poniedziałek, 30 marca 2015

Jednym srebro, drugim tylko oklaski

Ostatni weekend marca 2015 roku będzie pamiętnym wydarzeniem w historii polskiej siatkówki. Pamiętnym, bo mieliśmy w Final Four Ligi Mistrzów dwa polskie zespoły. Apetyty wzrosły. Liczyliśmy na dwa krążki dla dwóch polskich drużyn. Śmiało można napisać, że nie najedliśmy się tym finałem do syta i nie udało się go w pełni skonsumować.

Co prawda nie najedliśmy się przez nich wstydu, ale czwarte miejsce nie jest szczytem marzeń i dla Skry, jej kibiców i pozostałych siatkarskich fanów. Od początku wiadomo było, że któraś z polskich ekip będzie walczyć o medal brązowy. Z dużym prawdopodobieństwem było też do przewidzenia, że będą przeciwnikiem w walce o podium będą siatkarze Berlin Recycling Volleys. Niemiecki zespół z pewnością nie był przeszkodą nie do pokonania. Bełchatowianie jednak są daleko od optymalnej formy, gdzieś zgubili swoją dyspozycję, chociażby z początkowej fazy sezonu. Idzie ciężko, topornie i nieskutecznie. Wola walki oraz chęć zwycięstwa to jednak za mało by na poziomie finałów Ligi Mistrzów stanąć na podium. Szkoda.

Niewątpliwie złoto zdobyte przez Asseco Resovię Rzeszów osłodziłoby czwarte miejsce bełchatowian. Tak się jednak nie stało, bo na drodze podopiecznych Andrzeja Kowala stanął Zenit Kazań. Finansowy potentat, hegemon. Triumfator rozgrywek w 2008 i w 2013 roku. Rzeszowianie kopciuszek, debiutant. Myślę, że nie ma jednak powodów do narzekań, bo rosyjska ekipa była po prostu lepsza. Sportowo dysponują większym potencjałem, który w takich momentach, w grze o taką stawkę ma znaczenie. Leon, Anderson, Michajłow czy Salparow to światowym top. Gracze, których w swoim zespole chciałby mieć każdy trener, ale nie każdy z nich może dysponować takimi finansami jakimi Alekno. Najważniejsze, że rzeszowianie odebrali te medale szczęśliwi i uśmiechnięci. Dali z siebie maksimum, które w niedzielę po prostu nie wystarczyło. Przecież najistotniejsze to powiedzieć przed samym sobą, że dałem z siebie wszystko.
Fot. CEV
Choć spotkanie zakończyło się w trzech setach to wicemistrzowie Polski starali się dotrzymać kroku rywalowi, a przy odrobinie szczęścia może udałoby się wygrać jedną partię, potem może kolejną, a...Właśnie taki jest sport. Dający pole do gdybania. Co by było, gdyby... Nie wiem i nie dowiemy się. Fakty są takie, że Resovia zdobyła srebrne medale, a Skrze przypadło czwarte miejsce.

Mistrz i wicemistrz naszego kraju awansując do berlińskiego finału rozbudzili w kibicach nadzieje na historyczny rezultat. Polscy fani rozochoceni zbieraniem złotych medali, liczyli na sukces w stolicy Niemiec. Niestety nie udało się. Może za rok... Może za rok wprowadzimy trzech reprezentantów do Final Four?

czwartek, 26 marca 2015

Recenzja: "Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk" Ronald Reng

Dziesiąty listopada 2009 roku. Dzień jak co dzień. Do czasu. Do czasu, gdy serwisy informacyjne poinformowały o śmierci Roberta Enke. Bramkarz reprezentacji Niemiec popełnił samobójstwo. Dlaczego? Jak to? Co się stało? Pytań nie brakowało, ale o znalezienie odpowiedzi było trudno. Jak to możliwe, że człowiek, który w opinii wielu miał wszystko: rodzinę, pieniądze i sportową chwałę targnął się na swoje życie. Możliwe, gdy za tym wszystkim stoi ona. Choroba. Depresja.

„ Życie wypuszczone z rąk” jest biografią Roberta Enke, niemieckiego piłkarza. Choć to biografia sportowca to nie jest to książka o sporcie. A o człowieku. O życiu. Sport jest tłem. Areną wydarzeń. Najważniejsze rzeczy nie dzieją się na murawie, w szatni czy w domu. A w głowie. W myślach. W myślach człowieka cierpiącego na depresję.

„ Życie wypuszczone z rąk” napisał dziennikarz i wieloletni przyjaciel bramkarza Ronald Reng. Chociaż publikacja ta jest wspólnym dziełem Renga i Roberta Enke. Wspólnie pisali tę książkę. Razem opowiadają historię, która ma uświadamiać i starać się pomagać ludziom zmagającym się z zaburzeniami depresyjnymi.

Robert Enke. W wieku 18 lat zadebiutował w meczu drugiej Bundesligi. Szybko odkryto jego bramkarski talent. Rok później występował już w pierwszoligowej Borussii Mönchengladbach. W  1999 roku postanowił wyjechać za granicę. Kierunek Portugalia. Gra w Benfice Lizbona. Potem kontrakt z FC Barceloną. Miało być pięknie, miała być sielanka. Katalonia nie przypadła do gustu Robertowi. Szukał klubu, w którym się odnajdzie. Łatwo nie było. Przystanek Fenerbahce Stambuł, był przystankiem na jeden mecz. W 2003 roku po raz pierwszy zachorował na depresję. Zawalczył o siebie, o rodzinę o przyszłość. Wrócił w wielkim stylu. W Bundeslidze znów dał o sobie przypomnieć. Ceniony, fantastyczny Robert Enke. Kapitan Hannoveru 96. Bramkarz sezonu 2008/09. Przyszły numer jeden reprezentacji podczas mundialu w RPA.

Wielu marzyło by mieć taką karierę, osiągnąć tyle co Enke. On nie marzył. Nie mógł. Posiadał tyle negatywnych przekonań. O sobie. O świecie. O przyszłości. To depresja. Dominujące uczucie smutku, przygnębienia, zniechęcenia. A ogółowi przeżyć towarzyszy ujemny ton uczuciowy.

Historia Enke ukazuje zmagania się człowieka z chorobą. Jego lęk. Wyrzuty sumienia. Ciągłe tortury i zadręczanie samego siebie. Ciągły niepokój. Obwinianie siebie. Dlaczego wpuściłem tę bramkę? Co mogłem zrobić lepiej, by temu zapobiec? Jestem beznadziejny. Jestem do niczego … Tak myślał Robert, gdy miał depresję. Wszyscy go chwalili i wiedzieli, że to nie on zwalił. Nie on był winny. Wszechobecny strach. Przeszywający strach. Ogarniający całe ciało.

Robert Enke był niezwykle energicznym, ciepłym, pomocnym człowiekiem. Kochał ludzi. Kochał zwierzęta. W swoim domu zawsze miał gromadkę psów. Niestety nie wszystkie sprawiały mu radość. Jeden był okrutny. Dręczył go niemiłosiernie. Czarny pies. Zakorzenił się w nim na tyle głęboko, że gdy tylko się pojawiał nie cieszył się, nie jadł, nie spał, nie potrafił się skupić. Strasznie się go bał. Strach mieszał się jednak ze wstydem. Enke wstydził się powiedzieć, że choruje na depresję. Poczucie winy, bezradności. Bierność.

Wstyd, by wyjawić prawdę okazał się być chyba większy niż objawy kliniczne depresji. Bał się wyznać prawdę. Robert Enke uważał, że choroba przerwie proces adopcyjny i wspólnie z żoną nie przysposobią małej Leili. Myślał, że gdy selekcjoner reprezentacji Niemiec dowie się prawdy nie zabierze go na mundial. Co by pomyśleli ludzie? Chory? Zaburzony psychicznie? Przecież to człowiek opanowany, spokojny. Uwielbiany przez wszystkich. Enke jest chory. Cierpi na depresję. Niedorzeczne! Nie mógł. Nie On. Znalazł rozwiązanie. Ostateczne.

Kilka fragmentów z książki:

„Zawsze byłem szczęśliwy, gdy nie musiałem grać, nieważne, czy były to pojedynki o stawkę, czy też zwykłe mecze treningowe . Mówiłem o tym wówczas jako o wielkiej niesprawiedliwości (czasami słusznie), jednak zawsze byłem w dobrym nastroju i czułem się najbardziej zrelaksowany, gdy nie grałem. Boję się też zdania opinii publicznej, prasy i spojrzeń ludzi. Strach mnie paraliżuje”.

„(…) ojciec Roberta odkłada sztućce, a następnie pociera płaskie dłonie. Po chwili mówi: „Pomyślałem wtedy: Co się właściwie dzieje? Czy ma problemy z kolegami z drużyny? Nie. Szybko uświadomiłem sobie, że chodzi o coś innego. To strach przed błędami zakorzenił w nim ten sposób myślenia: jeśli nie jestem najlepszy, to jestem najsłabszy. Początki jego wewnętrznej męki sięgają czasów, gdy jako junior młodszy trafił do juniorów starszych. (…)Dusza zawsze pamięta sytuacje ekstremalne”.

 „Wiedział, że jest chory. I nie chodziło o to, że powinien wziąć  się w garść i nad sobą zapanować. W chwili obecnej jego mózg nie był w stanie poradzić sobie ze stresem. Jego system nerwowy filtrował emocje i przepuszczał tylko te negatywne – strach, złość, rozpacz”.

„Podjęcie decyzji, czy zje sernik czy też ciasto ze śliwkami, wiązało się dla niego z wielkim wysiłkiem. Normalne, codzienne sprawy całkowicie go przerastały. Brnął jednak poprzez kolejne dni, trenował, śmiał się podczas urodzin, odgrywał swoją rolę. Robienie czegokolwiek, nieważne, ile go kosztowało, było lepsze niż poddanie się zmęczeniu i nierobienie niczego. Wtedy właśnie pojawiały się myśli. W swoim biurze zauważył trzy nieotwarte jeszcze listy, co utwierdziło go w przekonaniu, że całe biuro tonie w chaosie, że nie poradzi sobie z uporządkowaniem go”.

Książka jest dobrym kompendium wiedzy o depresji. Za sprawą zapisków bramkarza, czytelnik poznaje jak osoba cierpiąca na depresje czuje, myśli, zachowuje się. 

„Życie wypuszczone z rąk” objaśnia także inny aspekt zaburzeń nastroju. Przedstawia sposoby radzenia sobie z depresją osób najbliższych Roberta Enke. Nie posunę się za daleko, gdy napiszę, że to poradnik dla rodziny, bliskich osoby chorej. Bez wątpienia dla Teresy, żony Roberta  było to trudne życie. Była dzielna. Mądra. Cierpliwie i wytrwale znosiła stany depresyjne ukochanego. Ronald Reng opisuje zmagania Teresy oraz najbliższych współpracowników Roberta w ujarzmieniu choroby. Bramkarz otrzymywał wsparcie, mógł liczyć na obecność najbliższych. Razem z nim dzielili jego cierpienie. Empatia na każdym kroku. Namawiali, ale nigdy nie zmuszali.

Choć depresji towarzyszą uczucia smutku, strachu czy przytłoczenia w książce nie brakuje momentów radosnych. W chwilach, gdy nie opętała go choroba Robert Enke cieszył się życiem. Umiał to robić. Autor z należytą starannością wyłapywał proste czynności, które dawały bramkarzowi poczucie satysfakcji i zadowolenia. Reng dobiera słowa, aby były odpowiednie. Estetyka i etyka, by skorzystać z tych fragmentów pamiętnika piłkarza, które miały oddawać postrzeganie osób cierpiących na depresję. Niemiecki dziennikarz zrobił wszystko, by to Enke sam mógł o niej opowiedzieć.

Robert Enke. Sven Hannawald. Justyna Kowalczyk. I wielu innych sportowców. Oni zmagali się z depresją. Znani, sławni i bogaci. Kolega po fachu Enke, Włoch Gigi Buffon wspomina rozmowę z lekarzem: ,,Przecież wszyscy marzą, żeby mieć pańskie życie!”. ,,Ale ja mojego nie chcę”.  Pieniądze i chwała szczęścia nie dają. Wyświechtana prawda jest prawdziwa. Jak się okazuje każdy jest podatny na depresję. Nie można wykluczyć żadnej grupy. Oczywiście jedni są bardziej podatni niż inni. Co spowodowało depresję u Roberta Enke? Nie wiem. Nie mam prawa, by stawiać hipotezy. To zbyt złożona choroba, by móc stwierdzić coś z całą stanowczością.

Wiele obrazuje już okładka. Wymowna okładka. Przedstawia bramkarza. Samotność bramkarza. On i jego problemy. Jego smutki. I wreszcie zakończenie książki. Nie takie miało być! Nie taki miał być koniec. Życia Roberta. Książki. Koniec niech stanie się naszym początkiem. Do pozytywnego myślenia o sobie. O bliskich. O przyszłości.

Moja ocena: 5/5

„Życie wypuszczone z rąk”, Ronald Reng, Robert Enke, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2015.

piątek, 20 marca 2015

Mają asy w zespole, a nie mogą mieć dżokera...

Margareta Kozuch w Nordmeccanica Rebecchi Piacenza, Matt Anderson w Sir Safety Perugia i wreszcie Ricardo Garcia w barwach Cucine Lube Treia. Wszyscy Ci zawodnicy w tym sezonie zmienili, bądź zmienią kluby, w których grają , a w ciągu sezonu mogą powalczyć o wygrane zupełnie z innymi klubami niż rozpoczynali rozgrywki.

Patrząc na spotkanie półfinałowe pomiędzy Asseco Resovią Rzeszów i Jastrzębskim Węglem zastanawiam się dlaczego w polskich rozgrywkach nie ma możliwości, dołączenia zawodników do zespołów w późniejszym etapie rozgrywek. W PlusLidze sezon transferowy trwał do grudnia, potem nie było już możliwości dokonywania zmian w składzie. Inaczej sprawa wygląda właśnie w Italii, w której transferów dokonuje się najpierw do października, okienko transferowe ponownie otwiera się w styczniu (warunek jest jednak, taki, że w lutym i marcu można dokonać po jednej zmianie). Z kolei w lidze azerskiej nie obowiązują żadne limity, a zawodnicy przychodzą kiedy chcą.

Pełna swoboda jaka panuje w Azerbejdżanie do mnie nie przemawia, lepszy wydaje się być system włoski. Ewentualnie wydłużyłby okienko do rozpoczęcia fazy play-off. Ponadto myślę, że warto zastanowić się nad tzw. dżokerem medycznym. Temat ten ostatnio pojawił się na łamach mediów za sprawą Bogdana Serwińskiego, który wyrażał swoje rozczarowanie i ubolewanie, iż w tym sezonie jego zespół do decydujących spotkań przystąpi z dwoma środkowymi, które mają sprostać trudom walki o medale, ponieważ z powodu kontuzji nie wystąpi już Sylwia Wojcieska. 
Fot. memekid.com
Sport to kontuzje, a te są nieprzewidywalne. I trudno zakładać, ile ich się wydarzy przed sezonem. Wyobraźmy sobie co się dzieje, gdy w fazie play-off kontuzji doznaje jedna rozgrywająca, a za chwilę druga... Bardzo, ale to bardzo rzadko zdarza się, ze kluby zatrudniają trzech graczy na pozycji rozgrywających. I tak o to zespół w najważniejsze fazie rozgrywek pozostaje bez  graczy na bardzo wrażliwej i kluczowej pozycji. Jak walczyć o triumf?

Opcja dżokera medycznego, o którą apeluje trener Polskiego Cukru Muszynianki Muszyna wydaje się być dobrym, sprawiedliwym rozwiązaniem. Ustalenie dobrego, konkretnego regulaminu nie pozwoliłoby na manipulację zespołów, które mogłyby wymyślać kontuzje, by sprowadzić nowych zawodników tylko, po to by się wzmocnić. 

Gdyby Jastrzębski Węgiel mógłby sięgnąć po takiego dżokera i dokonać transferu na pozycji przyjmującego, być może nie musielibyśmy oglądać jednostronnego starcia w półfinale. Co więcej, dzięki temu do kraju nad Wisłą udałoby się ściągnąć wielu ciekawych zawodników. Sezon w Rosji, czy w ligach azjatyckich kończą się szybciej niż w nasze rozgrywki, dzięki czemu zawodnicy ze światowego topu mogliby wystąpić w barwach polskich zespołów. Kto nie chciałby oglądać Andersona, Garcii czy Savaniego w PlusLidze? Wszyscy lub prawie wszyscy. Jeśli jednak nie można dokonywać transferów zagranicznych, to może warto chociaż wprowadzić możliwość dokonywania zmian tylko wśród polskich graczy.

piątek, 13 marca 2015

Nie raz, a dwa! Berlin jest nasz!

Choć dzisiaj mamy już piątek, a od historycznego wydarzenia minęło niecałe 48 godzin to wciąż przepełnia mnie radość. Polska siatkówka stworzyła nową historię, historia, która jest niebywałą wyjątkowa i bardzo chlubna!

PGE Skra Bełchatów i Asseco Resovia Rzeszów zagrają w Final Four Ligi Mistrzów siatkarzy, który rozegrany zostanie w Berlinie (28-29 marca). W decydującej rundzie bełchatowianie okazali się lepsi od Sir Safety Perugią, a rzeszowianie rozprawili się z Lokomotiwem Nowosybirsk. I tak o to, dzięki temu po raz pierwszy w historii mamy dwie polskie ekipy w najlepszej czwórce europejskich drużyn.

Co więcej, na pewno mamy już medal w tej imprezie, albowiem w pojedynku półfinałowym zmierzą się polskie zespoły. A szansa na triumf polskiego zespołu wynosi aż 50%. Tyle statystyki.
Fot. czassiatkowki.pl
Osobiście bardzo się cieszę, bo w europejskich pucharach kibicuję wszystkim zespołom z naszego kraju, niezależnie od swoich sympatii, a i Skra i Asseco nie należą do zespołów, które wielbię ponad wszystko, więc dla mnie ta półfinałowa potyczka będzie istnym świętem bez opowiadania się za którąkolwiek ze stron, zresztą Final Four będzie iście siatkarskim świętem z polskim udziałem.

Bez dwóch zdań polska męska siatkówka przeżywa swój prawdziwy rozkwit. Mistrzostwo świata reprezentacji, dwie ekipy w Final Four Ligi Mistrzów, jeśli jeszcze to wygramy to po prostu jesteśmy ozłoceni od stóp do głów.

Trudno jest wyrokować kto zwycięsko wyjdzie z tego pojedynku. Bo co by nie brać pod uwagę to raz przewagę mają jedni, a raz drugi.Niewątpliwe zarówno Skra jak i Sovia będą chciały wygrać całe rozgrywki, bo tej do pory żądna z nich nie święciła triumfów w takiej formule. Najbliżej byli bełchatowianie, którzy w sezonie 2011/12 zajęli drugie miejsce, a w 2007/08 i 2009/10 - trzecie. Z kolei siatkarze z Rzeszowa nie mieli jeszcze okazji brać udziału w turnieju finałowym tych rozgrywek.

Na złoto polskich siatkarzy czekaliśmy 40 lat, na triumf w rozgrywkach europejskich polskiej ekipy czekamy lat 37. Oby ten już i tak historyczny moment zapisał się złotymi zgłoskami, teraz, po co dłużej czekać. Zadanie łatwe nie będzie, albowiem wielce prawdopodobne jest, że na drodze polskiego zespołu do triumfu w Lidze Mistrzów stanie zbudowany za grube pieniądze Zenit Kazań (zmierzy się gospodarzem turnieju Berlin Recycling Volley), jednak nie od dziś wiadomo, że pieniądze nie grają. Zresztą my teraz nie mamy już żadnych kompleksów, nie musimy obawiać się nikogo i niczego. Na Berlin raz, na Berlin dwa. Po złoto!

czwartek, 5 marca 2015

Polskie siatkarki czekają na trenera, którym będzie...

Tyle się działo siatkarsko w przeciągu ostatniego tygodnia, że nie wiedziałem na jaki temat na pisać post. Ćwierćfinały PlusLigi, walka Skry Bełchatów i Asseco Resovii Rzeszów o Final Four LM czy też wybór trenera reprezentacji Polski siatkarek

Postawiłem ostatecznie na ten ostatni, bo na blogu często podejmował właśnie tę tematykę. Rzekłbym, że to temat, który pojawia się często w różnych kontekstach i sytuacjach. Jednak po ostatnich wiadomościach jakoby w walce o to stanowisko włodarze PZPS na czele z nowym prezesem Pawłem Papke wytypowali czterech kandydatów. O fotel szkoleniowca biało-czerwonych ubiegają się: Massimo Barbolini, Raul Lozano, Jacek Nawrocki i Wiesław Popik.

Kilkukrotnie musiałem przeczytać te nazwisko, przeliterować, wypowiedzieć na głos. To za każdym razem, gdy kończyłem od razu mówiłem: no, nie wierzę, ku*** nie wierzę...

Kwestię wyboru polskich trenerów zakrawa na jawną kpinę i z szacunku do swoich czytelników i samego siebie tego wątku kontynuował nie będę.

Fot. PAP
Pewnie niektórzy z Was pukają się w głowę, czego ten Mateusz M chce. Przecież Barbolini to świetny fachowiec. W latach 2006-2012 prowadził włoską reprezentację, z którą dwukrotnie sięgał po złoto mistrzostw Europy, dwóch triumfów w Pucharze Świata i trzy razy zwyciężał w World Grand Prix. Obecnie Barbolini prowadzi kadrę narodową Turcji i Galatasaray Stambuł.

Barbolini to świetny fachowiec i potrafi poprowadzić zespół do najwyższych laurów, ale.. Jest pewne "ale", bardzo ważne, istotne. Włoski trener także nie jest tym, w którym atmosfera w zespole jest na pierwszym miejscu. Pamiętam sytuację po igrzyskach olimpijskich w Londynie, gdzie Francesca Piccinini oskarżyła trenera o mobbing, o uleganie wpływom zawodniczkom, o nie rozwiązywaniu sytuacji problemowych wewnątrz zespołu.

Wszystko to było i minęło, działo się w Italii, ale osobowości nie da się zmienić tak hop siup, więc trudno spodziewać się, że takich samych lub podobnych wzorców Włoch nie przykułby na polską reprezentację. A u nas także trzeba oczyścić i zbudować atmosferę.

Kończąc wątek o Barbolinim. To uważam, że jest on tylko przykrywką do wyboru innego kandydata. O jest znane, głośne nazwisko na giełdzie, które jest zainteresowane pracą z Polkami. Fakt, faktem w Turcji spekulowano nad rolą szkoleniowca w kadrze narodowej, ale na chwile obecną wciąż pozostaje szkoleniowcem i Turczynek i tureckiego zespołu. Rezygnacja? Nie wydaje mi się, że Włoch chciałby tyle stracić.
W takim razie dla kogo Barbolini robi dobrą przygrywkę? Dla Raula Lozano. Argentyńczyk znany jest pracy z mężczyznami, aniżeli z kobietami. Co zresztą polscy kibice wiedzą doskonale, albowiem to Lozano poprowadził naszą reprezentację do srebrnego medalu podczas MŚ w Japonii w 2006 roku. Jesteśmy przyzwyczajeni do eksperymentów z ramienia PZPS-u jak miało to miejsce w przypadku wyboru na stanowisko pierwszego trenera Stefana Antigi. Jednak w przypadku pań i ewentualnej pracy Lozano mamy za dużo do stracenia. Naprawdę jest za dużo do stracenia. Brak awansu na igrzyska w Rio będzie katastrofą, która sprawi, że staniemy się siatkarską czwartą ligą. Spadek w rankingu będzie ogromny, a wyjście z dołka zajmie lata.

Czy jest sens tyle ryzykować. O ile samo przejście z trenowania panów na panie, nie jest dla mnie warunkiem wykluczającym na "dzień dobry", to nie od dziś wiadomo, że Raul Lozano ma bardzo silny charakter, jest nieustępliwy i hardy (zresztą o Argentyńczyku można wiele przeczytać w czeluściach internetu i o różnych sprawach czy też sytuacjach) . Czy osobowość Lozano może przypaść do gustu polskim siatkarkom? Nie wiem? Może tak, może nie. Jednak ryzyko wydaje się być zbyt duże. Mam obawy co do tego czy polskie siatkarki uwierzą, podporządkują się, poświęcą się ciężkiej pracy, wylewając litry potu na treningach.

Najbardziej żałuję, że spośród 16 kandydatów podobno z najwyższej półki proponuję nam się produkty z najniższej półki lub te z niespodzianką w środku. Kiedy w końcu postawimy na jakość, pewność i odpowiedni smak i aromat.

Istnieje jeszcze szanse do sprowadzenie innego sortu, ponieważ lista kandydatów nie jest jeszcze zamknięta, dlatego też być może trenerem reprezentacji kobiet zostanie wybrany ktoś spoza wspomnianej czwórki.