wtorek, 30 września 2014

Subiektywny ranking najciekawszych transferów do PlusLigi w sezonie 2014/2015

Piękne to były Mistrzostwa Świata, a wspomnienia zachowane w pamięci będą jeszcze piękniejsze. Mamy Mistrzów Świata, ale mamy także ligę, w której zagrają złoci medaliści, ale co ciekawe nie zabraknie także brązowych medalistów. PlusLiga startuje tuż tuż, biało-czerwone szaliki na chwilę możemy zdjąć z szyi, a do ręki wziąć klubowe barwy.

Rozgrywki ligowe będą mieć w tym roku swoich mistrzów pochodzących z Polski, ale działacze klubowi zadbali również o ciekawe transfery graczów pochodzących z zagranicy. Transfery ciekawe, choć żaden nie sprawił, że musiałem zbierać szczękę z podłogi. Może jednak, tak zrobię, kiedy ktoś z nich zagra rewelacyjny sezon w swoim klubie i poprowadzi go do triumfów.

Tradycyjnie publikuję własny ranking najlepszych zagranicznych siatkarzy, którzy zdecydowali się w tym roku na grę w PlusLidze.

5. Frantisek Ogurcak (Indykpol AZS Olsztyn)
Może to nie jest transfer z pierwszych stron gazet, a sam zawodnik nie jest bardzo medialny to najważniejszy jest aspekt sportowy. A ten w przypadku tego gracza należy uznać za solidny. Słowak w olsztyńskim zespole może być liderem. We włoskiej lidze grał od 2008 roku zbierając dobre recenzje. Ogurcak powinien być mocnym ogniwem zespołu, bo nie ma większych problemów zarówno z przyjęciem zagrywki jak i ze skutecznym atakiem. Zawodnik, który w Indykpolu naprawdę może mieć pole do popisu, a doświadczenie zdobywane na włoskich parkietach okaże się przydatne dla zespołu z Warmii i Mazur, który z pewnością ma spory apetyt na znalezienie się w czołowej piątce rozgrywek.

4. Marco Falaschi (Lotos Trefl Gdańsk)
W poprzednim sezonie, gdy zobaczyłem tego zawodnika w Budvanskiej Rivijerze Budva zastanawiałem się co zawodnik takiego pokroju może robić w czarnogórskiej lidze. Odpowiedzi nie znalazłem, ale... na szczęście teraz Falascchiego będziemy oglądać w  polskim klubie. Włoch ma być podstawowym graczem gdańskiego Trefla. Mam nadzieję, że będzie także dobrym sygnałem dla Lotosu, by zacząć w końcu walczyć o czołowe lokaty w PlusLidze. Niewątpliwie z włoskim rozgrywającym szanse są spore!

3. Jeroen Trommel (Cuprum Lubin)
Holender lubi podróżować po Starym Kontynencie, bo w swojej długiej karierze grywał już w kilku europejskich ligach. Fajnie, że w końcu trafił do PlusLigi. Może trochę szkoda, że dopiero w wieku 34 lat. Wydaje mi się, że to jeszcze nie czas na odcinanie kuponów, a Lubin wyzwoli w zawodniku nową dawkę motywacji i Trommel będzie grał efektywnie i efektownie.  Doświadczenie zdobywane przez tego gracza na mistrzostwach Europy, igrzyskach olimpijskich czy Lidze Światowej może być niezwykle kluczowe dla poczynań beniaminka PlusLigi.
Fot. johantrommel.nl
2. Denis Kaliberda (Jastrzębski Węgiel)
Z pewnością działacze Jastrzębskiego Węgla nie spodziewali się, że ściągając Kaliberdę będą mieć w swoim składzie brązowego medalistę MŚ. Bez dwóch zdań transfer niemieckiego przyjmującego będzie strzałem w dziesiątkę. Już od kilku sezonów zawodnik (mimo młodego wieku – Niemiec urodził się w 1990 roku) prezentuje się doskonale, a polski mundial tylko to potwierdził. Kaliberda będzie koniem pociągowym Pomarańczowych. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że zostanie w Jastrzębiu na dłużej niż jeden sezon, bo zawodnika takiego pokroju warto obserwować na polskich parkietach.
Fot. Oficjalny Fanpage Jastrzębskiego Węgla

1. Lukas Kampa (Cerrard Czarni Radom)
Radomianie mogą mieć powody do dumy i zadowolenia, bo Kampa oprócz brązowego krążka MŚ został tak najlepszym rozgrywającym polskiego mundialu. Wyróżnienie cenne i prestiżowe. A okazja do pokazania na co stać niemieckiego rozgrywającego nadarzy się również w tegorocznym sezonie PlusLigi, który do łatwych należeć nie będzie, ale Kampa będzie miał bardzo dobrą okazję, aby poprowadzić Czarnych do jeszcze lepszych rezultatów niż w poprzednim sezonie. Ogromne uznania także dla działaczy, którym udało się namówić do gry w klubie zawodnika międzynarodowej klasy. Doświadczony rozgrywający związał się z ekipą z Radomia dwuletnim kontraktem, co pokazuje, że Kampa wiąże spore nadzieje z występami w klubie. Podobnie jak kibice, którzy bacznie będą patrzeć na ręce Niemca.
Fot. radom.sport.pl

poniedziałek, 22 września 2014

POLACY MISTRZAMI ŚWIATA!!!

Jak cudownie było obudzić się w poniedziałek ze świadomością, że żyję w kraju Mistrzów Świata. Niebywałe. Fantastyczne uczucie. Nieprawdopodobne. To naprawdę się stało. Rewelacyjnie, pięknie jest magicznie. Fenomenalnie! Zastanawiałem się w jaki sposób napisać tę notkę. Nie będzie jednak długich analiz, ocen i innych tego typu spraw. Nie ma potrzeby! Jesteśmy najlepsi na świecie. Po 40 latach znowu nasi siatkarze stanęli na najwyższym stopniu podium.

Zacznę i skończę na podziękowaniach, bo to jedyne co mogę zrobić :)

Dziękuję za mecz z Serbią,
Dziękuję za mecz z Australią,
Dziękuję za mecz z Wenezuelą,
Dziękuję za mecz z Kamerunem,
Dziękuję za mecz z Argentyną
Dziękuję za mecz z USA
Dziękuję za mecz z Włochami
Dziękuję za mecz z Iranem
Dziękuję za mecz z Francją
Dziękuję za mecz z Brazylią
Dziękuję za mecz z Rosją
Dziękuję za mecz z Niemcami
DZIĘKUJĘ ZA ZWYCIĘSTWO W FINALE Z BRAZYLIĄ!

Dziękuję Nowakowskiemu,
Dziękuję Winiarskiemu,
Dziękuję Konarskiemu
Dziękuję Zagumnemu
Dziękuję Kłosowi
Dziękuję Wronie
Dziękuję Wlazłemu
Dziękuję Drzyzdze
Dziękuję Kubiakowi
Dziękuję Ignaczakowi
Dziękuję Zatorskiemu
Dziękuję Możdżonkowi
Dziękuję Mice
Dziękuję Buszkowi
i Dziękuję Sztabowi Szkoleniowemu na czele z Antigą!

Fot. FIVB
Kawał świetnej roboty, dzięki za nieprawdopodobne emocje i możliwość przeżycia na własnej skórze tego momentu, o którym mówił mój dziadek czy ojciec. Dożyłem czasu, kiedy nasi siatkarze są najlepszą ekipą globu!

I na koniec dziękuję kibicom, tym którzy dopingowali w halach i w domach, którzy wierzyli i trzymali kciuki za powodzenie!

Na dzień dzisiejszy nie przyjmuje do wiadomości innych rzeczy poza tą, że JESTEŚMY MISTRZAMI ŚWIATA. RADUJMY SIĘ!

Fot. FIVB

poniedziałek, 15 września 2014

MŚ wkraczają w decydującą fazę! Wierzę i trzymam kciuki!

Witajcie! Długo się nie odzywałem, bo uważnie śledziłem zmagania polskich siatkarzy w MŚ. Kibicowanie jednak zajmowało sporo czasu, a nie chciałem też wywoływać specjalnej paniki po jednym meczu czy to wygranym, czy przegranym snując dalekosiężne plany stąd tak długa przerwa.

Teraz jednak może włączyć wyobraźnię, bo teraz jest inaczej. Polska reprezentacja jest w najlepszej szóstce imprezy, czyli ma 50% szans na zdobycie medalu :) Wbrew pozorom szanse są spore, więc warto by je wykorzystać, ale zadanie nie będzie łatwe... Niestety. Swoją drogą myślę, że znalazło się sporo kibiców, którzy przed losowaniem grup trzeciej fazy, a po otrzymaniu wiadomości, że biało-czerwoni nie prześcigną Francji w klasyfikacji, przebąkiwała, że trafimy do grupy śmierci. Ja też byłem w tej grupie. Przepraszam, ale wykrakałem. Nie chciałem :(

W gwoli formalności. Trafiliśmy do grupy z Brazylią i Rosją. Natomiast w drugiej grupie zagrają Francuzi, Irańczycy i Niemcy. System okazał się sprawiedliwy, ale niezbyt łaskawy dla gospodarzy. Uważam jednak, że mamy szanse. Wierzę, że uda się wygrać choć jeden mecz, który da nam awans do półfinału. Tak silna grupa na tym etapie rozgrywek, sprawia, że w walce o medale będziemy mieć teoretycznie słabszych rywali, z którymi przecież wygraliśmy już na tym mundialu.

A potyczki z Brazylią i Rosją należy potraktować jako wyzwanie, które można przeskoczyć, a pokonanie tak wysoko postawionej poprzeczki, sprawi, że potem skok o medal może być dużo łatwiejszy.

Nie śledziłem dokładnie wszystkich meczów jakie rozgrywały ekipy Canarinhos i Sbornej, niemniej Kanarkowi niewątpliwie będą najgroźniejszym przeciwnikiem. Nie przegrali na tych MŚ jeszcze meczu. Wydaje się, że grają najrówniej, a i z moich spostrzeżeń wynika, że nie mieli na tym turnieju jeszcze słabszego meczu, a przecież w tak długim turnieju trzeba taki mieć... Oby we wtorek!

Rosjanie z kolei grają nierówno, a z mocnymi rywalami potrafili się albo męczyć jak w starciu z Bułgarią czy po prostu przegrać jak w meczu z Brazylijczykami. Dodatkowo mają sporo problemów z dyspozycją swoich atakujących. Zarówno Nikołow jak i Pawłow zmagają się z kontuzją, więc trudno wyrokować czy dalej zagrają, a i przestawienie Dmitrija Muserskiego może nie zdać egzaminu.

Oczywiście My mamy swoje kłopoty. Z pewnością cała siatkarska Polska modli się o zdrowie Michała Winiarskiego, który w starciu z Iranem uskarżał się ból pleców. Mam nadzieję, że wszystko będzie na tyle dobrze, że Misiek zagra i zagra tak jak dotychczas, bo taka gra jest nam koniecznie potrzebna!

Niewątpliwie nie jesteśmy faworytami w starciach z mistrzami świata czy mistrzami olimpijskimi. To jednak może być naszym atutem, a przecież nie mamy się czego obawiać, bo zarówno jednych jak i drugich mamy już na rozkładzie w tym sezonie. Oni wyjdą z nastawieniem, że muszą, my, że możemy. A z taką świadomością gra się dużo, dużo łatwiej.

O kibiców się nie martwię. Oni jak zawsze staną na wysokości zadania. A gospodarzom ściany pomagają, a więc i niech tak będzie :)

I na koniec. Mam nadzieję, że wreszcie udać się zagrać tak, że nie będzie potrzeby rotowania składem, bo to oznaczać będzie, że wszyscy, w tym jednym meczu zagrają doskonale. W kilku poprzednich starciach, tego trochę brakowało, gdzieś mieliśmy luki, jakiś element nie zawsze funkcjonował tak jak należy. Teraz wszystko musi zagrać. Wszystko!

Mocno wierzę i trzymam kciuki!

piątek, 5 września 2014

Recenzja: "Szybszy niż Błyskawica. Autobiografia" Usain Bolt

Nie będzie długiego wstępu, bo najzwyczajniej w świecie takiego nie potrzeba. Pochodzący z Jamajki Usain Bolt, zdobywca sześciu złotych medali igrzysk olimpijskich w Pekinie i Londynie. Rekordzista świata na 100 i 200 metrów wydał autobiografię.

Ludzie nie będący zainteresowani sportem i tak z pewnością Bolta znają. Niemniej wszyscy, którzy pragną dokładniej poznać historię jamajskiego lekkoatletyki i zżera ich ciekawość jak wygląda życie ikony sportu XXI wieku powinni sięgnąć po autobiografię jamajskiego sprintera pt. ,,Szybszy niż błyskawica” wydanej przez wydawnictwo Bukowy Las, które przestało już słynąć z tenisowych publikacji.

Trzeba przyznać, że publikacja„Szybszy niż błyskawica” stosunkowo szybko pojawiła się w naszym kraju, albowiem jesienią ubiegłego roku autobiografia Bolta miała światową premierę. Warto też wspomnieć, że nie jest to pierwsza książka autorstwa jamajskiego sprintera. W 2013 roku na polskim rynku pojawiła się pozycja zatytułowana: ,,9,58 - Autobiografia najszybszego człowieka na świecie”.

„Szybszy niż błyskawica” opowiada drogę na szczyt Usaina Bolta. W książce bardzo mocno zaakcentowano sportową stronę życia Jamajczyka. Co prawda pojawiają się wspomnienia i anegdoty z czasów szkolnych, wygłupów z kolegami, pasji do grze w krykieta czy o wielbieniu klubu z Old Trafford, ale nie brakuje też wątków o ciężkiej pracy, przedsezonowych przygotowaniach i rzecz jasna występach na stadionach całego świata.

Publikacja rozpoczyna się od kulminacyjnego wydarzenia w życiu sportowca, co ciekawe taka inauguracja stosowana jest dość często w biografiach. W tym konkretnym przypadku autobiografię Jamajczyka otwiera dramatyczny wypadek samochodowy z kwietnia 2009 roku, kiedy Bolt wraz z przyjaciółkami byli o krok od śmierci. To zdarzenie dla Jamajczyka było jak objawienie, jak dar od wszechmogącego, aby mógł zostać najszybszym człowiekiem.

Sześciokrotny mistrz olimpijski opisuje swoje początki z lekkoatletyką, w której nie zakochał się od razu, albowiem uwielbiał krykiet. Długo też oswajał się z myślą by biegać na setkę, ponieważ większość trenerów widziała w nim fenomenalnego biegacza na 200 i 400 metrów. Wszystko zmieniło się w 2007 roku, kiedy trener Glein Mills przegrał zakład ze swoim podopiecznym. Motywem takiej decyzji wcale nie były pieniądze a fakt, że podczas treningu na jedno okrążenie, trzeba trenować znacznie ciężej i dłużej, a tego Bolt chciał uniknąć za wszelką cenę.

Z lektury dowiadujemy się, że Bolt został obdarzonym niebywałym talentem, który pozwolił mu wygrywać na początku swojej kariery, jednak im bardziej zaangażował się w lekkoatletykę tym zdał sobie sprawę, że musi więcej ćwiczyć. I tak biega od 15 roku życia, kiedy zaczął wygrywać zawody i bić rekordy. Długo nie trzeba też było czekać na pierwsze międzynarodowe sukcesy. W 2002 roku przed własną publicznością wygrał mistrzostwa świata juniorów.  Od tego momentu kariera Bolta nabrała tempa i już nic nie było takie samo...

Ponadto sprinter opisuje jak jego kariera potoczyła się w kolejnych sezonach. Począwszy od nieudanego, choć zapewniającego cenne doświadczenie występu na igrzyskach olimpijskich w Atenach. Debiut na seniorskich mistrzostwach świata w Osace wypadł nad wyraz okazale. Jednak ten występ to było preludium przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie. Trzy złota i trzy rekordy świata. Królem sprintu był Usain Bolt. Potem były MŚ w Berlinie i trzy złota i dwa rekordy świata zdobyte indywidualnie. Panowanie wciąż trwało i nadal trwa, albowiem Bolt klasę potwierdził w Londynie. Ponownie sięgnął po najwyższe olimpijskie laury.

W „Szybszy niż błyskawica” sporo miejsca poświęcono przygotowaniom do poszczególnych startów. Jamajczyk zdradza jakie spostrzeżenia towarzyszą mu przed wyścigiem, a także w trakcie biegu. I choć wydaje się, że 10 sekund to bardzo mało, to w tym czasie w głowie sprintera przebiegają myśli w rekordowym tempie!

Kilka cytatów z autobiografii:

„Te czterdzieści osiem kursów zajmowało za dużo czasu, więc zacząłem nosić po dwa wiadra naraz, chociaż ciężar był dwukrotnie większy i sprawiał mi ból. Wydawało mi się, że robię coś na skróty, ale w rzeczywistości rozwijałem muskulaturę. Z tygodnia na tydzień czułem, jak rozrastają się mięśnie ramion, nóg i pleców. Chociaż nie ćwiczyłem w siłowni, wyrobiłem sobie prawdziwe mięśnie. Wyobrażacie sobie? Przez moje lenistwo stawałem się coraz silniejszy”.

„Najpierw musiałem założyć kolce, ale nawet rozwiązanie sznurowadeł wydawało się sporym wyzwaniem. Próbowałem założyć jeden but, ale z jakiegoś powodu nie pasował. Ciągnąłem zapiętek, rozpaczliwie usiłując wcisnąć głębiej palce. Na próżno. Upchnąłem palce i poluzowałem język. To samo! Dopiero kiedy spojrzałem na stopy, po jakichś dwóch minutach szarpania się z butami, dotarło do mnie, że wciskam lewą stopę do prawego buta. Taki byłem zdenerwowany (podczas mistrzostw świata juniorów w 2002 roku – przy red.)”.

„Niektórym może się to wydać śmieszne. Na tym dystansie czas szybko płynie, w nieco ponad 9,5 sekundy jest po wszystkim; w 10, jeśli mam naprawdę słaby dzień. Przez ten czas mam dziką gonitwę myśli, zwłaszcza gdy się spóźnię na wyjściu z bloków. Komentuję na bieżąco, co kto robi przede mną albo gdy ktoś za mną próbuje wywinąć coś głupiego, jak na przykład mnie wyprzedzić. Poważnie, kiedy zasuwam do mety najszybciej, jak potrafię, w myślach gadam do siebie, jakby to miało w czymś pomóc”.


Dodatkowo autobiografia przybliża czytelnikowi osobowość Usaina Bolta. I wcale nie jawi nam się jako człowiek kochający rozgłos i szum wokół własnej osoby. Lubi zabawiać publiczność, robić głupie miny, bo to go relaksuje. Bieganie sprawia mu radość i z tą radością chce dzielić się z fanami.

Czytając autobiografią Bolta dowiadujemy się jak wiele znaczy dla niego szacunek dla drugiej osoby będący nadrzędną wartością, którą wpoili mu rodzice. Mimo bogactwa, złotych medali pozostał skromnym człowiekiem. Może i nie zawsze miał pod górkę, ale to co godne podkreślenia to fakt, iż woda sodowa nie uderzyła mu do głowy. Zna swoją wartość. Zdaje sobie sprawę, że sześć złotych medali olimpijskich stawia go w gronie najwybitniejszych sportowców świata. Sam mówi, że jest legendą i fenomenem, ale z drugiej strony zachowuje dystans do siebie i swoich osiągnięć twierdząc, że nie może porównywać się z Muhammadem Alim czy Michaelem Phelpsem, ponieważ oni także uczynili rzeczy wielkich. Uważa również, że najsłynniejszym Jamajczykiem wciąż pozostaje Bob Marley.

W autobiografii najszybszy człowiek świata podzielił się swoimi obawami dotyczącej najbliższej przyszłości. Marzy o trzech kolejnych medalach w Rio, ale jak stwierdził to dla niego wciąż odległa perspektywa i wiele się może jeszcze wydarzyć. Ma także świadomość, że najwięcej wysiłku będzie wymagało już samo dostanie się do jamajskiej kadry. Kwalifikacje mogą okazać się najtrudniejsze, ponieważ Bolt na bazie swoich sukcesów zachęcił młodych Jamajczyków do trenowania… Czy ktoś jednak wyobraża sobie Igrzyska Olimpijskie w Rio bez Usaina Bolta?

Ostatnio polscy fani mogli gościć rekordzistę świata w Warszawie. Być może niektórzy zobaczyli go na żywo, może komuś udało się go dotknąć, zdobyć autograf. Tym, którym się nie udało odsyłam do lektury, dzięki niej bliżej poznamy Bolta. Udamy się w niesamowitą podróż do Trelawny, poznamy skromne dzieciństwo mistrza, przez zdobycie międzynarodowej sławy na lekkoatletycznych arenach: Osace, Pekinie, Berlinie, Deagu, Londynie i Moskwie, która na chwilę obecną jest ostatnim przystankiem w karierze Jamajczyka. Z pewnością jednak nie ostatnim.

„Szybszy niż Błyskawica” wyjawia niebywałą historię człowieka. Opisuje drogę do olimpijskich laurów. Drogę nie zawsze usłaną różami, ale nie od dziś wiadomo, że do gwiazd czasem ścieżka wiedzie przez ciernie.

Moja ocena: 4/5

„Szybszy niż Błyskawica. Autobiografia”, Usain Bolt, Bukowy Las, Wrocław 2014

wtorek, 2 września 2014

Niczego nie zabrakło, czyli po meczu otwarcia MŚ w siatkówce mężczyzn

Witajcie! Wreszcie odrobina spokoju i luzu. Nie, nie narzekam, ale po prostu nie było czasu żeby zasiąść przed ekranem monitora i naskrobać parę słów. Przejdźmy jednak do meritum.

Miałem te niesamowite szczęście, że udało mi się zakupić bilet na mecz otwarcia MŚ. I tak z utęsknieniem czekałem na 30 sierpnia... Wraz z ponad 60 tysiącami kibiców zgromadzonych na Stadionie Narodowym śpiewałem Mazurka Dąbrowskiego, dodawałem otuchy naszych siatkarzom nucąc Pieśń o Małym Rycerzu. Jednym słowem, było fantastycznie!

Osobiście nie mam się do czego przyczepić. Oglądalność z miejsca, gdzie byłem była w porządku. Detali nie widziałem i czy piłka była po bloku czy nie także, ale akurat w sobotę nie to było najważniejsze. Chodziło przecież o samo uczestnictwo w tym niepowtarzalnym wydarzeniu, aby stać się częścią niesamowitej historii.

Ceremonia otwarcia była dobra. Krótka, konkretna prezentująca Polskę. Były Słowianki, była Polska flaga, także reklama kraju poszła na cały świat! Nie jestem wielkim ekspertem w tej materii, ale muzyka była rytmiczna, dynamiczna i nowoczesna. Nie raziła mnie Cleo, nie raziła mnie Margaret. Show zaprezentowane na boisku też przyjemnie się oglądało, może delikatnie rozczarowały mnie te artystki na batucie - myślałem, że będą skakać przez siatkę :)

Niemniej było trochę niedociągnięć. Przede wszystkim Wenezuelczycy mogą się obrazić, bo ich dmuchana flaga otworzyła się tylko raz, potem już mechanizm ten nie zadziałał. Taki tam drobny szczegół :) I ta sytuacja z gwizdami podczas rosyjskiej flagi oraz niesmak (w pełni uzasadniony) kibiców, którzy kupili bilety za 250 złotych, a oglądali plecy kibiców z dostawianych trybun.

Po ceremonii otwarcia wreszcie nadszedł czas na gwoździa programu. Siatkarskie clou: mecz Polska - Serbia. Przyznam się szczerze, że trochę się obawiałem samego spotkania. Wiedziałem, że z ceremonią będzie cacy, ale przecież najważniejszy był wynik. I to rezultat pierwszego meczu był najistotniejszy. I na szczęście wszystko się pięknie zgrało. Wygraliśmy! Polscy siatkarze gładko ograli Serbów i atmosfera była jeszcze lepsza!

Było pompatycznie. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Z Warszawy będę mieć same miłe wspomnienia. Brakuje przymiotników aby to wszystko opisać.

A i kto uważnie śledził sobotni program informacyjny Polsat News ten o 17:09 mógł mnie zobaczyć w telewizji wraz z bratem i jego żoną byliśmy zaprezentowani jako kibice z Malborka, pojawiłem się także w zajawce Wydarzeń, gdzie wyemitowano tylko wypowiedź mojej bratowej. Tak więc miałem swoje "pięć minut" w Polsacie! Ze swojego występu nie jestem raczej zadowolony, było sporo do poprawy, ale przecież nie o to chodziło :)

Słowa nie będą w stanie tego wszystkie opisać, co przeżyłem, wiec poniżej krótka fotorelacja.

Warszaffka wita...
 Ostatnia kosmetyka przed wejściem...

na żywo... w Polsacie News :)

 Miejsca zajęte, show czas zaczynać!

 Ognia!
 Do hymnu...

A po hymnie... piąteczka!

Latający goście na Narodowym

Dziękujemy! Dziękujemy!

Jeszcze Polska nie zginęła...