wtorek, 24 lutego 2015

Plusliga: Siatkarskie Oskary rundy zasadniczej 2014/2015

... and The Oscar goes to Ida. Tak było w niedzielę. Mimo olbrzymiego sukcesu polskiego kina, jaki dokonał się w Dolby Theatre w Hollywood w tym miejscu nie będzie nic o kinematografii i zwycięzcach 87. rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Będzie o Siatkarskich Oskarach. Nagrody będą przyznawane za rundę zasadniczą sezonu 2014/2015 PlusLigi. Kategorie zostały zapożyczone z fanpage'u Siatkówki w Obiektywie.

Zaczynajmy uroczystą galę! Czas na pierwszą kategorię!

Najlepszy zawodnik: Mateusz Mika
Cztery MVP spotkań, 102 rozegrane sety (nie wystąpił tylko w jednym secie!). Statystyki tylko potwierdzają ten wybór. Nic dodać nic ująć.
Fot. SportoweFakty.pl

Najlepszy trener: Andrea Anastasi
Poza wynikami osiąganymi z zespołem, Anastasi jest sympatycznym człowiekiem, znakomitym fachowcem. Niebywała i nietuzinkowa osobowość.
Fot. 058sport.pl

Najlepszy zawodnik niepolskojęzyczny: Duet argentyński Nicolas Uriarte&Facundo Conte
Olśniewający duet, który swoimi zagraniami wzbudza zachwyt wśród kibiców nie tylko Skry Bełchatów.


Najlepsza charakteryzacja i fryzury: Andrzej Wrona i jego buty
Za uzasadnienie niech przemawiają słowa dziennikarki Przeglądu Sportowego Edyty Kowalczyk: "Zwykły człowiek blisko zwykłych ludzi". 
Fot. Sylwia Dąbrowa

Najlepsza muzyka na rozgrzewce: "Start a Fire" - Margaret 
Muzyka z siatkarskiego mundialu na dobre zagościła w podczas ligowych meczów, w końcu jest to hymn mistrzostw mistrzowskiej drużyny.  

 

Najlepsze efekty specjalne na trybunach: "Grzesiu Jesteśmy z Tobą"
Transparenty może mało efektowne, ale to nie miało znaczenia. Były specjalne, nawet bardzo specjalne. Znaczenie miała solidarność wszystkich kibiców na wszystkich halach z Grzegorzem Boćkiem. 
Fot. SportoweFakty.pl

Najlepsze stroje: MKS Banimex Będzin

Przynajmniej dowyglądają aniżeli dograją. Stroje ciekawe, dużo się na nich dzieje, odważne, stylowe, ciekawe, ekstrawaganckie. Na zachętę dla samych siatkarzy z Będzina i dla pozostałych zespołów, by pokusiły o niepretensjonalne kroje i stroje. 
Fot. Fanpage MKS Banimex Będzin

Najlepszy scenariusz: Mecz 26. kolejki pomiędzy Asseco Resovią Rzeszów a PGE Skrą Bełchatów
Takich pojedynków chciałoby się więcej i więcej, a dopiero na sam koniec rozgrywek doczekaliśmy się widowiska godnego mistrzów, i z udziałem mistrzów. 
Fot. Przemek Cyrulik

Najlepsza postać drugoplanowa: Jakub Bednaruk
Robi swoje i nie ogląda się za innych. Sprawiając niespodzianki i ucząc młodzież. Może wciąż nie na firmamencie i na pierwszych stronach gazet, ale czy ktoś wyobraża sobie PlusLigę bez Jakuba Bednaruka?
Fot. SportoweFakty.pl

Serdecznie dziękuję za uwagę. Tegoroczne rozdanie Siatkarskich Oskarów rundy zasadniczej dobiegło końca!

czwartek, 19 lutego 2015

Recenzja: "Pierwsza z miliarda" Li Na

Chińska reprezentacja na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku wygrała klasyfikację medalową, cztery lata później uplasowała się na drugim miejscu. Mimo tych znaczących sukcesów na najważniejszej imprezie na świecie, fanom sportu z zagranicy, w tym z Polski chiński sport w głównej mierze kojarzony jest z takimi postaciami jak koszykarz Yao Ming czy tenisistka Li Na. Oboje w swoim dorobku nie mają olimpijskiego krążka, ale posiadają inne, cenne sukcesy osiągane w swojej dyscyplinie za sprawą, których stali się sławni, znani i lubiani na całym świecie.

Li Na jest dwukrotną mistrzynią wielkoszlemową – zwyciężyła we French Open 2011 oraz w Australian Open 2014. Chinka  we wrześniu 2014 roku ogłosiła zakończenie kariery, wcześniej jednak zdecydowała się na  wydanie autobiografii będąc jeszcze aktywną sportsmenką. Polscy czytelnicy mogą przeczytać historię Li Na dzięki wydawnictwu Bukowy Las, które w styczniu tego roku zdecydowało się wydać autobiografię Chinki zatytułowanej „Pierwsza z miliarda”.

Książka zaczyna się od krótkiego wstępu, w którym Chinka już w zdaniu otwierającym objaśniła, który wyraz jest jej imieniem, a który nazwiskiem, albowiem w języku chińskim imię pisane jest zawsze po nazwisku i tak w przypadku Li Na, nazwiskiem jest Li, a imieniem Na. Zawodniczka często wyjaśniła różne wątpliwości czy przekładała tenisowe informacje w bardzo klarowny sposób, co sprawia, że pozycja jest dostępna dla wszystkich, także dla tych, którzy z tenisem nie mają za wiele do czynienia.

Kolejny fragment autobiografii zaczął się można by rzec klasycznie, przynajmniej według klucza, który w autobiografiach sportowców gości coraz częściej. Otwarciem książki jest moment przełomowy w karierze sportowca, wydarzenie, które zapadło w pamięci wszystkim. W przypadku Li Na jest to oczywiście jej pierwszy wielkoszlemowy tytuł zdobyty na francuskich kortach w 2011 roku.

W dalszej części opisano historię dochodzenia do paryskiego tytułu. Zawodniczka z „Państwa Środka” skoncentrowała się przede wszystkim na osobach i emocjach z nimi związanych niż z przedstawieniem wydarzeń chronologicznie. Li z sentymentem wspominała swojego ojca, który był dla niej olbrzymim autorytetem i niebywałym wsparciem. Chinka ujawniła swoje przeżycia związane z przedwczesną śmiercią ojca. Żałowała, że nie mogła osobiście pożegnać się z nim i zamienić ostatniego słowa, albowiem gdy odszedł grała w młodzieżowym turnieju. Nie mniej emocji uwidoczniło się także w rozdziale poświęconym relacji z matką. Li stwierdziła, że w stosunku do matki zachowywała się obojętnie i choć nie miała powodu by jej nie cierpieć, nie potrafiła jej wybaczyć tego, że związała się z innym facetem i zamieszkała w nowym domu.

W autobiografii nie mogło też zabraknąć odpowiedzi na pytanie jak zaczęła się tenisowa kariera. A zaczęła się od… badmintona. W wieku sześciu lat Li rozpoczęła przygodę właśnie z tą dyscypliną, a dwa lata później rakietę badmintonową zamieniła na tenisową. Chinka  przedstawiła także kulisy swojego rozstania z białym sportem w 2002 roku oraz poruszyła motywy, dla których zdecydowała się wrócić na zawodowe korty dwa lata później. Dodam, że przerwa ta nie była spowodowana macierzyństwem, a problemami zdrowotnymi. Niestety te właściwie przez całą karierę dręczyły Li, o czym bardzo dokładnie opisuje w książce, wspominając chociażby trzy przeprowadzone operacje na jej kolanie.

Przyznaję, że książka jest bardzo emocjonalna. Dwukrotna triumfatorka Wielkiego Szlema bardzo często opisywała swój nastrój, to co czuła i jak myślała w danej sytuacji. Niejednokrotnie są to bardzo osobiste wyznania. Chinka wyjawiła także fakt, że po przegranych meczach wskakiwała pod prysznic i zalewała się łzami. Doświadczała jednak nie tylko smutku czy złości, opisywała swoje szczęście, jaką dała jej znajomość z Jiang Shanem, z którym związała swoje życie zawodowe i osobiste. Pochodząca z Wuhan zawodniczka bardzo często w rozdziałach wspominała o swoich relacjach z mężem, jak dla mnie nawet zbyt często. Choć rozumiem, że dla samej zawodniczki postać Jiang Shana jest znacząca.

Kilka cytatów z książki:

„Ogłoszono, że reprezentacja prowincji w celu zmaksymalizowania siły par miksta zdecydowała się podzielić parę Li Na-Jiang Shan (…) Decydenci nie podali nam żadnego rozsądnego powodu, toteż trudno nam było zaakceptować rozdzielenie naszej pary. Aby nas przekonać, zwołano zebranie, na którym obiecano nam, ze jeśli oboje dostaniemy się do finału, to zarówno para mistrzowska, jak i przegrani rywala zostaną potraktowani tak samo. Jednak szkoleniowcy przegapili ważny fakt nie chcieliśmy równego traktowania. Chcieliśmy szacunku” .

„Po zawodach spakowałam się, gotowa do gry w kwalifikacjach US Open… I tu wyszło na jaw, że w ogóle nie zgłoszono mnie do wielkoszlemowego konkursu! Dokładnie rzecz biorąc, rejestrację online kończyła procedura potwierdzająca, której nie udało się ukończyć. Na całym świecie rejestracją zajmują się sami zainteresowani sportowcy, ale u nas byli za nią odpowiedzialni pracownicy obsługi. W związku z rezygnacją i dwuletnią przerwą nie byłam na bieżąco z organizacją naszych wyjazdów, więc założyłam, że wszyscy dopełnili swoich obowiązków. Po długich korowodach z organizatorami turnieju okazało się ostatecznie, że nic z tego” .

„Jeszcze bardziej dotknęły mnie wypowiedzi wielu tak zwanych ekspertów, powtarzających: „Li Na nie postarała się w Londynie, ponieważ nie przywiązuje do igrzysk olimpijskich żadnej wagi”. Reprezentowanie swojego kraju na igrzyskach to prawdziwy zaszczyt, a dla mnie osobiście niepowtarzalne przeżycie, które długo później wspominałam.  A już po wszystkim – dlaczego miałabym nie pragnąć zwycięstwa? Przecież wola wygranej leży u podstaw sportowej mentalności. Chciałam zapytać: Czy autorzy tych komentarzy kiedykolwiek sami byli sportowcami? Czy rozumieją, na czym polega współzawodnictwo na korcie?(…) W sporcie zawsze są zwycięzcy i przegrani”.


Olbrzymim atutem autobiografii Li Na jest kraj pochodzenia tenisistki, dzięki temu czytelnik może bliżej poznać Chiny. Co więcej, może uświadomić sobie jak wygląda życie sportowca w kraju nad Żółtą Rzeką. Li Na bez ogłady zobrazowała jak wygląda system nauki tenisa, który obowiązuje w państwie. Wychowywała się w ramach skostniałego państwowego systemu wspierania sportu. W autobiografii opowiedziała o mieszkaniu w internacie, treningach przez sześć dni w tygodni, surowym traktowaniu przez trenerów i rygorystycznym podejściu. Szkoła jak wojsko, musztra, obowiązki, dużo krzyków i rozkazów, zero pochwał. Popaść w kompleksy nie było łatwo, stąd chińska tenisistka bardzo często obwiniała się za porażki i błędy.

Ponadto dowiadujemy się jak polityka wciąż mocno zakorzeniona jest w działalność sportową, i to polityczni decydenci dokonują wyborów odnośnie tego w jakim turnieju i z kim zagra zawodniczka. Chinka przyznaje jednak, że opieka państwowa dla młodych sportowców jest należyta i władza robi wszystko, by trenującym niczego nie zabrakło i nie martwili się o finanse, a w pełni skoncentrowali się na doskonaleniu swoich umiejętności. Model ten jednak nie sprawdzał się już jeśli chodzi o dojrzałych sportowców, gdzie potrzebna była inicjatywa prywatna. O tym także na własnej skórze doświadczyła Li Na, która w 2008 roku przeszła na zawodowstwo przekonując chińską federację do samodzielności. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że to Li zmiękczyła serca chińskich działaczy, spowodowała, że ona i inne zawodniczki mogły się uniezależnić. Wiązało się to z tym, że tenisistka mogła sama decydować w kwestii wyboru trenera, rozporządzaniu swoimi finansami czy też planem startów na cały sezon. Za tę wolność trzeba było płacić państwu osiem procent podatku od dochodu oraz dwanaście procent od premii za wygrany mecz!

„Pierwsza z miliarda” jest opowieścią o tenisowych laurach, ale też o trudnościach z tym związanych. Sukcesy Li Na sprawiły, że w Azji i samych Chinach zaczęto postrzegać ją jako gwiazdę. Gdy zwyciężała, w mediach zawsze pojawiała się informacja „Pierwsza w historii Azjatka…” itp . Tenisistka musiała poradzić sobie z olbrzymią presją i oczekiwaniami ze strony swoich rodaków, nie jednego czy dwóch milionów, ale miliarda obywateli.

Jest to bardzo inspirująca, wciągająca opowieść o życiu. Może i to banalne stwierdzenie, ale w autobiografii bardzo mało jest wątków czysto tenisowych. Opisów spotkań jest bardzo niewiele, autorka nie skupiła się także na dokładnym opisie  spotkań, oszczędzając czytelnikom jakichkolwiek statystyk czy tenisowych sloganów. Mecze są tylko pretekstem do tego, co działo się przed ich rozpoczęciem lub po ich zakończeniu. Wielkoszlemowa mistrzyni skupiła się na własnych przeżyciach, tego co jest głęboko ukryte w jej świadomości, ale być może ujawniła także te pochodzące z jej nieświadomości…

„Pierwsza z miliarda” jest niezła, ale mogłaby być jeszcze lepsza. Zabrakło mi jakiegoś résumé chociażby od tłumacza (swoją drogą kolejne świetnie wykonana praca Macieja Studenckiego), czy tenisowego eksperta pochodzącego na przykład z Polski. Li Na w 2014 roku odłożyła rakietę i zakończyła karierę, ale autobiografia kończy się na wydarzeniach z 2013 roku. Myślę, że można było pokusić się o jakiś przegląd ostatniego tenisowego sezonu Chinki, wtedy nie miałbym się do czego przyczepić, a w Polsce mielibyśmy pełne podsumowanie kariery Li Na.

Książkę przeczytałem z dużą przyjemnością. Przypadł mi do gustu styl w jakim sporządzona została autobiografia. Daje się zauważyć, że dziennikarskie wykształcenie Chinki (w czasie przerwy kształciła się właśnie w tym zakresie). Lekka, powabna i zabawna, ale tez rzetelna, szczera i naturalna. Fascynująca opowieść o sławie i szczęściu, o upadku i smutku. Książka aż kipi od emocji. Złość, miłość, radość, strach, lęk… Prawdziwa huśtawka, dzięki temu jest to prawdziwa historia, prawdziwego człowieka. To odkrywcze spojrzenie na biografię  Li Na, pozwala rzucić nowe światło na jedną z najskromniejszej i najpracowitszej mistrzyni tenisa.

Moja ocena:
4,5/5

„Pierwsza z miliarda”, Li Na, Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2015

niedziela, 15 lutego 2015

Makowski zrezygnował. Co dalej z reprezentacją?

"Lepiej późno niż wcale" w polskiej siatkówce to powiedzenie zaczyna być niemałą tradycją. I tyczyło się to rezygnacji Mirosława P. z funkcji prezesa PZPS-u, a od soboty również pożegnania z kadrą siatkarek Piotra Makowskiego.

Z jednej strony dobrze, że to się stało... tylko dlaczego tak późno. Na blogu wielokrotnie, czasem aż do znudzenia nawoływałem do zmiany trenera, o poszukiwaniach nowych rozwiązań (sam nawet raczyłem kilka stworzyć), które zapobiegną dalszemu upadkowi reprezentacyjnej siatkówki w żeńskim wydaniu. Nie będę już do tego wracał, bo można powiedzieć wreszcie mam to, na co czekałem, czyli rezygnację Piotra Makowskiego. Szkoda, że i sam trener i sam PZPS tak długo na to czekał. Znowu straciliśmy kilka, jak nie kilkanaście miesięcy, które w naszym przypadku są niezwykle cenne, tak bardzo potrzebne. Przecież taką decyzję można było podjąć w styczniu 2014 roku, po nieudanych kwalifikacjach do MŚ, albo już po sezonie reprezentacyjnym w 2014 roku, gdzie poza awansem do ME (co zresztą nie było takie trudne), nie wypełniono żadnego z postawionych celów.

Mamy połowę lutego, jesteśmy w przededniu ustalania planów reprezentacyjnych, powołania kadry i wreszcie rozpoczęcia rozgrywek na poziomie reprezentacyjnym, a nie wiemy kto to wszystko będzie nadzorował i kto powołała tegoroczną kadrę.

Nie będę już dłużej rozwodził się na tym co było, a będę starał się szukać optymizmu w tym co będzie.

A będzie nowy trener. Nowy trener, który mam nadzieję to wszystko poukłada, pozamiata i oczyści naleciałości i stęchłą atmosferę. Prawdopodobnie nowy trener będzie z zagranicy. Największe szanse ma Giuseppe Cuccarini prowadzący Chemik Police. Za Cuccarinim optują siatkarki mistrza Polski, on sam stwierdził, że mógłby pracować z reprezentacją Polski. Plusem włoskiego szkoleniowca jest to, że poznał już polskie realia, że wraz z nim na zgrupowaniu pojawiają się najlepsze siatkarki (a te w większości grają w Chemiku). Minusem jest to, że nigdy nie prowadził żadnej kadry narodowej. A wiemy już, że prowadzenie zespołu ligowego, a reprezentacji to jednak zupełnie co innego.

Przypadek czy nie, ale bez pracy od kilku dni pozostaje Alessandro Chiappini, z którym ekipa z Piacenzy rozwiązała umowę. Chiappini przez dwa sezony prowadził zespół Atomu Trefla Sopot, który po zakończeniu pracy z nadmorskim klubem często pojawiał się w Polsce obserwując między innymi rozgrywki Pucharu Polski czy też turnieju kwalifikacyjnego do MŚ. Włoch podkreśla, że uwielbia nasz kraj i wielu wywiadach powtarzał, że chciałby wrócić do kraju nad Wisłą. Teraz ma ku temu dobrą okazję. Chiappini prowadził reprezentację narodową (w sezonie 2007-2010 trenował Turczynki). Ponadto plusem jest to, że nie prowadzi już żadnego klubu i w całości mógłby się skupić na pracy z kadrą. Może brak mu spektakularnego sukcesu w pracy szkoleniowej, niemniej zawsze pokazywał, że potrafił z zespołów, które prowadzi osiągnąć maksimum, doskonaląc przy tym indywidualne umiejętności siatkarek.

I mój faworyt. Hugh McCutcheon. Nowozelandczyk jest moim ulubieńcem od paru lat. Może jeśli doczekałem się zmian na stanowisku szkoleniowca kadry, to może i doczekam się na tymże stanowisku McCutcheona? Chciałbym. Profesjonalista i znakomity autorytet, za którym powinny pójść tłumy. Złoty i srebrny medal olimpijski, zwycięstwo w Lidze Światowej. Sukcesy, o którym wielu mogą pomarzyć.  Wydaje się jednak, że największym problemem w angażu Nowozelandczyka może być jego projekt w lidze uniwersyteckiej w USA. McCutcheon we wcześniejszych sezonach wyrażał chęć do pojęcia pracy z polską kadrą, stawiając jednak twarde warunki. Czy teraz byłby w stanie z tego zrezygnować? Albo czy PZPS przystałby na te warunki? Nie wiem. Wiem jednak co jeszcze może (choć nie musi) stanąć na przeszkodzie. Tą kwestią są finanse. Niewątpliwie nie jest to tani trener, ale za fachowców trzeba słono zapłacić. A podobno PZPS zawsze mawiał, że stać ich na każdego trenera. 

Czy mógłby ktoś jeszcze mógłby objąć stery w reprezentacji? Na pewno wiemy, że nie będzie nim Giovanni Guidetti. Mocno ubolewam nad tym faktem, ale Guidetti poprowadzi Holenderki. Taki fachowiec był dostępny na rynku jeszcze w styczniu tego roku, ale my przecież wciąż mieliśmy trenera... Kto  może liczyć się w tym wyścigu? Może Giovanni Caprara? Może Marcello Abbondanza? Może, może...

W każdym razie kto nim nie będzie, będzie nowe w reprezentacji Polski. Będzie coś, na co kibice czekają z utęsknieniem. I będzie jeszcze coś! Nareszcie okaże się, czy polskie siatkarki faktycznie potrzebowały fachowca, by zdobywać trofea, czy nie ważne kto by się nimi zajmował są po prostu słabe i o medalach nie mają co marzyć. Odpowiedź na to pytanie przyjdzie. Przyjdzie w swoim czasie.

Na razie cierpliwie trzeba czekać na wybór prezesa PZPS, a potem trenera siatkarek. Niewątpliwe ta druga kwestia może odgrywać spore znaczenie w tej pierwszej. I oby gra o fotel prezesa, wyszła siatkarkom na dobre, a kandydaci chcąc się pokazać z jak najlepszej strony zapewnią siatkarkom wszystko to, co najlepsze - z trenerem na czele.

czwartek, 12 lutego 2015

Jestem z powrotem!

Cześć! Wróciłem :) Sesja zimowa w moim wykonaniu dobiegła końca (czekam jeszcze na wynik jednego egzaminu, ale to już nie ważne :D), tym samym mogę wrócić do blogosfery i zacząć z powrotem udzielać się w tej materii.

Dziś tylko post informacyjny, że już za parę dni można będzie przeczytać coś konkretnego i zacząć ponownie regularnie odwiedzać Po sportowej stronie mocy bo regularnie będą pojawiać się posty :)

W najbliższym czasie też nadrobię zaległości na blogach przeze mnie obserwowanych, bo tam też dawno nie zaglądałem i nie komentowałem spraw u innych blogowiczów.

Na razie trudno się jeszcze zebrać. Niby tyle tego wolnego, że z jednej strony nie wiadomo, co z tym wolnym czasem zrobić, z drugiej strony tyle się przez te kilka tygodni nazbierało, że nie wiadomo, za co się teraz zabrać. Niemniej krok po kroku wszystko wróci do normy.

Po przerwie na blogu nie będzie rewolucyjnych zmian, nie planuję niczego nowego. Nic poza nowymi tekstami nie będzie. Mam nadzieję, tylko, że będą one najwyższej jakości i będą Was interesowały. Będę stawiał na jakość, czasem nawet kosztem ilości, bo najbliższe miesiące będą dla mnie trudne. Czeka mnie spore wyzwanie, i muszę wykrzesać z siebie dodatkowe siły na pewne przedsięwzięcie. Jakie zdradzać nie będę. Nie chcę zapeszać. Jeśli jednak wszystko potoczy się po mojej myśli, to na początku lipca podzielę się radosną dla mnie nowiną. Ot, tyle ode mnie. Odrobina prywaty jeszcze nie zaszkodziła :)

Wolnością cieszę się od wtorku, więc wczorajsze mecze w Lidze Mistrzów obejrzałem ze spokojem od początku do końca, a dziś nawet powtóreczkę meczu Asseco Resovi z VfB Friedrichshafen. Tak bardzo byłem spragniony wrażeń. Brawo dla obu polskich zespołów. Bełchatowianie pokazali klasę i rozbili ekipę z Maceraty i o awans, w tym przypadku można być niemal pewnym. Natomiast rzeszowianie po walce wygrali 3:2, choć to spotkanie mogli  zakończyć  też wcześniej, ale i wynik mógłby być niekorzystny. Na Podpromiu będzie walka, oby zakończona pozytywnie. No a dziś, za chwil parę trzeci nasz przedstawiciel i oby także z tej potyczki wyszedł zwycięsko! Jastrzębski Węgiel zagra z Sir Safety Perugią. Przeciwnik trudny, i o wygraną łatwo nie będzie, choć nie jest to nie niemożliwe. Nareszcie tyle siatkarskich meczów, które mogę obejrzeć. Tego mi było trzeba!