czwartek, 19 lutego 2015

Recenzja: "Pierwsza z miliarda" Li Na

Chińska reprezentacja na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku wygrała klasyfikację medalową, cztery lata później uplasowała się na drugim miejscu. Mimo tych znaczących sukcesów na najważniejszej imprezie na świecie, fanom sportu z zagranicy, w tym z Polski chiński sport w głównej mierze kojarzony jest z takimi postaciami jak koszykarz Yao Ming czy tenisistka Li Na. Oboje w swoim dorobku nie mają olimpijskiego krążka, ale posiadają inne, cenne sukcesy osiągane w swojej dyscyplinie za sprawą, których stali się sławni, znani i lubiani na całym świecie.

Li Na jest dwukrotną mistrzynią wielkoszlemową – zwyciężyła we French Open 2011 oraz w Australian Open 2014. Chinka  we wrześniu 2014 roku ogłosiła zakończenie kariery, wcześniej jednak zdecydowała się na  wydanie autobiografii będąc jeszcze aktywną sportsmenką. Polscy czytelnicy mogą przeczytać historię Li Na dzięki wydawnictwu Bukowy Las, które w styczniu tego roku zdecydowało się wydać autobiografię Chinki zatytułowanej „Pierwsza z miliarda”.

Książka zaczyna się od krótkiego wstępu, w którym Chinka już w zdaniu otwierającym objaśniła, który wyraz jest jej imieniem, a który nazwiskiem, albowiem w języku chińskim imię pisane jest zawsze po nazwisku i tak w przypadku Li Na, nazwiskiem jest Li, a imieniem Na. Zawodniczka często wyjaśniła różne wątpliwości czy przekładała tenisowe informacje w bardzo klarowny sposób, co sprawia, że pozycja jest dostępna dla wszystkich, także dla tych, którzy z tenisem nie mają za wiele do czynienia.

Kolejny fragment autobiografii zaczął się można by rzec klasycznie, przynajmniej według klucza, który w autobiografiach sportowców gości coraz częściej. Otwarciem książki jest moment przełomowy w karierze sportowca, wydarzenie, które zapadło w pamięci wszystkim. W przypadku Li Na jest to oczywiście jej pierwszy wielkoszlemowy tytuł zdobyty na francuskich kortach w 2011 roku.

W dalszej części opisano historię dochodzenia do paryskiego tytułu. Zawodniczka z „Państwa Środka” skoncentrowała się przede wszystkim na osobach i emocjach z nimi związanych niż z przedstawieniem wydarzeń chronologicznie. Li z sentymentem wspominała swojego ojca, który był dla niej olbrzymim autorytetem i niebywałym wsparciem. Chinka ujawniła swoje przeżycia związane z przedwczesną śmiercią ojca. Żałowała, że nie mogła osobiście pożegnać się z nim i zamienić ostatniego słowa, albowiem gdy odszedł grała w młodzieżowym turnieju. Nie mniej emocji uwidoczniło się także w rozdziale poświęconym relacji z matką. Li stwierdziła, że w stosunku do matki zachowywała się obojętnie i choć nie miała powodu by jej nie cierpieć, nie potrafiła jej wybaczyć tego, że związała się z innym facetem i zamieszkała w nowym domu.

W autobiografii nie mogło też zabraknąć odpowiedzi na pytanie jak zaczęła się tenisowa kariera. A zaczęła się od… badmintona. W wieku sześciu lat Li rozpoczęła przygodę właśnie z tą dyscypliną, a dwa lata później rakietę badmintonową zamieniła na tenisową. Chinka  przedstawiła także kulisy swojego rozstania z białym sportem w 2002 roku oraz poruszyła motywy, dla których zdecydowała się wrócić na zawodowe korty dwa lata później. Dodam, że przerwa ta nie była spowodowana macierzyństwem, a problemami zdrowotnymi. Niestety te właściwie przez całą karierę dręczyły Li, o czym bardzo dokładnie opisuje w książce, wspominając chociażby trzy przeprowadzone operacje na jej kolanie.

Przyznaję, że książka jest bardzo emocjonalna. Dwukrotna triumfatorka Wielkiego Szlema bardzo często opisywała swój nastrój, to co czuła i jak myślała w danej sytuacji. Niejednokrotnie są to bardzo osobiste wyznania. Chinka wyjawiła także fakt, że po przegranych meczach wskakiwała pod prysznic i zalewała się łzami. Doświadczała jednak nie tylko smutku czy złości, opisywała swoje szczęście, jaką dała jej znajomość z Jiang Shanem, z którym związała swoje życie zawodowe i osobiste. Pochodząca z Wuhan zawodniczka bardzo często w rozdziałach wspominała o swoich relacjach z mężem, jak dla mnie nawet zbyt często. Choć rozumiem, że dla samej zawodniczki postać Jiang Shana jest znacząca.

Kilka cytatów z książki:

„Ogłoszono, że reprezentacja prowincji w celu zmaksymalizowania siły par miksta zdecydowała się podzielić parę Li Na-Jiang Shan (…) Decydenci nie podali nam żadnego rozsądnego powodu, toteż trudno nam było zaakceptować rozdzielenie naszej pary. Aby nas przekonać, zwołano zebranie, na którym obiecano nam, ze jeśli oboje dostaniemy się do finału, to zarówno para mistrzowska, jak i przegrani rywala zostaną potraktowani tak samo. Jednak szkoleniowcy przegapili ważny fakt nie chcieliśmy równego traktowania. Chcieliśmy szacunku” .

„Po zawodach spakowałam się, gotowa do gry w kwalifikacjach US Open… I tu wyszło na jaw, że w ogóle nie zgłoszono mnie do wielkoszlemowego konkursu! Dokładnie rzecz biorąc, rejestrację online kończyła procedura potwierdzająca, której nie udało się ukończyć. Na całym świecie rejestracją zajmują się sami zainteresowani sportowcy, ale u nas byli za nią odpowiedzialni pracownicy obsługi. W związku z rezygnacją i dwuletnią przerwą nie byłam na bieżąco z organizacją naszych wyjazdów, więc założyłam, że wszyscy dopełnili swoich obowiązków. Po długich korowodach z organizatorami turnieju okazało się ostatecznie, że nic z tego” .

„Jeszcze bardziej dotknęły mnie wypowiedzi wielu tak zwanych ekspertów, powtarzających: „Li Na nie postarała się w Londynie, ponieważ nie przywiązuje do igrzysk olimpijskich żadnej wagi”. Reprezentowanie swojego kraju na igrzyskach to prawdziwy zaszczyt, a dla mnie osobiście niepowtarzalne przeżycie, które długo później wspominałam.  A już po wszystkim – dlaczego miałabym nie pragnąć zwycięstwa? Przecież wola wygranej leży u podstaw sportowej mentalności. Chciałam zapytać: Czy autorzy tych komentarzy kiedykolwiek sami byli sportowcami? Czy rozumieją, na czym polega współzawodnictwo na korcie?(…) W sporcie zawsze są zwycięzcy i przegrani”.


Olbrzymim atutem autobiografii Li Na jest kraj pochodzenia tenisistki, dzięki temu czytelnik może bliżej poznać Chiny. Co więcej, może uświadomić sobie jak wygląda życie sportowca w kraju nad Żółtą Rzeką. Li Na bez ogłady zobrazowała jak wygląda system nauki tenisa, który obowiązuje w państwie. Wychowywała się w ramach skostniałego państwowego systemu wspierania sportu. W autobiografii opowiedziała o mieszkaniu w internacie, treningach przez sześć dni w tygodni, surowym traktowaniu przez trenerów i rygorystycznym podejściu. Szkoła jak wojsko, musztra, obowiązki, dużo krzyków i rozkazów, zero pochwał. Popaść w kompleksy nie było łatwo, stąd chińska tenisistka bardzo często obwiniała się za porażki i błędy.

Ponadto dowiadujemy się jak polityka wciąż mocno zakorzeniona jest w działalność sportową, i to polityczni decydenci dokonują wyborów odnośnie tego w jakim turnieju i z kim zagra zawodniczka. Chinka przyznaje jednak, że opieka państwowa dla młodych sportowców jest należyta i władza robi wszystko, by trenującym niczego nie zabrakło i nie martwili się o finanse, a w pełni skoncentrowali się na doskonaleniu swoich umiejętności. Model ten jednak nie sprawdzał się już jeśli chodzi o dojrzałych sportowców, gdzie potrzebna była inicjatywa prywatna. O tym także na własnej skórze doświadczyła Li Na, która w 2008 roku przeszła na zawodowstwo przekonując chińską federację do samodzielności. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że to Li zmiękczyła serca chińskich działaczy, spowodowała, że ona i inne zawodniczki mogły się uniezależnić. Wiązało się to z tym, że tenisistka mogła sama decydować w kwestii wyboru trenera, rozporządzaniu swoimi finansami czy też planem startów na cały sezon. Za tę wolność trzeba było płacić państwu osiem procent podatku od dochodu oraz dwanaście procent od premii za wygrany mecz!

„Pierwsza z miliarda” jest opowieścią o tenisowych laurach, ale też o trudnościach z tym związanych. Sukcesy Li Na sprawiły, że w Azji i samych Chinach zaczęto postrzegać ją jako gwiazdę. Gdy zwyciężała, w mediach zawsze pojawiała się informacja „Pierwsza w historii Azjatka…” itp . Tenisistka musiała poradzić sobie z olbrzymią presją i oczekiwaniami ze strony swoich rodaków, nie jednego czy dwóch milionów, ale miliarda obywateli.

Jest to bardzo inspirująca, wciągająca opowieść o życiu. Może i to banalne stwierdzenie, ale w autobiografii bardzo mało jest wątków czysto tenisowych. Opisów spotkań jest bardzo niewiele, autorka nie skupiła się także na dokładnym opisie  spotkań, oszczędzając czytelnikom jakichkolwiek statystyk czy tenisowych sloganów. Mecze są tylko pretekstem do tego, co działo się przed ich rozpoczęciem lub po ich zakończeniu. Wielkoszlemowa mistrzyni skupiła się na własnych przeżyciach, tego co jest głęboko ukryte w jej świadomości, ale być może ujawniła także te pochodzące z jej nieświadomości…

„Pierwsza z miliarda” jest niezła, ale mogłaby być jeszcze lepsza. Zabrakło mi jakiegoś résumé chociażby od tłumacza (swoją drogą kolejne świetnie wykonana praca Macieja Studenckiego), czy tenisowego eksperta pochodzącego na przykład z Polski. Li Na w 2014 roku odłożyła rakietę i zakończyła karierę, ale autobiografia kończy się na wydarzeniach z 2013 roku. Myślę, że można było pokusić się o jakiś przegląd ostatniego tenisowego sezonu Chinki, wtedy nie miałbym się do czego przyczepić, a w Polsce mielibyśmy pełne podsumowanie kariery Li Na.

Książkę przeczytałem z dużą przyjemnością. Przypadł mi do gustu styl w jakim sporządzona została autobiografia. Daje się zauważyć, że dziennikarskie wykształcenie Chinki (w czasie przerwy kształciła się właśnie w tym zakresie). Lekka, powabna i zabawna, ale tez rzetelna, szczera i naturalna. Fascynująca opowieść o sławie i szczęściu, o upadku i smutku. Książka aż kipi od emocji. Złość, miłość, radość, strach, lęk… Prawdziwa huśtawka, dzięki temu jest to prawdziwa historia, prawdziwego człowieka. To odkrywcze spojrzenie na biografię  Li Na, pozwala rzucić nowe światło na jedną z najskromniejszej i najpracowitszej mistrzyni tenisa.

Moja ocena:
4,5/5

„Pierwsza z miliarda”, Li Na, Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2015

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz