poniedziałek, 19 maja 2014

Recenzja: "Gigi Buffon. Numer 1", Gianluigi Buffon, Roberto Perrone

Nie ilość stron, a jakość książki decyduje o tym, że można uznać ją za dobrą. Z takim założeniem wyszedł włoski bramkarz Gianluigi Buffon, który na 216 stronach opowiedział swoją historię. Autobiografia pt. ,,Numer 1” ukazała się nakładem wydawnictwa SQN, które po książce Alessandro Del Piero i Antonio Conte postanowiło ponownie zadowolić kibiców Juventusu Turyn publikując autobiografię kolejnej legendy tego klubu.

Dzięki temu, że nie książka nie przeraża swoją objętością czyni z niej atut. Każda strona w autobiografii Buffona jest starannie zaplanowana, nie ma w nich miejsca na lanie wody, czy kwiecisty język i metaforyczny styl. Włoch pisze krótko i treściwie, wykładając kawę na ławę.

Buffon zaczyna autobiografię od mocnego uderzenia. Na pierwszy stronach opowiedział, że nie był zadowolony ze swojego życia i nic, ale to zupełnie nic nie sprawiało mu przyjemności. Bramkarz wyjawił, że zmagał się z depresją. Wątek ten rozszerzony został w dalszej części wspomnień i nie sposób przejść wobec tego obojętnie. Piękny, sławny, bogaty, wielbiony przez kibiców. Mimo tego nie potrafił poradzić sobie z popularnością i ciążącą na nim odpowiedzialnością. Fani traktowali go jako wybitnego piłkarza, idola z pierwszych stron gazet, kogoś kogo mogą poprosić o autograf, a nie tego, którego zapytają jak się czuje. Na szczęście Buffon dzięki terapii psychologicznej wyleczył się z depresji i mógł ponownie cieszyć się z życia.

Bez długich wywodów dowiadujemy się, że Gigi sport miał zakodowany genetycznie. W rodzinie Buffonów płynęła sportowa krew. Mama rzucała dyskiem, natomiast ojciec uprawiał pchnięcie kulą. A siostry bramkarza Guendalina i Veronica były cenionymi siatkarkami. Bramkarz wyjaśnił także powody, dla których postanowił stanąć pomiędzy słupkami. Opowiedział także o swoim pierwszym meczu i strzelonym golu. Wspominał swój debiut w Serie A, wyjawił jak trafił do Juventusu. Nie omieszkał również wspomnieć o aferach związanych z turyńskim klubem, co dla Juventusu, ale i samego bramkarza skutkowało degradacją do niższej ligi. Buffon zdradził także, co działo się w szatni podczas mistrzostw świata w 2006 roku. Jednak życie w reprezentacji Squdra Azurre nie było usłana różami i Buffon dosadnie opisał bolesne i smutne chwile podczas gry w kadrze.

W autobiografii nie zabrakło również wątków prywatnych. Gigi wracił pamięcią do czasów szkolnych, rozmarzył się na myśl o rodzinnych wakacjach w Carrarze. Napomniał o mniej lub bardziej zabawnych historiach, które w najlepszym przypadku kończyły się tylko sinikami na ciele. Czytelnik dowie się w jaki sposób Buffon adorował swoją żonę Alenę Seredovą, ale także o trudnościach w pogodzeniu roli sportowca z rolą ojca i męża.

Niezwykle interesujący wydał mi się rozdział nazwany „mroczne historie” - może cześć z tych historii nie jest przerażająca i tragiczna jak głosi tytuł, opowiada jednak o błędach i pomyłkach bramkarza. Dzięki temu Buffon nie jawi nam się jako człowiek nieskazitelny, będący gościem z innej planety. Szczerze i przejmująco opowiedział o popełnionych błędach - jak ten wynikający z niewiedzy, kiedy bramkarz użył motta włoskich fasystów do zmotywowania swoich kolegów, czy też z wyborem numeru ,,88” na koszulce, co dla Buffona symbolizowały po prostu cztery piłki, okazało się jednak, że w nazistowskich Niemczech zwrot ten kojarzono z pozdrowieniem „Heil Hitler”, albowiem „H” była ósmą literą alfabetu. O ile wspomniane wyżej historie wynikały głownie z niewiedzy historycznej to kupno świadectwa dojrzałości Buffon uważa za największy błąd w swoim życiu.

Kilka cytatów z książki:

„Cały dzień na plaży, razem z siostrami, kuzynkami i ich chłopakami. Dla nich też byłem maskotką. Czasem bawili się mną wręcz jak z jakąś świnką morską. Mieli swoją ulubioną rozrywkę: wiązali mi ręce za plecami, po czym musiałem pokonywać przeszkody, robiąc koziołki. Ile razy obiłem sobie kości! Dzięki temu jednak przezwyciężyłem strach przez rzucaniem się na ziemię, nawet gdy nie ma śniegu, który amortyzuje upadek”.

„Od czasu do czasu, kiedy do reprezentacji lub pierwszej drużyny w klubie trafia jakiś młody chłopak, mówi się, że „jest tu, by nabrać doświadczenia”. Dziś, patrząc wstecz, doskonale to rozumiem. Wiem po sobie, że sam fakt bycia częścią kadry jest niezwykle istotny – nawet jeśli na mundialu byłem tylko rezerwowym”

„Któregoś dnia odebrałem telefon z klubu. Niby normalka, tym razem jednak czułem, że coś jest nie tak. W rzeczy samej:

- Gigi, uniwersytet sprawdził twój dyplom, jest nieważny.
- W jakim sensie?
- W takim, że to zwyczajna fałszywka.

Nigdy nie wstydziłem się za siebie tak bardzo. Pamiętam, że wśród nielicznych, którzy próbowali podnieść mnie na duchu był Giovanni Trapattoni. "Nie przejmuj się, przynajmniej dotarłeś do ostatniej klasy liceum. Są tacy, którzy w ten sposób zaliczyli aż pięć lat w jeden rok. Osiemdziesiąt procent matur piłkarzy to fałszywki". Cały Trap”.

Autobiografia ,,Numer 1” to lektura na jeden wieczór, ale za to wypełniona doskonałą rozrywką o sporej dawce humoru. Książkę czyta się jednym tchem, a szczerość i konkretność wypowiadanych anegdot pozwala oderwać się od rzeczywistości i zatopić się w jej stronicach. Książka włoskiego zawodnika nie jest hymnem pochwalnym własnej osoby. Buffon nie słodzi, nie upiększa, niczego nie tuszuje. Jest autentyczny, a w jego wypowiedziach trudno doszukać się  narcyzmu. Jest człowiekiem inteligentnym i nas traktuje tak samo, jak partnerów, dla niego nie jesteśmy ani gorsi ani lepsi. Jesteśmy równi. 

Po tej lekturze mamy szansę poznać innego Buffona. Nie tego, o którym rozpisują się dziennikarze. Nie tego, który według Międzynarodowej Federacji Historyków i Statystyków Futbolu został uznany najlepszym golkiperem w historii. I też nie tego, który wciąż dzierży rekord najdroższego bramkarza w dziejach futbolu. Nazywany bramkarskim wirtuozem, noszący przydomek Supermana. Teraz wiem, że Superman nie jest nadludzki. Superman Italii okazuje się być jednym z nas. Także ma wady, też popełnia błędy.

Po przeczytaniu autobiografii odniosłem wrażenie, że sportowe gwiazdy mimo tysiąca fanów i milionów na koncie myślą i czują jak miliardy ludzi na świecie. To nie ludzie ze stali. Oni także mogą być wrażliwi i doświadczać beznadziejności. Depresja, z którą zmagał się Buffon pokazuje, że czasem warto dumę włożyć do kieszeni i po prostu zawalczyć o samego siebie, bo to zwycięstwo po wsze czasy będzie dla niego najcenniejsze niż wszystkie złote medale razem wzięte wywalczone w blasku fleszy i światłach jupiterów.

Moja ocena: 4/5

„Gigi Buffon. Numer 1”, Gianluigi Buffon, Roberto Perrone, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014

1 komentarz:

  1. Chyba braknie mi tych wakacji na przeczytanie tych polecanych książek - że o innych nie wspomnę ;)

    OdpowiedzUsuń