czwartek, 31 grudnia 2015

Do siego roku!

I o to doczekaliśmy się 365 dnia w roku 2015, ostatniego dnia tego roku, czyli Sylwestra. 

Z okazji nadchodzącego roku 2016 wszystkim czytelnikom pragnę złożyć najserdeczniejsze życzenia, aby towarzyszył Wam spokój i pokój, niech każdy dzień będzie wyzwaniem, któremu będziecie potrafili podołać! Dużo optymizmu i radości, pozytywnej energii i wytrwałości. Żyjcie z nadzieją na lepsze jutro i wiarą w to, że nie ma rzeczy niemożliwych. I najważniejsze, życzę spełnienia wszystkich marzeń, bo marzenia się spełnia :)

Szczęśliwego Nowego Roku! 

Fot. pl.dreamstime.com

wtorek, 29 grudnia 2015

Recenzja: "Życiowy tie-break" Andrzej Niemczyk, Marek Bobakowski

Rok 2003 Ankara, Rok 2005 Zagrzeb. Mistrzostwa Europy siatkarek. Mistrzostwa, w którym polskie siatkarki sięgnęły po złote medale. Złotka! Dziewuchy na medal! Kraj ogarnęło szaleństwo. Ponownie narodziła się polska siatkówka. A za tymi sukcesami stał nie kto inny, a Andrzej Niemczyk. Wybitny szkoleniowiec postanowił przelać swoje myśli na papier. I dobrze zrobił, bo historia stworzona wspólnie z Markiem Bobakowskim jest jedną z lepszych jaką czytałem i spokojnie może znaleźć się na podium najlepszych książek sportowych 2015 roku.

,,Życiowy tie-break” jest próbą podsumowania biografii nietuzinkowej postaci, która przeżyła wiele, i o tym doświadczeniu Andrzej Niemczyk pragnie podzielić się z czytelnikami. Twórca potęgi Złotek to niebanalna postać w polskiej historii, wiec trudno było oczekiwać szablonowej autobiografii. Trener prowadził niesztampowe życie, doznając prawdziwej huśtawki emocjonalnej. I zgłębiając się w kolejne strony publikacji z pewnością na takiej huśtawce znajdzie się też czytelnik przeżywając naprzemiennie radość, zadowolenie, smutek czy złość.

Dwa złote medale mistrzostw Europy zdobyte wraz z polskimi siatkarkami były tak naprawdę kwintesencją kariery szkoleniowej Andrzeja Niemczyka, pięknym zwieńczeniem. Warto jednak przypomnieć, że to nie jedyne sukcesy polskiego trenera. Pokuszę się o odważne porównanie z futbolowym światkiem, ale Andrzej Niemczyk był tak wziętym trenerem, jak obecnie Jose Mourinho czy Carlo Ancelotti. Człowiek wielkiego formatu, a o Niemczyka biły się o najlepsze kluby na Starym Kontynencie. Ale po kolei, bo na sportowe życie pięnto odcisnęły wcześniejsze doświadczenia.

Otwierający książkę rozdział nosi tytuł: „jestem dzieckiem wojny i… szczęścia”. Andrzej Niemczyk urodził się w 1944 roku w Polsce. Przyszedł na świat w trudnych czasach, ale dzięki kochającej matce, odważnej o zdolnej do poświęceń, aby syn urodził się w kraju nad Wisłą, albowiem w innym przypadku zostałby przekazany rodzinie niemieckiej i wychowywany byłby zgodnie z ideałami Trzeciej Rzeszy. Wspomina też dziadków, którzy odegrali ważną rolę w życiu młodego Niemczyka. O szkole jest zaledwie kilka stron, choć problemów z nauką nie było, to z zachowaniem już tak, i dlatego wszędobylski Niemczyk postanowił zapisać się do sekcji, ale nie do jednej do kilku! Talent do sportu był, ale w końcu na coś trzeba było postawić i zdecydować, co wybrać. Wybór padł na siatkówkę, najpierw w Społem Łódź, potem w Stali Mielec i na koniec w Anilanie Łódź. Z tych czasów Niemczyk z nostalgią wspomina czasy PRL-u. Dobrych czasów dla sportowców, którzy nie mogli narzekać, wielu z nich dorabiało sobie trudniąc się przemytem towarów podczas zagranicznych wojaży.

Niemczyk szybko zdecydował się jednak na karierę trenerską, mimo, że był dobrym rozgrywającym, reprezentantem Polski, to o wiele więcej satysfakcji pociągała go praca szkoleniowca. W wieku 23 lat zaczął zbierać trenerskie szlify. O Niemczyku zrobiło się głośno, kiedy stworzył od podstaw zespół ChKS Łódź, z którym awansował do I ligi, a w 1976 zdobył mistrzostwo Polski. Wtedy też po raz pierwszy objął pracę z kadrą narodową. Przez dwa lata był selekcjonerem reprezentacji Polski, nie wytrwał na tym stanowisku zbyt długo, ponieważ podał się do dymisji po mistrzostwach Europy, na których reprezentacja Polski zajęła... 4. miejsce.

Po rezygnacji, Niemczyka nie obowiązywał żaden kontrakt, co doskonale wykorzystali Niemcy, ale ci z RFN, którzy czynili podchody i robili wszystko, by przekonać trenera do pracy z ich reprezentacją. Łatwo nie było, bo przecież to państwo Zachodu. Wróg, mimo tego, Niemczyk poszedł pod prąd i wybrał pracę właśnie w tym kraju. Przez 10 lat stworzył podwaliny siatkówki w Niemczech,a z Bayer Lohhof, siedmiokrotnie zdobywał mistrzostwo Niemiec. Pracował też w Turcji, gdzie prowadził czołowe ekipy takie jak Eczacibasi Stambuł i Vakifbank Stambuł sięgając po medale nie tylko w lidze, ale i europejskich pucharach.

Kilka cytatów z autobiografii:

,, (…) najlepszą motywacją dla sportowca są pieniądze i perspektywy. Bo czyż tak nie jest? Nie dajcie sobie wmawiać bajeczek o miłości do sportu, rodziny, chęci pomocy innym, które wprost wylewają się z biografii najpopularniejszych obecnie sportowców (Neymara, Messiego, Ronaldo). To PR-owa bzdura!”.

„Oficjalna umowa opiewała jedynie na te 5 tysięcy złotych miesięcznie. Czujecie? Selekcjoner reprezentacji oficjalnie miał zarabiać grosze. Gdyby w Niemczech albo Turcji się o tym dowiedzieli, to pospadaliby z krzeseł. Ta kasa tak naprawdę wystarczała mi wyłącznie na paliwo. Bo byłem selekcjonerem, który nie zamierzał siedzieć na dupie w Warszawie, tylko jeździłem po całym kraju, nie tylko na mecze ligowe, ale również praktycznie, codziennie wpadałem na treningi różnych zespołów”.

„Mogę na przykład powiedzieć, że Niemki to są nieźle porąbane. Nie mają żadnych oporów, by w szatni się rozebrać – mimo, ze obok stoi trzech facetów ze sztabu szkoleniowego, a jeszcze głowę w drzwi wkłada dziennikarz, którzy szuka kogoś do wywiadu. Paradują nago, tańczą, śpiewają”.

„Pamiętam jedną z wizyt kontrolnych. „Co tam, Herr Niemczyk?”, zapytał profesor. „A w porządku, jest sehr gut”. „Ma pan jakieś pytania dotyczące diety, stylu życia?” „Tak, panie profesorze – odpowiedziałem. – Bo ja do obiadu piję wino, a jeszcze wieczorem jedną–dwie szklaneczki whisky z lodem. Nie ma żadnej możliwości, abym z tego zrezygnował. Organizm się domaga”. Mina profesora była bezcenna. Nerwowo stukał długopisem w biurko, w końcu wydusił: „Herr Niemczyk, jeżeli sprawa tak wygląda, to zalecam po prostu ograniczyć alkohol. Tak będzie dobrze”. Więcej tego tematu nie drążyliśmy. Myślę, że profesor był na tyle inteligentnym człowiekiem, że doskonale wiedział, iż nie będę stosował się do jego zaleceń…”.

Choć powiada się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, to  powiedzenie nie tyczy się  Andrzeja Niemczyka. Zawsze idzie pod prąd, ale zgodnie z własnymi zasadami. I tak też było, kiedy w 2003 roku ponownie przejął stery w kadrze kobiet. Co zrozumiałe w „Życiowym tie-breaku” nie mogło zabraknąć opisu wydarzeń z tamtych lat.  Wydaje się, że większość tych opowieści jest już dobrze znana, jak chociażby usunięcie z reprezentacji swojej córki, błędne decyzje rozgrywającej Izabeli Bełcik w półfinale ME czy też konflikt z Małgorzatą Glinką w 2006 roku, prowadzący ostatecznie do rozstania z kadrą. Tematy te były łakomym kąskiem dla mediów, które wyciągnęły te wieści i od trenera, jak i od samych Złotek.

Stosowanie nowoczesnych metod treningowych skupiając się mocno na psychologicznym aspekcie funkcjonowania drużyny, wizja pracy z zawodniczkami, które najpierw są kobietami, a później siatkarkami – stąd prośby o uczęszczanie do solarium, malowanie paznokci i chodzenie do fryzjera. Niemczyk nie ukrywa swoich sposobów pracy z kobietami, jest ich wiele, ale nie sposób ich tu wszystkich umieścić.

Niemczyk bez tajemnic opowiada także o swoim życiu prywatnym. Bogatym życiu towarzyskim, sam siebie nazywa kobieciarzem, uwielbia otaczać się w towarzystwie pięknych kobiet, stąd pewnie trzy małżeństwa, parę romansów i pierwszy raz przeżyty z … nauczycielką. Inną miłością trenera jest whisky, za pomocą, którego udało się pokonać nowotwór.

Polski szkoleniowiec bez ceregieli zdradza także wszelkie kwestie finansowe. Opowiada ile zarabiał na początku kariery, jaką kwotę oferowali mu Turcy, kiedy chcieli go mieć u siebie i wreszcie ile złotówek zarabiał będąc selekcjonerem biało-czerwonych. Bez ceregieli mówi o pieniądzach, nie traktuje tego jako tajemnicy. Będąc w pełni szczerym z czytelnikiem decyduje się także opowiedzieć historię inwestycji, która w kilka sekund pozbawiła go miliona dolarów!

Czas spędzony przy lekturze był czystą przyjemnością. Książka jest wciągająca i interesująca. Trener Niemczyk przeżył bardzo wiele i nie omieszkał o tym wspomnieć, szczerze i otwarcie, w najdrobniejszych szczegółach. Historia opowiedziana wspólnie z Bobakowskim jest bezkompromisowa, pozbawiona ozdobników, co nadaje publikacji autentyczności. Odnosi się wrażenie, że wszystko zostało wyłożone kawa na ławę.

Co więcej, w autobiografii znajdują się opinie znajomych Niemczyka, które wtłoczono w treść publikacji, co zaburzało jednak płynność czytania, bo nie zawsze dotyczyło tego, o czym w danej części opowiadał szkoleniowiec. Plus za końcowe wywiady z siatkarkami, które wspominają i oceniają współpracę z trenerem.

„Życiowy tie-break” jest wciągającą lekturą, będąca swoistym rozliczeniem, tego co się wydarzyło w przeszłości w życiu twórcy sukcesu dwukrotnych mistrzyń Europy. Autor ukazał czytelnikom to, co kibice siatkówki przeżywają podczas rozgrywania pięciosetowego spotkania, prawdziwy rollercoaster emocji. Tie-break to decydująca batalia, a tych w swojej karierze Andrzej Niemczyk wygrał i przegrał wiele, ale w tym decydującym triumfował. Niemczyk zaserwował pięknego asa na rynku wydawniczym, na którego trzeba spojrzeć z uwagą!

Moja ocena: 4,5/5

„Życiowy tie-break”, Andrzej Niemczyk, Marek Bobakowski, Wydawnictwo SQN, Kraków 2015


czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt!

 

Wszystkim czytelnikom życzę wielu wspaniałych, pozytywnych chwil niosących radość i spokój! Życzę Wam pogodnych, zdrowych, pełnych rodzinnego ciepła Świąt Bożego Narodzenia! Niech w Waszych głowach, sercach, całym ciele zagości radość i uśmiech, szczęście i pomyślność. 


 

 

niedziela, 20 grudnia 2015

Tylko czy aż czwarte miejsce polskich szczypiornistek?

Dwa lata temu w tekście "Kopciuszek wróci bez butów :(Orlicom Rasmussena mówię: dziękuję!" podsumowując rozważania dotyczące występu polskich szczypiornistek pisałem, aby nasza reprezentacja po tak dobrym rezultacie zaczęła pojawiać się na imprezach rangi mistrzowskiej, aby przestały być kopciuszkiem, a stały się elitą.

I tak też się stało. Czwartym miejscem na MŚ pokazały, że nie są kopciuszkiem, a nalezą do elity. Może to nie jeszcze czas panowanie królowej w złotej koroną, ale z pewnością na salonach pokazała się księżniczka, która ugruntowuje swoją pozycję na arenie międzynarodowej.

Powtórzenie wyniku to wbrew pozorom dobry rezultat. Chociażby dlatego, że w porównaniu z poprzednim mundialem w najlepszej czwórce z MŚ z Serbii to tylko Polki awansowały do półfinału rozgrywanego duńskiego czempionatu.

Patrząc na ten wynik, nie można zapominać o problemach naszej kadry. Nasza drużyna też została przetrzebiona kontuzjami. Przede wszystkim zabrakło Aliny Wojtas, która dwa lata temu zrobiła prawdziwą furorę i ratowała zespół z opresji. Co więcej, z powodu kontuzji nie wystąpiła najlepsza polska skrzydłowa Kinga Grzyb oraz Joanny Grabik, która została wybrana najlepszą kołową młodego pokolenia na świecie.

Orlice Rasmussena jechały na tegoroczny mundial z jasno postawionym celem, tym celem był awans na turniej kwalifikacyjny do igrzysk olimpijskich. I udało się go zrealizować z nawiązką, bo awans do półfinału sprawił, że zawody te odbędą się w kraju nad Wisłą (na 99% sprawa wymaga potwierdzenia ze strony światowych władz). Rywalkami biało-czerwonych będą Rosjanki, Szwedki i Meksykanki. Awans do Rio wywalczą dwa zespoły. Zadanie wydaje się proste: wygrać jedno ze spotkań z europejskim rywalem, bo z Meksykiem kłopotów być nie powinno, a wtedy można bukować bilety do Brazylii.
Fot. Kocham ręczną - Fanpage
Kończąc jednak wątek występu polskich szczypiornistek na mistrzostwach świata. Czwarte miejsce nie jest złe, boli chyba jednak styl w jakim to się odbyło. Niestety, ale i Holenderki w półfinale i Rumunki w meczu o brąz były nad wyraz lepsze. A niemoc w ataku aż raziła w oczy, błędy taktyczne były znaczące (kto mi wyjaśni, dlaczego do rzutu karnego podchodzi Stachowska, która regularnie nie gra w ofensywie zespołu?). O ile poprzednie starcie o brąz w MŚ z Dunkami było wyrównane i tak naprawdę medal był na wyciągnięcie ręki, to teraz do medalu było bardzo, ale to bardzo daleko. Niemniej jeśli chodzi o porażki to przeżyliśmy już tę piękną (2013 rok) i tę dotkliwą (2015 rok). To za dwa lata kroi się zwycięstwo...

Czwarte miejsce niby najgorsze dla sportowca, ale powtórzenie takiego rezultatu do łatwych nie należy. Generalnie rzecz ujmując: spadku nie ma, postępu również, ale czy można w tym miejscu powiedzieć, że ten kto stoi w miejscu ten się cofa? Nie wiem, wydaje mi się, że odpowiedź przyjdzie w marcu po zakończeniu turnieju kwalifikacyjnego.

Wtedy okaże się, czy biało-czerwone zrobiły postęp czy też nie, bo dotychczas jeszcze nigdy żeńska reprezentacja w piłce ręcznej nie wystąpiła na igrzyskach olimpijskich.
Fot. Achruk & Kulwińska - backstage - Fanpage

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Orlice Rasmussena na drodze do spełnienia marzeń!


Ociągałem się z napisaniem tekstu na bloga, bo czekałem na ten dzień. Na poniedziałek, 14 grudnia. Oczywiście ten dzień nie zapisze się złotymi zgłoskami, jak chociażby 21 września 2014 roku, ale ten dzień, prawdopodobnie będzie początkiem pewnej drogi, drogi polskich piłkarek ręcznych na Igrzyska Olimpijskie w Rio 2016.

Właśnie w tym dniu Polki grały i wygrały spotkanie w 1/8 MŚ z Węgierkami i awansowały do ćwierćfinału MŚ, ale przede wszystkim awansowały do jednego z turnieju kwalifikacyjnego do IO (mistrz świata ma miejsce zapewnione w Rio, a ekipy z miejsc 2-7 walczą w turniejach kwalifikacyjnych, na szczęście awans mają już Norweżki (mistrzynie Europy 2014), dlatego wszystkie zespoły w ćwierćfinale wystąpią w takim turnieju). 

Prawo startu w igrzyskach olimpijskich to jeszcze nie definitywny udział w tej imprezie. Niemniej takiej szansy, nie było od lat. Polki jeszcze nigdy nie uczestniczyły w turnieju olimpijskim, a teraz ta okazja może się ziścić, bo szansa jest niebywała! Choćby dlatego, że z każdego takiego turnieju awans wywalczą dwa zespoły, a już teraz można powiedzieć, że na papierze biało-czerwone będą faworytkami.

Tyle faktów i wyciągu z regulaminu. Bo szansę na Rio otworzyło nam spotkanie z Węgierkami. Z rywalem, z którym nam nie szło. Dziennikarze rzucali statystykami, ile to oficjalnych meczów przegraliśmy. Ale kij z tym, albowiem ten najważniejszy, najistotniejszy, decydujący tak naprawdę o czteroletniej pracy w cyklu olimpijskim, o byciu i niebyciu trenera, a pewnie także o kontynuacji kariery przez niektóre nasze zawodniczki. 

Fot. PAP/Marcin Bielecki
W ostatnich latach to właśnie polskie piłkarki ręczne są tymi, które lubią sprawiać sensacje, są tymi, które nie pękają w spotkaniach o stawkę (ktoś tu się może obruszyć, że siatkarze również – tak to prawda, ale nasi mistrzowie świata to ścisła światowa czołówka i to oni tak naprawdę są faworytami w starciach z innymi). Nasze szczypiornistki grają bez kompleksów, wtedy kiedy trzeba! Tak było w poniedziałek w starciu z Węgierkami i tak było dwa lata temu podczas serbskiego mundialu, gdzie Podopieczne Rasmussena wyeliminowały Rumunki i Francuzki. 

Teraz w meczu z Madziarkami faworytkami nie były. Co więcej, nawet gra w fazie grupowej nie dawała powodów do optymizmu – trzecie miejsce w grupie, gorszego zająć nie można było, bo Angolki, Chinki i Kubanki odstawały poziomem – choć i w tych meczach, szło jak po grudzie, lub też jak krew z nosa itp. 

W poniedziałkowy wieczór oglądaliśmy inna drużynę. Polskę walcząca, oddającą serducho i mnóstwo energii, w to by powstrzymać ofensywę przeciwniczek. To, co jest piękne, a zarazem niekorzystne dla zdrowia polskiego kibica to huśtawka nastrojów. Polska piłka ręczna to gwarant emocji do końca na najwyższym poziomie, bo ileż to już przeżywaliśmy tych wyczerpujących momentów, w których albo odrabialiśmy straty i wygraliśmy mecze, albo drżeliśmy o końcowy rezultat, albowiem przeciwnik zbliżał się nieubłaganie?

Nie będę tu się trudził na jakąś analizę, bo i nie posiadam nazbyt wielkich kompetencji w tym zakresie, a i nie ma potrzeby. Teraz pozostaje nam się cieszyć i wierzyć w dziewczyny, bo mogą, potrafią i chcą. A my bądźmy i kibicujmy! Bo czy taka nie jest rola kibica?

niedziela, 6 grudnia 2015

Gdzie się podziały ciekawe rozmowy ze sportowcami?


Inspiracją do napisania tekstu był ostatni felieton Krzyśka Ignaczaka dotyczący tego, co i w jaki sposób siatkarze (sportowcy) komunikują się z mediami. Zdaniem polskiego zawodnika rozmowa z dziennikarzami ma bardzo szablonowy przebieg, a odpowiedzi są zwykle schematyczne, a bardzo często zdarza się, że odpowiedzi są przygotowane wcześniej. A pomeczowe wypowiedzi to utarte frazesy, pewne reguły, które zawodnik posiada w swoim repertuarze i stosuje w zależności od sytuacji, tego czy w tym tygodniu mecz okazał się wygrany lub tez przegrany. 

Jaka jest tego przyczyna? Mistrz świata w siatkówce oprócz marketingu, wygładzenia wizerunku podaje także zbyt małą ilość czasu na konkretna rozmowę. Bez dwóch zdań ma racje. Moim zdaniem to właśnie czas jest największą przyczyną, że pomeczowe wypowiedzi niewiele się od siebie różnią. 

W swoim życiu miałem tę przyjemność, by moc sprawdzić się w roli dziennikarza. Dlatego wiem, że czas ma znaczenie, bo te krótkie wypowiedzi po meczu tak naprawdę dotyczyły konkretnego spotkania. Piec czy siedem pytań, o tym dlaczego mecz udało się wygrać, który element najlepiej funkcjonował, co wymaga poprawy i jakie plany na najbliższy tydzień ma drużyna. Tak to mniej więcej wyglądało. Do tego trzeba było złapać zawodnika z jednego i drugiego obozu, by zachować obiektywizm. Czasu za wiele nie ma, bo zawodnicy nie mają możliwości półgodzinnej rozmowy po meczu z rożnych względów. Po drugie strasznie wzrosła ilość dziennikarzy. Każdy pragną mieć swój materiał. Tym samym pytania się powtarzają, wiec siatkarze ciągle gadają to samo, bo nie ma większego sensu jeszcze się wysilać, skoro i pytania są sztampowe. I jeszcze inny argument. Wyścig informacyjny w mediach, kto szybciej opublikuje rozmowę, która musi się ukazać kilka chwil po zakończonym meczu. Tak działają dzisiaj media, kto pierwszy ten lepszy, ten zdobędzie więcej odsłon, co koniec końców prowadzi do zarabiania większej kaski.
A i od tego może powinienem zacząć są jeszcze kibice, którzy pragną zdobyć autograf i zdjęcie i to oni maja pierwszeństwo u graczy, co sprawia, ze po rozdaniu kilkudziesięciu podpisów i chęci mniejsze i czasu mniej, by móc zaangażować się w rozmowę z dziennikarzem. 

Wracając do meritum dziennikarze także nie szukają sensacji, mają materiał, dostaną wierszówkę i gra gitara. Każdy jest zadowolony.
Fot. PAP
Patrząc na sprawę, jeszcze z innej strony. Co tak naprawdę ma powiedzieć sportowiec po przegranym meczu? Wszystko poszło źle, nie zagrałem dobrze i tyle. Czego się spodziewać po rozmowie z takim zawodnikiem. Na gorąco trudno jest ocenić sytuacje i powiedzieć, co poszło nie tak. Choć czasem stara się to właśnie wykorzystać, bo w przypływie negatywnych emocji zawodnik może coś palnąć.
Generalnie z pomeczowych wypowiedzi nie można dowiedzieć się niczego ciekawego. A wypowiedź z jednego tygodnia można wkleić i po kolejnym meczu, i po jeszcze następnym. Doskonale to widać w tenisie. Tam zawodnicy po wygranym turnieju mają wręcz tą samą śpiewkę. Dziękują organizatorom, sponsorom, swojej drużynie, rywalowi za dobry mecz i oczywiście dziękują kibicom za wsparcie. I na koniec zawsze slogan: mam nadzieje, że wrócę tu za rok.

Z pewnością trudno o dobry i prawdziwy wywiad ze sportowcami po meczach, ale to, co lubiłem to umawiać się z nimi właśnie w innym, dogodnym dla nich czasie, na jakąś kawę czy herbatę i dłużej porozmawiać. I wtedy jest szansa na ciekawą rozmowę, bo każda ze stron może się przygotować, i co ważne, wtedy następuje nawiązanie kontaktu. Nikt nie traktuje drugiej strony taśmowo, każda poświęciła swój czas, i każda chce w tym miejscu się znaleźć (może sportowiec nie zawsze, ale ostatecznie dal się zaprosić). Nie załatwia się tego hurtowo, a traktuje się drugą stronę w rozmowie indywidualnie. I to może być olbrzymim plusem. Bo tworzy się zaufanie, buduje się pewną nić porozumienia. Sportowiec może się otworzyć i powiedzieć coś więcej. 

I na koniec, to co jest ważne to przygotowanie dziennikarza do rozmowy. Bez tego ani rusz, to także bardzo dobry sposób, by zaimponować sportowcowi. Nie ma co ukrywać każdy z nas jest próżny i lubi łechtać swoje ego. A dobre rozeznanie, to że nie rozmawia się z byle kim, że prowadzący ma pojecie, interesuje się dokonaniami swojego rozmówcy jest pomocne, jest bazą do niestandardowej rozmowy.

Choć nie param się już dziennikarstwem i nie latam z dyktafonem, to dzięki działalności w Kole Naukowym Psychologii Sportu UKW (wybaczcie za promocje) nadal stykam się ze sportowcami i prowadzę z nimi spotkania. Dzięki temu wiem, że atmosfera w jakiej prowadzi się rozmowę jest istotna, a odpowiednie przygotowanie jest równie ważne jak  po prostu chęć poznawania drugiego człowieka, a nie szukania sensacji. Wtedy niewątpliwie pojawi się szansa, że sportowiec się otworzy, szczerze powie co i jak, pozwoli sobie na więcej, wyjdzie ze schematu i odłoży na bok ten wygładzony wizerunek. Jest szansa na ciekawa rozmowę, a my będziemy cenić u niego naturalność i szczerość. I w taki właśnie sposób będziemy go postrzegać, co będzie miało dla nas pozytywne konotacje oraz tak też będziemy go odbierać w przyszłości.

niedziela, 29 listopada 2015

Siatkarki i siatkarze w gotowości na batalie o igrzyska!

Szkoleniowcy reprezentacji narodowych w siatkówce wybrali już reprezentantów, a PZPS zatwierdził trenerskie wybory zawodniczek i zawodników, którzy powalczą w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk olimpijskich w Rio.

Przypomnę, że żeński turniej rozegrany zostanie w Ankarze, w terminie 4-9 stycznia 2016 roku, panowie w dniach 4-10 stycznia 2016  rywalizować będą w Berlinie.

Nawrocki postawił na doświadczenie. Na siatkarki, z którymi już pracował i przede wszystkim, w które wierzy.  Jest kilka powrotów, choć trudno jednak w tym przypadku głosić hasło: „wszystkie ręce na pokład” jak miało to miejsce przed turniejem kwalifikacyjnym do MŚ w Łodzi na początku tego roku.

Do kadry wraca Berenika Tomsia, które być może wystąpi w biało-czerwonych barwach na nowej pozycji.  O ile powrót Bery trudno nazwać jakimś sensacyjnym, to z pewnością uwidaczniającym, ze Nawrocki chce korzystać z tych, które chcą walczyć.  Chociaż na tę chwilę trudno zdefiniować jej rolę w zespole.

Drugi powrót jest zaskakujący. Do kadry po prawie pięciu latach wraca Aleksandra Jagieło. Sama zawodniczka mówiła, że czas reprezentacji to nie dla niej, ale magia igrzysk przyciąga, co nie ukrywa sama siatkarka. Cieszę się z tego powrotu, bo Ola to może nie siła ognia, która będzie stukać po 20 punktów w meczu, ale to dobry duch zespołu. Walczak, który nigdy się nie podaje, taki Michał Kubiak w spódnicy jak dla mnie, może troszkę grzeczniejsza, ale w końcu to dama. Mimo, że nie gra pierwszych skrzypiec w klubie, to pokuszę się o odważną tezę, że w reprezentacji może wejść do szóstki, i wraz z Werblińską i libero zadbać o bardzo dobre przyjecie i świetną defensywę. Niemniej taka rezerwowa to skarb.

I na koniec. Nazwisko wyczekiwane, utęsknione przeze mnie. Wiedziałem, że po fatalnych styczniowych wydarzeniach, nie załamie się. Nie myliłem się! Wróciła do reprezentacji, bo sportowo to wciąż klasowa zawodniczka, a co więcej ambicja nie pozwalała jest zrezygnować z występów w barwach reprezentacji. O kogo chodzi? O Mariolę Zenik. Rywalki depczą jej po piętach i z pewnością teraz nie ma już tak dużej różnicy w umiejętnościach jak kiedyś pomiędzy Mariolką, a Pauliną Maj czy Agatą Durajczyk, ale ma coś, czego inne zawodniczki nie mają. Doświadczenie, zdolności przewidywania, których nie posiada żadna inna zawodniczka, za sprawą swojego szóstego zmysłu jest w stanie wyciągnąć piłkę, która może być decydująca. Mógłbym tu pisać i pisać, ale napiszę krótko: jestem zadowolony, że zobaczę ją z dwójeczką na koszulce z Orzełkiem, i chciałbym cieszyć się z nią i z pozostałymi siatkarkami dziewiątego stycznia 2016 roku.


I kończąc wywód o żeńskiej kadrze. Dziwi mnie brak Bednarek-Kaszy i nie do końca przekonuje mnie medialne wyjaśnienia, ale nie drążę tematu. Środek i tak jest dość solidnie obsadzony.

Czas na Panów. Na kadrę Antigi, która nie zawiera niespodzianek. A francuski szkoleniowiec także postawił na doświadczenie, na sprawdzonych w boju zawodnikach, którzy cechują się wyższą odpornością psychiczną i ograniem w meczach o stawkę. Dlatego też powrót do kadry Pawła Zagumnego. Zawodnika, który mimo zapowiedzi rozbratu z kadrą, nie jest w stanie się od niej definitywnie rozstać. I dobrze, bo Guma wciąż jest potrzebny, co pokazał polski mundial.
Fot. Łukasz Laskowski  / źródło: Pressfocus
I rozwiązała się też kwestia Mariusza Wlazłego. Zawodnik podtrzymał swoją ubiegłoroczną decyzję o zakończeniu reprezentacyjnej kariery. Bez dwóch zdań, atakujący Skry byłby wzmocnieniem kadry, ale na szczęście inni atakujący dobrze rokują i prezentują dobrą formę. Dobrze gra Bartosz Kurek, a fantastyczne występy po powrocie na parkiet notuje Grzegorz Bociek.

Najtrudniej pewnie będzie przyzwyczaić się do nieobecności Piotra Nowakowskiego, stanowiącym o sile tej pozycji przez dobre kilka lat, ale i znowu nasz mistrz świata ma godnych następców. Wydaje się, że to właśnie urazy stanowiły największy problem jeśli chodzi o rozdawanie powołań. Na szczęście trzon reprezentacji jest zdrowy, gotowy do walki o igrzyska. I oby w zdrowiu i motywacji pozostali!

Co jakiś czas zdarza nam się oglądać reprezentację w styczniu, w trakcie sezonu ligowego. Generalnie mam dobre wspomnienia z tych okresów – z wyłączeniem rzecz jasna tego roku, ale wyjątek potwierdza regułę, także jeden był i starczy... A po drugie, po kiepskim okresie przychodzi ten dobry i teraz właśnie jest czas na wspinaczkę, na odbicie się z dna. A jeśli chodzi o olimpijski, kwalifikacyjny styczeń to był on dobry, a nasze reprezentacje potrafiły tam grać prezentując, to co najlepsze. Aby to najlepsze stało się teraz. Wierzę w to!

I tak ma być! Filmik z Halle z 2008 roku...

piątek, 20 listopada 2015

Recenzja: "Życie to mecz" Paweł Zagumny

Każdy sukces reprezentacji Polski w siatkówce w XXI wieku był z jego udziałem. Paweł Zagumny współtworzył zwycięstwa biało-czerwonych na najważniejszych siatkarskich imprezach. Zagumny o zdobytych tytułach, ale i porażkach opowiedział w swojej autobiografii „Życie to mecz” wydanej przez wydawnictwo Akurat.

Paweł Zagumny to postać wybitna w polskiej siatkówce. Siatkarz, który łączy pokolenia. Zmieniali się trenerzy, zawodnicy przychodzili i odchodzili, a na ich miejsce pojawiali się następni. Ale on trwał, był i grał. Świetnie grał i prowadził kadrę narodowa do medalowych pozycji.

„Życie to mecz” to nie lada gratka tylko dla fanów siatkówki. Dzięki temu, że popularny Guma gra w siatkówkę tak długo, mamy też okazje poznać historię polskiej siatkówki. Począwszy od lat 80 poprzedniego stulecia, bowiem Paweł Zagumny przyszedł na świat w Jaśle 18 października 1977 roku po dziś dzień.

Autobiografię naszego mistrza można podzielić na trzy części. Pierwsza z nich dotyczy właśnie dzieciństwa, początkowego zainteresowania siatkówką oraz stawiania w niej pierwszych, profesjonalnych kroków. Kolejna cześć  dotyczy kariery klubowej polskiego rozgrywającego, a ostatnia została poświęcona występom reprezentacyjnym. Dodatkową atrakcją autobiografii są wypowiedzi osób mających kontakt z Zagumnym, czyli jego trenerów, kolegów z boiska oraz rodziny.

Z publikacji dowiadujemy się, że autor skazany był na siatkówkę, a nawet na pozycję na której występuje, albowiem jego rodzice także rozdzielali piłki w zespole. Właściwie wybór młodego Pawła czym chce się zająć w przyszłości był prosty, a decyzję gracza wspierali rodzice, którzy okazali się nad wyraz wyrozumiali jeśli chodzi o godzenie obowiązków szkolnych z treningami. Kładli jedynie nacisk na naukę języków obcych, co okazało się być słuszną decyzją.

Nie ulegało wątpliwości, że Zagumny jest utalentowanym siatkarzem. Kariera zawodnika szybko nabrała rozpędu, a o uzdolnionym rudym chłopcu szybko w siatkarskim środowisku zrobiło się głośno. W wieku 16 lat zadebiutował w drugoligowym seniorskim zespole. Fakt, był to tylko epizod w drużynie prowadzonej przez ojca. Niemniej ważny, bo otwierający także drogę do młodzieżowych występów w reprezentacji. Występów okraszonych licznymi zwycięstwami na czele z mistrzostwem Europy i mistrzostwem świata juniorów.

Polski rozgrywający w swojej autobiografii zdradza jak wyglądały pierwsze reprezentacyjne zgrupowania, opisuje całą otoczkę wokół reprezentacji i tego, w jakich warunkach trenowali przyszli mistrzowie. Zagumny ukazuje także ewolucję jaką przeszła polska siatkówka. Do czasów kiedy w sztabie szkoleniowym poza pierwszym i drugim trenerem próżno było szukać innych współpracowników. Po obecne czasy, gdy w kadrze narodowej znajdują się wszyscy potrzebni specjaliści. Zagumny prowadzi czytelnika przez wszystkie międzynarodowe turnieje z udziałem reprezentacji Polski. Nie zabrakło wspomnień z czterech igrzysk olimpijskich, opisane zostały mistrzostwa Europy, w tym te z 2009 roku. Wraca pamięcią także do mistrzostw świata, nie tylko tych z 2014 roku, tak pięknie zwieńczonych, ale i poprzednich edycji.

Dzięki tak długiej grze w kadrze, Zagumny nie omieszkał wspomnieć o wszystkich trenerach, z którymi miał okazje pracować. Właściwie o każdym z nich wypowiada się dobrze, każdemu coś zawdzięcza. Niemniej w kontekście reprezentacji najbardziej docenił Raula Lozano, z którym zdobył wicemistrzostwo świata, i które zdaniem rozgrywającego otworzyła drzwi polskiej siatkówce na światowe areny. Znajdzie się słowo pochwały dla Daniela Castellaniego. Dość analitycznie i z pewną dozą smutku wspomina natomiast Andreę Anastasiego, mając do włoskiego szkoleniowca żal, za nie danie mu szansy podczas Igrzysk Olimpijskich w Londynie. A o współpracy z francuskim duetem pisze tak: ,,Antiga częściej kontaktował się z młodszymi zawodnikami, ja rozmawiałem z Blainem. Taktykę też omawialiśmy zwykle ze starszym trenerem, natomiast Antiga nadzorował i ogarniał całość”.

„Życie to mecz” zawiera opis kariery klubowej zawodnika. Zagumny wyjaśnia dlaczego po zakończeniu przygody z Czarnymi Radom, wybrał Szczecin, a nie Częstochowę, bogatszą, w której roiło się od reprezentantów Polski. Wyjawia powód, dla którego postanowił spróbować swoich sił za granicą i na występy we włoskiej Serie A w barwach Edilbasso Padwa. Rozgrywający ze zdziwieniem opowiada o innym sposobie patrzenia na siatkówkę na Półwyspie Apenińskim. Będący na wyższym poziomie, bardziej profesjonalny od tego w Polsce,i tego jak szkoleniowcy dostosowywali trening pod każdego zawodnika indywidualnie. Po trzech latach we Włoszech zdecydował się na powrót do kraju nad Wisłą i grę w Olsztynie. Po perypetiach w klubie z Warmii i Mazur ponownie zdecydował się na zagraniczną podroż. Tym razem padło na Panathinaikos Ateny. Pobyt w Grecji Guma wspomina miło, ale oprócz wydarzeń stricte sportowych wiele działo się także poza halą sportową. Kryzys finansowy spowodował, że po dwóch latach Zagumny zawitał do Polski, do Kędzierzyna-Koźla. Nie brakuje wspomnień z gry w ZAKSIE. W szczególności dużo miejsca autor poświęca ostatniemu sezonowi, a konkretniej mówiąc zachowaniom działaczy ZAKSY dotyczący pozbycia się Zagumnego po pięciu latach gry w klubie.

Kilka fragmentów z autobiografii:

,,Pamiętam duże zamieszanie przed szkołą, gdzie przed egzaminem dopadli mnie reporterzy. Bardzo podekscytowani, ponieważ po wielu latach polska drużyna siatkarska wywalczyła awans na olimpiadę. Nasz sukces był dla wszystkich mila niespodzianka (...). wiec zanim wszedłem na sale, trzeba było porozmawiać z reporterami i zapozować im do zdjęć z ... panią dyrektor Bożeną Stobiecka. Bylem skupiony na egzaminie, jednak ona w sumie wydawała się bardziej zdenerwowana niż ja. Powiedziała dziennikarzom, że kiedy przed maturą dowiedziała się, że wylatuję z kadrą do Grecji na turniej w Patras o mało nie spadła ze schodów. Zadbała o to, żeby przed egzaminem pisemnym z polskiego zbadał mnie lekarz. Podobno wyglądałem na zmęczonego, ale poza tym wszystko było w porządku. Siedziałem w pierwszej ławce, tuż przed komisją”.

,,Mój boiskowy pseudonim Guma jest po rodzinie, wziął się od nazwiska, ale jak się okazało, miał też pewne przełożenie na elastyczne palce i ruchy. Kibice czasami mnie pytają, czy ja jestem taki rozciągnięty jak guma. To akurat nie... Może plastyczny, ale nie rozciągnięty. Jednak na kluczowa role odegrało nazwisko. Na mojego ojca też wołano: Guma i siostra była Gumą na podwórku. Tylko mama nie miała takiego przydomka”. 

,,Po powrocie z Japonii czułem radość, bo po tylu latach walki, treningów, wyrzeczeń odnieśliśmy wreszcie ogromny sukces. Taki, na który w polskiej siatkówce kibice czekali od kilkudziesięciu lat. Dla mnie był to jeden z dwóch najważniejszych turniejów w życiu. Grałem od początku do końca, nie przeszkadzały mi kontuzje, miałem duży wpływ na to, co działo się na boisku. Podczas mistrzostw świata w Tokio 2006 zdobyłem pierwszy medal w seniorskiej karierze. Zaryzykowałbym nawet tezę, że sukces w Japonii zmienił oblicze polskiej siatkówki. W kraju wzrosło zainteresowanie tą dyscypliną, do klubów zaczęli przyjeżdżać z zagranicy coraz lepsi zawodnicy i trenerzy, dzięki czemu podniósł się poziom ligi. Może nigdy nie mieliśmy tylu gwiazd co Rosja czy Turcja, ale na pewno wyprzedziliśmy ligę włoską. Dzięki temu później, mimo różnych problemów po drodze, zaczęliśmy wygrywać kolejne ważne imprezy”.

,,Dając autografy, chcemy podziękować w ten sposób kibicom, sprawić im przyjemność. Czasami co prawda człowiek nie ma na to ochoty, lecz mimo wszystko idzie w stronę widowni, bo ludzie przyjechali tu specjalnie dla nas. Ale my, zawodnicy tez jesteśmy tylko ludźmi i prosiłbym o zrozumienie, jak czasami ktoś z nas odmówi. Rozda się dziesięć, pięćdziesiąt, sto autografów i więcej nie da już rady, tymczasem ktoś z fanów nie zdążył i zaczyna narzekać, jaki ten zawodnik jest arogancki. Nie zdaje sobie jednak sprawy, z tego, że siatkarz ma w nogach trzy godziny meczu, ledwo stoi, dużo już podpisał, a ma tez swoje życie i również chciałby odpocząć”.

Autobiografia „Gumy” nie jest może sensacyjna i trudno w niej szukać szokujących stwierdzeń. Rozgrywający nie zdradza także wielu tajemnic z szatni. Częściej opowiada, a wszelkie sportowe imprezy, w których uczestniczył po prostu relacjonuje, jednak co ważne nie zalewając czytelnika potokiem zbędnych informacji. Opisy meczów są krótkie i rzeczowe. Chociaż nie brakuje w nich banałów typu: rywale zachowali więcej zimnej krwi czy mieli od nas więcej doświadczenia, dlatego lepiej zagrali końcówkę seta.

Jako, że jest to obszerna pozycja, jest w niej wiele ciekawych opowieści, które mnie zaskoczyły, o kilku chciałbym delikatnie napomknąć. Pierwsza to próba rozprawienia się przez samego zawodnika, z pytaniem: dlaczego nigdy nie zdobył w swojej karierze mistrzostwa ligi, w której grał? Guma stwierdził, że to dla niego trudne i musi nosić to brzemię na swoich barkach. Opowiada także, że dzięki siatkówce zyskał przyjaciół, ale też dzięki niej ich stracił. O kogo chodzi? O kogoś z kim w kadrze stanowili świetny tandem, ale praca w jednym klubie nie wyszła im na dobrze…

Ponadto jeśli ciekawi Was, co łączy Pawła Zagumnego z Andrzejem Juskowiakiem? Gdzie tkwi sekret zagrywki Gumy? Jakie wydarzenie jest największym rozczarowaniem siatkarza w karierze? Dlaczego zadowolony jest z niej tylko na 80%? Chcielibyście dowiedzieć się co magicznego jest w „piątce” na koszulce? Na te i na inne pytania jeden z najlepszych rozgrywających świata odpowiada w swojej książce.

Co więcej, nasz mistrz świata rozwiewa wszelkie wątpliwości w sprawie etykietki „gbura” jaką mu przypięto. I wreszcie przekonamy się, co myśli rozgrywający przed decydującą akcją, akcją na wagę złotych medali mistrzostw świata…

„Życie to mecz” czyta się bardzo przyjemnie, a książka oddaje charakter zawodnika takiego jakiego wielu z kibiców widzi go na boisku. Nie okazujący emocji, ale analizujący, biorący pod rozwagę kilka możliwości. Opanowany, spokojny, ale zaraz przedstawiający to, co najważniejsze. Nadrzędną wartością zawodnika uwidaczniającą się w autobiografii jest pasja, wielkie zaangażowanie do siatkówki i pełne zrozumienie  tej dyscypliny.

Minus za okładkę. Wydaje mi się, że lepszą byłaby prezentującą Zagumnego w biało-czerwonych barwach, aniżeli w klubowym trykocie ZAKSY.

Bez cienia wątpliwości to pozycja nie tylko dla fanów siatkówki, ale dla tych, którzy pragną poznać historię niebanalnego człowieka prezentującego niebanalne zagrania.

Moja ocena: 4/5

„Życie to mecz”, Paweł Zagumny, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2015


środa, 11 listopada 2015

Patriotyzm w sporcie - niejedno ma imię

Dziś mija 97 rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. Po 123 latach zaborów byliśmy wolni i niezależni. Wielu polskich sportowców w tamtym okresie, w tych trudnych czasach patriotycznie wyrażało swoje postawy i chęć prezentacji swojej ojczyzny.

Dla sportowców tamtego okresu okazywanie patriotyzmu było czymś nad wyraz naturalnym, rozumianym jako duma z kraju. Nie ulega wątpliwości, że w sporcie, ale przede wszystkim poprzez sport najłatwiej o postawę łącząca przywiązanie i miłość do ojczyzny. Patriotyzm w tym wydaniu jest najbardziej globalny i zauważalny. W XX w. było to bardzo, ale to bardzo ważne, aby tak trudnych chwilach okazać jedność, ale też wlać wiarę pozostałym obywatelom jak ważna jest Polska!

Po odzyskaniu niepodległości, ale także i we wcześniejszych latach mieliśmy bohaterskie wyczyny Polaków, patriotyczne zachowania, które niosły przesłanie: ,,Jeszcze Polska nie zginęła”.

W latach dwudziestych wzorem nowoczesnej Polki były występy Haliny Konopackiej, to za sprawą jej złotego medalu w rzucie dyskiem mogliśmy po raz pierwszy wysłuchać Mazurką Dąbrowskiego. Bez dwóch zdań Konopacką trzeba zaliczyć do najwybitniejszych postaci niepodległej Polski, która jeszcze w 1939 roku ratowało polskie złoto wywożąc je do Francji.

Czasy się zmieniają i błędem byłoby twierdzenie, że znaczenie patriotyzmu ciągle jest takie samo. Biorąc pod uwagę różne zmiany polityczne, społeczne jak i technologiczne. Niemniej wciąż obecna jest silna więź do kraju pochodzenia. Moim zdaniem niezmienne silną grupą wzbudzającą patriotyzm są sportowcy.

Sportowcy, którzy są postaciami globalnymi, za sprawą ich występów głośno jest o Polsce. A ich przywiązania do barw jest bezgraniczne. Czego przykładem jest Bartosz Kizierowski, którego w 2005 roku 600 tysiącami euro kusił Katar.  Jednak nic z tego! - ,,To bardzo dużo pieniędzy, ale nie miałem cienia wątpliwości, czy przyjąć propozycję. Są wartości bezcenne. Dla mnie jedną z nich jest orzełek na reprezentacyjnym dresie - mówił dla ,,Rzeczpospolitej”. Patriotyzmu nie można kupić, przynajmniej nie polskiego, o czym doskonale przekonali się Katarczycy, albowiem im odmówił także szczypiornista Marcin Lijewski argumentując to słowami: ,,Nawet nie chciałem wiedzieć, jaką proponują kasę, od razu powiedziałem, że mnie taka sytuacja nie interesuje. Nie pojmuję, jak można słuchać innego hymnu narodowego.
Fot. Newspix/ Michał Nowak
Polskich wartości nie można kupić, bo o nie taką Polskę walczyli z wrogami Polacy. Przywiązania do naszego kraju można także wyrażać się poświeceniem własnego zdrowia, może już nie ryzyka śmierci, ale zdrowia na pewno, co dla sportowców ma niebagatelne znaczenie. I tak  w tym miejscu chcę wspomnieć o tenisistce Agnieszce Radwańskiej. Agnieszka nie odmawia występów w barwach Polski jak robią to inne znane tenisistki. Wśród rywalizujących w Fed Cupie próżno szukać Sereny Williams, Wiktorii Azarenki czy Marii Szarapowej. Polskiej tenisistce należy się szacunek i uznanie, bo jak sama mawia: ,,dla kraju potrafię oddać więcej niż kolano. Dodaje również, że nie myśli tak jak inne dziewczyny z czołówki. Że to dodatkowy wysiłek, obciążenie czy stres. Nie zmieniłam swojego podejścia od lat”.

I jeszcze jedno niby mniej ważne, ale ważne. Iśka mieszka w Polsce, a tym samym płaci podatki w naszym kraju, co nie dla wszystkich jest takie oczywiste.

Polscy sportowcy przywiązania do barw narodowych nie mają tylko w sercu, ale i na ciele, a wartości Bóg, Honor i Ojczyzna są widoczne podczas każdego startu. Prawą nogę 400-metrowca Jakuba Krzewiny  zdobi tatuaż „Bóg, Honor, Ojczyzna” oraz słowa „Chwała Wielkiej Polsce”. Biegacz tak mówi o swoich tatuażach: Byłem wychowywany w poczuciu patriotyzmu, na co szczególną uwagę zwracał dziadek. Również nauczycielka w szkole zaszczepiła we mnie pasję do historii Polski. W wolnej chwili zamiast do komputera, wolę sięgnąć po książkę. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że te tatuaże nie są na pokaz.
Fot. TVN24
Inną cechą w jakich można wyrażać patriotyzm to również umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury czy języka. To także poczuciu więzi społecznej oraz solidarności z własnym narodem i społecznością. Co dobrze ilustruje Marcin Gortat nazywany w USA „The Polish Machine”, polski jedynak w NBA dobrze reprezentuje Polskę, podkreślając swoją biało-czerwoną krew. Gortat angażuje się także w pomoc dla polskiej armii. Gortat regularnie odwiedza wojskowe jednostki, spotykając się z żołnierzami, finansuje obozy sportowe dla dzieci żołnierzy, weteranów zabiera na mecze NBA.

Iść z duchem czasu, inaczej się nie da. Sportowcy też to wiedzą i prezentują nowoczesny patriotyzm. Doskonałym przykładem jest nasz mistrz olimpijski Kamil Stoch. Skoczek narciarski pragnął na swoim kasku umieści symbol lotniczej szachownicy podczas występów w 2014 roku na igrzyskach olimpijskich w Soczi.
Fot. Thefad

Sportowcy swoją walecznością, odwagą i ogromnym zaangażowaniem na rzecz narodu pokazują swoją wartość. Nie można jednak zapominać o kibicach, kibicach polskich zawodników, polskich reprezentacji. Co doskonale widoczne jest w siatkówce. Masowo wspierając naszych zawodników, ubierając się w barwy narodowe, śpiewania ile sił Mazurka Dąbrowskiego. W ten sposób się jednoczymy, utożsamiamy się z naszym krajem, razem w słusznej sprawie.

Przykładem współczesnego patriotyzmu są także przyśpiewki polskich kibiców w trudnych chwilach, wtedy gdy drużynie nie idzie. A oklepane, a swego czasu ironiczne „Nic się nie stało” pokazuje, że jednak się stało. Stało się zjednoczenie Polaków. Razem na dobre i na złe, z wiarą o lepsze jutro polskiej drużyny, a co za tym idzie lepszej, a przynajmniej zadowolonej Polski.

Dumni po zwycięstwie, wierni po porażce!
POLSKA!
Fot. Demotywatory.pl

sobota, 7 listopada 2015

Recenzja: "Futbol jeszcze bardziej obnażony"

Wrócił! Zawodnik grający w Premier League, który swoją historię postanowił opisać w książce „Futbol Obnażony” jeszcze ma coś do opowiedzenia kibicom stąd na rynku wydawniczym ukazała się kontynuacja międzynarodowego bestsellera Anonimowego Piłkarza „Futbol jeszcze bardziej obnażony”.

Książka „Futbol jeszcze bardziej obnażony” zaczyna się ciekawie. Głos zabrała żona piłkarza, rzecz jasna Pani Anonimowa. Słowa partnerki piłkarza uzmysłowiają czytelnikowi, że to nie będzie aż tak surrealistyczna i szokująca książka aniżeli jej pierwsza odsłona. Publikacja jest subtelniejsza, momentami nawet refleksyjna. Trudno w niej znaleźć historie z pierwszych stron brukowców, czy sensacyjnych opowiastek. Dużo w niej rozważań Anonimowego Piłkarza na temat tego, jak potoczyło się jego piłkarskie życie.

Druga część przygód Anonimowego Piłkarza wydaje się być bardziej stonowana. Autor skupił się na rozważaniach dotyczącej przyszłości. Anonimowy Piłkarz rozmyśla gdzie mógłby zagrać w ostatnich latach piłkarskiej kariery oraz czym zajmie się po zawieszeniu butów na kołek. I tak Anonimowy Piłkarz z pomocą kolegów dywaguje czy na ostatnie sezony powinien zdecydować się na ligę szkocką, czy może wyjechać do Chin, albo spędzić je na Bliskim Wschodzie. Co więcej, rysuje przed czytelnikiem kilka profesji, które może wybrać, gdy przejdzie na sportową emeryturę. Anonimowy Piłkarz zastanawia się czy lepiej zostać agentem piłkarskim, dyrektorem sportowym albo trenerem? Snując rozważania, o tym co dalej gracz angielskiej Premier League dochodzi do wniosku, że gdy żadna z opcji nie wypali to zawsze pozostaje pole golfowe i tam może spędzić swój wolny czas.

Kilka cytatów z książki:

„Powinniście byli zobaczyć miny dostawców butów, którzy zjawiali się w ośrodku treningowym, by rozdawać piłkarzom ogromne ilości gratów, kiedy słyszeli ode mnie, że nic od nich nie chcę. Wydaje mi się, że czerpałem z ego jakąś perwersyjną radość; tak samo przyjemnie się czuję, ignorując kobiety, które stojąc przede mną przy barze, prowokacyjnie bawią się włosami.  To nie jest arogancja, choć pewnie wielu tak to odbiera. Wydaje mi się, iż taka moja postawa wynika z faktu, że lubię kontrolować sytuację”.

„Mój ojciec siedział przy stole w loży i nakładał sobie jakieś przekąski. Nie zauważył, że na sali jest także Fabio Capello. Nagle Capello pochylił się przed ojcem, by sięgnąć po szklankę, która stała po drugiej stronie stołu – i pewnie tego pożałował. - Ej, stary, spier...! O co ci chodzi? - palnął ojciec. - Jeśli chcesz szklankę, to po prostu poproś, nie przepychaj się – tłumaczył. W ogóle nie zauważył, że mówił do samego Fabio Capello, bo ani razu nie spojrzał w górę. Ojciec sięgnął po szklankę i podał ją Włochowi, który grzecznie podziękował, po czym się oddalił. - Cholerni ludzie – wycedził do mnie.Zastanawiałem się jak odpowiednio dobrać słowa. - Tato – rzekłem w końcu. - Chyba właśnie powiedziałeś Fabio Capello, by spier... - Że co? - nie wierzył. - Mówiłem, że chyba powiedziałeś Fabio Capello, by spier...”.

„To miał być historyczny moment, ale tuż przed wykonaniem uderzenia moja legendarna chwila została przerwana przez wrzask kolegi, który patrząc na coś za moimi plecami, krzyknął: - Co to, kurwa, jest?! Odwróciłem się w samą porę, by zobaczyć parę oczu i podłużny pysk, który wynurza się z wody. Zesrałem się ze strachu, wyskoczyłem na trawę i wbiegłem na wzniesienie. Odwróciłem się i zobaczyłem, że aligator ponownie się zanurzył i popłynął na środek jeziora, gdzie siedział i z daleka nas obserwował”.

„Bałem się, że młodego zjedzą żywcem. Musiałem przekazać mu jakąś wiadomość; musiałem powiedzieć mu coś, co nakręci go tak, aby się sprężył i zagrał najlepiej, jak potrafi. On przecież grał dopiero dwa tygodnie! Z pewnością ludzie wezmą to pod uwagę, no nie? Musiałbym jednak powiedzieć o tym innym. Tuż po pierwszym gwizdku, postanowiłem, że stanę przed linią boczną i oświadczę to wszystkim – rodzicom i trenerom. Musiałem bronić syna”.

Książka nie jest jednak pozbawiona anegdot. Tytułowy piłkarz raczy czytelników mniej lub bardziej wysublimowanymi żartami. Jakby choćby ta z Paulem Gascoignem w roli głównej, który wkręcił w kradzież swojego samochodu klubowego fizjoterapeutę. Jest w książce miejsce także na poważny temat jakim jest rasizm na stadionach futbolowych. Choć i to zagadnienie autor w swoim stylu dość mocno przejaskrawia przytaczając historię, której był świadkiem: „Pewnego razu posłałem piłkę na drzewo, i czarnoskóry francuski piłkarz rzekł do afrykańskiego: – Ty wejdź na to drzewo – jesteś większą małpą ode mnie. Po chwili obaj parsknęli śmiechem”.

Autor zdecydował się także ujawnić parę kwestii dotyczących funkcjonowania najważniejszych piłkarskich potentatów. Przedstawia model finansowy prezesa Realu Madryt Fiorentino Pereza, który dzięki swoim posunięciom jest w stanie ściągać do zespołu piłkarzy za niebagatelne kwoty. Podaje też konkretny kwoty na przykład jeśli chodzi o umowy reklamowe i tak firma Chevrolet za 7-letni kontrakt z Manchesterem United zapłaciła 357 mln funtów.

Anonimowy Piłkarz w ,,Futbolu jeszcze bardziej obnażonym” koncertuje się na sobie, na swoim życiu, na tym jak borykał się z problemami dnia codziennego. A te jak się okazało nie były błahe. Autor zmagał się z depresje, cierpiał na urojenia, zdradził jak trudno było mu wstać z łóżka, i jak z każdym kolejnym rankiem brakowało mu sił, by wykonać najprostsze czynności.

Inną kwestię, którą poruszył autor publikacji wydaje się może nie tak pesymistyczna, aczkolwiek trudno nazwać ją sielanką. Bohater książki zamartwia się o swoje dzieci, o ich przyszłość. Jego syn już zaczął grać w piłkę, co przed Anonimowy Piłkarzem jako rodzica stawia szereg wyzwań. Jak ustrzec swoje dziecko przed tym piłkarskim życiem? Jako dać mu wskazówki? Z takimi myślami bije się autor w ostatnich akapitach „Futbolu jeszcze bardziej obnażonego”.

Kontynuacja opowieści Anonimowego Piłkarza wydała mi się ciekawsza. Była bliższej codziennych spraw, z którymi zmaga się człowiek niezależnie od tego czym się zajmuje. Mam wrażenie, że skłoniła samego autora do refleksji nad własnym ja. Jest również próbą oczyszczenia z przeszłości, aby móc odnaleźć się w nowej rzeczywistości. O ile pierwsza cześć była zbiorem historii rodem z tabloidu, o tyle w „Futbolu jeszcze bardziej obnażonym” mamy opowieść  nadającą się do branżowego czasopisma.

Moja ocena: 3,5/5

,,Futbol jeszcze bardziej obnażony”, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2015


poniedziałek, 2 listopada 2015

Agnieszka Radwańska mistrzynią mistrzyń!

Zrobiło to! Agnieszka Radwańska pokonała Czeszkę Petrę Kvitovą 6:2, 4:6, 6:3 w fnale finałów  WTA w Singapurze.

Bez dwóch zdań na ten sukces cała tenisowa Polska czekała kilkadziesiąt lat, albowiem finalista turnieju Masters w 1976 roku był Wojciech Fibak. Jemu tego turnieju wygrać się nie udało. Radwańska zwyciężyła, wygrała turniej mistrzyń, w którym grają najlepsze z najlepszych! 
Fot. PAP/EPA / WALLACE WOON
To dotychczas największy tenisowy sukces polskiej tenisistki. Wydaje się, że zwycięstwo w tych zawodach obok wielkoszlemowych turniejów jest najcenniejsze, choć na triumfy w Wielkich Szlemach krakowianka jeszcze musi poczekać. Sukces jest jednak olbrzymi. I niech nie próbują go umniejszać ci, którzy upatrują sukcesu Polki za sprawą rezygnacji z singapurskiej rywalizacji Sereny Williams. Amerykanki nie było, a jak by była to nie wiadomo, co by było. Tego się nie dowiemy, a wiemy, że tegoroczną zwyciężczynią turnieju masters 2015 została Agnieszka Radwańska.


Przyznaję, że bardzo się cieszę, bo Iśce kibicuje już ładnych kilka lat. I tak jak ona ciągle czekałem na sukces z prawdziwego zdarzenia. Wygrana ta jest potwierdzeniem jej miejsca w panteonie tenisowych gwiazd.

Koniec wieńczy dzieło tak można skwitować tegoroczne dokonania polskiej tenisistki. Choć początek sezonu okrasiła także historyczna chwila, wraz z Jerzym Janowiczem zwyciężyła w Pucharze Hopmana, czyli nieoficjalnych mistrzostwach świata par mieszanych, sezon zakończyła triumfem w nieoficjalnych mistrzostwach swiata tenisistek. 

Tym samym rok 2015 kończy z dwoma tytułami mistrzowskimi! Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, że Aga jest gwiazdą światowego formatu? Na szczęście wydaje się, że nie! Gratulacje dla Polki płyną zewsząd, a o historycznym wyczynie mówi cały świat, bo cały świat śledził zmagania w Singapurze. Andy Murray przełożył konferencje, gratulacji w mediach społecznościowych nie było końca, od wiernych kibiców, po innych polskich sportowców z Katarzyną Skowrońską-Dolatą, Arkiem Milikiem czy Marcinem Gortatem na czele. Podziękowanie za zwycięstwo złożył także Prezydent RP Andrzej Duda, a w niedzielny wieczór oszalał także Stadion Narodowy, gdzie zamigotał napis: "Brawo Aga". 


To jest jej czas. Czas na świętowanie i olbrzymia radość i satysfakcję z tego co dokonała. Nie zamierzam skupiać się na tenisowych umiejętnościach naszej tenisistki, bo tymi zachwyca się cały świat, i bez wyjątku każdy uwielbia patrzeć na mecze z udziałem Polki, bo prezentuje kwintesencje białego sportu. Piękno w czystej postaci, techniczny tenis nie zginał, nie zawsze siła triumfuje i Agnieszka dala temu przykład. Jak żywe wróciły określenia na grę Polki - Mozart tenisa, the Magician, La Profesora. Do tych przydomków trzeba dodać jeszcze kolejne opisujące jej silną wolę i walkę z bólem. "Nie ma chwały bez cierpienia" - powiedział Tomasz Wiktorowski podczas półfinału z Muguruzą. Jak się okazuje miał rację, a słowa te doskonale w czyn zamieniła Polka.

Cierpiała, ale wygrała. Tylko w ten sposób przechodzi się do historii, tak tworzy się historię polskiego i światowego tenisa. I wierzę, że będzie pisała kolejne rozdziały swojej historii.

Wierzę, że teraz poczuje krew, pójdzie za ciosem, jak zwał tak zwał, ale sięgnie to wymarzony i oczekiwany tytul wielszkolemowy. Sama Agnieszka pokazala, ze jest w stanie wygrywac z najlepszymi. A i jest jeszcze jedna sprawa. Polka jest pierwszą od dziesięciu lat tenisistką, która wygrała finał finałów, nie mając na koniec zwycięstwa w Wielkim Szlemie. Po raz ostatni podobnego wyczynu dokonała Francuzka Amelie Mauresmo (obecna trenerka Andy'ego Murray'a), która po sukcesie w WTA Finals zwyciężyła w Australian Open i Wimbledonie.

Oprócz przechodzenia do historii, tworzenia jej, wiadomo też, że historia lubi się powtarzać, a więc niech się powtórzy!
Fot. WTA