sobota, 30 maja 2015

Reprezentacja Polski na start! Liga Światowa ruszyła!

Zaczęło się! Liga Światowa z udziałem reprezentacji Polski wystartowała! Ja i pewnie wielu, wielu kibiców czekało na ten moment już chwilę po rozdaniu medali w PlusLidze. Doczekaliśmy się. Znowu w akcji zobaczyliśmy naszych mistrzów świata i stare-nowe twarze i zupełnie nowe twarze.

Sezon 2015 zainaugurowany. Zapowiada się sezon trudny i wyczerpujący. Celem głównym będą przyszłoroczne Igrzyska Olimpijskie w Rio. Jednak droga do tego długa i męcząca. Liga Światowa, mistrzostwa Europy i Puchar Świata. I na wyjeździe do Japonii chciałbym, aby ten sezon się zakończył. Nie chciałbym oglądać naszych siatkarzy walczących w kwalifikacjach europejskich czy
interkontynentalnych.

Tegoroczny sezon mistrzowie świata zaczęli z wysokiego „c”. W pierwszych starciach popularnej Światówki zmierzyliśmy się z reprezentacją Sbornej. Pierwsze wrażenia? Pozytywne. I zaskakujące. Nie spodziewałem się, aż tak dobrej gry naszej ekipy. Początek sezonu, a my prezentujemy się nieźle. Bijemy mistrzów olimpijskich w trzech setach. Zawsze gra się tak jak przeciwnik pozwala. Wiadomo, że Rosjanie nie prezentowali się zbyt okazale w Ergo Arenie, ale nie umniejsza to naszego sukcesu.

I nie mogę nie wspomnieć o Mateusz Bieńku. Wymarzony debiut. 21-letni środkowy Effectora Kielce zagrał koncertowo, dzięki czemu został wybrany na najlepszego zawodnika pierwszego spotkania. Nie ma się co dziwić - 100 procent skuteczności w ataku (7 ataków punktowych, 3 bloki i 3 asy). Nic tylko przyklasnąć. Byle nie zagłaskać, bo szybko zrobiło się na tyle głośno o Bieńku, że nagle okrzyknięto go gwiazdą, środkowym stanowiącym trzon kadry na najbliższe lata, szybko wzbudzając zainteresowanie dziennikarzy i kibiców. To utalentowany środkowy i nie warto go zatracić i stracić, dlatego apeluję o rozwagę. Niech dalej spokojnie się rozwija i robi swoje, po co prowokować sytuację.
Fot. FIVB
Drugi pojedynek z Rosją okazał się trudniejszy, pojawiło się więcej błędów po naszej stronie, ale i Sborna zaczęła grać lepiej. Jednak nie na tyle by wydrzeć nam zwycięstwo! Piątkowy mecz pokazał także wartość mistrzów świata, tą wartość są zmiennicy (dobre wejścia zanotowali Drzyzga, Buszek i Nowakowski), ale przede wszystkim otaczająca polskich siatkarzy aura zwycięzców. Oczywiście, będzie moment, w którym przytrafi się porażka, ale od biało-czerwonych bije teraz pewność siebie i olbrzymia wiara we własne umiejętności.

Po pojedynkach z Rosją można także z optymizmem patrzeć jeśli chodzi o grę Bartosza Kurka na pozycji atakującego. Powrót po rocznej przerwie wypadł nieźle, bo zawodnik w drugim meczu uzyskał tytuł MVP prowadząc naszą kadrę do triumfu.

Po pierwszym weekendzie LŚ w wykonaniu polskich siatkarzy możemy być zadowoleni i uśmiechnięci. Dwa zwycięstwa (i strata tylko jednego punktu) nad mistrzami olimpijskimi robi wrażenie, bez dwóch zdań – osobiście – liczyłem na trudniejszą przeprawę, ale nie narzekam:)

Pięknie zaczęła się tegoroczna przygoda z reprezentacją Polski! Oj pięknie :)
Fot. FIVB

piątek, 22 maja 2015

Recenzja: "Running. Autobiografia mistrza snookera" Ronnie O'Sullivan

Wiem, że istnieje coś takiego jak snooker. Kompletnie jednak nie znam zasad, nie wiem o co w nim chodzi, a rozgrywki oglądałem tylko w przerwach reklamowych podczas jakiegoś filmu. Mimo, że jestem snookerowym ignorantem, jakimś cudem  jedno nazwisko znam. O’Sullivan. Ronnie O’Sullivan.

Przyznaje jednak, że nic więcej wiedziałem o O’Sullivanie. Może jeszcze to, ze szokuje, zadziwia i jest mistrzem w swoich fachu. I chyba dlatego to nazwisko utknęło mi w pamięci. Teraz wiem więcej. A stoi za tym wydawnictwa Sine Qua Non, które wydało autobiografię Ronniego O’Sullivana.

Książka nosi tytuł ,,Running” i opowiada historię zawodowego snookerzysty, nie biegacza. To dlaczego taki tytuł?  Pięciokrotny mistrz świata w snookerze biega, bo to jest jego pasją jego drugim życiem.  Anglik biega, ciągle jest w biegu. Zdarzają mu się chwile, kiedy gna, pędzi sprintem niczym Usain Bolt. Na swoje drodze musiał pokonywał przeszkody, szereg przeszkód, ale biegł, biegł dalej, jego droga to maratoński dystans. W zawodach sportowych każdy bieg ma swój start i metę.  Nie u O’Sullivana. Jeszcze nie dobiegł to linii mety.  I to go właśnie wyróżnia Bieganie jest sposobem na relaks, stanowi ucieczkę od niepotrzebnych myśli, jest formą przygotowania do snookerowych zawodów. Jest niemal wszystkim. Niemal, bo najważniejsze jest rodzina. Ona jest dla niego wszystkim. Nad życie.

O’Sullivan to prawdziwa ikona snookera. Jest twarzą tej dyscypliny. Idolem wielu snookerowych kibiców.  Za popularnością idą w parze sukcesy, angielski zawodnik ma na koncie pięć mistrzowskich tytułów.  W swoich rękach dzierży wiele innych prestiżowych trofeów, bijąc kolejne rekordy. O’Sullivan  jest zdobywcą 13 breaków maksymalnych, w tym najszybszego breaka maksymalnego w trakcie turnieju snookerowego. Jest także rekordzistą pod względem zdobytych setek w profesjonalnych turniejach. Ikona snookera.

Droga do tych wszystkich tytułów, pochwał nie była usłana różami. Choć ten frazes często powtarza się w historiach wielkich mistrzów sportu, to w tym przypadku jest to najczystsza prawda.
A życiowa droga legendy snookera była wyboista. Problemy osobiste rodziców Ronniego, którzy wylądowali w więzieniu. Mając 17 lat, za kratki trafił jego ojciec, który, zabił ochroniarza i został skazany na 18 lat więzienia. Czy mogło być gorzej? Niestety, tak! Rok później za malwersacje przy prowadzeniu rodzinnej sieci sex-shopów  została skazana jego matka.

Zdolny, ale samotny.  Młody Ronnie dość szybko musiał dojrzeć, ale tez podejmować ważne decyzje. Samodzielnie decydował o swoim życiu, które okraszone było pokusami. Alkohol, narkotyki. Pojawia się depresja. Dyskwalifikacja.

Anglik szukał tez swojej drogi do lepszego życia w religiach. Islam, buddyzm. O’Sullivan próbował wszystkiego. Choć duchowość nie była dla niego najważniejsza. Najważniejsze były dzieci, rodzina. Dla niej robił wszystko. Rozstał się z żoną, ale o dzieci: córkę Lilly oraz syna Ronniego  (O’Sullivan ma jeszcze jedną, najstarsza córkę z poprzedniego związku). Rozprawy w sądzie, ciągła niepewność, horrendalne sumy za usługi prawne uszczuplające konto mistrza. Na szczęście było bieganie. Biegi pomogły Anglikowi stanąć na nogi w życiu.

Autobiografia jest emocjonalnym rollercoasterem. Falowanie i spadanie, ale takie było życie mistrza.  Liczne sukcesy, sława i pieniądze, by za chwile wszystko stracić, popaść w uzależnienie i cierpieć.  Droga z nieba do piekła. I odwrotnie.

I gdzie w tym wszystkim znalazło się miejsce na sport? Na wygrywanie turniejów, sięganie po tytuły mistrzowskie. Aby czerpać przyjemność z uprawiania sportu, O’Sullivan musiał oczyścić nie tylko swój organizm, ale także, albo przede wszystkim umysł. Mózg wielkiego mistrza mógł okiełznać inny geniusz. Doktor Steve Peters jest psychiatrą sportowym, który pomógl snookerzyście wykrzesać to, co najlepsze.  Nie ma wątpliwości, że bez pomocy doktora zwycięstwo w Crucible dwa razy z rzędu nie byłoby możliwe.  Autobiografia  O’Sullivana obrazuje także zwykłe życie niezwykłego człowieka. Nie ważne jest, ile zawieszono medali na szyi, ile masz milionów na koncie - każdego z nas czekają jakieś przeszkody i każdy z nas powinien umieć sobie z nimi radzić. Bo po chwilach smutku i przygnębienia przychodzi radość.

Kilka cytatów z autobiografii:

„Na oficjalnej kolacji wytrzymałem zaledwie półtorej godziny. Ronnie zasnął w samochodzie Damiena. Pilnował go Ross. Wciąż sprawdzałem, czy wszystko z nim w porządku.  O 23:30 zaniosłem go do pokoju, a sam razem z Damienem, Sylvią i Sergiem Pizzorno, gitarzystą Kasabin, który jest dobrym kumplem Damiena – zamówiłem żarcie z McDonalda. (…). Poszedłem sprawdzić, czy mały śpi spokojnie. Z jednej strony on, a z drugiej puchar za zdobycie mistrzostwa świata. Nie wróciłem już na dół. Położyłem się obok, przytuliłem się mocno i obudziłem się dopiero następnego dnia. To były najlepsze chwile mojego życia”

„Szybko odkryłem, że snooker miesza w głowie bardziej niż jakikolwiek inny sport. W żadnej innej dyscyplinie nie zdarza się tak, że musisz siedzieć grzecznie na dupie i czekać, aż twój rywal skończy swoje podejście. Sterczysz jak idiota, wiedząc, że nic nie możesz zrobić. W rzeczywistości jest jednak trochę inaczej – jeśli zbliżysz się do swojego prawdziwego potencjały uzyskasz wpływ na zachowanie rywala. Nawet jeśli fizycznie pozostajesz bezczynnym, twoja dominacja przy stole utrudni mu grę. A wtedy z wielką satysfakcją będziesz mógł obserwować, jak popełnia błąd za błędem i rozsypuje się na twoi oczach”.

„Tak naprawdę to nie lubię alkoholu. Lubię natomiast skutki jego spożycia. Dobry dzień z piciem spędzałem przy wódce z sokiem pomarańczowym. Wypijałem pewnie z dziesięć takich drinków. Do domu wracałem około 3.00 nad ranem i wtedy sięgałem po wino. W sumie to piłem wtedy cokolwiek. Na tym etapie było mi bez różnicy. Do tego dochodziło parę skrętów. Gdy o 7.00 rano wschodziło słońce, w mojej głowie pojawiała się myśl: „Chryste, znów to zrobiłem”. Ptaki zaczynały ćwierkać, a ja stwierdzałem, że znowu się wpakowałem w kanał. Kładłem się na podłodze i leżałem w promieniach słońca mniej więcej do 11.00 albo do południa, rozpamiętując własną głupotę. Żeby znów się poczuć normalnie, potrzebowałem z trzech czy czterech dni”.


W swojej autobiografii  O’Sullivan nie owija w bawełnę. Prócz osobistych wyznań, pisze o tym, jak to jest być najlepszym, jaka długą drogę pełną wyrzeczeń i morderczych treningów trzeba odbyć, aby być numerem jeden na świecie.  Z książki fani snookera dowiedzą się także o zakulisowych wątkach, które wcześniej nie ujrzały światła dziennego. O’Sullivan opisuje wydarzenia, których był aktywnym uczestnikiem. Chodzi przede wszystkim o bezprecedensowe poddanie meczu ćwierćfinałowego ze Stephanem Hendrym. Ronnie wyjaśnia także, dlaczego założył mokry ręcznik na głowę, gdy jego przeciwnik wykonywał zagrania. 

W publikacji autor wspomina także o swoich idolach. I tak w snookerze jego pierwszym idolem był Jimmy White, uwielbia także Steve Davisa i Stephena Hendry’ego.  O’Sullivan bliscy są także tenisiści. Podziwia łatwość i wdzięk Rogera Federera, a Serenę Williams uważa za prawdziwy fenomen, na którym można zawiesić oko. Nie mogło też zabraknąć idoli ze świata biegów: Haile Gebrselassie, Tirunesh Dibaba, Kenenisa Bekele i Mo Farah. Idoli O’Sullivan ma także w świecie trenerskim, jak również w światku artystycznym.

Bieganie w życiu snookerowego mistrza jest bardzo ważne. Daje się to zauważyć w książce, a kwintesencją tego jest specjalny poradnik Ronniego dla czytelników.  O’Sullivan spotkał na swojej drodze wielu biegaczy mniej lub bardziej zdolnych, od każdego starał się czerpać jak najwięcej, a wszelkie zebrane od wskazówki wziął sobie do serca. Ronnie radzi czytelnikom, aby słuchali swojego ciała, dzielili dystans. Z kwestii technicznych wspomina, o tym, aby biegać w pozycji  wyprostowanej na przedniej części stopy.

Były czołowy zawodnik świata Peter Ebdon  stwierdził, że O’Sullivan to snookerowa odpowiedź na Mozarta. Prawdziwy geniusz i artysta. Wydaje się, że określenie „Mozart snookera”  jest w pełni uzasadnione. Anglik podobnie jak austriacki wirtuoz dysponował ponadprzeciętnymi zdolnościami już w okresie młodzieńczym. W wieku 12 lat, pokonał profesjonalistę, a nie mając jeszcze 18 lat zwyciężył w turnieju rankingowym, który pozwolił mu otrzymać punkty do rankingu profesjonalistów.

Mozart był geniuszem, którego  historię zna każdy kto parał się muzyką od popu do rapu na heavy metalu kończąc, z O’Sullivanem jest podobnie. Mimo, że nie interesuję się snookerem wiedziałem, że ktoś taki istnieje. Teraz także poznałem jego historię. Biografia snookerowego artysty, utalentowanego gracza, w którym żyje i anioł i diabeł. Człowiek pełen paradoksów. Doświadczenia życiowe O’Sullivan pokazały także jak silnym jest człowiekiem, bo tak się prezentował kiedy sytuacja tego wymagała.

 Moja ocena: 4/5

,,Running. Autobiografia mistrza snookera”,  Ronnie O'Sullivan, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2015

środa, 13 maja 2015

Transferowe hity i kity OrlenLigi 2014/2015

OrlenLiga zakończona! Obyło się bez niespodzianek, tak można by rzec w skrócie. A ostatnimi czasy najwięcej mówiono o terminarzu i walki o pozycje 9-12, bo o te jakże zacne końcowe lokaty OrlenLigi walka trwała za długo i niepotrzebnie. Było minęło.

Z dziennikarskiego obowiązku odnotujmy klasyfikację  czołowych lokat w tym sezonie. Mistrzem Polski został Chemik Police, srebro dla PGE Atom Trefl Sopot, a brąz dla Polskiego Cukru Muszynianki Muszyna. Czwarte miejsce dla Impelu Wrocław, na piątym uplasowały się siatkarki Tauron Banimex MKS Dąbrowa Górnicza.

Zespoły, aby zrealizować swoje cele przed sezonem ściągnęły do klubów zawodniczki z zagranicy, który miały pomóc w realizacji celów. Niektórym z nich to się udało innym nie.
Który klub miał najlepszego nosa sprowadzając nowe zawodniczki? Poniżej prezentuję listę najlepszy zagranicznych transferów.  Siatkarek, które sprawdziły się w boju, które sprawiły, że OrlenLiga poprawiła swój poziom, a mecz oglądało się z dużym zaciekawieniem.

1. Transfery Polskiego Cukru Muszynianki Muszyna
Bogdan Serwiński  bardzo często przyzwyczaił kibiców do ściągania znanych, utytułowanych zawodniczek, z którymi zdobywał medale. W tym sezonie jedno się zmieniło. Postawił na zawodniczki mniej znane, ale prezentujące dobry poziom sportowy, które i tak były w stanie stanąć na podium. Amerykańska atakująca i Katie Carter i serbska rozgrywająca Danica Radenković okazały się strzałem w dziesiątkę. Obie siatkarki były silnym punktem ekipy z Muszyny. Kluczowe zawodniczki, motor napędowy, który doprowadził tę ekipę do trzeciej pozycji w tym sezonie.  Transfery dobre także z tego powodu, że i Serbka i Amerykanka nie należą do najdroższych zawodniczek - można napisać tak wiele za tak niewiele.
Fot.mksmuszynianka.com


2. Stefana Veljković
Serbka przychodziła do Polic, by wzmocnić w tej ekipie siłę ataku i częściej blokować rywalki. Zadanie w pełni wykonane. Serbka idealnie wkomponowała się w zespół, co nie było rudne, albowiem w ekipie z Polic postawiono na serbski zaciąg. Veljković oprócz wysokiego poziomu sportowego dodaje także emocjonalnego smaczku podczas spotkań. Ożywia rywalki pod siatką, bałkański temperament daje o sobie znać, co sprawia, że najzwyczajniej w świecie ze Stefaną przy siatce nie jest nudno. A jej ataki z krótkiej są widowiskowe i spektakularne!

3. Sanja Popović
Powrót do OrlenLigi okazał się udany, albowiem Chorwatka wciąż prezentuje godny poziom. Sportowo nadal jest w czołówce europejskiej, wiec tym większy sukces dla działaczy z Łodzi, że udało im się pozyskać siatkarkę takiej klasy. A Popović klasę pokazywała niemal w każdym meczu, co spowodowało, ze łodzianki mogły powalczyć o piąte miejsce (choć skończyło się na siódmej lokacie). Atakująca robiła co mogła, dwoiła się i troiła, aby moc zdobywać punkty dla swojej ekipy. Sanja Popović to podpora Budowlanych, była najlepszą punktującą zawodniczką I fazy OrlenLigi  (w całych rozgrywkach zdobyła jedno oczko mniej od Katarzyny Zaroślińskiej).


Przejdźmy zatem do zawodniczek z zagranicy, które miały niewielki wkład w grę swojego zespołu, okazały się zagranicznym szrotem, którego w kraju nad Wisłą nie chcemy oglądać.

1. Denise Hanke
Niemka kompletnie nie mogła odnaleźć się we Wrocławiu. Hanke miała być pierwszą rozgrywającą zespołu, a sezon zakończyła oglądając mecz zza band reklamowych będąc trzecią rozgrywającą. Miałem dużą nadzieję, że ten transfer będzie dobry, choć też zadawałem pytanie „czy okaże się on się w pełni trafiony”. Nie okazał się, nawet w połowie. Co pokazało, że nie zawsze to, co zza granicy lepsze. Kiepska postawa niemieckiej rozgrywającej odbijały się na postawę całego zespołu – trudno winę za kiepski sezon Impelu zrzucać na jedną zawodniczką, ale z drugiej strony to rozgrywająca kieruje gra ekipy. 

Fot. impelwroclaw.pl
2. Sanja Malagurski
Serbska przyjmująca była niekwestionowaną gwiazdą w prawie każdym zespole w OrlenLidze, prawie bo nie w Chemiku Police. Chociaż i w klubie z Polic Malagurski miała odgrywać istotną rolę. Sezon pokazał jednak, że tak się nie stało. Pewnie z różnych względów, bardziej lub mniej zależnych od samej zawodniczki. Niemniej Serbka grała incydentalnie i wyraźnie przegrywała rywalizację z innymi przyjmującymi. O rozczarowaniu działaczy świadczyć może fakt, iż kontrakt rozwiązano jeszcze przed zakończeniem rozgrywek.

3. Jana Matiasovska
O Azerce pewnie niewiele osób pamięta, że grała w naszej lidze. I w sumie nie ma się co dziwić, bo sportowo Matiasovska nie zabłysnęła ani trochę. Siatkarka nie dotrwała nawet do połowy rozgrywek, a już odeszła z Sopotu. Zawodniczce nie odpowiadała rola, jaką pełniła w sopockim zespole. Cóż, może to i prawda, ale trzeba to pokazać na treningu, że zasługuje się na grę w pierwszym składzie. Azerka myślała, że jak pograła w reprezentacji to w klubie nie będzie z tym problemu. Na szczęście dla włodarzy Atomu Matiasovska klub opuściła, bo pożytek z niej był mizerny.

wtorek, 5 maja 2015

Transferowe hity i kity PlusLigi 2014/2015

Oficjalnie PlusLiga jeszcze trwa! Do rozegrania pozostało już ostatnie, decydujące starcie o brązowy medal spotkanie pomiędzy PGE Skrą Bełchatów a Jastrzębskim Węglem. Poznaliśmy już mistrza i wicemistrza Polski. Złoto trafiło do Rzeszowa, a srebrne krążki powędrowały do ekipy z Gdańska. Piąta pozycja dla Transferu Bydgoszcz.

Mimo, że PlusLiga jest ligą mistrzów świata to do kraju nad Wisłą zawędrowali siatkarze z innych krajów. Czasem lepsi, czasem gorsi. Choć przyznaję, że stworzenie tegorocznej listy dostarczyło mi trochę trudności. Tegoroczni obcokrajowcy, którzy zawitali do naszej ligi prezentowali się dobrze i dokonanie wyboru tych, najlepszych jak i tzw. kitów transferowych jest bardzo mocno subiektywne, chyba mocniej niż zazwyczaj.

Dosyć tej pisaniny. Ranking czas zacząć! Na start przywołani zostaną najlepsi. Tacy gracze, których chciało się oglądać. To siatkarze, którzy swoją grą urozmaicili PlusLigę, co więcej wytypowałem  zawodników, którzy swoją postawą, jedną dobrą akcją w odpowiednim momencie potrafili rozstrzygnąć losy spotkań w dużej mierze tych najważniejszych, czyli o medale.

1. miejsce - Marko Ivović
Początki miał trudne, nawet bardzo trudne, ale w połowie sezonu  zaczął grać jak z nut. Serbski przyjmujący posiada ogromny potencjał w ataku, nieco gorzej radził sobie w odbiorze. Dysponuje także piekielnie mocną zagrywką. W decydującej fazie rozgrywek, Ivović ciągnął grę Asseco Resovii. A o tym, że Serb zaliczył świetny sezon świadczy ilość ofert, w których może przebierać. Wiemy, że Ivović w PlusLidze w przyszłym sezonie nie zagra. Z jednej strony fajnie, że grają u nas zawodnicy z wielkim potencjałem, którzy wybijają się ponad naszą ligę. Szkoda, że jeszcze nie potrafimy ich zatrzymać.
Fot. tumblr

2. miejsce - Murphy Troy
Troy obok pozostałych obcokrajowców, którzy przywdziewali barwy gdańskiego Lotosu zaliczył świetny sezon. Tylko, że Falaschi i Schwarz to wbrew pozorom uznane europejskie nazwiska. Z Amerykańskim graczem było inaczej. Nie wiadomo, czego można było się po nim spodziewać. Troy jest objawieniem ligi, graczem naprawdę bardzo dobrym. I co powinno cieszyć, wciąż rozwojowym. Amerykanin już teraz w ataku gra nieźle, doskonale zagrywa, o czym świadczy chociażby tytuł najlepszego zagrywającego podczas Pucharu Polski. Troy jest ważnym elementem układanki Anastasiego, kluczowym graczem, odpowiedzialnym za zdobywanie punktów. W tym sezonie wychodziło mu to wyśmienicie -  najlepiej punktujący, ale także najlepszy atakujący fazy zasadniczej ekstraklasy siatkarzy. Nic dodać nic ująć.

3. miejsce - Dmytro Paszycki
Ukraiński środkowy przychodził do PlusLigi jako postać mało znana. Do Lubina przyszedł zawodnik, który będzie dobrym uzupełnieniem składu. Wielka niewiadoma. Zaskoczył. I to jak! Paszycki zrobił furorę w naszej lidze, szybko został jednym z najlepszym środkowym całych rozgrywek. Jeśli chodzi o punktowe bloki, stanowi barierę nie do przejścia dla rywali, i nie są to mrzonki, bo w w jednym pojedynku potrafił nawet 9-krtonie blokować rywali, co sprawiło, że z łatwością wygrał klasyfikację na najlepiej blokującego (zdobył 116 punktów, a drugi w rankingu Piotr Nowakowski 25 oczek mniej). Bardzo dobry transfer działaczy z Lubina, takich siatkarzy chcemy oglądać w naszej lidze. I prawdopodobnie będziemy, bo Paszycki Lubin zamieni na Rzeszów.

Tyle jeśli chodzi o transferowe hity. Przyszła pora na siatkarskie kity. Naczelna zasada głosi, że lepiej ogrywać zdolnego polskiego juniora niż średniej klasy obcokrajowca. I w tym sezonie ten warunek jeszcze mocniej podkreślam. Bezbarwni, przeciętni. Średniacy, niczym nie wyróżniający się gracze, których najzwyczajniej w świecie nie chcemy w PlusLidze. W lidze mistrzów świata muszą grać najlepsi.

1. miejsce - Transfery Effectora Kielce
Tegoroczne transfery ekipy z Kielc były poniżej oczekiwań, co zresztą znalazło odzwierciedlenie w końcowym rozrachunku (12. miejsce). Litewski siatkarz Arvydas Miseikis grał i się zmył. Może to i dobrze, bo furory w tych meczach, w których wystąpił nie zrobił. I chyba nikt po Miseikisie płakać nie będzie. Podobnie jak po Kolumbijczyku Humberto Machaconie, który także nie dotrwał do końca sezonu. Kolejny przeciętny zawodnik, który tylko blokował miejsce polskiemu, młodemu zawodnikowi. Hołduje zasadzie, która nie toleruje przeciętniactwa u obcokrajowców, jeśli coś ściągać to najwyższej jakości. Bez rewelacji również Andreas Takvam, trochę lepiej wypadł Rozalin Penczew. Ogólnie jednak bardzo słabo.
Fot. effectorkielce.com.pl

2. miejsce - Frantisek Ogurcak
Osobiście wiązałem z tym siatkarzem spore nadzieje, w kontekście jego gry w barwach Indykpolu Olsztyn. Niestety Ogurcak rozczarował nie tylko mnie, kibiców AZS-u, ale przede wszystkim siebie. To nie był dobry sezon w wykonaniu słowackiego przyjmującego. Bardzo często nie rozpoczynał meczu w podstawowej szóstce przegrywając rywalizacje z innymi siatkarzami, a jak już udawało mu się wejść na parkiet, to cudów nie było.

3. miejsce - Kay van Dijk
Atakujący dołączył do ZAKSY Kedzierzyn-Koźle w przededniu inauguracji rozgrywek. Holender na tej pozycji zastąpił Grzegorza Boćka. Ściągnięty awaryjnie, nie do końca wiadomo w jakiej roli miał występować. Niemniej van Dijk zaliczył, więcej nieudanych występów niż udanych. Aż dziw, że przy znakomitych warunkach fizycznych (214 cm wzrostu), zawodnik miał problemy ze skończeniem ataku. Ponownie średniactwo, którego nie chcemy oglądać. Z pewnością tańszą opcją i bardziej przyszłościową byłby angaż polskiego juniora niż byłego reprezentanta Holandii, który poza wzrostem niczym się nie wyróżniał.