sobota, 25 lipca 2015

Recenzja: "Felix Baumgartner. Szturmując niebo", Felix Baumgartner

Kto z nas nie marzył, by przez chwilę móc mieć skrzydła i latać!Któż nie pragnął wzbić się wysoko ponad Ziemię i zza chmur przyglądać się temu, co dzieje się na naszej planecie... Nie jest to niemożliwe, ale realizacja tego przedsięwzięcia nie jest taka prosta, nie można tego zrobić tak po prostu. A gdy jeszcze chce się wykonać skok ze stratosfery z prawie 39 kilometrów nie ma mowy o zwykłym fantazjowaniu. Autobiografia Felixa Baumgartnera uwidacznia jak zapisanie się w historii wymaga wysiłku i poświecenia.

Wydarzenie z 14 października 2012 roku jest jednym z najważniejszych, które miało miejsce w XXI wieku, i w którym, dzięki rozbudowanym przekazom medialnym mogłem uczestniczyć. W gwoli formalności wyjaśniam: Austriak Felix Baumgartner skoczył ze stratosfery bijąc trzy rekordy: najwyższy załogowy lot balonem, największa odnotowana prędkość podczas swobodnego spadania oraz skok spadochronowy z największej wysokości (pobity dwa lata później przez Alan Eustace, który wzniósł się na 41 kilometrów).

Felix Baumgartner swoimi przemyśleniami z tego historycznego momentu, ale i nie tylko postanowił podzielić się z czytelnikami  – w Polsce nakładem wydawnictwa Sine Qua Non ukazała się autobiografia pod tytułem „Szturmując niebo”.

Z książki dowiadujemy się skąd u Austriaka wzięła się pasja do skoków, wyjawia dlaczego postanowił balansować na granicy życia i śmierci. Baumgartner opisuje swoje dzieciństwo, dzieli się wspomnieniami ze wcześniejszych lat swojego życia, mając już wtedy zamiłowania do ekstremalnych sytuacji: jazda na tylnym kole bmxa, wspinaczka po najwyższych drzewach w okolicy. Opowiada o swojej olbrzymiej pasji do unoszenia się w powietrze niczym ptak. Ta pasja do latania przełożyła się także na ulubionych bohaterów z lat dziecinnych. Młody Felix czytywał komiksy z udziałem Batmana czy Supermana.

Austriak zdradza jak długą i ciężką drogę musiał przejść, aby móc dokonać historycznego wyczynu. A wszystko zaczęło się w wieku 16 lat, kiedy wykonał pierwszy skok spadochronowy. Z biografii skoczka dowiadujemy się, że swoje umiejętności szlifował w austriackich siłach specjalnych. Zafascynowany spadochroniarstwem chciał coraz więcej i więcej. Zwykłe skoki to było za mało. Większą dawkę adrenaliny dostarczały mu skoki BASE, czyli swobodne skoki z budynków, wież, mostów i półek skalnych.

W autobiografii Baumgartner opisuje swoje największe dokonania w BASE. Wyjaśnia jak ryzykowne jest to zajęcie, jak o życiu i śmierci decydują ułamki sekund (w pokrowcu znajduje się tylko jeden spadochron, nie ma rezerwowego) i jak szybko trzeba pakować sprzęt i uciekać, aby nie wpaść w ręce stróżów prawa. Wraz z autorem udajemy się do Malezji,  by razem z nim skoczyć z najwyższego wówczas budynku na świecie Petronas Towers w Kuala Lumpur w Malezji. Następnie czeka nas wyprawa do Brazylii. Tam wykonał skok ze słynnej figury Chrystusa w Rio de Janeiro. I na koniec jesteśmy w Chorwacji, gdzie ustanowił najniższy skok BASE. Baumgartner skoczył do 29 metrowej, ciemnej jaskini Mamet, w której zmysł wzroku nie był zbyt pomocny, a musiał polegać na swoim słuchu i doświadczeniu.

Każda z tych akcji była tylko przygotowaniem, kolejnym krokiem do wdrożenia się w projekt Red Bull Stratos, czyli skoku z kosmosu, podczas którego miał przekroczyć prędkość dźwięku i znaleźć się na ustach całego świata.

Kilka cytatów z autobiografii:

„Stare wysuszone naleśniki? Było mi wszystko jedno. Najważniejsze, że miałem coś do jedzenia. Zadowoliłem się wiec naleśnikami, podczas gdy Wolfgang siedział obok mnie z olbrzymią pizzą. Byłem skoczkiem, a żywiłem się gorzej niż kamerzysta, któremu zafundowałem podróż. Facet z porządnym apetytem, który powiedział: „nie gniewaj się, ale zjem te pizze sam. Przecież jutro muszę znowu wchodzić z tobą pod górę”.

„No świetnie – wdrapałem się tu, jestem gotów do skoku, a teraz jeszcze podczas swobodnego lotu mam jednym okiem patrzeć, gdzie jest mostek! Każdy inny cieszyłby się, że w ogóle otworzył mu się spadochron… Ale fotograf miał rację – trzeba odpowiednich zdjęć i nagrań wideo, żeby historia była pełna. Właśnie to od początku odróżniało mnie od innych skoczków – dostarczałem zawsze cały pakiet. Zresztą to było tez powodem, dla którego skok nigdy nie był czystą przyjemnością. Musiałem wypełniać tyle zaleceń, że trudno było przezywać radość z samego skoku”.

„Po raz pierwszy widzę zakrzywienie Ziemi, a niebo nade mną jest nieprzyjaźnie czarne, ale jednocześnie przepiękne. W ciągu 15 sekund, gdy stoję na stopniach, staram się znaleźć optymalną pozycję. Jeszcze kilka centymetrów do przodu i jestem gotów. Wiem, że cały świat patrzy na mnie, a ja chciałbym, by mógł zobaczyć to, na co ja teraz patrzę. Przez radio mówię: „Czasami musisz wejść bardzo wysoko, żeby się przekonać, jak mały jesteś. I am going home now”. Salutuję, robię krok do przodu i spadam…”.


Przygotowania Baumgartnera do misji Red Bull Stratos  jest clou tej autobiografii i jej poświęcono najwięcej uwagi. Zresztą nie ma się co dziwić, bo oprócz kwestii czasowej (przygotowania trwały 5 lat), to misja miała charakter unikalny, wcześniej niespotykany. Projekt ten okazał się ważny także z punktu widzenia nauki, dostarczając badaczom wiele cennych informacji.

W „Szturmując niebo” skoczek zdradza swoje obawy, z którymi musiał mierzyć się przed tym ekstremalnym wydarzeniem. Baugmartner uskarżał się na paniczny lęk związany z kombinezonem, w którym, aby przeżyć w stratosferze musiał wytrzymać kilka godzin, a olbrzymie cierpienie sprawiało mu już bycie w nim przez kilkanaście minut. Opowiada o chwilach zwątpienia, o rezygnacji, ale i poszukiwania pomocy i uzyskaniu wsparcia psychologicznego, które pomogło mu przezwyciężyć lęki. Choć skok wykonał Baumgartner i to jemu w mediach poświęcono najwięcej uwagi. Na szczęście w książce skoczek nie zapomina o pracy całego sztabu wybitnych specjalistów z wielu dziedzin, którzy mieli zapewnić powodzenie całej operacji, a tym samym ocalić życie austriackiego amatora przestworzy.

Ta historia ukazuje kulisy, tego co działo się przed, w trakcie i po wydarzeniu z 14 października 2012 roku. Nie jest to jednak publikacja, w której wszystko jest ładnie, pięknie i dobrze, nie pominięto dramatycznych problemów, które zagrażały powodzeniu misji m.in. te związane z ogrzewaniem hełmu Baumgartnera.

Nie sposób nie wspomnieć o oprawie graficznej autobiografii. To spory atut. Nieszablonowa i nietuzinkowa szata sprawia, że czytelnikowi łatwiej jest wyobrazić sobie opisy sytuacji przedstawione w książce. Dużo bardzo ciekawych zdjęć z przygód Baumgartnera, skanów fragmentów dziennika skoków rysunek pięcioletnie Felixa oraz i wiele innych unikalnych materiałów.

Historia austriackiego skoczka ilustruje jak ważna jest motywacja do przezwyciężania trudności tkwiących w nas samych, prezentuje ile radości i przyjemności można czerpać z przełamywania własnych ograniczeń. W autobiografii amatora olbrzymiej dawki adrenaliny i balansowania na granicy ryzyka można odnaleźć ciekawe przesłanie, optymistyczną nowinę, że choć nie każdy z nas wyląduje na Księżycu, czy będzie skoczkiem BASE to każdy z nas ma w sobie zasoby, które może pielęgnować i rozwijać, by móc dokonywać rzeczy wielkich dających nam satysfakcję.

Moja ocena: 3,5/5

„Felix Baumgartner. Szturmując niebo”, Felix Baumgartner, Thomas Becker, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2015


Za możliwość przeczytania dziękuję:

niedziela, 19 lipca 2015

Mistrzowie świata bez medalu, Francja po raz pierwszy!

Liga Światowa 2015 przeszła do historii. Zacznę od tego, co najistotniejsze z naszego punktu widzenia. Występu polskiej reprezentacji. Podopieczni Stefana Antigi zajęli czwarte miejsce. Niby dobrze, wystąpiliśmy w półfinale, ale z drugiej strony, jeśli popatrzy się, że jesteśmy mistrzami świata, to już tak wesoło nie jest.

Można żałować, przede wszystkim wczorajszego pojedynku z ekipą Trójkolorowych, pewnie dwie piłki w naszą stronę i nastrój w kraju nad Wisłą byłby inny, ale jest co jest i to trzeba przyjąć na klatę. Jeśli jednak spojrzy się globalnie na występ w Final Six to to nie był dobry występ. Wygraliśmy z osłabioną ekipą Włoch, potem przegraliśmy z Serbią, Francją i USA, czyli, ze wszystkimi drużynami, które stanęły na tegorocznym podium w Rio.

Moim zdaniem graliśmy ociężale, z każdym kolejnym meczem brakowało pary, siły, dynamiki, energii. Może nie wszystkim, bo Kurek prezentował się jeśli chodzi o motorykę nieźle, podobnie Zatorski. Olśniewający występ, zresztą potwierdzony nagrodą indywidualną. Nasz libero zagrał bardzo dobry turniej. Wlało to sporo optymizmu w moje serce i z nadzieją patrzę na Zatiego, bo ostatnie lata miał ciut słabsze - przynajmniej przyzwyczaił mnie do lepszej gry i wymagania wobec niego można mieć spore, teraz tą grą pokazał, że wraca do czołówki najlepszych libero, do ścisłej czołówki graczy na tej pozycji.
Fot. FIVB
To, co mnie jeszcze cieszy to postawa Michała Kubiaka w roli kapitana. Jak dla mnie doskonale odnalazł się w tej roli. Cechy charakterologiczne posiada idealne to sprawowania tej pozycji - tak sadzę obserwując Kubiego. Niemniej, dzięki pełnieniu tej roli odniosłem wrażenie, że Michał spoważniał i odpowiedzialnie podchodził do tej funkcji dając przykład, dobry przykład innym graczom.

Korzyścią tegorocznej LŚ jest też postawa Mateusza Bieńka. Przebojem wdarł się do kadry i właściwie w każdym meczu robił, to co do niego należało. Bez kompleksów, odważnie i efektownie i efektywnie. Z pewnością największy wygrany tegorocznej światówki.

Zastanawia mnie też zbytnie eksploatowanie niektórych graczy. Mateusz Mika właściwie od sezonu ligowego 2013 do teraz gra bez przerwy, ani tchu odpoczynku. I trochę to było widać, zmęczenie Miki było zauważalne, a wiemy jak ważnym elementem w naszej grze stanowi gra przyjmującego.
Smuci mnie też występ Fabiana Drzyzgi, grał nierówno, fantastyczne zagrania przeplatał słabymi. Może się mylę i chciałbym, się mylić. Nasz wciąż młody rozgrywający jest dość wrażliwy emocjonalnie. Przypomina mi się ubiegłoroczny finał MŚ, tam kluczową zmianę dał Paweł Zagumny, tutaj Gumy zabrakło, szczególnie w pojedynku z Francją. To są po prostu moje przemyślenia, głośno myślę, jednym słowem.

Nie panikuję, bo tak naprawdę nie ma potrzeby. To tylko LŚ, nie ona jest najważniejsza. Plusem jest to, że wiemy nad czym pracować, aby dobrze wypaść w Pucharze Świata.
Fot. FIVB
I słówko o tegorocznych zwycięzcach. Po pierwsze dlatego, że wygrali, a po drugie dlatego, że to moja ulubiona drużyna, rzecz jasna zaraz po naszej! Można powiedzieć doczekałem się, cierpliwość opłaciła się, bym znów zobaczył Francję na podium. Bardzo się cieszę, zawsze lubiłem oglądać "Brazylię Europy" i wciąż tak jest. Podoba mi się ich gra, choć to nie jest już ta ekipa, którą się zachwycałem z Antigą, Henno czy Pujolem. Niemniej idzie nowe, idzie nowe w moim wieku lub młodszych (buu :() jak N'Gapeth, Toniutii czy Grebennikov. Grają z uśmiechem na ustach, widać, że bawią się siatkówką, tworzą fajną atmosferę i przyjemnie patrzy się na ich zachowanie na boisku, jak chociażby wspólne kółeczko podczas oczekiwania na werdykt challenge'u.

Trójkolorowi będą groźni, robią systematyczne postępy. Rok temu w polskim mundialu tuż za podium, teraz triumfują w LŚ. Rozwojowa drużyna, nieprzewidywalna, ale prezentująca wysoki poziom. Trzeba mieć się na baczności.

Będziemy mieli co robić, aby utrzymać nasz poziom, a jesteśmy łakomym kąskiem, bo z mistrzami chcą wygrywać wszyscy, i wszyscy wtedy grają bez kompleksów. Złoto MŚ jednak nikt nam nie zabierze i nikt nam nie zabierze także szans do kolekcjonowania kolejnych złotych krążków!

niedziela, 12 lipca 2015

Recenzja: "Bieg po życie" Lopez Lomong

Życie pisze przeróżne scenariusze, a historia Lopeza Lomonga jest tego doskonałym przykładem. Kim jest Lopez Lomong? Nie miałem zielonego pojęcia. Do czasu, gdy sięgnąłem po pozycje „Bieg po życie”.  To pochodzący z Sudanu Południowego, czarnoskóry biegacz reprezentujący USA. Olimpijczyk z Pekinu i Londynu. Nie to jest jednak najistotniejsze. Nie o sport tu chodzi. W książce „Bieg po życie” Lomong opisuje wszystko, to co miało miejsce w jego życiu.

I z pewnością drogi czytelniku, gdy zaczniesz zgłębiać się najpierw w tę recenzją, a potem także w książkę będziesz przecierał oczy ze zdumienia, będziesz niedowierzał, a może i zakręci się łezka w oku. Najpierw ze smutku i rozpaczy, a potem ze wzruszenia i radości. Biografia tego człowieka jest ekscytująca, zapiera dech w piersiach i chwyta za serce.

Publikacja „Bieg po życie” rozpoczyna się bardzo mocno. Już na pierwszy stronach czytamy jak  sudańscy rebelianci wydarli młodego Lopeza z rąk matki, wsadzili na pakę wybrakowanego auta i zawieźli do chaty. A to wszystko w wieku zaledwie sześciu lat. Młody Lopepe zostaje uprowadzony i osadzony w przepełnionym pomieszczeniu bez okien, bez toalety, a wszystkie swoje potrzeby trzeba było załatwiać dosłownie pod siebie. Sześcioletni chłopiec widział jak umierają jego towarzysze, brał udział w walkach o żywność. Wspomnienia autora szokują, ale i wciągają.. w wir wspomnień, co sprawia, że pragniemy dowiedzieć się co będzie dalej…

Po raz pierwszy, w tym nieszczęściu do Lopeza uśmiechnął się los. Bohaterowi uwiezionemu przez rebeliantów z pomocą przychodzi trójka „aniołów stróżów”, dzięki nim udaje mu się uciec z rąk porywaczy. I w tym momencie rozpoczyna się bieg po życie. Lopez wraz z trójką swoich przyjaciół przemierza trzy dni i trzy noce nieustannie biegnąc i pokonując kolejne kilometry, by jak najszybciej oddalić się od miejsca przetrzymywania.

Do domu jednak nie trafił, kolejne lata spędził w obozie dla uchodźców w Kenii. Kakuma, bo tak nazywało się to miejsce także było szczęściem w nieszczęściu. Pozornie cisza i spokój, ale ciągła walka o przetrwanie wśród uchodźców. Nieustanna walka o żywność, wyjadanie resztek pokarmów ze śmietników i jeszcze wiele innych wstrząsających historii, o których można dowiedzieć się z książki, a wszystko to po to, aby przetrwać. Życie w Kakumie było trudne i wyczerpujące, codziennie trzeba było się z czymś zmierzyć i radzić sobie na różne sposoby.

To właśnie tam zaczyna się jego sportowa przygoda. Dzień w dzień pokonywał po trzydzieści kilometrów. Nie dla przyjemności, ale jako rozgrzewka przed meczem w piłkę nożną. Inspirację do biegania dał mu widok triumfującego Michaela Johnsona zwyciężającego podczas igrzysk olimpijskich w Sydney. A jak to się stało, że w ogóle mógł zobaczyć ten bieg? Przeczytajcie, a się przekonacie.

Szczęście ponownie zawitało do Lopeza. Po 10 latach spędzonych w obozie zdobył szansę wyjazdu do USA, gdzie został adoptowany przez amerykańskie małżeństwo. Oni dali mu nowe życie, sprawili, że szczęście się do niego uśmiechnęło – po raz kolejny. Wspomnienia czarnoskórego lekkoatlety właśnie z tego okresu bawią i wywołują uśmiech. Lopez przez długi czas spał z włączonym oświetleniem, bo nie wiedział jak je wyłączyć, przez miesiąc kąpał się w zimnej wodzie, bo nie potrafił wyregulować kurka z wodą.

Amerykańskie marzenie sudańskiego chłopca zaczynało się spełniać. Chciał być jak Micheal Johson. Lopez marzył, o tym by reprezentować swój nowy kraj, Stany Zjednoczone Ameryki. I osiągnął swój cel. Biegacz wystąpił na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie, co więcej był chorążym reprezentacji; cztery lata później był także w Londynie.

Opowieść Lopeza to historia z piekła do nieba. Jego życia zawiera wszystkie odcienie barw. Przeżył on wszystko. Od tragedii, cierpienia, głodu i wielkich wyrzeczeń do szczęścia, uśmiechu i olbrzymiej przyjemności.

Kilka fragmentów z książki: 

„Nie byłem w stanie się rozgrzać. Żaden z nas nie był. Chłopcy dygotali z zimna. Instynktownie przysunąłem się do chłopca obok i go objąłem. On zrobił to samo. Niebawem wszyscy dookoła przysunęli się do siebie nawzajem. Nie było to trudne, jako, że na tak malej powierzchni byliśmy ściśnięci jak sardynki. W Ameryce chłopcy nie zbliżają się do siebie tak blisko, bez względu na ograniczenia przestrzenne. Jednak w tej chacie nikt nie widział problemu w przytuleniu się do innego chłopca. Był to jedyny sposób, aby choć trochę się ogrzać”.

„Z chwilą kiedy pracownik Narodów Zjednoczonych opróżnił pierwszą taczkę, na skraju wysypiska wybuchł zamęt. Chłopcy wskoczyli do dziury i pospiesznie przekopywali śmieci. Rozpychali się łokciami, uderzali pięściami. Buszowali w śmieciach jak głodne hieny walcząc o padlinę. Jeden z chłopców mojego namiotu wychylił się z dołu, podał mi zjedzonego do polowy banana i powiedział: Zanieś to do nas i pilnuj dobrze. Zrobiłem co kazał. To była część życia w mojej rodzinie w obozie. Każdy wypełniał przypisane mu obowiązki. Strzegłem banana, jakby to był klejnot koronny Anglii”.

„Zanim którykolwiek z nas postawił nogę na boisku, najpierw musiał przebiec jedno okrążenie wokół obozu. Im szybciej skończyłeś okrążenie, tym wcześniej mogłeś zacząć grać. (…) Podczas gdy dla wielu ludzi mogłoby to wyglądać jak tortury, mnie przebiegniecie tych trzydziestu kilometrów pozwało uciec od codzienności życia w obozie. Kiedy biegłem, nie myślałem o moim pustym brzuchu ani o tym, jak wylądowałem w tym miejscu. Nad niewieloma rzeczami w moim życiu miałem kontrole. Pracownicy ONZ-tu decydowali o dostawie żywności, o tym, kiedy z kranów popłynie woda, nawet o tym, kiedy mogliśmy się dożywić ich śmieciami. A kiedy biegłem byłem jedyna osoba, która miała kontrole nad moim życie. Biegłem dla siebie”.


Książka jest też dobrym świadectwem tego, że w XXI wieku ludzie nie mają ciepłej wody, nie wiedzą co to jest Internet. Oni muszą walczyć o życie każdego dnia, bo z każdej strony czyha na nich niebezpieczeństwo. Co więcej oni muszą walczyć o jedzenie, choć my lekką ręką wywalamy jedzenie do kosza… Istnieją takie kraje, takie obszary na kuli ziemskiej, gdzie chodzenie do szkoły to coś nieosiągalnego, nierealistycznego. Tam dzieci marzą, o tym by pójść do szkoły, pragną się uczyć…

„Bieg po życie” to bardzo złożona historia, dotykająca wiele obszarów współczesnego świata. Sport jest tylko tłem dla wydarzeń, ale siłą przyczyniająca się do działania. Siłą dającemu Lopezowi nadzieje i okazje do reprezentowania nowej ojczyzny i podziękowanie jej za okazane dobro. Autobiografię Lopeza powinien przeczytać każdy,  nie tylko fan sportu. Bo to nie o ten aspekt naszego życia się rozchodzi. A o całe życie, o nasze ludzkie życie.

Co więcej, bieg o życie bohatera tej autobiografii, w różnych etapach miał inne znaczenie. Początkowo bieganie było formą ucieczki przed śmiercią, później bieganie okazało się być dobrą metodą radzenia sobie z problemami życia codziennego, a koniec końców Lopepe biegał, aby w ten sposób pomagać potrzebującym.

Dzieje Lopeza ukazują, że są na tym świecie dobrzy ludzie. Ludzie, którzy bezinteresownie chcą pomagać innym – jak trójka przyjaciół, która pomogła Lopepe uciec sudańskich wojownikom czy też amerykańska rodzinie, które zdecydowała się zaopiekować chłopcem z Afryki, a później także jego bliskimi.

Autobiografia czarnoskórego lekkoatlety gwarantuje huśtawkę emocji. Wszystkie opisy, wydarzenia są bardzo szczegółowo opisane, dzięki temu czytelnik współodczuwa emocje autora, jest w środku dziejących się zdarzeń. Publikacja jest bardzo emocjonalna, radość przeplata się ze smutkiem, miłość miesza się ze strachem, a zadowolenie z odrazą.

Bieg po życie – przez ciernie do gwiazd. Pokazuje, że jak się czegoś bardzo mocno pragnie, wierzy dołoży do tego ogromną wiarę we własne możliwości, doda się też silną wolę i ciężką pracę to można tak naprawdę przenosić góry. Mimo smutnego początku, tragicznych zdarzeń to optymistyczna historia. Wlewająca wiarę i nadzieję, pozwalająca pozytywnie spojrzeć w przyszłość.

Moja ocena: 4,5/5

„Bieg po życie”, Lopez Lomong, Mark Tabb, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2015


Za możliwość przeczytania dziękuję: 

niedziela, 5 lipca 2015

Wilfredo Leon a sprawa polska

W ostatnich dniach temat przybrał na sile, a w mediach słychać różne, ale to przeróżne głosy.  W związku z tym, co i mnie zaszkodzi zabrać głos.

Nie będę się jednak nad sytuacją Wilfredo Leona i nadaniu mu polskiego obywatelstwa, a potem ewentualnej możliwości w biało-czerwonych barwach długo rozwodził.

Dlaczego? Sprawa jak dla mnie jest prosta. Jeśli Leonowi zostanie nadane obywatelstwo RP przez prezydenta Komorowskiego to jest on tym samym obywatelem co ja czy Ty drogi czytelniku. Oczywiście, w przypadku wielu sportowców nie zostają spełnione wszystkie warunki jeśli chodzi o nadanie obywatelstwa. Polskie prawo zezwala niektórym cudzoziemcom na ubieganie się o nadanie im obywatelstwa polskiego, nawet, jeśli nie zamieszkują oni w Polsce przez okres, co najmniej 5 lat. Dopuszczalne to jest jednak tylko w przypadku, gdy przemawiają za tym szczególne okoliczności. Polskie prawo nie wskazuje o jakie szczególne okoliczności może chodzić, gdyż są ono rozpatrywane indywidualnie.

I jeśli tak się stanie, Leon prawnie będzie miał zagwarantowane takie same prawa jak my wszyscy. Dlatego jeśli będzie obywatelem Polski to może reprezentować nasz kraj. W siatkówce jest to możliwe po spełnieniu specjalnych wymogów. Włodarze FIVB ustalili, że zawodnik, który chce zmienić barwy narodowe powinien zamieszkiwać w kraju, który chce reprezentować przez minimum dwa lata, ale od momentu otrzymania obywatelstwa.  I jeszcze obowiązuje dwuletnia karencja nałożona przez federację. Jeśli i Leon spełni ten warunek, nie widzę przeszkód, by nie mógł być reprezentantem Polski w siatkówce. Oczywiście, jeśli trener chciałby go mieć w swojej drużynie to okej. Taka wola trenera, których reprezentantów Polski powołuje do drużyny!

Fot. plusliga.pl
Warunek do tego, aby Leon grał w polskiej reprezentacji jest jeden. Musi on po prostu otrzymać powołanie od trenera reprezentacji, który uznaje jego przydatność do drużyny.

I na tym zakończę, bo jak dla mnie sprawa jest jasna, a niektóre wypowiedzi po prostu zakrwawiają o dyskryminacje. Z jednej strony niektórzy starają się dbać o polskość, a z drugiej łamią Konstytucję. Z całym szacunkiem, ale jeśli to możliwe i ktoś zostaje obywatelem naszego kraju, to czemu ma być w nowym kraju obywatelem drugiej kategorii? Będzie naszym rodakiem i przysługuje mu pełnia praw do tego, by móc reprezentować nasz kraj i jeszcze inne prawa i obowiązki, które nakłada na nas państwo.

Zabiera się miejsce w kadrze młodym Polakom? Powinien grać w polskim klubie? Absurd. Czy młodzi Polacy z urzędu mają mieć miejsce w składzie, tylko z tego powodu, że urodzili się w naszym kraju? Każdy na miejsce w reprezentacji musi sobie zasłużyć, Leon także. A jak jestem prawnikiem czy dziennikarzem to muszę pracować w polskiej kancelarii czy w polskiej redakcji, w której nie ma udziału zagranicznych kapitałów?

Dlatego puentą niech będą słowa  trenera Andrzeja Niemczyka (z którym ostatnio nieczęsto się zgadzałem), który stwierdził: Nie można go dyskryminować tylko dlatego, że nie urodził się w Polsce. Jeżeli dostanie obywatelstwo, to powinien być traktowany jak każdy inny polski siatkarz. Ale jeżeli nie pasuje trenerowi – to nie jest żadna dyskryminacja.

I tego się trzymajmy. Abstrahując od całej reszty.

piątek, 3 lipca 2015

Przerwa była, ale się zmyła!

Witajcie! Na wstępie przepraszam Was za niezapowiedzianą przerwę, ale klasycznie czyli sesja dała o sobie znać :)

Na szczęście teraz już kolejny rok akademicki za mną i mogę cieszyć się większą ilością wolnego czasu, a co za tym idzie powrócić do blogosfery.

Żyję, mam się dobrze. Rozpoczynam wakacje! Bądźcie uważni i cierpliwi, bo posty na blogu będą się pojawiać, a wierzę, że brakowało Wam mojego punktu widzenia na pewne wydarzenia, które się działy i te bardzo blisko związanych z siatkówką i tych trochę dalszych.

Dziś krótko, bo informacyjnie. Opiniotwórczo będzie już w kolejnym wpisie.

Pozdrawiam!