sobota, 26 września 2015

Recenzja: "Pavel Nedvěd. Piłkarze odchodzą, mężczyźni zostają. Czyli moje zwyczajne życie" Pavel Nedvěd

W historii futbolu są piłkarze, którzy nie strzelali gola za golem, tacy którzy nie zasłynęli z niezliczonych rajdów i nietuzinkowych zwodów lub tacy, którzy nie dawali pożywki opinii publicznej. A mimo wszystko są wybitnymi piłkarzami, wzbudzają sympatie i pozostają w naszej pamięci. To tego grona z pewnością można zaliczyć Pavla Nedvěda, jednego z najwybitniejszych czeskich piłkarzy. Z historią urodzonego w Czechosłowacji piłkarza możemy zapoznać się dzięki wydawnictwu SQN, które zdecydowało się wydać autobiografię Nedvěda o jakże znamiennym tytule: „Piłkarze odchodzą, mężczyźni zostają, czyli moje zwyczajne życie”.

Tytuł odwołuje się do wypowiedzi zawodnika, który podjął decyzje, że zostanie w Juventusie Turyn mimo degradacji klubu do Serie B. Nedvěd w trudnej dla klubu sytuacji postanowił nie opuszczać tonącego okrętu i obok innych znakomitych piłkarzy: Buffona, Del Piero, Camoranesiego i Trezegueta zdecydował się rywalizować w niższej lidze, aby moc przywrócić Juventusowi należne mu miejsce w Serie A. Nikogo zatem nie powinno dziwić, jakim szacunkiem darzony jest w Turynie, ale Pavla Nedvěda szanuje każdy kibic piłki nożnej śledzący jego zmagania w lat ‘90 i na początku XXI wieku. Olbrzymia determinacja, walka do ostatniej sekundy, niebagatelna chęć zwycięstwa i chart ducha budził zachwyt nawet u rywali zza miedzy. Żelazne płuca i wielkie serce Pavla Nedvěda.

A jak wyglądało to zwyczajne życie Czecha? O tym możemy się przekonać czytając historie, której początkiem jest… koniec kariery Pavla Nedvěda. To dosyć modny zabieg w autobiografiach sportowców. Opowieść rozpoczyna  się od 31 maja 2009 roku, czyli daty rozgrywania ostatniego meczu, w którym wystąpił. Na kolejnych stronach autor wyjaśnia, jak to się stało, że dotarł właśnie do tego miejsca. Futbolem zaraził się od ojca, który grywał w drugoligowym zespole. W wieku 5 lat zaczął treningi w TJ Skalna. Później była Sparta Praga marzeniu wielu czeskich piłkarzy, ale tam trafiali najlepsi, najzdolniejsi, czyli młody Pavel. Historia, który zaczęła się w Skalnej a zakończyła się w Turynie.

Nedvěd w autobiografii opisal początek swojej futbolowej drogi, o życiu w Czechosłowacji. Tym samym nie uciekał od tematów politycznych. Opowiadział o rodzącej się demokracji, o walce o wolność słowa, w której brał udział oraz komentuje decyzje o rozpadzie Czechosłowacji. Nie uświadczymy tam jednak politycznej debaty, tak jak nie uświadczymy sensacji rodem z tabloidów dotyczących życia prywatnego piłkarza. Nie oznacza to jednak, że w książce nie ma ani słowa o rodzinie. Wręcz przeciwnie! Jest o niej całkiem dużo. Wspominał swoich rodziców, niezwykle zapracowanych, zapewniając byt całej familii oraz dziadków, którzy poświecili mu sporo uwagi, wychowując na prawego człowieka. Opoką dla Pavla jest jego żona Ivana i dzieci. Nedvěd bardzo często o nich napomykal. Stanowią dla niego bazę. Są źródłem wsparcia i możliwością ucieczki od futbolowych problemów. Rodzina daje mu radość i szczęście. Z książki dowiadujemy się jak wiele dla miłości skłonny jest zrobić czeski piłkarz, do jakiego kłamstwa musiał się dopuścić by zdobyć ukochaną lub też jak z dużej sumy pieniędzy był w stanie zrezygnować, aby nie burzyć porządku rodzinnego.

W autobiografii nie mogło zabraknąć rozdziałów dotyczącej przygody we Włoszech, bo to właśnie tam wniósł się na piedestał. Najpierw w Rzymie w barwach Lazio, a później przywdziewając koszulkę „Starej Damy”. Nedvěd przedstawia trenerów, których spotkał na swojej drodze, za sprawą, których mógł doskonalić swoje umiejętności, z którymi święcił największe triumfy: Svena Gorana Erikssona, Marcello Lippiego, czy Fabio Capello.

Nedvěd opowiada też co sądzi o piłkarzach, z którymi przyszło mu rywalizować na stadionach świata. Znajdzie się coś o Zlatanie Ibrahimoviciu, wspomina Zinedine'a Zidane'a, komentuje wyczyn Cafu, który zafundował mu potrójne sombrero, będzie też kilka słów o milczącym koledze z pokoju Gianluce Zambrottcie.

Kilka cytatów z autobiografii:

,,Gdy myśli się o tym teraz, wszystko wydaje się bardzo odległe i fakt, że piłkarz brał udział w rewolucji, był częścią przełomowego momentu w historii swojego kraju, wydaje się co najmniej dziwny. Rzecz w tym, że sportowiec to także młody człowiek z ideami, w które wierzy. Nie zrobiłem nic, czego później mogłem żałować. Po prostu wyszedłem na ulicę razem z wieloma innymi osobami, by domagać się wolności - tej samej, która po drugiej stronie granicy była czymś zupełnie normalnym”. 

„Tamto lato w Anglii odmieniło zarówno moje życie, jak i życie Ivany – wydarzyły się tam rzeczy, które nas uszczęśliwiły i zmieniły w dorosłych ludzi. Wiem, że w kwestii  obecności żon i narzeczonych piłkarzy na długich zgrupowaniach zdania są podzielone. Niektórzy sądzą, że nie jest to najlepsze wyjście – pamiętam skandal w reprezentacji Holandii, kiedy okazało się, że zawodnicy mają manię uprawiania seksu przed meczami. Dla mnie nigdy nie był to problem – uważam, że profesjonalny sportowiec powinien znać granice i wiedzieć, jak najlepiej przygotować się do spotkania”.

"Gdy zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, żeby coś zjeść i wypić, ów samochód przyjechał za nami. Wyszła z niego czwórka chłopaków, fanów Juve. Pochodzili z Padwy. Rozpoznali nas na obwodnicy i postanowili jechać za nami, nawet kosztem zrobienia w nocy dodatkowych 200 kilometrów - a uwierzcie mi, wyglądali na ludzi, którzy następnego dnia rano muszą wcześnie wstać i iść do pracy. Podeszli do nas i byli bardzo podekscytowani, a jeden z nich opowiedział mi coś niesamowitego i pięknego. Pokazał mi swoje lewe przedramię, na którym widniał duży tatuaż - imię PAVEL, napisane wielkimi literami. Zacząłem się śmiać i zapytałem, czy to ze względu na mnie. Przytaknął. Powiedział, że uhonorował mnie nie tylko tym tatuażem, ale także nadaniem tego imienia swojemu synowi."

„Z derbami związane jest też pośrednio wspomnienie jednego z najważniejszych spotkań w moim życiu. Ja i Damiano Tommasi, laziale i romanista, zostaliśmy wybrani, by spotkać się z papieżem w Watykanie i przemówić do młodzieży. Jan Paweł II zawsze stanowił dla mnie punkt odniesienia i gdy zapytał mnie o moje dzieciństwo, byłem zdumiony wrażliwością i uwagą, jaką ten wielki człowiek przywiązywał do moich słów – do słów młodego piłkarza”. 


Zawodnik urodzony w Chebie wraca pamięcią do występów Euro 96. Pierwszego turnieju dla reprezentacji grającej pod czeską flagą. Niezapomniane, kapitalne Euro, albowiem debiutancki występ czeskiej reprezentacji z Nedvědem w składzie zakończył się wyśmienicie – wicemistrzostwem Europy (porażka 1:2 w finale z Niemcami). Czytelnik dowie się jak bardzo sztab szkoleniowy wierzył w swoich piłkarzy oraz jakim dodatkowym zajęciem parał się piłkarz umilając swój czas podczas pobytu na zgrupowaniach.

Zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Pragnienie wygranej w tych rozgrywkach było bardzo mocne i wciąż boli Czecha nazywając je koszmarem, z którym zmaga się po dziś dzień. Tytuł, którego nie posiada w swojej bogatej kolekcji. Najbliżej sięgnięcia po to trofeum był w 2003 roku… Juventus grał znakomicie. W pokonanym boju zostawili Barcelonę czy Real. Ale półfinałowe starcie z Królewskimi było dla Nedvěda osobistym dramatem. Piłkarz otrzymał żółtą kartkę, która wykluczyła go z wielkiego finału. Rywalizację z AC Milan oglądał z trybun. Mógł tylko bezradnie przyglądać się jak koledzy z drużyny przegrywają Ligę Mistrzów po rzutach karnych. Na otarcie łez kilka miesięcy później został nagrodzony Złotą Piłką. Skłonny był nawet do tego, aby oddać Złotą Piłkę, by móc sięgnąć po zwycięstwo w Lidze Mistrzów, ale jednak nie na tyle by zmienić barwy na konkurencyjne. W 2009 roku odrzucił ofertę Interu Mediolan prowadzonego przez José Mourinho, który obiecał, że z Czechem w składzie wygrają Ligę Mistrzów. Inter tytuł ten zdobył w sezonie 2009/2010, ale szacunek piłkarskiego świata zdobył Nedvěd przekładając honor nad dobra materialne. To w dzisiejszych czasach nie zdarza się często.

Lektura ta przypomina, że nie zawsze trzeba pędzić za pieniędzmi,glorią chwały i uznaniem mediów. Skromność, zaangażowanie, szacunek i ciężka praca to wyznawane przez Nedvěda wartości. Po prostu można robić swoje, czerpać z tego przyjemność i żyć zgodnie z własnym sumieniem. Dawał z siebie wszystko, wciąż biegając. Nie poddając się. Oby więcej takich zwyczajnych ludzi, w tym już coraz mniej zwyczajnym świecie.

Moja ocena: 3,5/5

„Pavel Nedvěd. Piłkarze odchodzą, mężczyźni zostają. Czyli moje zwyczajne życie”, Pavel Nedvěd, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2015


Za możliwość przeczytania dziękuję:

środa, 23 września 2015

Miłe złego początki Pucharu Świata siatkarzy. Mistrzowie Świata bez kwalifikacji :(

Tunezja, Rosja, Argentyna, Iran, Wenezuela, Kanada, Egipt, Australia, Stany Zjednoczone, Japonia – z tymi rywalami uporali się polscy siatkarze podczas tegorocznego Pucharu Świata. Dziesięć wygranych spotkań z rzędu. Do dziś byli niepokonani w japońskim turnieju. 23 września 2015 roku w ostatnim dniu PŚ pokonali nas Włosi. Nie to jest najgorsze, najgorszy jest brak awansu do igrzysk olimpijskich w Rio. I sport po raz kolejny pokazał jaki potrafi być piękny, a dla biało -czerwonych okazał się być brutalny.

Nie wnikam ile nam zabrakło, czy jednego seta lub  dużego czy małego punktu. To nie jest dla mnie najważniejsze. Najważniejsze nie jest też trzecie miejsce zdobyte w Pucharze Świata. Jasne. Oczywiście! To przecież medal na międzynarodowej imprezie, ale medal tak naprawdę nic nie wnoszący, a widząc reakcje niektórych polskich siatkarzy śmiem twierdzić, że przynoszący im więcej smutku niż radości.

Puchar Świata 2015 okazał się być bolesny dla Polaków. Padliśmy ofiarą impertynenckiego, nieudanego przepisu. Zidiociałe zmiany przepisów dokonanych przez jakże mądrych działaczy FIVB, które zmieniono właśnie na czas tego turnieju ustalając, że z Pucharu Świata zamiast trzech ekip na awans na igrzyska wywalczą tylko dwie (dwie z dwunastu, najlepszych drużyn).

Pisałem o tym przy podsumowaniu zawodów w wykonaniu pań: Trzy bilety były chyba optymalne, ale też były dobrą nagrodą dla zespołów, które tak długo muszą męczyć się w tych zawodach. W ciągu 16 dni do rozegrania jest aż jedenaście spotkań. Najbardziej wyczerpujący turniej, który szczyci się właśnie tym, że jest szansą na zdobycie kwalifikacji, tylko szkoda, że tak mało.

Tyle o regulaminie, bo on był znany wcześniej. Mam tylko nadzieję, że będą zmiany. Zmiany, które dotkną całego systemu kwalifikacyjnego do igrzysk olimpijskich. Zasady kwalifikacji w siatkówce są kiepskie, nie promujące najlepszych reprezentacji, wyczerpujące dla siatkarzy. Żeby nie było, że krytykuję i nie daję własnych pomysłów. Przedstawiam. Najbardziej radykalna wersja zakładałby rezygnacje z rozgrywania mistrzostw Europy na rok przed IO (imprezą docelową byłby PŚ i na niej można byłoby zdobyć  trzy bilety). Kolejne bilety dla mistrzów swoich kontynentów (5 biletów). Jeden dla mistrza świata. Jeden dla gospodarza. Dwa bilety byłyby do wywalczenia podczas turnieju interkontynentalnego rozgrywanego w roku igrzysk, w którym udział wzięłoby sześć najwyżej sklasyfikowanych zespołów w rankingu FIVB.

Fot. FIVB
Tak to widzę – wersja mocno uproszczona, ale sprawiająca, że każdy sezon jest ważny. Czy to z powodu samego awansu na IO czy punktów do rankingu. Ponadto ograniczający dodatkowe turnieje, a tym samym uszczuplający kalendarz siatkarek i siatkarzy.

Nie ma co ukrywać, że zbliżające się mistrzostwa Starego Kontynentu będą mało prestiżowe, i zbyt wielkiej chwały nie przynoszące, przecież za dwa lata będą kolejne. I to te zawody będą priorytetem, ale turniej kontynentalny w styczniu.

I ostatnia sprawa, może i od niej powinienem zacząć. Od roztrząsania tego co się wydarzyło, szukania winnych i głoszenia wielkiej porażki polskich siatkarzy. I tu Was zaskoczę! Nic z tego! Nie u mnie! Nasi chłopcy walczyli, dzielnie walczyli, także w tym ostatnim starciu. Pisanie o kwestii przygotowania fizycznego czy mentalnego to mrzonki. Pisza tak ci co sieją ferment. Ja nic z tego nie zobaczyłem w rywalizacji biało-czerwonych z Italią. Po prostu taki jest sport, wygrywa lepszy. Dziś lepsi byli siatkarze z Półwyspu Apenińskiego. Jeśli nasi siatkarze uderzą się w pierś i powiedzą zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, aby osiągnąć cel. To ja im wierzę, że tak jest. Nie zawsze się wygrywa. Na szczęście raz się przegrywa, i trzeba przełknąć gorycz porażki, a innym razem… aby okazja do świętowania była w RIO 2016.

I jeszcze jedno. Skandalem jest brak chociaż jednej nagrody dla jednego z naszych graczy. Choć to przy tym wszystkim to mały pikuś.

sobota, 19 września 2015

Recenzja: "Brudna gra" Nikodem Pałasz

,,Game, set and match Malewicz”. Polski tenisista zwycięzcą ostatniego turnieju sezonu – World Championships! Polska doczekała się wybitnego tenisisty! Artur Malewicz zwyciężył w Wimbledonie, był numerem jeden rankingu tenisistów, jest jednym z najlepszych tenisistów, prawdziwa czołówka tej dyscypliny. Gwiazda światowego sportu. Zdobywając mistrzostwo świata zapisał się na kartach historii, ale jego radość nie trwała zbyt długo. Kilkanaście godzin później w ekskluzywnym apartamencie znaleziono zwłoki sportowca...

Tak rozpoczyna się historia powieści kryminalnej Nikodema Pałasza. „Brudna gra” jest debiutancką powieścią autora, który w nietypowej, bo sportowej scenerii umieścił wątek kryminalny. Tłem wydarzeń jest tenisowe środowisko. Tenis ziemny określany jest białym sportem, jednak „Brudna gra” ukazuje jak naprawdę czysty jest tenis. A wybielaniem białego sportu podejmuje się inspektor Wiktor Wolski, pracujący w Wydziale do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji.

Wolski jest głównym bohaterem powieści. Czterdziestoletni oficer, historyk sztuki i niedoszły filolog, który wstąpił to policji, aby rozwiązać sprawę z przeszłości. Inspektor jest bardzo intrygującą postacią. Niejednoznaczną. Trudno stwierdzić, czy jest to tylko dobry policjant. Czasem łamie zasady i reguły, aby doprowadzić śledztwo do końca. Wolski nie brzydzi się manipulacji, szantażu czy przekupstwa, a wszystko to dla dobra śledztwa. Inspektor Wolski jest ciekawie skonstruowaną postacią, dająca uroku, tajemniczości. Może nazbyt wyidealizowany, taki trochę w amerykańskim stylu, wszystkowiedzący, wszechogarniający, będący najlepszy we wszystkim, bez słabych punktów.

Inspektor Wolski wraz ze swoim zespołem postanawia rozwiązać zagadkową śmierć tenisowego mistrza. Postępujące śledztwo ujawnia jednak zatrważające opowieści. Zataczając coraz szersze kręgi, w którą zamieszani są nie tylko działacze sportowi, ale też osoby ze świata polityki, mediów, wychodząc poza granice Polski. A informacje zdobytego w toku śledztwa obrazują jak wielkim bagnem jest współczesny sport. Przedstawione fakty potwierdzają, że w tym wszystkim nie chodzi tylko o znalezienie mordercy, sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Sprawa, za którą kryją się wielkie pieniądze. Każdy chce zarobić, każdy pragnie wzbogacić się na czyimś nieszczęściu. Ustawianie meczów jest na porządku dziennym, a w sprawę zaangażowani są wszyscy, bez wyjątku. Mafijne spółki, sportowi działacze, trenerzy i sportowcy. Obok wielki pieniędzy kręcą się także używki, alkohol, ale fajki to pikuś, gdy w grę wchodzą dopalacze czy doping. 

Sport okazuje się być bardzo brudną grą. Taki świat ilustruje nam autor „Brudnej gry”, przez dokładne, skrupulatne, czasami nawet aż nadto przydługawe opisy jesteśmy w samym środku wydarzeń. Razem z inspektorem Wolskim poznajemy historie Malewicza. Nie tą znaną z mediów, nie w taki jaki jego wizerunek stworzyła opinia publiczna. Uosobienie sportowej męskości, wzór cnót i obowiązkowości, idol wielu Polaków okazuje się być człowiekiem mający wiele za uszami. Prowadził agencje towarzyską. Brał udział w ustawianiu meczów, a na dokładkę był na dopingu i zażywał narkotyki. Taka okazała się prawda, ale prawda, która nie może wyjść na jaw. Dlaczego? Odsyłam do książki.

„Brudna gra” jest powieścią wielowątkową, choć nadrzędnym jest temat rozwiązania zagadkowej śmierci Malewicza. Niemniej pojawia się kilka innych, mniej znaczących, niekoniecznie kryminalnych. Być może dlatego by zbić czytelnika z tropu, aby tak szybko nie wpadł na rozwiązanie tajemnicy. Drugim wątkiem niezwykle ważnym jest sprawa morderstwa ojca pana inspektora, która nie daje mu spokoju.

Do plusów „Brudnej gry” z pewnością zaliczę fabułę. Interesująca i intrygująca. Niebanalna, pełna zwrotów akcji, trzymająca w napięciu i wymagająca od czytelnika ciągłego poczucia uwagi, by nie stracić wątku, by żaden szczegół nie umknął. Mnogość postaci, ale także historie kryjące się za nimi to także spory atut. Wątpliwości mam co do dialogów (szczególności tych z udziałem Wolskiego i jego współpracowników), momentami zawiewa sztucznością, tworzeniem śmieszności na siłę.

W ,,Brudnej grze” zastosowano ciekawy zabieg stylistyczny i tak wśród gwiazd sportu mamy takie sławy jak Ferender, Anderassi czy czy Cristi Rinaldiego, są także rodzimi sportowcy jak Tadeusz Majkowski czy Justyna Kowalska. Zabawne i właściwie nie byłoby się do czego przyczepić, gdyby nie fakt, iż obok aktora Piotra Adaczyka, mamy tez Kamila Durczoka, czy Daniela Olbrychskiego. Zabrakło mi tu stanowczości i potraktowania wszystkich jedną miarą, aby nazwiska jednak ujednolić.

Może to trywialne, ale po przeczytaniu tej powieści trudno nie zadać sobie pytania: ile było w niej fikcji, ale ile rzeczywistości? Po lekturze ,,Brudnej gry” obserwowanie sportowych zmagań może nie być takie samo. Czy widząc jak światowa jedynka przegrywa z mało znanym tenisistą z czwartej setki rankingu w głowie nie pojawi się myśl, że to może nie był słabszy dzień lidera?

Podsumowując „Brudna gra” to dobra książka. Debiut autora wypadł obiecująco. Mówi się, że powieść kryminalna powinna być dla czytelnika grą, dobrą zabawą, w której na podstawie przedstawionych w fabule poszlak próbować wskazać winnego. Bez dwóch zdań tego w powieści Pałasza nie zabrakło. Z wielką chęcią przystąpiłem do tej gry. A była to pierwsza połowa, albowiem Pałasz napisał także kolejną powieść: „Sam na sam ze śmiercią” osadzoną w świecie piłki nożnej, w której dalej czytelnik będzie miał okazję tropić złoczyńców wraz z inspektorem Wolskim.

Moja ocena: 4/5

„Brudna Gra”, Nikodem Pałasz, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2014

poniedziałek, 14 września 2015

Zmiany prowadzące donikąd...

Polskie siatkarki przygotowują się do mistrzostw Europy, które pod koniec września ruszają w Holandii i Belgii. Jednym z etapów przygotowań do turnieju były sparingowe potyczki z reprezentacją Turcji. Koniec końców wynik tych starć okazał się być remisowy (2:3 w sobotę i 3:2 w niedzielę dla biało-czerwonych), jednak nie o wyniki się rozchodzi, a o grę, a właściwie o brak gry pozwalającej nam marzyć o odrodzeniu się polskiej żeńskiej siatkówki.

Temat tego, co obserwujemy w żeńskiej kadrze był poruszany przeze mnie wielokrotnie. Może i to wydać się już nudne, ale dzielę się spostrzeżeniami. Tym, co wymaga poprawy i krótko mówiąc jest słabe (dlatego, tak rzadko piszę o naszych siatkarzach, bo tam wszystko przebiega zgodnie z planem i najzwyczajniej w świecie nie ma się o co martwić).

Bez bicia przyznaję, że to co działo się w sobotnim pojedynku zmusiło mnie do tego, że pomyślałem, o wyłączeniu telewizora. Tego nie dało się oglądać! Z szacunku do czytelników, aby przedstawić im jak najdokładniejszy obraz zmusiłem się do oglądania. W niedzielnym pojedynku było łatwiej i odrobinę lepiej,na tyle, że mecz ten nadawał się do obejrzenia, choć pilot od telewizora schowany był w szufladzie (aby nie kusiło).

Po meczach z Turczynkami uwidaczniają się błędy w selekcji i taktycznym ustawieniu zespołu (choć te problemy pojawiły się już na początku pracy trenera Nawrockiego, ale i poprzedni trenerzy także nie ustrzegli się błędów. Brak logiki, w tym wszystkim jest porażający. Z całym szacunkiem dla dokonań Klaudii Kaczorowskiej, ale jej umiejętności nie wystarczają na poziom reprezentacji. Pewnego poziomu po prostu się nie przeskoczy, jak to mawiał Leo Beenhakker to nie jest international level. Nie jest i nie będzie.

Strasznie irytuje mnie to, co dzieje się z obsadą lewego skrzydła. A poszukiwanie przyjmującej trwają tak naprawdę od 2011 roku. Przez cztery lata nie wychowaliśmy żadnej siatkarki, która mogłaby bez kompleksów zająć to miejsce. Ciągłe zmiany, przesuwanie zawodniczek z pozycji na pozycję, brak ciągłości i postawienie na jedną zawodniczkę, obdarzając ją zaufaniem. A tak nie mamy nic, i tak będzie przynajmniej przez kolejny rok. Trenerzy się zmieniali, ale tak naprawdę niezmienna pozostawała się koncepcja załatania luki po Małgorzacie Glince. I żaden trener sobie nie poradził. Najbliżej był Makowski, którego rezygnacje bardziej doświadczonych siatkarek zmusiły do podjęcia radykalnych kroków, a tym samym powołania młodych. Niestety tego projektu nie pociągnął Nawrocki, który wrócił do starych siatkarek, a tym samym starych pomysłów i starej wizji na odbudowę kadry, która nie ma racji bytu.

Zniesmaczony jestem tym jak potraktowane zostały trzy siatkarki, a które nie tylko powinny być w kadrze, ale nawet powinny mieć miejsce w podstawowym składzie. Chodzi mi o Aleksandrę Wójcik, jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą siatkarkę poprzedniego sezonu w naszej kadrze. Dziewczyna regularnie grająca w swoim klubie, będąca ważnym ogniwem zespołu z Legionowa. Okazuje się, ze to nie ma znaczenia, bo te, które siedzą w klubie graja w reprezentacji (czyżby kolejny brak logicznego rozumowania???). Do dziś szukam wyjaśnień dlaczego w ekipie biało-czerwonych nie ma Agnieszki Kąkolewskiej, nawet jeśli może ma słabszy sezon, to tak nie powinno postępować się z dziewczyną, która przebojem wdarła się do reprezentacji i dwóch sezonów grała w kadrze. Tak się właśnie marnuje talenty, a co więcej zraża się młodą zawodniczką do osoby trenera.  I trzecia siatkarka, która niby w kadrze jest, ale nie gra. Malwina Smarzek. Osobiście uważam, że ta zawodniczka powinna grać już pierwsze skrzypce w reprezentacji. I w obliczu tego, co stało się z Katarzyną Zaroślińską, to ona powinna ją zastąpić, a Katarzyna Skowrońska mogłaby grać dalej na lewym skrzydle (choć ten pomysł jest dla mnie średnio przekonywujący to chociaż, nie burzyłby całej koncepcji budowania zespołu w tym sezonie).
Czy te czasy jeszcze wrócą?  (Fot. PZPS)
Żałuję, że w Polsce jest obawa, aby stawiać na młode siatkarki. Nie uczymy się od innych, czołowych reprezentacji – patrz Chinki, Serbki czy Japonki. Podążanie taką drogą byłoby skuteczne, a tak jest wielka niewiadoma. Niewiadoma. Wszystko, co się dzieje wokół żeńskiej drużyny to niewiadoma. Nikt nic nie wie. Ja chyba też zaczynam coraz mniej wiedzieć…

Dla potwierdzenia. Poniżej prezentuje wyjściowe składy z ostatnich najważniejszych imprez w danym sezonie od roku 2010, kiedy to żeńska siatkówka zaczęła chylić się ku upadkowi. Zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Co rok inaczej, w innym składzie i w innym zestawieniu. Jedynie Skowrońska-Dolata grała w kadrze od 2011 roku (choć nie na tej samej pozycji). Roszady nie obeszły także takich pozycji jak rozgrywająca czy libero, bo właściwie każdy sezon rozpoczynała inna zawodniczka.

MŚ 2010 rok (mecz  o 9 miejsce  Polska – Chiny)
Sadurek, Werblińska, Glinka, Gajgał, Bednarek-Kasza, Kaczor, Zenik (libero)

2011 (ME ćwierćfinał z Serbią)
Radecka (Sadurek), Okuniewska, Bednarek-Kasza, Kosek, Kaczorowska, Skowrońska-Dolata, Maj (Libero)

2012 (finał turnieju kwalifikacyjnego do IO z Turcją)
Skorupa, Skowrońska-Dolata, Bednarek-Kasza, Okuniewska, Werblińska, Żebrowska, Maj (libero)

2013 (mecz barażowy o ¼ ME z Włoszkami)
Wołosz, Skowrońska-Dolata, Sieczka,  Kasprzak, Tokarska, Kąkolewska, Maj (libero)

2014 (turniej kwalifikacyjny do MŚ z Belgijkami)
Bełcik, Werblińska, Tokarska, Skowrońska-Dolata, Glinka, Dziękiewicz, Zenik (libero)

2015 (finał Igrzysk Europejskich z  Turcją )
Wołosz, Werblińska, Bednarek-Kasza, Zaroślińska, Pycia, Skowrońska-Dolata, Sawicka (libero) oraz Durajczyk (libero)

niedziela, 6 września 2015

Nieświatowy Puchar Świata

Zakończył się właśnie Puchar Świata siatkarek. Przepustki do Rio de Janeiro wywalczyły Chinki i Serbki. Bez bicia przyznaję, że nie śledziłem od deski do deski całego turnieju. Zresztą nie było potrzeby i to jest właśnie mój największy zarzut. Turniej był nudny, a interesujących spotkań, może inaczej spotkań na najwyższych poziomie było jak na lekarstwo.

Tak było i pewnie taki stan się utrzyma, jeśli dalej będzie się zapraszać zespołu z klucza geograficznego, a nie poziomu sportowego. Jedno miejsce dla Afryki owszem, niech będzie, podobnie dla Ameryki Południowej, ale dwie reprezentacje to stanowczo za dużo. I tak zespoły z tych kontynentów na wielu innych imprez korzystają z tego, że leżą tam gdzie leżą, to może warto chociaż w jednej tak naprawdę jednej z ważniejszej  (jest to jeden z trzech turniejów podczas, których można wywalczyć przepustkę na igrzyska olimpijskie).

Dzięki temu mogliśmy raczyć się pojedynkami takich potęg jak Algierki, Peruwianki czy Kenijki. A najciekawsze było tylko to, która z ekip pokroju Chin czy Serbii wyżej wygra z Algierią. Do 5? Proszę bardzo to my do wygramy do 2. Skandalem jest jeszcze to, że Algieria bezczelnie przysłała do Japonii drugi skład, bo pierwszy szykuje się do kontynentalnych kwalifikacji olimpijskich. Absurd!

Fot. FIVB
I nie winię tu siatkarek, ale działaczy FIVB, że pozwalają na takie eventy. Sportowo dla nikogo te pojedynki nie mają wartości, o kwestii marketingowej lepiej nie wspominać, choć chyba włodarze światowej federacji mają dużo gotówki skoro nie zależy im na reklamodawcach i większej liczbie widzów.

I tak zamiast Algierek i Peruwianek można było zaprosić Włoszki, Turczynki czy Tajki, a liczba ciekawszych spotkań wzrosłaby diametralnie i walka o awans byłaby bardziej zacięta i interesująca. I wtedy naprawdę wygrałby najlepszy, najlepiej przygotowany do turnieju zespół.

Inny paradoks kobiecego Pucharu Świata, który niestety będzie i obecny podczas męskiego turnieju. To fakt, iż o miejscu w tabeli będzie decydowała liczba zwycięstw. Osobiście jest to dla mnie niezrozumiała i krzywdząca decyzja. To po co jest system włoski? Kiedy każdy gra z każdym, idzie walka o wszystko, a strata każdego punktu mogła być na wagę złota. Jak dla mnie kolejny powód, że rozgrywki mogą stracić na znaczeniu. Te liczenie setów, a w ostateczności punktów nie mają racji bytu. I pozbawiono nas emocji, taktycznych rozwiązań. I dobitnie widać to też u pań. Serbki uplasowały się na drugim miejscu z dorobkiem 26 punktów, a siatkarki z USA mają 28, a Rosjanki 27 "oczek".

Mieszane uczucia mam też co do zmniejszenia liczby drużyn promujących awansem na igrzyska. Trzy bilety były chyba optymalne, ale też były dobrą nagrodą dla zespołów, które tak długo muszą męczyć się w tych zawodach. W ciągu 16 dni do rozegrania jest aż jedenaście spotkań. Najbardziej wyczerpujący turniej, który szczyci się właśnie tym, że jest szansą na zdobycie kwalifikacji, tylko szkoda, że tak mało.

Może i narzekam. Ale skoro zawody noszą miana Pucharu Świata i traktuje się je prestiżowo, a nie tylko komercyjnie to może warto zadbać, aby był światowy w każdym calu...

środa, 2 września 2015

Dzyń, dzyń - wróciłem!

Cześć i czołem! Jestem, tak jak uczniowie rozpoczęli dziś swoje pierwsze zajęcia w szkolnych ławkach, tak ja wróciłem i zasiadłem przed komputerem, aby coś napisać. Czas wracać i czas uraczyć moich czytelników wartościowymi tekstami.

Jak to zwykle bywa, po przerwie zalecane jest delikatne wchodzenie w temat i spokojny powrót do rzeczywistości. Będę się tego trzymał i dziś żadnego, ważnego wątku nie podejmę.

To zostawię sobie na później, za kilka dni rzecz jasna odezwę się z jakimś tekstem. Prawdopodobnie będzie on dotyczył rozgrywek Pucharu Świata w siatkówce. Od internetu odcięty nie byłem, wiec śledziłem to i owo i jakieś refleksje dotyczące tego turnieju mnie naszły.

Nie ma co jednak uprzedzać faktów. Jak będzie to będzie :)

Do napisania już niebawem!