niedziela, 7 czerwca 2015

Recenzja: "Nienasycony zwycięzca" Carlo Ancelotti

Gianluigi Buffon, Allesandro Del Pierro czy Andrea Pirlo. Włoscy piłkarze, wybitni włoscy piłkarze, którzy oprócz umiejętności futbolowych pochwalili się swoim zdolnościami pisarskimi publikując swoje historie. Prawdziwą furorę zrobiła autobiografia Pirlo „Myślę, więc gram”, której współautorem był włoski dziennikarz Alessandro Alciato. Teraz Alciato postanowił pomóc Carlo Ancelottiemu w stworzeniu wykwintnej autobiografii.

„Nienasycony Zwycięzca” to pozycja wykwintna? W pełni się z tym zgadzam. A dlaczego właśnie taka? Warto oddać głos samemu autorowi, który uważa, że wykwintna powinna być piłka nożna, wykwintna powinno być życie i wreszcie na koniec, łączące oba te obszary wykwintności – wykwintne powinno być jedzenie.

Włoski trener uwielbia jeść i o tym możemy przekonać się właśnie z tej książki. Nie ulega wątpliwości, że przyjmowanie pokarmów jest ważne. Ancelotti docenił, ale też co istotne nie przecenił tego jedzenia w autobiografii. Potrafił stanąć w obronie tortellini, gdy jeden z kibiców niezbyt gustownie się o nim wypowiadał. Takie opowiastki są solą autobiografii, jednak nie powodujących żadnych problemów, wręcz przeciwne dają poczucie przyjemności.

Jedzenie to jednak przystawka. Daniem głównym jest historia życia najpierw piłkarza, a później trenera. Nie są to długie, męczące opisy, bo z pewnością biografia Włocha liczyłaby kilka tomów, gdyby dokładnie opisywać całość jego życia. Trzykrotny zwycięzca Liga Mistrzów za nic ma chronologię. Dla niego liczy się po prostu przedstawienie najciekawszych anegdot, które nie wydarzyłyby się gdyby nie piłka nożna. Autor opowiada o zakulisowych negocjacjach z klubami, o ukrywaniu się w hotelach czy przebierankach. A wszystko po to, aby paparazzi nie zwietrzyli tematu i wywąchali spisku. Włoch opowiada także historię, w której nie był w stanie odmówić działaczom Fenerbahce, a  w jego imieniu musiała zrobiła to żona.

Zabawnych żartów i dowcipów jest w książce bardzo dużo. Chociaż pewnie mniej niż ilość pochłoniętego tortellini przez włoskiego trenera. Można pośmiać się z rytuałów, jakie musiał przejść każdy zawodnik przychodzący do Chelsea. Uśmiechnie się też ten kto pozna jaki dowcip urządzili zawodnicy Milanu swojemu koledze Mathieu Flaminiemu. I o co tak naprawdę chodzi w zabawie „Banda Lidera”.

Fragmenty autobiografii:

,,Gdy Beckham grał w Milanie, zaprosiłem go pewnego razu na kolację do restauracji w Parmie. Wieczór miał się ku końcowi, a on nie chciał stamtąd wyjść. Nalegałem, ale cały czas błagał: - Proszę, jeszcze tylko jedno danie. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy nie zadzwonić na policję - kajdanki z pewnością powstrzymałyby go od opychania się kolejnymi tortellini. Ostatecznie przekonałem go następującą groźbą: - David, albo natychmiast stąd wychodzimy, albo doprowadzę do reaktywacji Spice Girls i dopilnuję, żeby dziewczyny raz jeszcze pojechały w trasę. Po 14 sekundach siedzieliśmy już w samochodzie i z wyłączonym radiem gnaliśmy w stronę Mediolanu”.

„Pewnego dnia, w pierwszym roku mojej pracy w Juventusie (który rozpoczął się w lutym 1999), mieliśmy punktualnie wyjechać na mecz wyjazdowy, ale Zidane jeszcze się nie stawił. Zniknął i nie odbierał komórki. Odczekałem chwilę, po czym podjąłem decyzję:
– Jedziemy.
– Ale Carletto, jak on nas dogoni?
– To jego problem.
Siedzący w głębi autobusu Montero zerwał się na równe nogi. Ruszył przejściem między fotelami w moim kierunku.
– Trenerze, musimy porozmawiać.
– Jasne, Paolo. Ruszymy w drogę i możemy gadać do woli.
Montero podszedł do kierowcy i skrzyżował ramiona na piersiach.
– Nie, właśnie o tym musimy porozmawiać. Nikt stąd nie wyjedzie bez Zidane’a (…).
– W porządku, Paolo. Poczekajmy na niego. – W końcu trzeba dbać o własne zdrowie, nie?
Zizou pojawił się dziesięć minut później i przeprosił za spóźnienie. Ruszyliśmy w drogę”.

„Wspinaczkę po schodach z poziomu murawy na sam szczyt trybun widziałem dotąd tylko z telewizji. Zawsze byłem ciekaw, co się czuje w takiej chwili. No to się przekonałem. Muszę schudnąć. Chryste, muszę zrzucić kilka kilogramów. Czułem się tak, jak gdybym wspinał się na Mount Everst. Sapałem i dyszałem, nie mogłem złapać tchu. Kiedy jednak dotarłem na sam szczyt, zrozumiałem, o co w tym chodzi – to było jak początek drogi do nieba (...). Magiczne chwile… A potem ogarnęło mnie nagle niejasne wrażenie dyskomfortu, które dopada mnie zawsze na widok pustego talerza”. 


Włoski szkoleniowiec pracował z wieloma czołowymi piłkarzami tego świata. To trener, który znalazł sposób na Beckhama, potrafił dogadać się z Zidanem twierdząc, że jest najwybitniejszym piłkarzem, którego kiedykolwiek trenował. Wspomina też Ricardo Kakę. Znajdzie się też słówko o Cristiano Ronaldo czy Johnie Terry’m. Ancelotti wiele miejsce poświęca zawodnikom, wypowiadając się o nich bardzo pochlebnie. Ciekawe jest to, że jego zdaniem łatwiej jest trenować supergwiazdy, ponieważ to prawdziwi profesjonaliści, którzy wiedzą, co maja robić, a on przez to nie musi ich kontrolować.

W autobiografii nie zabrakło także opinii o innych szkoleniowcach, z którymi rywalizował Ancelotti. Fabio Capellon nazywa„starym gburem”. Ironizując nadaje Mourinho tytuł „Wielkiego Komunikatora”czy „Władcy Konferencji Prasowej”. Z życzliwością wspomina swoją współpracę z Sacchim będąc jego asystentem we włoskiej reprezentacji czy też Liedholma, od którego przyjął radę, aby traktować piłkarzy jak dorosłych.

Osobiście z niecierpliwością czekałem na fragment przywołujący wydarzenia z 2005 roku. Finał Ligi Mistrzów w Stambule. Milan prowadził 3:0 do przerwy, potem trzy bramki strzelił zespół Liverpoolu, a bramki angielskiej ekipy strzegł Jerzy Dudek, który tańczył w karnych tak, że Milan przegrał. Ancelotti wspomina, że w głowie miał kompletną pustkę, a po meczu nie miał za wiele do powiedzenia swoim zawodnikom. Jednak z tego chaosu on i jego zespół potrafił wyjść silniejszy, i w stambulskiej katastrofie doszukuje się pozytywów, albowiem razem, ramię w ramię cała drużyna była zacząć wszystko od zera.

Autobiografia „Nienasyconego Zwycięzcy” kończy się na 2010 roku, stąd też polskie wydanie zostało uzupełnione o 32-stronicową książeczkę „Uniesiona brew Ancelottiego. W drodze po La Decimę” autorstwa Michała Okońskiego, które opisuje dalsze losy Ancelottiego, który był trenerem  PSG i Realu Madryt.

Najlepszym podsumowanie historii włoskiego trenera również niech będą słowa Okońskiego, który napisał, że ta „opowieść o najbardziej utytułowanym człowieku w historii europejskich pucharów jest opowieścią o człowieku najbardziej niedocenionym”. Wydaję się, że warto docenić zasługi Ancelottiego i po prostu przeczytać jego zapiski. Godnym podkreślenia jest fakt, że książka powstała po to, aby pomóc. Pomóc przyjacielowi, u którego zdiagnozowano stwardnienie zanikowe boczne.

Ancelotti to człowiek wielki. Posiada wielki umysł jeśli chodzi o futbol, wielki żołądek jeśli chodzi o jedzenie i co najważniejsze ma wielkie serce jeśli chodzi o pomoc potrzebującym.

Moja ocena: 4,5/5

,,Nienasycony zwycięzca”, Carlo Ancelotti, Alessandro Alciato, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2015