poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Najdłuższe 5 dni w moim życiu..

Kiedy piszę ten post do rozpoczęcia mistrzostw świata w siatkówce panów pozostało 5 dni i 7 godzin i kilkadziesiąt minut. Dużo strasznie, dużo. Im bliżej, tym czas tak niemiłosiernie się dłuży... Mundialowa gorączka dopadła i mnie. Można by rzec nareszcie! W końcu zaczynam się cieszyć z tego święta, które będzie w Warszawie, ale i w pozostałych miastach w naszym kraju. Nie mogę doczekać się, aby uczestniczyć, w tym niebywałym wydarzeniu na Stadionie Narodowym. Ja, skromny bloger, siatkarski kibic wraz z 60 tysiącami innych kibiców zaśpiewamy Mazurka Dąbrowskiego i będziemy dopingować biało-czerwonych w starciu z Serbią! Rewelacja!

Te oczekiwanie na sobotni wieczór sprawi, że może zapomnę o wszystkich, co wokół polskiego mundialu działo się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, a działo się sporo i to zazwyczaj w tym lichym świetle. Nie było powodów do optymizmu. Kontrowersje z Wrocławiem jako miastem będącym gospodarzem polskich spotkań, wstrząsające ceny biletów, zamieszanie z ich dystrybucją, zakodowanie meczów przez Polsat, brak Kurka i medialne spekulacje na ten temat, a na koniec jeszcze kradzież pucharów czempionatu. Trudno było się cieszyć z faktu bycia gospodarzem tak zacnej imprezy.

Teraz zaczyna być inaczej. W końcu mówi się o samych przygotowań do ceremonii, o treningach siatkarzy, z których płyną dobre wieści.

Rozpocząłem przygotowania do mundialu. Bilety są, strój jest, pozytywne emocje też są! Potrzebne niezakorkowane drogi w kierunku stolicy i zwycięstwo z Serbią. Wierzę, że wygramy. Wygramy i cudownie otworzymy te mistrzostwa!

To ostatni meldunek przed inauguracyjnym starciem MŚ. Będę kontemplował i upajał się chwilą, a potem w sobotę gorąco dopingował. Oczywiście po 30 sierpnia, wpis się pojawi. Podzielę się z Wami moimi refleksjami z tego dnia. Będzie to dzień, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Może nazbyt patetycznie to brzmi, ale taka jest prawda. Kto wie, kiedy dane będzie mi uczestniczyć w podobnej tego typu imprezie.


PS Koszulek dedykowanych MŚ w Biedronce nie kupiłem :( Zawsze coś... zawsze :)

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Po raz "enty" pytam: Quo vadis siatkówko kobiet?

Może i dla niektórych będę nudny. Może i nie wszyscy w całości przeczytają ten tekst.  Mam jednak nadzieję, że tekst przeczyta wreszcie odpowiednia osoba i z polską siatkówką kobiet w reprezentacyjnym wydaniu zrobi porządek i przywróci jej należne miejsce.

Gdy w kwietniu 2014 roku zobaczyłem powołane na ten sezon siatkarki powiało optymizmem. Wierzyłem, że Piotr Makowski opamiętał się i wreszcie zaczął myśleć jak trzeba, albowiem jego wyczyny od 2013 roku wołały o pomstę do nieba. Myślałem, że w głowie Makowskiego po katastrofie ze stycznia tego roku coś się zmieniło i wreszcie zacznie budować tę reprezentację jak trzeba. Nic z tego...

Po nieudanych dla biało-czerwonych kwalifikacjach do mistrzostw świata kadra 2014 roku miała być odmłodzona, w planach było stawianie nowych fundamentów pod nową drużynę. Z górnolotnych zapowiedzi nic nie pozostało, bo młode siatkarki po pierwsze albo tylko widniały na liście, a w najlepszym przypadku były w zespole pełniąc funkcje rezerwowych.

I tak oto kolejny sezon kadrowy dobiegł końca, a my wciąż nie mamy drużyny, wciąż nie ma pomysłu na ten zespół i nadal kibice mogą drżeć o wynik w starciach z takimi potęgami jak Portoryko czy Holandia.

W Lidze Europejskiej, która właściwie jest nic nie znaczącymi rozgrywkami my graliśmy naszym pierwszym składem, a tylko na zagraniczne wojaże pojawiły się jakieś nowe, młode twarze. Ale byłem spokojny, cierpliwy. Cierpliwości jednak brakowało z każdym kolejnym meczem rozgrywanym w cyklu World Grand Prix. Stawiamy na młode, budujemy przyszłościowy skład. Bla bla bla. A w podstawowych szóstkach mecze rozpoczynały Bełcik lat 34, Zaroślińska lat 27, Kaczorowska lat 26, Połeć lat 25. A młodych brak. Niepojęte. Niezrozumiałe.


A Makowski swoją nieudolność potwierdził w meczu z Portoryko. Znowu szumne zapowiedzi, że zagrają młode. Zagrały półtora seta, mecz kończyliśmy w składzie z wyżej wymienionymi paniami oraz ze Skowrónską Elżbietą lat 31.

Aaa i o jeszcze jednym pseudowynalazku zapomniałem. Atakująca Izabela Kowalińska (swoją drogą zaledwie rezerwowa w Chemiku) lat 29 na pozycji przyjmującej. Jaki sens? Gdzie logika? Co nam to da na dłuższą metę, jak to nawet w meczach z Portoryko się nie sprawdza, a gdzie to będzie miało uzasadnienie w starciach z Niemkami czy Brazylijkami. Dlaczego w jej miejsce nie grała Twardowska czy inna młoda siatkarka.

I tym sposobem cały tegoroczny sezon poszedł w piz***. Dalej nie mamy nic, dalej nie ograliśmy młodych, i dalej nie mamy zespołu. Marność nad marnościami i wszystko marność.

Pora to skończyć, póki siatkarki widząc nieumiejętność szkoleniowców po prostu z tej kadry się wymiksują, bo to co się wyprawia to śmiech na sali.

Wniosek jest prosty im szybciej to zakończymy, tym będą jakieś szanse. Także działacze PZPS podziękować Makowskiemu i spółce i w końcu zatrudnić szkoleniowca z najwyższej półki. Nie oszczędzać, nie tracić czasu tylko dzwonić do Hugh McCutcheona.

I na tym koniec. Nie będę się dłużej rozwodził, bo szkoda czasu. Odsyłam jednak do moich innych tekstów, w których szeroko komentowałem sytuację upadku żeńskiej kadry:

Mundial nie dla nas. Siatkówka żeńska sięgnęła dna...

Pytam po raz kolejny: Quo vadis siatkówko kobiet?

Delikatnie zmienimy temat. Chociaż pozostajemy w klimacie reprezentacyjnym. Myślę, że wszystkich zszokowała decyzja Stefana Antigi, który na MŚ nie powołał Bartosza Kurka. Podobno przegrał sportowo. Pewnie, ale ja w to nie wierzę. Prawdopodobnie wszystko okaże się po polskim mundialu czy ta decyzja była słuszna czy nie. Poczekamy, zobaczymy. Nic więcej ni napiszę. Jeśli będzie półfinał okej, Francuz podołał zadaniu, a jeśli nie... to wszystko szybko się zakończy.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Komentatorzy siatkówki moim uchem

Cześć! Do siatkarskich mistrzostw świata pozostało 16 dni. Czasu na emocjonowanie się meczami naszych siatkarzy będzie jeszcze sporo - gorąco w to wierzę! Niemniej z tej okazji, ale też z okazji sezonu ogórkowego, który sprawia, że niewiele się dzieje postanowiłem podzielić się z Wami moją opinią na temat polskich komentatorów siatkówki.

Zacznę może od tego, że w siatkówce jakoś trudno przychodzi mi wytypowanie siatkarskiego guru. O ile piłkarskich komentatorów można by wymieniać bez liku, nawet nie znając dobrze dyscypliny to z siatkówką tak łatwo nie jest.

Oczywiście najważniejszy (czyt. najbardziej znany) siatkarski duet komentatorski to Tomasz Swędrowski i Wojciech Drzyzga. Skoro ich wywołałem do tablicy to zaczynajmy. Z pewnością da się ich słuchać, co do tego nie mam wątpliwości. Choć wydaje mi się, że sporo w tym też przyzwyczajenia. Po prostu już ich znam tak długo, a to co znane wydaje nam się lepsze i przyjemniejsze, więc komentarz Swędrowskiego i Drzyzgi mi odpowiada. Przyznaje jednak, że u pana Tomka irytują mnie w kółko powtarzane te same formułki: "nieudana zagrywka po przerwie to duży błąd, na drugą przerwę techniczną schodzą... przy prowadzeniu...", tudzież na zakończenie sztampowe: "do zobaczenia, do usłyszenia". Brakuje mi trochę zabawy językiem, jakiś ciekawych metafor czy porównań. Ciągle powtarzane te same mądrości. Komentarz jest po prostu komentarzem, stąd może pan Swędrowski furory w sieci swoimi wypowiedziami nie robi. Z kolei ostatnio, to co mnie mocno zaczyna razić to, co raz większa ilość błędów merytorycznych, mylenie zawodników, pozycji, kto w jakim gra klubie itp. Coś na bieżąco chyba z dzisiejszą siatkówką się nie jest...

I druga połóweczka w tym duecie. Może pan Drzyzga momentami przesadza z utwierdzaniem wszystkim dookoła swoimi tezami lub też bezustannymi stwierdzeniami, że "Iza Bełcik musi skakać do wystawy, a nie wystawiać z kolan, bo wtedy gubi blok". I jeśli pan Wojciech się na coś uczepi to będzie ciągle o tym nawijał. To mocno drażni. Niemniej słucha się go fajnie. Sporo merytorycznych i co najważniejsze krótki uwag. Pojawia się też delikatne emocje w bardzo emocjonujących chwilach, co dodaje smaczku transmisji. Nie brakuje też opowiastek, jak to było kiedyś, czy jak gdzieś coś usłyszał i dzieli się tym teraz ze słuchaczami. Para Swędrowski - Drzyzga jest po prostu dobra, nie rewelacyjna, nie znakomita, a dobra.


To właściwie jedyny stały duet komentatorski. Teraz czas na muszkę wziąć Jerzego Mielewskiego.
Napiszę tak: potencjał jest. Nieźle gra emocjami, bawi się głosem. Krótki, przejrzysty komentarz. Czasem rzuci jakąś anegdotkę. Z pewnością gdyby nie był rzucany to do stołu prezenterskiego to do komentatorskiego to byłoby nieźle. Bo czasami widać pewne małe nieścisłości, aby ten komentarz był bardziej płynny i ciekawszy.

Czas na Marka Magierę. I mój czas na niewiele do powiedzenia, napisania. Podobnie jak u pana Marka odnośnie siatkówki, ewidentnie widać, że z graniem w siatkę u Pana Marka tak daleko jak u mnie z nauką suahili. Co niestety daje się czasem w komentarzu usłyszeć. Nie czuje gry, nie rozumie niektórych zagrań tudzież ustawień w jakich grają zespoły. I co gorsza każda zagrywka, która przejdzie na drugą stronę jest "bardzo dobrą zagrywką". Dźwięku w tv nie wyłączyłam, bo do Magiery się przyzwyczaiłem.

Czas na ostatniego pana z Polsatu. Ireneusz Mazur. Niestety z każdym kolejnym meczem, w którym pan Mazur komentuje mam ochotę wyłączyć fonię. Może i wiedzę ma potężnaą ale jego zadaniem nie jest chyba opisywanie, że zawodnik uderzył po prostej omijając podwójny blok, bo to w telewizji jestem w stanie zauważyć. To jest największy zarzut. Pan Mazur pracuje w telewizji, a nie w radio, więc nie ma potrzeby relacjonować całej akcji od początku do końca. Chyba, że w Polsacie płacą za ilość wypowiadanych słów na wizji, bo właściwie ciągle słychać tyko głos Mazura. Bardzo to męczy, jakieś dziwne, nielogiczne porównanie, plątający się we własnych zdaniach. Jednym słowem pomieszanie z poplątaniem w komentarzu Mazura. Piekielnie trudno się tego słucha. Mniej słów, a więcej merytorycznych uwag panie Irku!

Pozostałych na tyle rzadko mam okazję słuchać, że są bez większych "ale" :)

Tyle jeśli chodzi o Słoneczko.

Czas na komentatorów z Woronicza. Przede wszystkim wymienię dwóch. Piotr Dębowski i Jacek Laskowski.

Dębowski... Hmm. Myślę, że kibice nie rozumiejący języka polskiego będą zachwyceni. Bardzo emocjonalny komentarz. Bardzo naturalny. Wszystko jest naprawdę, z głębi serca. Niestety już sposób formułowania zdań czy ogólnie wypowiedzi jest dość kiepski. Sporo przejęzyczeń czy pomyłek. Zbyt dużo emocji nie pozwala na rozsądny komentarz. Widać też braki w przygotowaniach merytorycznych, co jestem w stanie zaakceptować jeśli do mikrofonu zasiada się raz na cztery lata i na dodatek komentuje występy na IO, czyli najważniejszej imprezie sportowej. Podsumowując nie jest najgorzej, a myślę, że gdyby co tydzień miał coś do powiedzenia na temat siatkówki to byłoby znacznie lepiej.

Jacek Laskowski jak dla mnie komentator numer jeden. Szkoda, że tak rzadko ma się okazję posłuchać pana Jacka. Zna się na rzeczy, zawsze przygotowany do meczu, tym samym można liczyć na jakiś smakowity kąsek. Daje się wyczuć emocje, bawi się barwą i tonem głosu. Wszystko to powoduje, że komentarz jest ciekawy. Nie będę za wiele pisać, bo tego lepiej się słucha. Poniżej klasyk, który wywołuje u mnie dreszcze.



I bardzo żałuję, że Gosia Niemczyk już nie komentuje meczów. Fajny zachrypnięty głos, bardzo prosty komentarz, ale też kiedy trzeba oddający wszystko to, co się działo na parkiecie. Mam nadzieję, że usłyszę jeszcze taki duecik:


Swoją drogą, co to były za czasy, że bijemy Japonki jak chcemy... Ale o występach polskich siatkarek w tegorocznym sezonie jeszcze będzie szansa, aby coś napisać. Po turnieju w Koszalinie.

sobota, 9 sierpnia 2014

Refleksje po filmie dokumentalnym "Drużyna"

W piątek miała miejsce premiera filmu "Drużyna" Michała Bielawskiego ukazująca życie reprezentantów Polski w siatkówce od kuchni.

Wyrażam swoje zadowolenie, że po 40 latach wreszcie postanowiono nakręcić film o polskich siatkarzach, bo kto jak to, ale oni na to zasługują. Dokument bardzo interesujący o znacznym ładunku emocjonalnym. W filmie zaprezentowano z jakimi przeciwnościami losu musi zmagać się zawodnik, jak ciężko musi trenować, aby potem wyjść na mecz, na arenę i stoczyć walkę z innymi gladiatorami, a całość i tak osądzą kibice, działacze i dziennikarze.

Skupiono się na ciężkiej pracy naszych siatkarzy na treningach, ile muszą poświęcić zdrowia i czasu. Ile muszę wylać hektolitrów potu, aby zaprezentować najwyższą jakość swoich umiejętności podczas najważniejszych imprezach, a mimo to nie zawsze wychodzi... nie zawsze jest przecież ósmy lipca 2012 roku...

Za sprawą fantastycznych ujęć - nie mam co do tego wątpliwości, że to ogromny atut filmu - jesteśmy w samym środku wydarzeń, widzimy najdrobniejsze detale - pot ociekający z czoła, szczegółowe rysy twarzy, gdzie dostrzegalne są minimalne ekspresje. Uchwycono kwintesencję treningów i choć film był w wersji 2D to jesteśmy w stanie poczuć na własnej skórze jak to jest trenować w spalskich lasach. "Drużyna" opisuje ludzkie życie siatkarzy, to zwykli ludzie, śmiertelnicy, którzy czują, myślą i doświadczają trudów bytowania we współczesnym świecie. Wszystkim bez wyjątku może przecież przytrafić się słabszy moment, gorszy dzień, potknięcie.

Fajnie, że przedstawiono także to, co dzieje się wokół siatkarzy. Dziennikarze, oprawy wokół meczów ze znanym w siatkarskich halach duetem Kułaga-Magiera, cheerleaderki, reakcje kibiców na trybunach podczas meczów, czy tłum rzucających się fanek na Bartosza Kurka. Co ciekawe i dla mnie trochę zabawne to sposób ukazania kibiców, kibiców nie posiadających podstawowej wiedzy z historii najnowszej tej dyscypliny, ale także brudasów, którzy nie potrafią wyrzucić butelki do kosza...

Pozornie banalne rzeczy, proste sytuacje budują portret siatkarza - reprezentanta Polski. O jego zaangażowaniu, poświęceniu, szczęściu i pasji do siatkówki. Ale też o rozłące, cierpieniu, bólu, smutkach i troskach. O tym wszystkim dowiemy się z "Drużyny". To wszystko jest prawdziwe. Szczere. Naturalne. 
Niemniej, gdy wyszedłem z kina miałem mieszane odczucia... Kilka "ale" do filmu "Drużyna", które naszły mnie po jego oglądnięciu. Nadal zastanawiam się co, autor miał na myśli. Co chciał przez ten film odbiorcom zakomunikować? Czy to jak wygląda życia zza kulis siatkarza? Jak ciężką pracą dochodzi się do sukcesów? Jak z grupy indywidualistów stworzono drużynę?

Wciąż tego nie wiem. A próbując odpowiedź sobie na każde z tych pytań mam wątpliwości. Jeśli celem było pokazanie jak wyglądają przygotowania zawodników w sezonie reprezentacyjnym to nie pokazano wszystkiego. Ten obraz został bardzo spłaszczony. To, co mnie jednak najbardziej uderzyło to fakt, iż treść filmu w niewielkim stopniu odnosi się do tytułu. Ja tej drużyny nie zobaczyłem, wypowiedzi siatkarzy było o sobie, a jedynym, który wiele mówił o zespole był trener Anastasi. Byłbym w stanie to zaakceptować takie potraktowanie tematu jeśli celem miało być pokazanie indywidualistów, którzy wspólną pracą tworzą kolektyw, ale tak to wszystko zmontowano, że najpierw była drużyna, odnosiła sukcesy, były porażki i są pojedyncze jednostki... Momentów całej ekipy było niewiele, szkoda, że nie pokazano jak siatkarze wspólnie spędzają wolny czas w świetlicy czy na plaży, albo chociaż wspólnego spożywania posiłków, gdzie można byłoby także zobaczyć co powinni jeść siatkarze, a tu wręcz przeciwnie dowiedzieliśmy się, że Michał Winiarski zajada się Milką i popija wszystko Coca-Colą.

I na koniec słów kilka o zakończeniu filmu, jakieś takie nijakie, nic nie mówiące, nic nie zapowiadające, nic nie puentujące. Niemrawe. Można to było zrobić inaczej, tak sobie myślę, że na koniec można byłoby dać ujęcie, które w filmie pojawiło się trochę wcześniej, a mianowicie gasnące światła w spalskiej sali, którą to do porządku doprowadza pracownik czyszczący podłogę...

Nie są to nie wiadomo jakie minusy, który obniżają jakość dokumentu, ale trochę było za mało, dość powierzchowne potraktowanie tematu, momentami nawet prześlizgiwanie się po nich. Jeśli mowa o rodzinie. Szkoda, że nie zaangażowano rodziny, dzieci, matki, żony, partnerki. Nie ma nic o działaczach, nie ma o taktycznych przygotowaniach do meczu. Trochę ubogie materiały. Ważne jest natomiast, że film spodobał się osobom, które nie tkwią w siatkówce zbyt mocno. Im ten film otworzył oczy na pewne sprawy, i wydaje się, że to jest najważniejsze. Pozwolił po prostu sympatykom tej dyscypliny bliżej poznać siatkówkę, wzięli ją całą z jej plusami i minusami. Ja wiele z tych rzeczy widziałem, przeczytałem, słyszałem czy doświadczyłem na własnej skórze. Stąd może nie wszystko było dla mnie "wow".

Niemniej ujęcie, które zapadło mocno w mojej pamięci, to kadr na przygaszony autobus z polskimi siatkarzami w środku po przegranym barażu z Bułgarią podczas ME 2013. Smutek, cisza i rozgoryczenie..

Na szczęście po burzy zawsze przychodzi słońce i trzymajmy się tego, że kiedy po raz kolejny przyjdzie nam oglądać film będziemy mogli oglądać wesoły i uśmiechnięty autobus i nawet niech będzie w nim królować cola i czekolada! Zasługują na te przyjemności jak nikt inny. Za tę przyjemność oglądania ich w akcji!

czwartek, 7 sierpnia 2014

Recenzja: "Bramkarz, czyli outsider" Jonathan Wilson

Inny. Niepowtarzalny. Wyróżniający się od pozostałych. Unikalny, ponieważ występuje w stroju, który odróżnia go od reszty. Odmienny. Wyrzutek, odstający od kolegów. Jedyny, dla którego stosowany jest pewien wyjątek od podstawowych zasad. O kogo chodzi? Oczywiście o bramkarza w piłce nożnej, który jest charakterystyczną postacią na boisku. 

O inności bramkarza w futbolu mogą przeczytać wszyscy, którzy sięgną po dzieło autorstwa Jonathana Wilsona „Bramkarz, czyli outsider” Wydawnictwa Bukowy Las.

Książka opowiada o losach bramkarzy od końca XIX w. aż po czasy współczesne. Wilson prezentuje zawodników najbardziej znanych i lubianych, ale także opowiada historię tych golkiperów, którzy stworzyli podwaliny pod dzisiejsze pojmowanie graczy na tej pozycji.

Publikacja podzielona jest na dziewięć rozdziałów, a każdy z nich zabiera czytelnika w podróż na wszystkie kontynenty świata. Wszystko po to, aby poznać jak bramkarza postrzegano w rożnych kulturach. I tak w Brazylii pisze Wilson „aby być bramkarzem trzeba być albo szaleńcem, albo homo”, z kolei w Związku Radzieckim za sprawą Lwa Jaszyna, bramkarze wzbudzają szacunek i poważanie. Niemniej jednak niemal wszędzie wyznawano zasadę, że na bramce stają ci, którzy posiadają najmniejsze umiejętności bądź swoim ciałem zasłaniają sporo bramkarskiej przestrzeni.

W„Bramkarz, czyli outsider” dokonano charakterystyki stylów gry na bramce. Autor przedstawia jak na przestrzeni wieków ewoluowała ta piłkarska pozycja. Poczynając od zawodników, którzy nie ruszali się z linii bramkowej, po tych, którzy dziś są ostatnimi obrońcami, a nawet pierwszymi rozgrywającymi. Byli tacy, którzy szaleli w powietrznych pojedynkach oraz tacy, którzy doskonale radzili sobie w pojedynkach sam na sam.

Autor publikacji za sprawą wielu przykładów opisuje także psychologiczne aspekty gry na pozycji bramkarza. Nie zawsze było tak, że postrzegano ich jako ostoję drużyny od reakcji, którego bardzo często uwarunkowany był wynik spotkania. Wcześniej uznawano bramkarza za kozła ofiarnego. Czarna owca, na którego zwalano wszelkie problemy. Dlatego też bramkarz musi być niezwykle odporny i wytrzymały psychicznie. Powinien cechować się niebywałą koncentracją i szybkością reagowania w danym momencie. Golkiper musi być cały czas na posterunku, musi czuwać i myśleć. Bramkarz jest graczem, który łatwo może zostać gwiazdą, ale jak szybko zostanie wyniesiony na piedestał, tak szybko może z niego spaść, albowiem jeden mecz, co tam, jedna akcja w meczu, jeden tzw. babol może przekreślić całą dotychczasową karierę.

Autor posiłkując się przykładami Ducadama, Stojanovicia czy Zettiego nakreśla smutną prawdę odnośnie bramkarskiej egzystencji puentując, że jest to życie bardzo niepewne, gdzie zawodnik co rusz musi mierzyć się z arbitralnością losu. I to właśnie ta przypadkowość budzi największy niepokój.

Przyznaję, że książka jest interesująca. Wilson zebrał bardzo dużo ciekawych informacji, jednakże początkowe rozdziały mogą przytłoczyć czytelników wielością nazwisk, dat, i innych tego typu wstawek. Autor ma skłonność przeskakiwania od wątku do wątku, często stosując mało subtelne dygresje. Pewnie przyświecał mu cel, aby kompleksowo i jak najdokładniej wyczerpać temat. Może nie jest to do końca słuszna koncepcja, ale całość publikacji stoi na dobrym poziomie z wciągającą historią, którą miło się czytało. Wspomnieć należy też o archiwalnych fotografiach, które dodają książce unikalnego charakteru.

Kilka fragmentów z książki:

„W tamtych czasach wszystko trzeba było oddać. Nawet po pożegnalnym meczu Lwa Jaszyna w 1971 roku Dynamo wysłało do niego polecenie, by zwrócił strój – w tym też rękawice, które sam zszywał, kiedy się porwały. Śmialiśmy się z tego, ale zapakował wszystko i odniósł. Nie zatrzymał ani jednej koszulki Dynama. Ta sama historia powtarzała się co roku: pod koniec sezonu prałam cały jego strój, żeby zwrócił go w dobrym stanie – mówi Walentyna, wdowa po Lwie Jaszynie”.

„Przykładowo przed każdym rzutem karnym w ćwierćfinale Mistrzostw Świata w 2006 roku pomiędzy Niemcami i Argentyną Jens Lehmann wyciągał ze skarpety zmiętą kartkę z hotelowego notatnika, po czym wkładają ją za swój ochraniacz na golenie. To właśnie na niej trener niemieckich bramkarzy Andreas Koepke zanotował ołówkiem porady na temat preferencji argentyńskich strzelców, uwzględniając również numery graczy, obawiając się widocznie, czy Lehmann rozpozna każdego z nich”.

„Jak też ma bramkarz przypisywać sobie te boskie, zbawienne cechy, jeśli zgodnie z logiką futbolu jako rytuału płodności, jest on postacią, która zapobiega płodności ziemi, postacią, która niweczy zbiory? (…) I właśnie dlatego nieważne, jak bardzo heroiczni mogą wydawać się bramkarze pokroju Ikera Casillasa, Manuela Neuera czy Gianluigiego Buffon w porównaniu z ciamajdami z wiktoriańskich szkół publicznych, i nieważne, jak wielu kibicuje paraduje w bluzach z napisem „Hart 1” na plecach – u podstaw gry na bramce zawsze leżeć będzie paradoks”.

W książce brytyjskiego autora znalazł się także polski akcent. Oczywiście chodzi o Jana Tomaszewskiego, który zatrzymał Anglię. Co ciekawe był też jeszcze jeden człowiek związany z krajem nad Wislą, któremu poświęcono znacznie więcej miejsca niż Tomaszewskiemu i jego wyczynowi na Wembley z 1973 roku. Tą osobistością był Peter Bolesław Schmeichel, który do siódmego roku życia był obywatelem Polski, skąd pochodził jego ojciec. Później Schmeichel reprezentował Danię, kraj swojej matki. Był on nie tylko doskonałym bramkarzem Manchesteru United, ale też innowatorem, który długimi podani rozpoczynał kontratak swojej drużyny tudzież zapędzał się w pole karne rywala siejąc skuteczne zamieszanie w ich szeregach.

Fascynującym fragmentem w książce był ten dotyczący rzutów karnych, które stanowią swoistą kwintesencję futbolu: jest piłka, jest bramka, jest i napastnik i rzec jasna bramkarz. Wilson opowiada o odgrywającym coraz większe znaczenie wymiarze psychologicznym podczas rozgrywania rzutów karnych aniżeli skupianiu się na ich technice. Wszystko za sprawą wykonywania blefów i podwójnych blefów zgodnie ze stwierdzeniem „ja wiem, że ty wiesz, że ja wiem, że ty wiesz...”.

„Bramkarz, czyli outsider” jest pozycją godną polecenia. Jonathan Wilson w dużej mierze skupił się na mentalnych aspektach bramkarza, co myślę dla wielu wydaje się być czymś intrygującym. Bo kto nie lubi poznawać zagadnień związanych z ludzką psychiką.

Dzieło brytyjskiego dziennikarza to prawdziwe kompendium wiedzy o bramkarzach. Obecnie każdy kto z futbolem nie jest za pan brat z pewnością słyszał o Casillasie, Buffonie czy Neuerze, ale kim byli ich poprzednicy, na kim się wzorowali? Za sprawą jakich postaci  na nowo zdefiniowano sposób gry na bramce, kto po raz pierwszy użył rękawic, kto zapoczątkował strzelenie goli przez bramkarzy oraz kogo uznaje się za pierwszego nowoczesnego lotnego bramkarza? Z odpowiedzią spieszy nam publikacja Wilsona. Z pewnością wiedza przytoczona w tym opracowaniu spowoduje, że każdy kto po nią sięgnie, a później obejrzy mecz choć przez chwilę zastanowi się nad rolą bramkarza w piłce nożnej.

Moje ocena: 4/5

"Bramkarz, czyli outsider", Jonathan Wilson, Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2014