska)

1. Madelaynne Montano (Chemik Police)
Hit transferowy jakiego w OrlenLidze nie było. Baa! O tym transferze głośno byłoby także w innych ligach pokroju azerskiej czy tureckiej. Kolumbijska atakująca Madelaynne Montano to gwiazda światowej siatkówki. Ostatnie sezony spędziła w najlepszych klubach, z którymi sięgała po znaczące sukcesy. Będzie sporym wzmocnieniem zespołu z Polic i to na niej będzie spoczywał ciężar zdobywania najważniejszych punktów, ale to nic nowego dla Montano, bo taką rolę pełniła w każdym klubie, i wywiązywała się z niej wyśmienicie, zdobywając  po czterdzieści punktów w jednym meczu. Bez dwóch zdań działacze Chemika Police postarali się proponując kontrakt Kolumbijce i ściągając ją do Polski. Oby skutecznie ze swoich obowiązków wywiązała się Montano, jeśli tak będzie to polscy kibice będą mogli oglądać siatkówkę na najwyższym światowym poziomie.
Fot. SportoweFakty.pl

niedziela, 11 października 2015

Recenzja: "Grzegorz Lato" Marek Bobakowski

Grzegorz Lato - postać pełna sprzeczności w polskim futbolu. Wybitny piłkarz, sportowiec przez wielkie „S” a z drugiej strony beznadziejny działacz, nieudolny prezes PZPN. Kim tak naprawdę jest Lato? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Próbę wyjaśnienia poczynił Marek Bobakowski, który napisał biografię Grzegorza Lato wydaną przez wydawnictwo Aha.

Opowieść o życiu Grzegorza Laty zaczyna się klasycznie, od narodzin i faktu, że urodził się w Malborku. W mieście, w którym urzędował Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego i w mieście, w którym urodził się autor bloga „Po sportowej stronie mocy”. Osobiście z wielką przyjemnością czytałem ten wstęp, który wprowadził mnie w dobry klimat i ochoczo przebrnąłem przez dalsze części biografii. Nieczęsto czyta się o Malborku w innych publikacjach niż przewodniki czy podręczniki szkolne. Prawdopodobnie jednak ani za młodu, ani w późniejszych latach Grzegorz Lato nie odwiedził zamku. Zresztą w mieście niewiele się mówi o panu Lato, a osobą z która najbardziej identyfikuje się Malbork jest siatkarka Izabela Bełcik.

Tyle o Malborku, któremu poświęcono kilka wersów w biografii. Państwo Lato długo tu nie zabawili z uwagi na pracę ojca, która wymagała mobilności od całej rodziny i tym samym w ciągu dwóch lat zanotowali oni trzy przeprowadzki ostatecznie lądując na dłużej w Mielcu. I to tam zaczął rozkwitać piłkarski talent Grzegorza. Wyhamowany trochę przez przykre wydarzenie, w wieku 9 lat zawodnik przeżył rodzinną tragedię, śmierć ojca. Grzegorz pozbierał się jednak. Młody gracz postawił na futbol, bo ze szkołą nie było mu  po drodze. Co innego z grą na boisku, gdzie piął się w klubowej hierarchii. Kariera potoczyła się błyskawicznie, mając 21 lat zadebiutował w reprezentacji Polski. I właściwie od tego momentu był na ustach wszystkich polskich kibiców. Człowiek, dzięki któremu ludzie w kraju nad Wisłą oszaleli z radości.

Z biografii dowiadujemy się o wszystkich najważniejszych momentach z udziałem Laty podczas reprezentacyjnej kariery. Autor z sentymentem wspomina Mistrzostwa Świata z 1974 roku, gdzie centralną postacią był właśnie Lato (piłkarz został królem strzelców tej imprezy z 7 golami na koncie), walnie przyczyniając się do zdobycia przez kadrę 3. miejsca. Nie zabrakło też opowieści z Igrzysk Olimpijskich w Montrealu, na których Polska zdobyła srebrny medal. Rozbuchane nadzieje przytłumiła klęska z MŚ 1978, gdzie biało-czerwona ekipa zajęła 5 miejsce. Lato musiał przełknąć gorycz porażki, ale ambicja i chęć udowodnienia wszystkim swojej wielkości sprawiło, że kolejny mundial, w Hiszpanii choć ostatni w karierze Laty to okraszony kolejnym medalem.

Król strzelców z 1974 roku spijał śmietankę, zyskał uznanie aż od Szczecina po Wodzisław; wszystkich Polaków od gospodyni domowej, emeryta, ucznia, robotnika po profesora.

Bobakowski opisał także klubowe losy piłkarza. Losy, które uzależnione były tak naprawdę nie od samego piłkarza czy klubu, ale od politycznego widzi mi się partyjnych działaczy. W ten sposób swoją karierę w Polsce związał tylko i wyłącznie ze Stalą Mielec. Dlatego Lato z utęsknieniem czekał na 30 urodziny, wtedy właśnie mógł wyjechać do zagranicznego klubu. Oferty od Realu czy Barcelony były już niemożliwe, ale belgijskie Lokeren pozwoliło mu poczuć smak europejskiej piłki i solidnie wzbogacić konto finansowe. Te jeszcze bardziej zwiększyło swój dorobek po podpisaniu kontraktu z drużyną z Meksyku. Grzegorz Lato na koniec swojej kariery właśnie tam grał w zawodowy futbol. W Meksyku było jak na wakacjach, za które zapłacono z góry. Lato pokochał ten klimat, jedzenie i atmosferę. Zagraniczna aura służyła Lacie, więc z uwagi na nieciekawą sytuację w kraju nad Wisłą postanowił osiąść w Toronto. Tam też jednak nie zastał długo, interesy nie wypaliły, piłkarz spakował manatki i wrócił do Polski. By tworzyć, budować od postaw. By rozpocząć nowy etap w swoim życiu. Etap działacza…

Kilka fragmentów z biografii:

„Lato nie był wzorowym uczniem. (…). Wolał przedmioty ścisłe, głownie matematykę i fizykę, niż humanistyczne. Cierpiał męki zwłaszcza na lekcjach języka polskiego. Miał problemy głównie z ortografią. Nie potrafił przyswoić podstawowych zasad, a jego nauczyciel dostawał szewskiej pasji, gdy miał sprawdzać jego dyktando. „Ożeł”, „hólajnoga”, czasem i „wkrótce” – takie błędy u Grześka na porządku dziennym. Jedynie słowa „piłka nożna” pisał bezbłędnie. Nawet obudzony w środku nocy potrafił bez jęknięcia powiedzieć jakiego „żet” trzeba użyć”.

„Pewnego słonecznego dnia Lato pędził na trening, gdy zatrzymała go miła staruszka. Wyciągając z siatki duży kawał pasztetowej, wykrztusiła wzruszona: „Grzesiu, zjedz sobie, dajesz mi tyle radości, że będę zaszczycona, jeśli przyjmiesz ten prezent. Trudno jest teraz cokolwiek dostać w sklepach”. Po takich słowach piłkarzowi aż głupio było tłumaczyć, że jako zawodnik klubu miał dostęp do takich produktów o jakich przeciętny Kowalski nawet nie mógł pomarzyć. Dla niego kawałek pasztetowej nie był takim rarytasem, jak dla tej babci”.

„Lato po latach jeszcze jedną historię związaną z niezbyt lubianym przez niego Gmochem. Kiedy selekcjoner dostrzegł, że zespół nie do końca go słucha, że nie rozumie ciągłych zmian zarządzanych przez trenera, że atmosfera „siadła”, po jednym z treningów wszedł do szatni i krzyknął na cały głos: „Panowie, pakujmy się w autobus i jedziemy wszyscy rozluźnić się do burdelu”.  W szatni zapanowała totalna cisza. Piłkarze patrzyli na siebie, aby upewnić się, że się nie przesłyszeli. ,,Do burdelu? Do burdelu? – szeptali między sobą”.

„Wylot do Brukseli odbył się w pełnej konspiracji. Piłkarz został zmuszony do takiego zachowania. Po zakończeniu rozmów na linii ministerstwo – prezes Lokeren, okazało się, że w umowie wpisano datę wyjazdu piłkarza nie po sezonie ligowym, a dopiero po igrzyskach olimpijskich w Moskwie, które odbywały się między 19 lipca a 3 sierpnia. Był to o tyle zaskakujący paragraf, że reprezentacja Polski nie uczestniczyła przecież w turnieju olimpijskim  (…). W konspiracji zdobył paszport („po znajomości” – jak sam przyznał), potem dzięki kolejnym „układom” kupił bilet lotniczy, co w tamtych czasach graniczyło wręcz z cudem. 18 lipca wylądował w Belgii. Ponad dwa tygodnie wcześniej, niż zakładała umowa”.


Zanim na dobre zaczęła się przygoda z polityką, Lato szukał innej drogi po sportowym życiu. Autor publikacji wspomina jeszcze trenerski epizod zawodnika urodzonego w Malborku. Lato jednak kariery szkoleniowej nie zrobił i szybko musiał szukać innego źródła dochodu. Intratnego, bo były piłkarz przyzwyczaił się już do życia ponad stan. A ten mogła zagwarantować tylko kariera polityka. Bobakowski w tej części właściwie opisuje to, o czym kibice i starsi i młodsi dość dobrze wiedzą. Senator Lato, po kolejnych nieudanych próbach dostania się do Senatu podejmuję rywalizację o fotel prezesa PZPN.

Opisane zostały zakulisowe rozmowy, podchody i wszystkie akcje sojuszników prezesa Laty do tego by stanął na czele związku. Opowieści ciekawe, bo prezentowane ze strony najbliższych współpracowników. Autor biografii Laty dość sprawnie przedstawia wszystkie najważniejsze afery za czasów panowania prezesa Laty. Była to prezesura barwna, ale oceniana niemal przez wszystkich znających się na futbolu jako dramatycznie kiepska. W książce przeczytamy jak to się stało, że Orzełek zniknął z koszulek reprezentacji Polski i ile pieniędzy zostało w ten sposób wyrzucone w błoto. Sporo uwagi poświecono także sprawie podpisywania dziwnych kontraktów, wakacjach w RPA na koszt.. na pewno nie prezesa. Autorowi biografii na uwadze nie uszła także afera nagraniowa przy okazji budowy nowej siedziby PZPN-u, która skończyła się zwolnieniem... sekretarza generalnego Zdzisława Kręciny.

W książce nie mogło zabraknąć kompromitujących momentów, w których do śmiechu było tylko prezesowi Lato. Cała Polka spaliła się ze wstydu oglądając rekord Laty na setkę, czy też sprawne posługiwanie się językiem angielskim. Mniejszych czy większych afer za kadencji Laty było znacznie więcej, część z nich szerzej komentowana w mediach jak na przykład dotycząca zwolnienia trenera Leo Beenhakkera, które miało miejsce w trakcie rozmowy sternika PZPN-u z dziennikarzem.

Jest jedna historia, o której nie wiedziałem. I tak naprawdę niewiele osób wiedziało, bo sprawa była ściśle tajna, a rozgrywała się przed Euro 2012, właściwie godziny przed rozpoczęciem piłkarskiego święta w naszym kraju, które mogło zostać zakłócone. Nie, nie sprawa nie dotyczyła biletów, ale udziału w turnieju trzech polskich piłkarzy, właściwie jeszcze nawet nie do końca polskich..., ale wszystkich zainteresowanych odsyłam do lektury.

Warto wyróżnić sposób prowadzenia narracji przez Bobakowskiego. Prosty, dynamiczny język, bez zbędnych opisów. Kawa na ławę, bez owijania w bawełnę. Ponadto autor nie przejaskrawia sytuacji. Przedstawia wszystko tak jak jest, a to za sprawą komentarzy i wspomnień osób, które miały kontakt z Grzegorzem Lato. Dzięki temu ukazano realny obraz człowieka, bez słodzenia, bez wybielania. Twórca biografii czytelnikowi pozostawia ocenę Grzegorza Laty. A ta nie może być oczywista. Grzegorz Lato piłkarzem był fantastycznym, fenomenalnym, który kolejnymi zdobytymi bramkami sprawiał radość milionom rodakom. Grzegorz Lato - prezes kojarzy się z partactwem, nieudolnością, obłudą i brakiem ogłady, z której śmiano się nie tylko w naszym kraju. 

Opowieść o życiu Laty jest dobra, jednak wydaje się, że mogłaby być lepsza, szczególnie dla starszego kibica, dla którego trudno o coś odkrywczego w tej publikacji. Choć historia z prezentem urodzinowym dla  Andrzeja Szarmacha zaskakuje i śmieszy. Niemniej autora biografii należy pochwalić za zebranie solidnego materiału dziennikarskiego i sięgniecie głębiej do archiwum medialnego. Brak pewnej dociekliwości, ale i większej pracy twórczej, w postaci zdobycia własnych informacji dotyczących życia Grzegorza Laty, trochę obniża jakość. Wydaję mi się, że dla dziennikarza pokroju Bobakowskiego nie byłoby zbyt dużym problemem, aby zdobyć kontakty i wykonać parę telefonów to tych i tamtych osób.

Biografia Grzegorza Laty i ta realna i ta spisana przez Bobakowskiego dzieli się na dwa etapy. Bo Lato to człowiek o dwóch twarzach i jak głosi opis z okładki: „Dwubarwna biografia wielkiej dwubarwnej postaci polskiej piłki”. Piłkarska – dobra i polityczna – zła. Czy dobry piłkarz zawsze będzie złym działaczem? Poczekamy zobaczymy jak w rej roli sprawdzi się Zbigniew Boniek. To już jednak inna historia. Niemniej tę stworzoną przez Bobakowskiego czyta się dobrze. W sam raz, gdy lato przeminęło…

Moja ocena: 3,5/5

„Grzegorz Lato”, Marek Bobakowski, Wydawnictwo Aha, Łódź 2015

piątek, 2 października 2015

ME siatkarek: Ósemka wszystkim i niczym

Mój komentarz podsumowujący poczynania reprezentacji Polski prowadzonej przez Jacka Nawrockiego:

Bez komentarza. Szkoda po raz enty pisać to samo...


Nawrocki trenerem polskich siatkarek... 

Za wysokie progi jak dla... - Polki nadal w II dywizji WGP
Zmiany prowadzące donikąd...


Amen. Czekam do stycznia. Jak głupi z nadzieją. Bo nadzieja kibica umiera ostatnia.