poniedziałek, 26 maja 2014

Ogłaszam przerwę!

Witajcie! Niestety, nastał ten dzień, gdzie muszę zrobić sobie przerwę od blogosfery i innych przyjemnych rzeczy. Niemniej jednak czasem napiszę coś na facebookowym profilu, bo od oglądania meczów się nie obejdzie, więc jakieś drobne komentarze mogą pojawiać się w tym miejscu.

Po raz czwarty i ostatni robi sobie tak długie wolne spowodowane zbliżającą się sesją :D Za rok już powinno być lżej, więc nie powinien się rozstawać :)

Choć ta choć ostatnia zapowiada się na wyjątkową męczącą i trudną, aczkolwiek na końcu jej drogi znajdują magiczne trzy literki, które mam szansę zdobyć po pięciu latach edukacji :D. Zanim dojdzie jednak do sądu ostatecznego, który wyznaczony jest na 10 lipca po drodze jeszcze wiele, wiele innych zaliczeń, referatów, kół czy egzaminów. I tym samym mój czas w tym miejscu musi się zatrzymać.

I oby wszystko to wymienione powyżej zakończyło się pozytywnie muszę się z Wami rozstać :) Obiecuję jednak, że wrócę ;) i poinformuję Was o tym w specjalnej notce!

Trzymajcie za mnie kciuki, aby wszystko się udało! Z pewnością się przydadzą :)

Wszystkiego dobrego!


poniedziałek, 19 maja 2014

Recenzja: "Gigi Buffon. Numer 1", Gianluigi Buffon, Roberto Perrone

Nie ilość stron, a jakość książki decyduje o tym, że można uznać ją za dobrą. Z takim założeniem wyszedł włoski bramkarz Gianluigi Buffon, który na 216 stronach opowiedział swoją historię. Autobiografia pt. ,,Numer 1” ukazała się nakładem wydawnictwa SQN, które po książce Alessandro Del Piero i Antonio Conte postanowiło ponownie zadowolić kibiców Juventusu Turyn publikując autobiografię kolejnej legendy tego klubu.

Dzięki temu, że nie książka nie przeraża swoją objętością czyni z niej atut. Każda strona w autobiografii Buffona jest starannie zaplanowana, nie ma w nich miejsca na lanie wody, czy kwiecisty język i metaforyczny styl. Włoch pisze krótko i treściwie, wykładając kawę na ławę.

Buffon zaczyna autobiografię od mocnego uderzenia. Na pierwszy stronach opowiedział, że nie był zadowolony ze swojego życia i nic, ale to zupełnie nic nie sprawiało mu przyjemności. Bramkarz wyjawił, że zmagał się z depresją. Wątek ten rozszerzony został w dalszej części wspomnień i nie sposób przejść wobec tego obojętnie. Piękny, sławny, bogaty, wielbiony przez kibiców. Mimo tego nie potrafił poradzić sobie z popularnością i ciążącą na nim odpowiedzialnością. Fani traktowali go jako wybitnego piłkarza, idola z pierwszych stron gazet, kogoś kogo mogą poprosić o autograf, a nie tego, którego zapytają jak się czuje. Na szczęście Buffon dzięki terapii psychologicznej wyleczył się z depresji i mógł ponownie cieszyć się z życia.

Bez długich wywodów dowiadujemy się, że Gigi sport miał zakodowany genetycznie. W rodzinie Buffonów płynęła sportowa krew. Mama rzucała dyskiem, natomiast ojciec uprawiał pchnięcie kulą. A siostry bramkarza Guendalina i Veronica były cenionymi siatkarkami. Bramkarz wyjaśnił także powody, dla których postanowił stanąć pomiędzy słupkami. Opowiedział także o swoim pierwszym meczu i strzelonym golu. Wspominał swój debiut w Serie A, wyjawił jak trafił do Juventusu. Nie omieszkał również wspomnieć o aferach związanych z turyńskim klubem, co dla Juventusu, ale i samego bramkarza skutkowało degradacją do niższej ligi. Buffon zdradził także, co działo się w szatni podczas mistrzostw świata w 2006 roku. Jednak życie w reprezentacji Squdra Azurre nie było usłana różami i Buffon dosadnie opisał bolesne i smutne chwile podczas gry w kadrze.

W autobiografii nie zabrakło również wątków prywatnych. Gigi wracił pamięcią do czasów szkolnych, rozmarzył się na myśl o rodzinnych wakacjach w Carrarze. Napomniał o mniej lub bardziej zabawnych historiach, które w najlepszym przypadku kończyły się tylko sinikami na ciele. Czytelnik dowie się w jaki sposób Buffon adorował swoją żonę Alenę Seredovą, ale także o trudnościach w pogodzeniu roli sportowca z rolą ojca i męża.

Niezwykle interesujący wydał mi się rozdział nazwany „mroczne historie” - może cześć z tych historii nie jest przerażająca i tragiczna jak głosi tytuł, opowiada jednak o błędach i pomyłkach bramkarza. Dzięki temu Buffon nie jawi nam się jako człowiek nieskazitelny, będący gościem z innej planety. Szczerze i przejmująco opowiedział o popełnionych błędach - jak ten wynikający z niewiedzy, kiedy bramkarz użył motta włoskich fasystów do zmotywowania swoich kolegów, czy też z wyborem numeru ,,88” na koszulce, co dla Buffona symbolizowały po prostu cztery piłki, okazało się jednak, że w nazistowskich Niemczech zwrot ten kojarzono z pozdrowieniem „Heil Hitler”, albowiem „H” była ósmą literą alfabetu. O ile wspomniane wyżej historie wynikały głownie z niewiedzy historycznej to kupno świadectwa dojrzałości Buffon uważa za największy błąd w swoim życiu.

Kilka cytatów z książki:

„Cały dzień na plaży, razem z siostrami, kuzynkami i ich chłopakami. Dla nich też byłem maskotką. Czasem bawili się mną wręcz jak z jakąś świnką morską. Mieli swoją ulubioną rozrywkę: wiązali mi ręce za plecami, po czym musiałem pokonywać przeszkody, robiąc koziołki. Ile razy obiłem sobie kości! Dzięki temu jednak przezwyciężyłem strach przez rzucaniem się na ziemię, nawet gdy nie ma śniegu, który amortyzuje upadek”.

„Od czasu do czasu, kiedy do reprezentacji lub pierwszej drużyny w klubie trafia jakiś młody chłopak, mówi się, że „jest tu, by nabrać doświadczenia”. Dziś, patrząc wstecz, doskonale to rozumiem. Wiem po sobie, że sam fakt bycia częścią kadry jest niezwykle istotny – nawet jeśli na mundialu byłem tylko rezerwowym”

„Któregoś dnia odebrałem telefon z klubu. Niby normalka, tym razem jednak czułem, że coś jest nie tak. W rzeczy samej:

- Gigi, uniwersytet sprawdził twój dyplom, jest nieważny.
- W jakim sensie?
- W takim, że to zwyczajna fałszywka.

Nigdy nie wstydziłem się za siebie tak bardzo. Pamiętam, że wśród nielicznych, którzy próbowali podnieść mnie na duchu był Giovanni Trapattoni. "Nie przejmuj się, przynajmniej dotarłeś do ostatniej klasy liceum. Są tacy, którzy w ten sposób zaliczyli aż pięć lat w jeden rok. Osiemdziesiąt procent matur piłkarzy to fałszywki". Cały Trap”.

Autobiografia ,,Numer 1” to lektura na jeden wieczór, ale za to wypełniona doskonałą rozrywką o sporej dawce humoru. Książkę czyta się jednym tchem, a szczerość i konkretność wypowiadanych anegdot pozwala oderwać się od rzeczywistości i zatopić się w jej stronicach. Książka włoskiego zawodnika nie jest hymnem pochwalnym własnej osoby. Buffon nie słodzi, nie upiększa, niczego nie tuszuje. Jest autentyczny, a w jego wypowiedziach trudno doszukać się  narcyzmu. Jest człowiekiem inteligentnym i nas traktuje tak samo, jak partnerów, dla niego nie jesteśmy ani gorsi ani lepsi. Jesteśmy równi. 

Po tej lekturze mamy szansę poznać innego Buffona. Nie tego, o którym rozpisują się dziennikarze. Nie tego, który według Międzynarodowej Federacji Historyków i Statystyków Futbolu został uznany najlepszym golkiperem w historii. I też nie tego, który wciąż dzierży rekord najdroższego bramkarza w dziejach futbolu. Nazywany bramkarskim wirtuozem, noszący przydomek Supermana. Teraz wiem, że Superman nie jest nadludzki. Superman Italii okazuje się być jednym z nas. Także ma wady, też popełnia błędy.

Po przeczytaniu autobiografii odniosłem wrażenie, że sportowe gwiazdy mimo tysiąca fanów i milionów na koncie myślą i czują jak miliardy ludzi na świecie. To nie ludzie ze stali. Oni także mogą być wrażliwi i doświadczać beznadziejności. Depresja, z którą zmagał się Buffon pokazuje, że czasem warto dumę włożyć do kieszeni i po prostu zawalczyć o samego siebie, bo to zwycięstwo po wsze czasy będzie dla niego najcenniejsze niż wszystkie złote medale razem wzięte wywalczone w blasku fleszy i światłach jupiterów.

Moja ocena: 4/5

„Gigi Buffon. Numer 1”, Gianluigi Buffon, Roberto Perrone, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014

czwartek, 15 maja 2014

Tych siatkarzy chciałbym zobaczyć w PlusLidze!

Cześć! W gorącym okresie transferowym, w którym klubu prześcigają się w ogłaszaniu kolejnych zawodników, którzy będą rywalizować na polskich parkietach postanowiłem stworzyć listę marzeń siatkarzy, których chciałbym zobaczyć w PlusLidze. 

Zestaw ten jest w pełni subiektywny, a głównym kryterium jest po prostu moja sympatia do wspomnianych niżej siatkarzy. Może i część z nich to transfery z serii marzenia ściętej głowy, choć niewykluczone, że część tych zawodników prawdopodobnie wystąpi w PlusLidze :) (prędzej czy później - taką mam nadzieję :) )

Przechodząc do rzeczy prezentują moją drużynę marzeń.

Rozgrywający
Pewnie, że marzy mi się Luciano De Cecco, ale w tym sezonie już w polskiej lidze nie zagra. Inni lepsi grają już w naszej lidze, więc został mi tylko jeden - William Arjona. Brazylijski rozgrywający Sady Cruzeiro. Chyba tylko William jest zdolny do wystawienia krótkiej sposobem dolnym :)


Środkowi
I właśnie na tej pozycji upatruję największą trudność ze ściągnięciem tych graczy do polskich klubów, ponieważ wybrałem najlepszych z najlepszych. Absolutny światowy top. Pierwszy z nich to reprezentant Kanarkowych Lucas, a drugim jest kubański olbrzym Simon Aties. Marzę, aby na żywo zobaczyć jak niszczą teraflex przy wbijaniu gwoździ. 


I 3 metr od Simona

Przyjmujący
Wybór na tej pozycji spory, a tym samym niezwykle trudny. Postawiłem jednak na legendy. Na siatkarzy, którym przyglądałem się od kilku lat i których miałem szansę zobaczyć już na żywo - niestety tylko w barwach narodowych, więc drodzy plusligowi działacze: do roboty! Cieszyłbym się, gdyby w Polsce zagrał Cristian Savani i Murilo Endres


Włoch jednak trzyma nerwy na wodzy :)


Atakujący
Marzenie, które chyba pozostanie marzeniem. Kto grający w siatkówkę nie chciał atakować jak On, kto nie pragnął zagrywać jak On, i kto był tak opanowany i spokojny jak On. Po prostu Ivan Miljkovic


Libero
Szanse na ściągnięcie libero z zagranicy są małe, ale jeśli szaleć to szaleć. Wiem, że Sergio już w polskim klubie nie zobaczę, więc olbrzymią radość sprawiłoby mi podglądanie Jenii Grebennikova. Pewien klub narobił mi już apetytu na ewentualnie ściągnięcie zdolnego Francuza, ale w tym sezonie chyba będę musiał obejść się smakiem...


A Wy kogo chcielibyście zobaczyć w w PlusLidze? A może już są lub też grali w naszym kraju? 

niedziela, 11 maja 2014

Cisza i spokój, tego potrzeba siatkarzom

Cześć! Po tytule domyślacie się, że będzie o siatkarzach, a nie wczorajszej kiełbasie :)
Sezon klubowy został zakończony, ale bardzo szybko kibice w naszym kraju przerzucili swój wzrok, swoje głosy, swoje zainteresowania na reprezentację narodową, kadrę polskich siatkarzy, która w tym sezonie będzie rywalizowała w MŚ.

I tu zaczyna się cały ambaras. Przez ostatni tydzień właściwie media wszelakiego rodzaju, te zaliczane go grona starych, ale w szczególności te określane mianem nowych mediów publikowały mnóstwo, ale to mnóstwo wiadomości na temat reprezentacji Polski. Sezon na dobre się nie zaczął, a ja powoli zaczynam odczuwać informacyjny przesyt.

Tam, że Winiarski kapitanem i milion wypowiedzi i komentarzy. Tu, że Wlazły wrócił i miliard opinii, co z tego wyjdzie. Gdzie indziej, że tego i tego Antiga skreślił, rozkmina na więcej stron niż posiada Encyklopedia PWN.

Proszę zostawmy naszych siatkarzy w spokoju! Dajmy im żyć, w spokoju i ciszy przygotowywać się do polskiego mundialu. Nie odrywajmy ich od tego, co najważniejsze. Od przygotowań. Dajmy się ponieść euforii w dniu otwarcia mistrzostw, nie prędzej. Spróbujmy na moment zapomnieć, że nasi siatkarze grają coś w tym roku. Nie siejmy paniki, nie wywołujmy przed mundialowej gorączki. Nie pora na narodową presję. Tylko spokój może nas uratować.
Żeby wygrywać, trzeba być odpowiednio przygotowanym. Żeby być przygotowanym, trzeba czasem odpocząć od tego całego zgiełku. A my co mamy? Szum informacyjny jakiego dawno nie było, pytamy o cele, wyniki, ale też o to czy komuś nie zabrakło skarpetek albo czy zjedli spaghetti na obiad. Dość, dajmy temu spokój. Nie nakładajmy dodatkowej presji i nie róbmy z tego wydarzenia jakiegoś wielkiego obciążenia. Siatkarze na swoich barkach już je dźwigają. Nie zabijajmy tej radości z tego święta. Niech ich start a nasz udział w tej imprezie będzie radością, wielkim świętem i zabawą. Po prostu nie przeszkadzajmy. Dopiero gdy na stanie czas mistrzostw powinniśmy stworzyć tą, jakże potrzebną, zdrową atmosferę sportowej rywalizacji i tą podniosłą i tą wesołą.

Nie pompujmy balonika, to nikomu nie wyjdzie na dobre. Sezon dopiero na starcie, a balon osiągnął już niewyobrażalne rozmiary. Po co to wszystko! Siatkarze niech przygotowują formę bez specjalnego napięcia, a my cierpliwie czekajmy i w milczeniu oczekujmy MŚ. Nie od dziś wiadomo, że to milczenie jest złotem, a mowa...

Najgorsze w tym wszystkim są te komentarze, które prognozują w głowach kibiców, szczególnie tych niedzielnych hurraoptymizm. Medal być musi, musi być ten z najcenniejsze kruszcu, jesteśmy potęgą. Jest tak dobrze jak jeszcze nigdy nie było, przecież takiego składu nie mieliśmy od dawien dawna. Szkoda czasu na czytanie tego typu słów, gdyż nikomu one nie pomogą, ale potrafią wywołać mega rozgoryczenie.

Nam pilnie potrzebny jest spokój. I o niego apeluję. I o ciszę też. Dlatego zapewnijmy im ciszę i spokój, a na hałas i okazywanie zadowolenia przyjdzie jeszcze czas. Teraz czas na opanowanie.

poniedziałek, 5 maja 2014

Recenzja: "Sztuka wygrywania w tenisie" Brad Gilbert

Chcielibyście zacząć wygrywać, choćby brzydko? Chcielibyście wiedzieć jak przeciwnicy Was ogrywają? I wreszcie chcielibyście polepszyć swoje umiejętności nie wychodząc z domu? Jeśli na każde z tych pytań odpowiedzieliście „tak” to książka „Sztuka wygrywania w tenisie” Brada Gilberta jest dla Was pekturą obowiązkową!

Polskim fanom tenisa długo przyszło czekać na przetłumaczenie biblii skutecznego tenisa. Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1992 roku, a pozycja wydana przez Bukowy Las jest jej trzecią odsłoną, w której Brad Gilbert wspólnie ze Stevie Jamisonem wzbogacił o nowe wprowadzenie, w którym przedstawia zmiany jakie dokonały się w tenisie na przestrzeni XXI wieku. Gilbert uważa, że największy przełom w tenisie nastąpił w sprzęcie, nawierzchni i przygotowaniu atletycznym. Ponadto w nowym wydaniu autor omawia strategie jakie stosują zawodowi gracze. Analizując spotkania najlepszych tenisowych gwiazd na czele z Rogerem Federerem, Rafą Nadalem, Novakiem Djokoviciem, czy siostrami Williams doradza jak można pokonać tych lepszych od siebie.

Książka ta zyskała uznanie na całym świecie, albowiem autorem nie jest człowiek, który mecze tenisowe oglądał siedząc w fotelu i popijając piwko. Publikacja została napisana przez brązowego medalistę igrzysk olimpijskich, tenisistę z pierwszej dziesiątki światowego rankingu, szkoleniowca wielkoszlemowych mistrzów Andre Agassiego, Andy'ego Roddicka czy Andy'ego Murraya.

„Sztuka wygrywania w tenisie” napisana jest przez fachowca. Człowieka, który zna się na rzeczy, który na tenisie zjadł zęby. Gilbert podpowiada tenisistom amatorom jak zwyciężyć w meczu. Nie daje natomiast wskazówek jak polepszyć swój forhend lub gdzie tkwi błąd podczas wyprowadzenia uderzenia z bekhendu. Publikacja została poświęcona mentalnej stronie tenisie, opowiada o taktycznych wskazówkach, które mogą pomóc zawodnikom w odniesieniu końcowego triumfu.

„Sztuka wygrywania w tenisie” składa się z trzech części. Pierwsza z nich zatytułowana jest przewaga wyprzedzająca. Z rozdziałów w tej części czytelnik dowiaduje się jak kluczowe są chwile przed rozpoczęciem spotkania. Gilbert radzi jak ważna jest przedmeczowa rozgrzewka, prezentując zestaw ćwiczeń, ilustruje jak ona ma wyglądać, aby efektywnie rozpocząć rywalizację. Podpowiada także, iż obowiązkiem każdego gracza jest stworzenie planu gry, w którym powinien odpowiedzieć sobie na kilka zasadniczych pytań: które uderzenie jest najsilniejszą stroną przeciwnika, które jest najsłabsze oraz co powinienem zrobić, aby nie pozwolić rywalowi na wykorzystywanie moich słabości? Amerykanin nie omieszkał także wspomnieć o sposobach na przedmeczową tremę. Uważam, że akurat te zasady można wykorzystać w każdej dyscyplinie, więc dla tych, którzy nie mogą opanować nerwów zaleca się: oddychanie, jakby się miało astmę, tańczenie na palcach, odczytywanie napisu na piłce tudzież siatce, czy bucie i ostatnią metodą jest nucenie znanej sobie melodii.

Druga część traktuje już o metodach zwyciężania w wojnie mentalnej podczas rozgrywania spotkań. Gilbert podaje zestaw kluczy, które umożliwią otwarcie bramy do triumfu. Z publikacji dowiadujemy się o kilku stylach, zagraniach czy sytuacjach, które występują na korcie na każdym z poziomów. Szkoleniowiec odnosi się do własnych sytuacji, które przeżył. Zarówno tych za pomocą, których odniósł spektakularne zwycięstwa, lecz także wtedy, kiedy dał się wywieść w pole nie realizując swojej taktyki. Amerykanin serwuje własny sposób radzenia sobie z przeciwnikiem grającym w stylu „na żywą ścianę” (tzw. cykacz trzymający się linii końcowej i odgrywający każdą piłkę. Pisze też co zrobić w przypadku gry przeciwnik zawzięcie atakuje nasz bekhend (zaleca wtedy chodzenie do siatki, grania zachowawczo lub też obiegania bekhendu, gdy sytuacja jest sprzyjająca. Dla mnie niezwykle interesujące wydała się lista tzw. ukrytych przewag. Gilbert przytacza siedem sytuacji, w którym zawodnik powinien grać w najwyższym stopniu skupiony i zaangażowany. Było to, o tyle ciekawe, że teraz oglądając mecz tenisowy myślę o punkcie progowym (30:0, 30:15 i odwrotnie), gemie progowym (gem rozgrywany przy stanie 4:4 lub 5:5), gemie rozstrzygającym czy sytuacji pieczętowania meczu.

Ostatni moduł został poświęcony opowieściom zawodowych tenisistów, z którymi Gilbert rywalizował i na których przetestował mniej lub bardziej skutecznie omówione wcześniej reguły.  Czytelnik zaznajomi się, co zrobić w przypadku, gdy będzie rozgrywał spotkania z awanturnikiem pokroju Connorsa czy McEnroe. Co więcej, udziela także rady w sytuacji, gdy na naszej drodze do ostatecznego wiwatu stanie oszust. Amerykanin poleca, aby w takim momencie przede wszystkim zachować spokój i dyplomatycznie zapytać rywala czy jest pewny swojej decyzji. Natomiast odradza odpłacania pięknym za nadobne i stanowczo podpowiada, aby nie kantować!

Kilka cytatów z książki:

„Odwodnienie szkodzi grze, nawet gry gracz jeszcze nie wie, że jest odwodniony. Właśnie dlatego picie przez cały mecz ma kluczowe znaczenie. To jedna z „oczywistości”, które lekceważą gracze klubowi. Przy najbliższej okazji przyjrzyjcie się zawodowcom. Oni piją podczas pierwszej zmiany stron. Są spragnieni? Nie, zabezpieczają się. Nie dolewacie paliwa do baku dopiero wtedy, gdy jest pusty, prawda?

„Zapamiętajcie sobie Złotą Zasadę Gilberta: zagrania najładniejsze na rozgrzewce stają się najbrzydsze pod presją. Nigdy nie bądźcie zanadto pod wrażeniem tego, co widzicie na rozgrzewce. Skrzętnie notujcie natomiast w pamięci najdrobniejsze trudności lub usterki w uderzeniach i po sposobie poruszania przeciwnika, które będzie mogli wykorzystać w trakcie meczu.

„Z odrętwieniem, które powodują nerwy, możemy walczyć, napominając się stale, że mamy „tańczyć”(…) Dobry gracz nigdy nie stoi. Przezwycięża zdenerwowanie i zachowuje gibkość, ruszając się. Postępujcie tak samo. Mówcie do siebie. Mówcie sobie: Tańcz, nie człap!”

„Kierujmy się prostą zasadą: niezależnie od tego, czy rywal rzeczywiście jest kontuzjowany, czy tylko udaje – w trakcie meczu się nad tym nie zastanawiamy ani nie okazujemy mu współczucia. Skoro rywal był w stanie wyjść na kort i grać, to znaczy, że jest na tyle zdrowy, aby grać z nim poważnie”.

Poradnik Gilberta choć dotyczy tenisa to część zasad, o których wspomina Amerykanin są uniwersalne i ponadczasowe. Bo każdy kto uprawia sport, choćby na poziomie amatorskim posiada swoje rytuały, czynności przedmeczowe i wreszcie dokonuje analizy gry swojej, czy rywala zarówno przed jak i po meczu. Ponadto w każdej dyscyplinie jesteśmy narażeni na konkretne sytuacje zewnętrzne jak deszcz czy sędziowskie decyzje oraz te wewnętrzne, więc odpowiednie sposoby reagowania, o których pisze Gilbert są także potrzebne dla każdego spędzającego swój czas na sportowo.

Warto docenić, że książka nie jest nie spisem reguł, do których trzeba się zastosować. Jeśli nie chcesz nie musisz. Gilbert niczego nie narzuca, daje czytelnikowi wolną rękę podsuwając do wyboru kilka rozwiązań w nadziei, że któreś może okazać się skuteczne. Autor poradnika sam zaznacza, że po zastosowaniu zaleceń opisanych w „Sztuce wygrywania” zaczniemy wygrywać z tymi, z którymi dotąd nie mieliśmy szans. Cenne wskazówki Gilberta wykorzystywał także Andre Agassi, który w książce prezentuje także swoje zdanie na ten temat przekonując, że 90% czasu w meczu tenisowym zależy właśnie od tego, który z graczy lepiej myśli. Umiejętność mądrego rozgrywania piłek, której Agassi nauczył się od Gilberta sprawiła, że mógł wygrywać z najlepszymi i triumfować w wielkoszlemowych turniejach.

Ponadto bezpośredni, zwięzły styl powoduje, że książkę czyta się szybko niezależnie od stopnia zainteresowania tenisem czyniąc z niej bardzo przyjemną w odbiorze lekturę. A znakomite anegdoty z życia wzięte, zilustrowanie przykładami z własnego doświadczenia, a także opowiastki o brudnych sztuczkach, z którymi możemy się zetknąć na korcie pomogą graczom niezależnie od poziomu ich zaawansowania

Myślę, że fani tenisa, dzięki tej lekturze odkryją nowe, frapujące spojrzenie na sport, a zawodnicy otrzymają pomoc w rozwoju sfery mentalnej prowadzącej do większej radości i zadowolenia, albowiem częściej będą schodzić z kortu jako zwycięscy

Moja ocena: 4,5/5

„Sztuka wygrywania w tenisie”, Brad Gilbert, Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2014

czwartek, 1 maja 2014

Transferowe hity i kity PlusLigi 2013/2014

Skra Bełchatów wróciła na tron po dwuletniej przerwie detronizując Asseco Resovię Rzeszów. Brąz dla Jastrzębskiego Węgla. Mnie cieszy piąte miejsce dla Indykpolu Olsztyn. Będę europejskie pucharu w stolicy Warmii i Mazur. Wreszcie! Sezon 2013/2014 można uznać za zakończony, czas zatem na podsumowanie. Swoistym bilansem będzie przegląd najlepszych i najgorszych transferów siatkarzy z zagranicy, którzy występowali w tym roku na polskich parkietach.

Na zawodnikach z zagranicy ciąży dość spora presja, albowiem kibice oczekują od nich gry na najwyższym poziomie. Działacze robią wszystko, by do klubów ściągać tych najlepszych, gwarantujący mistrzowski poziom i zdolnych do zrobienia różnicy wtedy, kiedy trzeba. Oto trójka siatkarzy, którzy zasłużyli na owacje.

1. miejsce – Nicolas Uriarte
Z przyjemnością obserwowałem grę Argentyńczyka. Rozgrywający mistrzów Polski grał bardzo dobrze, niezwykle rozważnie kiedy trzeba to zaszalał, a kiedy Skra musiała zdobywać punkty to kierował je do odpowiedniego gracza. Jego doskonała współpraca z Conte myślę zachwyciła każdego fana, bo prezentowali zarówno widowiskowe, ale też bardzo ryzykowne zagrania. Cieszy, że będziemy mogli dalej obserwować rozwój tego siatkarza, martwi, że z Argentyną spotkamy się w tegorocznych MŚ…
Fot. sportowefakty.pl

2. miejsce – Facundo Conte
O ile w zeszłym sezonie transfery Skry Bełchatów były nietrafione to, w tym oba były znakomite. Przyjmujący z Argentyny mimo, że powoli wchodził w rozgrywki z powodu kontuzji to na końcówkę rywalizacji przygotował wyśmienitą formę. Conte był jednym z najmocniejszych ogniw mistrzów Polski, a co interesujące ubarwił polską ligę prezentując zagrania, których nie często się doświadcza.

3. miejsce – Dick Kooy
Z zamiarem zastąpienia Felipe Fontelesa od początku sezonu musiał zmagać się Kooy. Trzeba przyznać, że początki w naszej lidze łatwe nie były. Gra holenderskiego przyjmującego falowała, ale rozegrał wiele, ale to wiele bardzo dobrych meczów, w których był wiodącą postacią ZAKSY. Piekielnie silny w zagrywce, świetnie spisujący się w ataku, trochę gorzej w przyjęciu. Ogólnie jednak można uznać, że transfer Kooya można zaliczyć na plus.

Niestety spośród całej rzeszy zawodników z innych krajów byli też tacy, którzy w Polsce niezaaklimatyzowani się. Ich występy były rozczarowaniem i z pewnością wszyscy sympatycy musieli przełknąć gorzką pigułkę, albowiem wobec tych siatkarzy można było mieć nadzieję na dobrą grę, jednak nie w tym sezonie.

1. miejsce – Peter Veres
I ponownie nie mogłem przewidzieć, że taki los spotka Veresa, ponieważ Węgra typowałem na strzał w dziesiątkę, a okazał się pudłem (podobnie była też z brazylijską przyjmującą Sasą z Tauronu Dąbrowa Górnicza).  Doświadczenie Węgra zdobyte na europejskich parkietach miało być zbawienne dla Asseco Resovii, która dzięki Węgrowi miała zaistnieć w Lidze Mistrzów i obronić tytułów mistrzów Polski. Rzeszowianom nie udało się zrealizować żadnego z tych celów. Oczywiście nie można Veresa obwiniać za nieudany sezon dla Resovii. Niewątpliwie jednak Węgier nie dał od siebie tyle, ile od niego oczekiwano, o czym zresztą świadczy wypadnięcie z podstawowego składu w decydującej fazie sezonu.
Fot. gazeta.pl

2. miejsce - Yasser Portuondo
Kubańczyk przed sezonem był sporą niewiadomą. Mógł zaskoczyć in plus jak i in minus. Na nieszczęście dla Transferu Bydgoszcz Portuondo okazał się klapą. W kuluarach mówiło się, że poziom Portuondo nie gwarantowałby mu miejsca, w niektórych zespołach w pierwszej lidze. Być może jest coś na rzeczy, albowiem wraz z przyjściem nowego trenera Vitala Heynena Kubańczyk stracił miejsce w składzie i do Bydgoszczy ściągnięto Amerykanina Muagututię, a Portuondo zaczął mecze oglądać zza band reklamowych.

3. miejsce – Bruno Romanutti
Z całej gamy Argentyńczyków, których w tym sezonie mogliśmy oglądać w PlusLidze występ atakującego z Kielc był rozczarowujący. Romanutti zyskał uznanie kiedy to w starciach z Polską podczas Ligi Światowej. Błyszczał w ataku prezentując niebywała skuteczność. Niestety kilka dobrych meczów w reprezentacji nijak ma się do całego sezonu w klubie. Pociechy z tego zawodnika z pewnością w Kielcach nie było, i sam Argentyńczyk nie ma powodów do radości, albowiem niejednokrotnie mecze spędzał na ławce rezerwowych, gdzie mógł bić tylko brawo Sławomirowi Jungiewiczowi.