czwartek, 31 lipca 2014

I Słoneczko we wrześniu nam nie zaświeci...

Poznaliśmy już oficjalną decyzję telewizji Polsat w sprawie transmisji meczów siatkarskich mistrzostw świata. Mundial obejrzą Ci, którzy posiadają dekodery Cyfrowego Polsatu oraz Ci, którzy wykupią dostęp do specjalnego kanału. W otwartym paśmie zobaczymy tylko mecz otwarcia MŚ...

Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiego scenariusza. Liczyłem jednak, że wszystko dobrze się zakończy. Niestety. Nic z tego.

Uważam, tę decyzję za skandaliczną i uderzającą w polskich kibiców. Kibiców, którzy są najlepsi na świecie - tak trąbią o tym wszyscy. Odnoszę jednak przekonanie, że słowo najlepsi zamienia się tu na najbardziej zamożni. A na afirmacji tego hasła, co poniektórzy starają się jak najwięcej ugrać i nachapać ile tylko się da.

Polsat już nie raz pokazał, gdzie ma siatkarskich kibiców. Kilkukrotnie ważne mecze MŚ czy ME siatkarzy przegrywały z serialami emitowanymi w tej stacji. O lekceważeniu transmisji ze spotkań pań już nie wspominając...

Polsat zmonopolizował rynek i zrobił sporo dla polskiej siatkówki, to jednak teraz zaczyna przynosić więcej szkody niż pożytku, bo stacja myśli, że na tej chwale będzie ciągle jeździć, a kibice wszystko im wybaczą, w imię sloganu: tyle zrobiliśmy dla polskiej siatkówki. Owszem to prawda, ale teraz nie robią dla niej nic, poza zdzieraniem kasy.

Niemniej prawdziwy fani, którzy chcą obejrzeć mundial i tak go obejrzą. Po pierwsze mogą mieć już dekodery, po drugie obejrzą mecze w internecie i po trzecie, do której opcji nie zachęcam to zapłata za dedykowany na czas mistrzostw program. Pewnie tu nawet nie do końca chodzi o sam program, ale o to, żeby kibice masowo ruszyli po dekodery. Czy to okaże się dobrym chwytem marketingowym? Poczekamy zobaczymy, ale na dzisiaj to na Słoneczku pojawiła się spora wizerunkowa plama, której łatwo zmyć nie będzie.

Siatkówka nigdy nie będzie sportem narodowym jeśli nie będzie sportem masowym, a żeby tak się stało dostęp do obcowania z tą dyscypliną muszą mieć wszyscy. Trudno pozyskać nowych fanów, ponieważ oni nie będą robić sobie kłopotów i szukać meczów w internecie tudzież dodatkowo płacić za usługę oglądania spotkań. A publiczna transmisja i sukcesy sportowe tylko zwiększyłoby zainteresowanie, ale co ja wiem o marketingu i public relations. Z pewnością dzisiejszą decyzją tak dobrej koniunktury na siatkówkę się nie zrobi. Ponadto wizerunek wśród zwykłych sympatyków sportu został nadszarpnięty. Siatkówka ma się rozwijać, ale na pewno nie tym sposobem. Płacić za mundial, który odbywa się we własnym kraju. To już jest przegięcie! Ładna mi to promocja...

Rozumiem, że Polsat jest stacją komercyjną i ma zarabiać, ale na tej decyzji za wiele nie zarobi. A ludzie odpowiedzialni w stacji, którzy zakładali optymistyczny scenariusz mocno się przeliczyli i powinni ponieść konsekwencje. Dlaczego za błędny plan mają płacić kibice? Nie znam się na biznesie, ale jeśli w grę wchodzą tak olbrzymie pieniądze to dużo wcześniej trzeba zakładać, że coś nie wyjdzie i szacunkować, tyle ile można, nigdy na wyrost.

Co więcej, myśląc zdroworozsądkowo jeśli mecze będą zakodowane to będzie mniejsza oglądalność, a mniejsza oglądalność wpływa iż jest mniej chętnych na reklamy, a to z kolei powoduje mniejsze wpływy finansowe... A może się mylę?

Polsat liczył na pieniądze od państwa? Przepraszam, ale za co? Na jakiej podstawie telewizja prywatna miała być finansowana z budżetu państwa. Rząd nie pomaga w organizacji? A pieniądze samorządów miast Wrocławia, Łodzi czy Bydgoszczy to niby czyje to były pieniądze jak nie publiczne.

Niestety z ubolewaniem stwierdzam, że Polsat przestał być dobrem kibiców, a jest dobrem dla reklamodawców. Teraz jest doskonały czas by swoją siłę pokazali kibice i zbojkotowali płatną opcję oglądania MŚ. Ile jeszcze Polsat będzie nami pomiatał? Jeśli nie teraz to nigdy, a kto wie czy niedługo za każdy mecz, który będziemy chcieli obejrzeć nie przyjdzie nam zapłacić.

Na koniec chciałbym poruszyć kwestię, która ostatnio też przewija się w mediach. A mianowicie fakt, iż mundialu nie transmituje TVP. Nie zamierzam wyjść w tym wpisie na gorliwego obrońcę telewizji publicznej, ale za brak siatkarskiego mundialu w tej stacji nie należy obarczać ludzi przy Woronicza. Po pierwsze Polsat został współorganizatorem imprezy, więc gdzieś tu nastąpiłby zgrzyt i marketingowo nie byłaby to skuteczna decyzja (w końcu to Polsat siatkówką stoi). I po drugie chyba ważniejsze, w TVP po prostu potrafią liczyć i z rozmachem nie wydają 15 euro milionów, jeśli ten biznes nie przyniesie zysku, albo chociaż nie spowoduje strat to się w niego nie wchodzi. W Polsacie ktoś był zbyt dużym entuzjastą i nie znał się na ekonomii.W tym komunikacie poniekąd uzasadnienie dlaczego TVP nie może konkurować i wygrywać przetargów z Polsatem.

Szczerze mówiąc polski siatkarski mundial jak na razie zalicza same wtopy. Mecze Polaków  rozgrywane w najmniejszej hali, porażające ceny biletów, bałagan z ich dystrybucją, teraz kodowane mecze Polaków. Oby nasi siatkarze przysłonili te zgrzyty i swoją grą dali nam powody do radości, bo na razie kibic siatkówki to może płakać, ale ze smutku. Oby radość dali nam siatkarze.

Na szczęście takie cyrki się skończą. Krajowa Rady Radiofonii i Telewizji planuje powiększyć listę wydarzeń o zasadniczym znaczeniu społecznym, tj. takich, które pokazujące je stacje muszą transmitować na ogólnopolskiej antenie otwartej. I tak do IO, meczów piłki nożnej dołączą również spotkania, mistrzostw świata i Europy w siatkówce kobiet i mężczyzn z udziałem polskich reprezentacji. Uzupełniona lista wejdzie pod koniec 2015 roku.

Ot, mądry Polak po szkodzie...

PS Ostatnio dość mocno zastanawiałem się nad zmianą operatora telefonii komórkowej. Jestem abonamentem Plusa, może to dobry czas na zmianę...

sobota, 26 lipca 2014

Nie można tak było 5 stycznia...

Wiem, że nie można, ale ten okropny piąty dzień tegoż roku na długa będzie siedział w mojej głowie. Wiem też, że czasu nie można cofnąć i to Belgijki pojadą na włoski mundial, a polskie siatkarki obejrzą go w telewizji, ale po wczorajszym, pierwszym meczu w WGP, w którym podopieczne Makowskiego pokonały Belgijki w mojej głowie i sercu przebiegł jakiś impuls i pytanie: Dlaczego?

W styczniu były wszystkie "najlepsze" siatkarki - najlepsze wzięte w cudzysłów, bo mamy lipiec i okazało się, że z Belgią wygrały te mniej doświadczone i teoretycznie słabsze od naszych gwiazd. Nic bardziej mylnego. Nasza młodzież odprawiła z kwitkiem brązowe medalistki mistrzostw Europy...

Nie można było tak w styczniu? Zachciało się rewolucji styczniowej. Po co były rzucone wszystkie ręce na pokład jak wystarczyło odpowiednio pokierować tymi, które już na tym okręcie były. Wiem, że dobrze tak się pisze z perspektywy czasu i tego piątkowego zwycięstwa, ale gdyby zastosowano się do wskazówek, które poruszano nawet na moim blogu to sytuacja polskiej żeńskiej reprezentacji mogłaby być inna... Szkoda, że okręt zatonął... Szkoda, że potrzebny był taki brutalny cios. Nokaut.  Wszystko po to, aby ostro wziąć się do roboty, a odliczanie do nokautu rozpoczęło się już dużo, dużo wcześniej...

Jednak nie ma co już patrzeć w przeszłość, bo nic nie zrobimy. Trzeba patrzeć w przyszłość, aby było lepiej. Ten zespół może być silniejszy i wbrew pozorom może mieć jakieś szanse na wyjazd do Rio. Wcześniej byłem sceptycznie nastawiony, bo nie znałem systemu kwalifikacji. Na szczęście dla nas ten uległ zmianie. Teraz wszystko w rękach działaczy PZPS, aby załatwili Polkom organizację turnieju kontynentalnego, albowiem w przypadku zajęcia drugiego albo trzeciego miejsca w tym turnieju szans na wyjazd do IO trzeba będzie szukać w interkontynetalnym. Owszem są ME i Puchar Świata, ale trudno spodziewać się, aby wygrać którąś z tym imprez i bezpośrednio z nich awansować. W kontynentalnym łatwo nie będzie, ale w światowym powinno być już ciut łatwiej. 

Może teraz pomni doświadczeń ktoś obudzi się odpowiednio wcześnie i w tym zespole dokona jeszcze paru korekt, bo moim zdaniem ta ekipa wciąż tego wymaga. I szanse na wyjazd, choć trochę wzrosną, bo nadal oscylują w granicach kilku procent.

W tej drużynie dokonałbym trzech korekt, które mogłyby zwiększyć nasze nadzieje i wlać nutkę optymizmu. Pierwszą z nich jest Katarzyna Skowrońska. Na szczęście "Skowronek" definitywnie nie zrezygnował z gry w kadrze, więc trzeba z Kasi skorzystać, bo to bardzo dobra zawodniczka. Druga to Anna Werblińska. Nie mogę wyczuć kiedy Werblińska jest zdrowa, a kiedy nie, i czy w kadrze grać chce czy nie. Niemniej jednak jest tym brakującym ogniwem, który może znacząco podnieść poziom sportowy. I trzecia zmianą jest powołanie Agnieszki Bednarek-Kaszy, wbrew pozorom doświadczenie i spokój tej ekipie jest potrzebny, a Aga może to tej drużynie dać.
Fot. Internet
Widzę te trzy siatkarki w styczniowym turnieju i w dalszych reprezentacyjnych meczach, albowiem w ataku z Zaroślińską może być dobrze, ale może być źle. Stabilizacji nie ma, a Skowrońska to jednak zawodniczka światowego formatu. Klasa sama w sobie. Z kolei Werblińska w mojej koncepcji miałaby zastąpić Klaudię Kaczorowską, która dla mnie nie jest zawodniczką do gry na poziomie międzynarodowym. O ile w przyjęciu okej, to atak jest na poziomie pierwszej ligi, a z taką dziurą na lewym skrzydle grać nie można. Para Werblińska-Wójcik czy inna młoda z lepszym atakiem a słabiej radząca sobie w przyjęciu jak Twardowska, Kurnikowska czy Damaske jest ustawieniem, które z chęcią bym zaobaczył.

Natomiast Bednarek-Kasza miałaby zastąpić Katarzynę Połeć, która mnie nie przekonuje, a co więcej nie ma dwudziestu lat, a dwadzieścia pięć, a braków w szczególności w bloku jest aż nadto. Sportowo brakuje zbyt dużo. Aga może nie jest zawodniczką światowego formatu, ale jest solidną i wyróżniającą się w Polsce środkową, potrafiącą dać tej drużynie te brakujące cząsteczki.

Zestawienie Wołosz, Skowrońska, Werblińska, Wójcik, Kąkolewska, Bednarek-Kasza i Durajczyk jest dla mnie składem w tym momencie optymalnym, najlepszym w naszym kraju. Ile byłby w stanie ugrać? Nie wiem, ale wiem, że wtedy nie miałbym żadnych uwag i obiekcji, bo zrobiono wszystko, aby w polskiej reprezentacji grały najlepsze. Owszem pewnego poziomu się nie przeskoczy i jestem w stanie zaakceptować, że ta drużyna złota może nie przywieźć z siatkarskich imprez.

poniedziałek, 21 lipca 2014

One, two... Juesej, czyli o dwa lata za szybko?

Wynik tegorocznej edycji Ligi Światowej może być zaskoczeniem. Amerykanie przyzwyczaili nas, że dla nich najważniejszą imprezą są igrzyska olimpijskie i tam celują w złoty medal. Tymczasem do igrzysk w Rio mamy dwa lata, a siatkarze z USA już zbudowali ekipę, która w Lidze Światowej okazała się najlepsza. Czy jest to dla mnie zaskoczeniem? Niezupełnie, bo w komentarzach u innych blogerów typowałem finał Rosja - USA. Sborna sprawiła nie lada psikusa i spore rozczarowanie, więc takiego rezultatu chyba nikt się nie spodziewał, że mistrzowie olimpijscy z Londynu nawet nie wyjdą z grupy, więc poniekąd czuję się usprawiedliwiony :) A team juesej? Może odrobina szczęścia w tym była, ale ja jednak dostrzegłem w tym zespole coś, co sprawiło, że wytypowałem ich do gry w finale. Ma się tego farta nie ma co :)
Fot. FIVB
Choć przyznaje, że po włoskim laniu w pierwszy dzień finałów we Florencji wkradła się pewna wątpliwość i właściwie te wątpliwości pozostały do dziś? Dlaczego? Amerykanie to mimo wszystko młoda drużyna, co więcej z bardzo młodymi siatkarzami na bardzo newralgicznych pozycjach. Rozgrywający Micah Christenson lat 21. Przyjmujący Taylor Sander lat 22. Zresztą Matt Anderson ma 27 lat, a wydaje się, że w kadrze jest już od lat dziesięciu i ma już nie wiadomo ile na karku. Do czego jednak zmierzam. Mianowicie to faktu, że młodość ma swoje prawa a jednym z nich jest nieprzewidywalność. Amerykanów stać na wszystko, falują swoją formą. Christenson może mieć jeszcze słabszy dzień, co znacząco może obniżyć grę całej drużyny, jednak jak są na fali i grają tak jak w niedzielę, to są w stanie ograć i Brazylijczyków i Rosjan. Choć i jeden i drugi zespół jak na razie też przeżywania wzloty i upadki, najrówniejsi wydawali się Włosi, choć tych w połowie sezonu dopadła zadyszka.

Wracaj jednak do siatkarzy zza Wielkiej Wody, którzy wykorzystali też słabość swoich rywali. Niemniej jednak, kiedy Amerykanie grają na tej fali to prezentują się kapitalnie i jest w nich ogromny potencjał. Każdy set, każdy mecz, z każdym turniejem tacy zawodnicy jak Sander czy wspomniany wcześniej Christenson będą się rozwijać i będą prezentować się na parkiecie coraz pewniej i coraz lepiej. To, że obaj mają potencjał to już wszyscy wiedzą. Czy na naszych oczach rodzą się następcy Kiraly'ego i Balla? A co mi tam uważam, że tak!

Sukces w LŚ może popchnąć całą amerykańską ekipę do walki i jeszcze bardziej wytężonej pracy. Wszystko dlatego, że są w połowie drogi do igrzysk. To dla nich cel numer jeden. We Florencji w dużej mierze widzieliśmy zespół oparty na indywidualnościach, które akurat we Włoszech odpaliły: kapitalnie blokujący David Lee, czyszczący trudne piłki Anderson, a nawet rezerwowy Muagututia prezentował się lepiej niż w PlusLidze. Ekipa Stanów Zjednoczonych udowodniła przede wszystkim sobie, że mimo iż do Rio pozostały dwa lata, a zespół wciąż jest w budowie i nadal musi się uczyć nowych zagrań i funkcjonować w nowych ustawieniach - z Andersonem na prawym skrzydle czy dotąd z wiecznie rezerwowym przyjmującym Seanem Rooney'em, który zastąpił Williama Priddy'ego jest już zdolny do wygrywania. Znając amerykańskie podejście nie spoczną na laurach i będą dążyć, aby stworzyć prawdziwy team rozumiejący się bez słów, mąjący wszystko uporządkowane i wyćwiczone do granic możliwości.

Czy triumf USA przyszedł za szybko? Dowiemy się za dwa lata, ale raczej nie, bo to co po drodze jest tylko małymi kroczkami w kierunku Rio. A przecież zawsze lepiej jest wygrywać niż przegrywać.

One, two three!
Jakoś podoba mi się ten amerykański okrzyk
http://youtu.be/o4Y7fEqISX4?t=11m41s
Fot. FIVB

piątek, 18 lipca 2014

Recenzja: "Nie poddawaj się! Dlaczego talent to zaledwie początek" Łukasz Podolski

Piłkarski mundial nie sprzyjał w czytaniu książek, ale po malutku zaczynamy odrabiać straty. Udało mi się zagospodarować odrobinę czasu (naprawdę odrobinę, bo książka nie jest zbyt obszerna) i w moje ręce trafiła autobiografia Łukasza Podolskiego „Nie poddawaj się”.  Było to jeszcze przed finałem z 13 lipca, więc nie byłem świadomy, że dane mi będzie mieć na półce książkę mistrza świata.

Historię pochodzącego z Gliwic piłkarza zdecydowało się wydać wydawnictwo Ole z grupy wydawniczej Foksal. I niestety mój pierwszy kontakt z tym subwydawnictwem wypadł mizernie. Dlaczego? Już śpieszę z odpowiedzią.

W autobiografii Podolskiego wszystko jest przewidywalne i znajome. Jak na lekarstwo jest rzeczy, o których wcześniej nie mogliśmy dowiedzieć się z innych przekazów medialnych. Odniosłem wrażenie, że książka po prostu skompilowała dotychczasowe doniesienia w jedną całość. Historia dojścia na stadiony świata opowiedziana przez Poldiego niewiele różni się od innych piłkarskich gwiazd  pokroju Cristiano Ronaldo czy Wayne'a Rooney'a. Przez ciernie do gwiazd tak wyglądała droga Podolskiego do piłkarskiego raju, do bycia mistrzem świata.

Z „Nie podawaj się” przeczytamy (choć wiele wątków została potraktowana dość pobieżnie) m.in. o dzieciństwie Łukasza Podolskiego, które zdaje się być najciekawszą treścią w tej książce. Czytelnik pozna motywy wyjazdu Podolskiego wraz z rodzicami do Niemiec, dowie się o życiu w niewielkim, prowincjonalnym Bergheim, gdzie młody chłopak z Polski stawał swoje pierwsze kroki w futbolu. Upór, wytrwałość i ciężka praca doprowadziły adepta futbolu do klubu z Kolonii, który darzy sentymentem do dziś mimo, że przywdziewał w swojej karierze barwy Bayernu Monachium czy  Arsenalu Londyn. Kolonie ma w sercu. FC Köln, w którym spędził sześć lat będąc z nim na dobre i na złe oddaje jego przywiązanie do barw klubowych. Podobnie zresztą traktuje polski zespół Górnik Zabrze- śledząc sytuację zespołu i aktywnie pomagając klubowi.

Co więcej, w autobiografii Podolski napisał, że nie wyklucza iż zagra w Polsce, kiedy jego kariera będzie zmierzała ku końcowi. Chociaż zawodnik wyraził swoją radość na myśl o kolejnych latach grania, więc na mistrza świata w kraju nad Wisłą będziemy musieli jeszcze poczekać.

To co z pewnością może cieszyć polskich czytelników to, że stosunkowo sporo miejsca poświęcono Polsce. Podolski w swoich wspomnieniach ciepło wypowiada się o kraju nad Wisłą. Daje się zauważyć, że piłkarz Polskę ma w sercu, a to w jakiej gra reprezentacji nie stanowi dla niego żadnego problemu, aby po prostu kochać nasz kraj i się o niego martwić. Inny polski akcent, który można odnaleźć w książce to ujawnienie przez Podolskiego faktu, iż w jego domu chociaż nie zawsze było mnóstwo pieniędzy, to jedzenia nigdy nie brakowało, a w szczególności dla gości – zgodnie z polską tradycją i przysłowiem postaw się a zastaw się.

Niestety, bardzo żałuję, że zdawkowo potraktowano kwestię wyboru reprezentacji. Uważam, że lepiej byłoby przeczytać o tym w autobiografii niż na Wikipedii, niemniej z takiego założenia nie wyszedł autor publikacji, więc po szczegóły sięgnę gdzie indziej. Szkoda.

Były jednak fragmenty pouczające i moralizatorskie. Młody chłopak przybywający do nowego kraju, o odrębnej kulturze, nie znający języka musiał poradzić sobie w nowym świecie. W autobiografii dowiadujemy się, że futbol naprawdę łączy ludzi o różnych narodowościach, odmiennym kolorze skóry. Na boisku wszyscy byli równi, byli tacy sami. Podolski opowiada jak wychowywał się na osiedlu, gdzie mieszkali niemal wyłącznie ludzie z innych krajów. Narodowościowy tygiel spowodował, że reprezentant Niemiec dorastał w mieszance kulturowej. Każdy z jego przyjaciół pielęgnował własny język i tradycje, dzięki temu każdy mógł być sobą, bo każdy był akceptowany niezależnie od tego jak wyglądał i jakie miał upodobania.

Kilka cytatów z autobiografii:

„Szczególnie ciekawili mnie starsi chłopcy z Maroka, Albanii, Tunezji, Turcji, wszyscy czarnowłosi i ciemnoskórzy, którzy grali w piłkę na boisku. To do nich chciałem dołączyć. Nie możesz mówić: boję się, oni są całkiem inni, inaczej mówią, wierzą w innego Boga. To nie ma znaczenia (…). Zostałem tam, nie odpuściłem, Az zdobyłem taką kontrolę nad piłkę, że nie mogli powiedzieć „nie. Tym bardziej, że zwykle żaden z nich nie miał piłki, tylko ja, a przecież była nam bardzo potrzebna!”

„Oprócz mnie był też Schweinsteiger, Per Mertesacker. Zawsze musieliśmy się z kogoś ponabijać. ” Chłopaki przewracali oczami, kiedy nagle okazywało się, pozamienialiśmy im karty hotelowe albo kluczyki do samochodów i nikt nie mógł trafić na miejsce ani wejść do swojego pokoju. Wciąż trzeba było wszystko sprawdzać, ale w końcu to też tworzyło dobrą atmosferą, było nam razem wesoło”.

„Zawsze mnie też pytają, czemu nie śpiewam niemieckiego hymnu z pozostałymi piłkarzami. Trudno mi udzielić jasnej odpowiedzi. Nie śpiewam właśnie dlatego, że czuję się związany zarówno z Polską, jak i z Niemcami”.

Wyróżnikiem  autobiografii  Podolskiego spośród innych dostępnych na rynku jest poprowadzenie obok własnej historii i doświadczeń, historii działalności charytatywnej. Tym samym w jednej książce mamy połączenie dwóch płaszczyzn. Piłkarz obok swojej kariery opisuje chrześcijańskie stowarzyszenie „Die Arche”, którego głównym zadaniem jest pomoc dzieciom i młodzieży. Doceniam ten wzniosły gest Podolskiego, zresztą mistrz świata wielokrotnie wykazuje się poświęceniem dla młodych ludzi, bardzo mocno angażuje się w pomoc innych zapewniając nie tylko kwestie materialnie. Bezinteresowność i dobre, wielkie serce jest w cenie, ale…

Niestety w tym wszystkim zatracono proporcje, a gdy weźmiemy pod uwagę, że książka liczy zaledwie 223 strony a połowa z nich stanowi opis funkcjonowania „Die Arche”, prezentację ludzi, którzy prowadzą projekt, mający na celu pomóc stanąć na nogi i zapewnić lepszą przyszłość młodym istotą borykającymi się z przeróżnymi problemami, którzy wywodzą się z imigranckich rodzin, często wychowywanych na granicy ubóstwa i w niepełnych rodzinach. Kwintesencją autobiografii Podolskiego jest przedstawienie życiorysów Jakuba, Jony czy Seyeda i innych młodych podopiecznych stowarzyszenia.

Wszystko cudnie, doceniam szlachetny gest, ale gdzieś zabrakło umiaru – bądź co bądź to autobiografia piłkarza i o piłce, o kulisach z szatni, o życiu zawodowego sportowca, o przygotowaniu do meczu, sposobach zwalczania przedstartowego stresu chciałbym przeczytać dużo, dużo więcej. Zważywszy, iż kilka opowieści jest wyjałowionych i potraktowanych po macoszemu. Zamiast tego z publikacji dowiadujemy się, że Mustafa marzy by być bogatym, Jona jest kiepski w matematyce a Kasim spędza trzydzieści minut w łazience.

Z ubolewaniem stwierdzam, że dawno nie czytałem tak kiepskiej biografii. Ostatnią z nich była pozycja „Moje życie” Adama Małysza. Szkoda, że mistrzostwo na sportowych arenach nie idzie w parze z mistrzowskim piórem, bo z pewnością tacy sportowcy jak Małysz czy Łukasz Podolski zasługują na bardziej wartościowe publikacje.

Altruistyczne zachowania Podolskiego są godne pochwały, ale poświęcenie aż tylu stron wychowankom „Die Arche” okazało się niezbyt trafnym poświeceniem. Myślę, że jest czego żałować, albowiem kupując autobiografię Poldiego wspiera się jego fundację. I na szczęście tego żałować nie muszę, bo ja też poświęciłem parę groszy, by wesprzeć potrzebujących. Szkoda, że przez marną jakość książki ilość funduszy z tego tytułu nie będzie zbyt imponująca…

Moja ocena: 2/5

„Nie poddawaj się! Dlaczego talent to zaledwie początek”, Łukasz Podolski, Wydawnictwo Ole, Warszawa 2014


sobota, 12 lipca 2014

Powracam do blogowej sfery życia!

Witajcie! Wróciłem. Przerwa dobiegła końca. Czas zacząć męczyć Was moimi tekstami i poczytać, co u Was jest ciekawego do poczytania :)

Za nim jednak notki merytoryczne, trochę retrospekcji dotyczącego mojego życia. Jestem już po wszystkim, wszystkim wszystkim i wszystko zakończyło się szczęśliwie, tak jak zakładałem. Zaliczenia i egzaminy zakończone powodzeniem, więc we wrześniu będą mógł spokojnie kibicować!

Kwintesencją był dziesiąty dzień lipca kiedy to obroniłem pracę magisterską: "Facebook jako narzędzie public relations w kształtowaniu wizerunku polskich sportowców". Na dyplomie będzie piąteczka, więc już czekam na oferty pracy :D

Ci, którzy uważanie śledzili bloga wiedzą, że bardzo podobne treści pojawiły się właśnie w tym miejscu, które były inspiracją do mojej pracy. Może kiedyś opublikuję jakieś fragmenty na razie nie mogę :)

Ostatecznie jestem magistrem dziennikarstwa i komunikacji społecznej :) Jednak poza innymi literkami przed nazwiskiem, których zresztą i tak nigdzie nie używam nie zmieniło się nic. Dalej będę pisać tak samo i o tym samym :)

Edukacji jeszcze nie zakończyłem, bo nadal studiuję psychologię, a i moje plany zawodowe uległy zmianie (ale, o tych może kiedy indziej) i na posłuchanie tudzież zobaczenie mnie w telewizji Polsat Sport trzeba będzie jeszcze poczekać :) Niemniej nigdy nie mów nigdy!

Ciesze się, że wróciłem do blogosfery, że mogłem zalogować się na bloga i napisać posta! Wracam powoli, Was też pragnę przyzwyczaić, że ponownie można tu zaglądać, dlatego też nie będę już Was dłużej zanudzał :)

Mam wakacje i to pełną gębą. Ciesze się życiem i odpoczywam. Ładuję akumulatory, więc posty będą i mam nadzieję, że będą ciekawe.