poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Recenzja: "Thiery Henry. Samotność na szczycie" Philippe Auclair

Jeśli Wydawnictwo Anakonda wydaje książkę z serii gwiazdy sportu, to wiedz, że to będzie dobra publikacja. Takie stwierdzenie można założyć po przeczytaniu kolejnej już książki. Tym razem w moje ręce trafiła biografia Thierry’ego Henry’ego napisana przez Philippe’a Auclaira.

Nazwisko twórcy również jest gwarantem najwyższej jakości, dostarczające sporą dawkę rozrywki i zapewniające miło spędzony czas z bardzo dobrą lekturą. Francuski dziennikarz zasłynął z napisania bardzo dobrej biografii Erica Cantony „Butnownik, który został królem”. Teraz Auclair postanowił opisać sylwetkę innej piłkarskiej gwiazdy kadry Trójkolorowych i ponownie zasługuje na pochwały.

Nie bez kozery odnoszę się do biografii Erica Cantony, która wyszła spod pióra Auclaira, bo mam pewność, że gdybym nie wiedział, kto jest autorem biografii Henry’ego to z łatwością zgadłbym, albowiem książki francuskiego dziennikarza charakteryzują się bardzo specyficznym stylem, gdzie oprócz wątków czysto sportowych obecne są społeczno-obyczajowe stosunki panujące we francuskim społeczeństwie, jego historia, zwyczaje i stereotypy.

„Thiery Henry. Samotność na szczycie” to pierwsza lektura opowiadająca o życiu mistrza świata, mistrza Europy, jednego z najlepszych napastników na świecie, wybitnego strzelca i legendy Arsenalu Londyn. Pozycja ta w sposób chronologiczny porządkuje koleje losu francuskiego zawodnika. Dzięki fantastycznym opisom Auclaira z łatwością wyobrażamy sobie paryskie przedmieście Les Ulis, gdzie wychowywał się młody Henry, i gdzie rozpoczęła się jego przygoda z piłką. Dostanie się do Clairefontaine, francuskiej narodowej akademii piłkarskiej, uznawanej za jedną z najlepszych na świecie spowodowało, że Henry nie miał wyjścia – musiał zostać wybitnym piłkarzem. Droga z Clairefontaine wiodła do Monako - rysująca się jako wstęp do futbolu przez wielkie „f”, Juventus - gdzie został rzucony na głęboką wodę, nie utonął, ale dryfował nie dobijając do brzegu. Wreszcie Arsenal, gdzie wypłynął na szerokie wody, potem Barcelona, w której to ekipie kariera Francuza przypominała wzburzoną morską falę. Na koniec Nowy Jork będący epilogiem wspaniałej i bogatej kariery.

Ten sukces nie byłby jednak możliwy, gdyby nie ojciec Henry’ego. Z książki dowiadujemy się o przemożnej roli ojca w kształtowaniu Henry’ego i jego piłkarskich umiejętności, jego zachowania się na boisku i poza nim. To dlatego, że Tony Henry pragnął zostać wielkim piłkarzem. Niespełnione marzenia zmuszony był przelać na syna dla którego był sterem, żeglarzem i okrętem. Ojciec Thiery’ego robił wszystko, aby syn został gwiazdą futbolu. Młody Henry nie miał, więc wyjścia. Takie zachowanie ojca odcisnęło piętno na osobowości Titiego - obsesyjnie dążący do doskonałości, drobiazgowy i perfekcjonistyczny, mający przeświadczenie, że nie jest wystarczająco dobry, aby spełnić oczekiwania ojca. Dlatego też staje się wyalienowany i zamknięty w sobie.

Tym samym tytuł biografii „Samotność na szczycie” nie jest bez znaczenia. Auclair nie określa wprost, co oznacza samotność Henry’ego, w którym momencie ona występuje. Czytelnik sam ma możliwość dokonania oceny samotności na szczycie Henry’ego. Muszę przyznać, że dla mnie było to coś fascynującego i wielokrotnie zastanawiałem się, gdzie ta samotność jest, w czym się przejawia. Moja pierwsza refleksja samotności Francuza uwidacznia się w stylu gry zawodnika, który często pozostawał sam na placu boju rywala, który był wyizolowany od reszty zespołu, krążył sam na polu rywala, aby zadać decydujące trafienie rozstrzygające o losach meczu. Drugą wskazówką wydaje się być, pamiętne zdarzenie podczas spotkania z reprezentacją Irlandii, w którym francuski napastnik zagrał piłkę ręką, dzięki temu Francja wystąpiła na mundialu w 2010 roku. Ten incydent wywołał lawinę krytycznych uwag negujących zachowanie Titiego, wtedy nie znalazł sprzymierzeńców, wtedy został pozostawiony samemu sobie musząc zmagać się z olbrzymią presją.

Zapewne o tym wyobcowaniu nie wiedzielibyśmy, gdyby nie Auclair, który z olbrzymią pieczołowitością zebrał wszystkie informacje od piłkarzy, trenerów, dziennikarzy, kibiców czy samego Francuza. Trudno sobie wyobrazić, że osoba wielbiona w Arsenalu, zdobywająca bramki dla Barcelony, świętująca zdobycie Pucharu Świata tak naprawdę zaszyłaby się w domu  i z nikim nie rozmawiała. Henry to człowiek w masce. Obyty w mediach, nie stroniący od rozmów z dziennikarzami, występujący w reklamach, a z drugiej strony niebywale skromny, cichy, niechętny do okazywania choćby odrobiny zaufania w stosunku do obcych.

Kilka cytatów z książki:

„Musimy starać się żyć jako wspólnota. Bez zazdrości… Ale nie jest to łatwe w wieku, kiedy stroi się żarty, kiedy myśli się o dziewczynach, kiedy uważa się, że jest się kimś innym. Jeśli nie pójdziesz wcześnie spać, zrobi to ktoś inny. Jeśli nie wykonasz swojej pracy, ktoś inny zrobi ją za ciebie. Czasem spotykam ludzi z moich dawnych czasów, którzy mówią: „Hej, ty to miałeś szczęście”. Ale to nie było szczęście. Ja harowałem”.

„Miałem dziesięć lat. Skończyłem mecz, w którym zdobyłem sześć goli. Wsiadłem do samochodu taty i zobaczyłem, że ma bardzo poważną minę. Zapytałem go co się stało, a on odpowiedział pytaniem, czy jestem zadowolony ze swojej gry. Odpowiedziałem, że tak, ale on zaczął wyliczać moje błędy: że minąłem się z dośrodkowaniem w 10. minucie, nie wykorzystałem okazji w 14. minucie, innym razem źle opanowałem piłkę. Tak było po każdym meczu. Od tamtej pory za każdym razem, kiedy strzeliłem gola, zamiast się cieszyć, myślałem nad tym, co wcześniej w meczu zrobiłem źle”.

„Jestem pierwszym, który krytykuje siebie, kiedy coś pójdzie nie tak. Kiedy popełnię błąd i mój wyraz twarzy nic nie zdradza, to dlatego, że karcę się w myślach”.

„W przeddzień meczu z RPA (1998 rok), trener Jacquet przyszedł do mnie i oznajmił, że będę w wyjściowej jedenastce. (…) To było coś niewiarygodnego – ale w tym samym czasie do głosu doszła moja niefrasobliwość związana z młodym wiekiem. Powtarzałem sobie: Juro dam czadu na boisku! Kiedy masz dwadzieścia lat, myślisz, że jesteś supermenem. Nie jesteś Supermenem, ale myślisz, że nim jesteś. (…) Przepraszam za wyrażenie, ale czułem się cholernie dumny. Nawet teraz, kiedy o tym mówię, nadal przechodzą mnie ciarki wzdłuż kręgosłupa”.


Francuski biograf podobnie jak było to w przypadku książki Cantony nie stara się przedstawiać Henry’ego w jak najlepszym świetle, zachowuje maksimum obiektywizmu, choć czasem daje się zauważyć wielkie uwielbienie dla piłkarza, czy też przywiązania do klubowych barw Arsenalu. Nie jest do jednak drażniące, ponieważ kiedy trzeba autor potępia zachowania i decyzje podejmowane przez piłkarza, ale gdy jest ku temu okazja komplementuje, zachwycając się piłkarskimi osiągnięciami.

Muszę włożyć odrobinkę dziegciu do tej łyżki miodu jaką jest biografią „Samotność na szczycie”. Mianowice obok niezwykle barwnych i interesujących historyjek, o których z pewnością niewielu kibiców słyszało, jak chociażby ta, jakoby Henry zamiast do Barcelony mógł trafić do Realu Madryt. Znajdują się w książce fragmenty, które bardziej spodobałyby się statystykom aniżeli czytelnikom. W środkowej części biografii Auclair zagubił się chyba w gąszczu cyferek: gole, asysty, minuty, serie bez porażek itp. Troszkę tego było za dużo, przynajmniej jak dla mnie, dla kogoś kto przyzwyczaił się do metaforycznego stylu, a nie matematycznego języka.

Tyle w kwestii tego, co mi się nie podobało. Zdziwiła mnie jeszcze jedna rzecz, o ile z biografii Cantony czytelnik dowiedział się paru rzeczy o jego prywatnym życiu, tak o najlepszym strzelcu Arsenalu właściwie ani słowa. Nie wiemy jakie ma zainteresowanie, co Henry lubi robić poza graniem w futbol, jakiej muzyki słucha itp. Natomiast w miarę szczegółowo opisano rodziców francuskiego zawodnika, z kolei o córeczce Tea czy byłej już żonie jest raptem kilka zdań. Zastanawiam się z czego to może wynikać. Te informacje nie są potrzebne mi do szczęścia, nie zmieniłyby świata i mojego postrzegania Henry’ego, aczkolwiek być może uwydatniłyby niektóre charakterystyczne działania piłkarza.

Warte podkreślenie jest to, że książka skłania czytelnika do myślenia, do analizowania wizerunku Henry’ego. Jakim jest piłkarzem, człowiekiem? Ile w tym wszystkim było działań speców od public relations, a ile prawdziwego Titiego? Jaki obraz wyłonił mi się po przeczytaniu biografii? Książka otworzyła mi oczy, rozszerzyła pole widzenia. Poczynania Henry’ego były albo białe, albo czarne, brakowało szarości. Teraz dostrzegam szarości. Henry to doskonały piłkarz, natomiast mógłby być jeszcze lepszy, ale nie miał na to ochoty. Wielki indywidualista, ale zarazem skromny człowiek. Choć unikał brania odpowiedzialności za innych to pragnie pomagać innym, walczy z rasizmem. Chce być samowystarczalny – nikogo nie potrzebować, wobec nikogo nie mieć zobowiązań. Jedną ze strategii życiowych Francuza jest zapewnienie sobie poczucia bezpieczeństwa, a kontakt z innymi ludźmi jest dla niego niebezpieczny, ponieważ niesie ryzyko zranienia. Bardzo rozwinięty intelektualnie, elokwentny i wbrew pozorom odporny na krytykę innych, albowiem najostrzejszym krytykiem Henry’ego był on sam.

Dziś za sprawą” Samotności na szczycie” taki wyklarował mi się obraz Francuza. Dla wszystkich spragnionych kibiców pragnących wykreować swój wizerunek Henry’ego serdecznie odsyłam do lektury.

Moja ocena: 4,5/5
„Thiery Henry. Samotność na szczycie”, Philippe Auclair, Wydawnictwo Anakonda, Warszawa 2014

piątek, 25 kwietnia 2014

Transferowe hity i kity w OrlenLidze 2013/2014

Zapadły już prawie wszystkie rozstrzygnięcie w tegorocznym sezonie OrlenLigi. Do końca pozostało już tylko uzupełnienie grona OrlenLigi w przyszłym sezonie o dwie ekipy. Nie będzie jednak o tym, co w przyszłości, a o przeszłości. Czyli transferowych poczynaniach działaczy, ale przede wszystkim siatkarek w sezonie 2013/2014. Jak co roku zadałem sobie pytanie: Które zagraniczne siatkarki okazały się najlepsze, a które delikatnie mówiąc dały ciała. Zapraszam na hity i kity!

Jak zwykle zaczniemy od wiadomości dobrych i będziemy chwalić te siatkarki, które w tym sezonie zagrały bardzo dobre. Dodam może, że w tym sezonie trudno było o zagraniczny hit z prawdziwego zdarzenia, ponieważ hitem okazało się przyjście Małgorzaty Glinki i to był najbardziej udany transfer. Nie oznacza to jednak, że zawodniczki z zagranicy były tylko tłem dla innych.

1. miejsce – Ozge Cemberci
Mimo, że zespół Dąbrowy Górniczej w tym sezonie spisywał się słabo to ściągniecie Turczynki w trakcie sezonu okazało się strzałem w dziesiątkę. Co więcej, gdyby nie dobra gra Cemberci to nie wiadomo czy dąbrowianki w ogóle miałyby szanse na awans do półfinału. Cemberci to jedna z najlepszych rozgrywających w Europie, niezwykle utytułowana i ograna na międzynarodowych parkietach, co zresztą można było zauważyć również w OrlenLidze, kiedy to wykorzystywała swoje doświadczenie, ale też niebywałą walkę do końca, ambicję i olbrzymią determinację, dzięki której potrafiła tchnąć ducha w ospały zespół. Cieszy również to, że Turczynka mimo wielu ofert z rodzimej ligi zdecydowała się zostać w Polsce.

Fot. sportowezaglebie.pl

2. miejsce – Ana Bjelica
Do Serbki, wciąż bardzo młodej zawodniczki nie można się przyczepić. Ze swoich podstawowych obowiązków wywiązała się doskonale ponadto dokładając do tego dobrą zagrywkę (3 miejsce w rankingu najlepiej zagrywających). O tym, że Bjelica to bardzo dobra siatkarka niech świadczy fakt, iż była pierwszą atakującą w zespole mistrzyń Polski. Grała bez kompleksów, często był silnym punktem swojej drużyny i wprowadziła odrobiny świeżości i polotu w niezwykle doświadczony zespół Chemika Police. Szkoda tylko, że na własnej ziemi wychowujemy i ogrywamy talent rywalek. Fajnie, że możemy patrzeć jak doskonali swój kunszt Serbka.

3. miejsce – Heike Beier
Nie młodsza Brinker z Impleu, a starsza Beier z Bielska-Białej wytrzymała kondycyjnie trudy sezonu w OrlenLidze. Beier okazała się silnym punktem ekipy z Bielska-Białej. Prezentowała się niezwykle solidnie i równo we wszystkich elementach siatkarskiego rzemiosła. Zawodniczka kompletna i nie bojącą się wziąć ciężaru gry na swoje ramiona. Dobry sezon Niemki i oby udało ją się zatrzymać w Polsce.

Czas na siatkarki z zagranicy, które miały okazać się wzmocnieniem zespołów, miały być też atrakcją ligi i wznieść ją na wyższy poziom. Niestety żadna z tych rzeczy nie miała miejsca i ponownie w naszym kraju musieliśmy oglądać zawodniczki, które okazały się transferowym niewypałem.

1. miejsce – Transfery Atom Trefl Sopot
Amerykanka Hill, Serbka Molnar i Holenderka Pietersen zostały sprowadzone do klubu znad morza, aby zapewnić zespołowy wyższą jakość, obronę tytułu i zawojowanie europejskich pucharów. Jednak, żadna z ten trójki nie sprostała wymaganiom. Amerykanka mimo, że występowała w pierwszym składzie prezentowała się przeciętnie (co zresztą widać było po końcówce sezonu, gdzie grała za nią Kaczorowska). Molnar miała odgrywać znaczącą rolę w zespole, a została sprowadzona do roli rezerwowej i to nie zawsze tej pierwszej. Najmniejsze  pretensje można mieć do Pietersen, ale już wielokrotnie podkreślałem, że nie cierpię przeciętności w szczególności jeśli chodzi o zawodniczki legitymujące się innym niż polski paszport.

Fot. atomtrefl.pl

2. miejsce - Welissa Gonzaga Sassa
Byłem zachwycony, gdy siatkarka tego pokroju zjawiła się w naszej lidze. Jednak Brazylijka miała średni sezon. Do przyjęcia zagrywki nie można się przyczepić trzymała odpowiedni poziom, ale w pozostałych elementach już tak kolorowo nie było. Na swoim koncie zaliczyła więcej słabych występów, niż tych po, których można było bić brawo i poruszać rączkami i nóżkami. Miała wprawić OrlenLigę w taneczną sambę, ale chyba zapomniała kroków, i zamiast karnawału mieliśmy tanią potańcówkę w przydrożnym baraku.

3. miejsce – Maren Brinker
Choć we Wrocławiu dużo optymizmu i radości ze zdobycia wicemistrzostwa Polski to lewoskrzydłowa nie zagrała dobrego sezonu. Patrząc jak sobie poczynała w barwach reprezentacji, tego samego można by oczekiwać w barwach klubowych. Niestety nic z tych rzeczy. O ile słabsza dyspozycja na początku sezonu była wytłumaczalna, to dalsze poczynania Brinker już nie można. O czym zresztą świadczą coraz częstsze zmiany Niemki na inne zawodniczki w końcowej fazie sezonu. Zresztą działacze z Wrocławia też chyba nie są zadowoleni z postawy przyjmującej, albowiem prawdopodobnie nie przedłużą z nią kontraktu.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Patriotyczna postawa Agnieszki Radwańskiej

Nie szczędzę słów krytyki, kiedy coś mi się nie podoba i bez ogródek piszę o tym na blogu. Jednak potrafię docenić i pozytywnie oceniać sytuacje. Tym razem będę chwalić. Chwalić będę postawę Agnieszki Radwańskiej podczas zmagań o awans do Grupy Światowej Pucharu Federacji.

Pamiętam jak po nieudanych dla Isi igrzyskach olimpijskich w 2012 roku przelała się nad nią olbrzymia fala krytyki, prym wiodła w tym pewna polska stacja, zarzucając Radwańskiej brak patriotyzmu, uznano ją za sportowca, który nie jest godzien grania z orzełkiem na piersi. Teraz o sukcesie Agnieszki ani słowa...

A sukces jest i jest co świętować! Dzięki postawie starszej z sióstr Radwańskich, która w starciu z Hiszpankami zdobyła 2,5 punkta na trzy zdobyte (dwie wygrane w singlu i zwycięstwo w deblu z Alicją Rosolską). Zresztą to nie pierwszy taki wyczyn Isi (także rywalizacja ze Szwecją kilka miesięcy temu), dzięki któremu Polska po raz pierwszy od dawien dawna wystąpi w Grupie Światowej (po raz ostatni w 1994 roku, ale w innej formule) i w rankingu narodów awansowała na siódme miejsce. To najwyższa lokata zajmowana przez biało-czerwone w rankingu narodów w historii rozgrywek o Puchar Federacji!
Fot. fedcup.com
Agnieszka nie odmawia występów w barwach Polski jak robią to inne znane tenisistki. Wśród rywalizujących w Fed Cupie próżno szukać Sereny Williams, Wiktorii Azarenki, Marii Szarapowej czy Petry Kvitovej. Iśka jest jedyną tenisistką z czołówki, która reprezentuje swój kraj. Pozostałe robią to tylko sporadycznie i tylko dlatego, żeby wystąpić na igrzyskach olimpijskich. Ze światowego topu tylko Chinka Na Li, ma na koncie 45 występów, Agnieszka ma ich już 48. (przy zaledwie 13 Williams czy 4 Szarapowej...) I dlaczego nikt tego nie chwali, nikt nie docenia, że jest na każde wezwanie kapitana i jest zdolna do poświęceń. Tak jak teraz. Zamiast rywalizacji na barcelońskich kortach mogła wybrać wielkanocną uroczystość w Krakowie z rodziną.

Na szczęście doceniają ją głosujący fani tenisa i władze światowej federacji. Rakieta numer trzy w rankingu WTA po raz drugi otrzymała nagrodę Heart Award, którą przyznaje się tym zawodniczkom, które w meczach Pucharu Federacji wykazały się "walecznością, odwagą i ogromnym zaangażowaniem na rzecz drużyny narodowej".

Osobiście głosowałem na Isię w plebiscycie i będę tak czynił! Jak dla mnie Isia udowadnia, że dla niej Polska jest najważniejsza. Dlatego warto docenić jej zaangażowanie w występy w drużynie narodowej zważywszy na fakt, iż w jej przypadku tak naprawdę więcej można stracić niż zyskać. Dodatkowe spotkania mogą sprawiać urazy, a wykluczenie z gry może powodować brak występów w turniejach, gdzie zarabia się olbrzymie pieniądze, a poza tym wizerunkowo także może stracić. W przypadku porażki będą negatywne komentarze, a zwycięstwa pozostaną bez echa, bo tych wymaga się od trzeciej rakiety.

Polskiej tenisistce należy się szacunek i uznanie, bo jak sama mawia: dla kraju potrafię oddać więcej niż kolano. Dodaje również, że nie myśli tak jak inne dziewczyny z czołówki. Że to dodatkowy wysiłek, obciążenie czy stres. Nie zmieniłam swojego podejścia od lat.

I mam nadzieję, że tak będzie. I w przyszłym roku uda się zawojować Puchar Federacji. Biało-czerwone mogą trafić na kogoś z ekip: Czechy, Włochy, Rosję lub Niemcy. Na Iśkę będzie można liczyć, na jej zwycięstwa pewnie też. Jednak w elicie nie samą Radwańską i jej patriotyczną postawą zwojujemy świat, więc proszę Ulkę, żeby się ogarnęła :)
Fot. pzt.pl

sobota, 19 kwietnia 2014

Wesołego Alleluja!




Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocy pragnę życzyć dużo zdrowia, radości, smacznego jajka, mokrego dyngusa, mnóstwo wiosennego optymizmu oraz samych sukcesów!


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Mamy rewolucję! - skład reprezentacji Polski siatkarek sezon 2014

Bum, bum bum! Rewolucję w żeńskiej siatkówce czas zacząć. Szkoda, że o dwa lata za późno, szkoda, że mundial odbędzie się bez udziału Polek i tylko żal, że Skowrońskiej-Dolaty nie ma...

Trener Piotr Makowski ogłosił skład reprezentacji Polski siatkarek na tegoroczny sezon. Kadra liczy 22 nazwiska. Poniżej prezentuję listę wybranek.

Rozgrywające:
Paulina Bałdyga, Izabela Bełcik, Emilia Kajzer, Joanna Wołosz

Atakujące:
Izabela Kowalińska, Malwina Smarzek, Katarzyna Zaroślińska

Przyjmujące:
Magdalena Damaske, Klaudia Kaczorowska, Natalia Kurnikowska, Daria Paszek, Elżbieta Skowrońska, Julia Twardowska, Aleksandra Wójcik,

Środkowe:
Agnieszka Bednarek-Kasza, Agnieszka Kąkolewska, Kornelia Moskwa, Katarzyna Połeć, Maja Tokarska,

Libero:
Agata Durajczyk, Anna Korabiec, Dorota Medyńska


Kibice śledzący poczynania żeńskiej kadry tylko w niedzielę z pewnością łapią się za głowy. Gdzie Glinka? Odpowiadam: Gosia zakończyła karierę, a styczniowy turniej był wyjątkiem.
Gdzie Skowrońska-Dolata? Prawdopodobnie Kasia postanowiła zrobić sobie przerwę i nie ciągnąć tego wózka sama.
Gdzie Zenik, gdzie Kaczor, Gajgał, Dziękięwicz, Radecka? No właśnie nie ma, bo następuje zmiana pokolenia w polskiej kadrze.

Czy kogoś brakuje? Dobrze wiecie, którego nazwiska jeszcze nie wymieniłem. W takim razie słówko o największej nieobecnej w kadrze, czyli Annie Werblińskiej. Źródła w internetach podają, że w tym roku ma remont łazienki. No cóż łazienka przecież ważniejsza niż kadra. Stosowne zaświadczenie od lekarza jest. Kolano w pełni zdrowe nie jest, choć w Chemiku grać cały sezon można, a skoro ta kontuzja jest już od dobrych paru lat... Nie ważne. Nie zamierzam rozczulać się nad brakiem Werblińskiej, bo mam dość co roku tej samej śpiewki. Werblińska zagra czy nie zagra. Gorzej niż z Wlazłym. Dajmy jej święty spokój nie chce grać to nie, ale nie powołujmy jej kiedy jej się zachce pograć z lepszymi koleżankami. Tyle o Werblińskiej, bo zawsze jest to samo i już nic nowego w tym temacie nie da się stworzyć.

Patrzę na kadrę Makowskiego. I tylko jedno ciśnie mi się na usta: znowu wyszło na moje. Znowu miałem rację, tylko o podobny skład optowałem jakiś rok temu. Powołać młode, które mają grać u boku doświadczonych siatkarek. Taki był mój zamysł. Tylko, że teraz to mamy same młode. Można by rzec i tak źle i tak niedobrze, ale wolę kadrę juniorek w seniorkach niż weteranek w seniorkach.

Dotychczas największą bolączką kadry była częsta zmiana trenera, teraz jej największym mankamentem jest przydział numerków i produkcja nowych koszulek reprezentacji Polski, albowiem Makowski po raz trzeci powołuje skład i po raz kolejny jest to inny skład. Z dwunastki z Łodzi zostało tylko pięć siatkarek: Wołosz, Bełcik, Tokarska, Kaczorowska, Kowalińska. Jeszcze gorzej wygląda, gdy zobaczymy, które siatkarki z powołanych zagrały na ME w 2013 roku: Wołosz, Tokarska i Medyńska, która pełniła rolę rezerwowej libero.

I to też jest problem w zespole Makowskiego. Urażone siatkarki w tej kadrze nie chcą występować, nie u boku Makowskiego, który doświadczone zawodniczki potraktował delikatnie rzec ujmując po macoszemu. Dlatego też nie ma Kaczor, Koniecznej, czy Maj. I paru innych. Ewidentnie widać, że coś nie poszło po myśli szkoleniowca, albowiem jeszcze kilka miesięcy temu zakładał o zbudowaniu kadry A i kadry B. Z dwudziestu dwóch zawodniczek raczej trudno, o taki podział. Tym samym widać, że Makowski nie wziął wszystkiego pod uwagę, i niektóre nazwiska w kadrze być muszą, bo po prostu nie ma wyjścia, ktoś w tym składzie musi być.

Można się spierać dlaczego jest ta, nie ma tamtej, ale powodów takiej decyzji jest wiele, o których wspominałem powyżej. Moje wątpliwości budzą pewne nazwiska. m.in Kaczorowska, o Kowalińskiej nie wspomnę. Choć, prawdopodobnie to nie będzie miało wielkiego znaczenia, bo obie siatkarki znaczącej roli odgrywać nie będą/nie powinny. Podobnie jak nieobecna Pyziołek, Wawrzyniak czy Polak. Czy bez granka nie ma powołanka? Można napisać, że tak - stąd nieobecność Grejman czy Łyszkiewicz (o tym problemie pisałem w tekście: Młode, zdolne i pazerne na kasę?)

Dosyć tego biadolenia. Widzę optymizm. Choć muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że Makoś tak ochoczo sięgnie po nasze Złotka w wersji kadet. Oby teraz wokół tych siatkarek zbudował reprezentację, tak tak wokół tych najmłodszych, które będą w stanie występować w tej reprezentacji na długie lata. Ustalić skład, może trochę ryzykownie, trochę na wyrost. Najwyraźniej w świecie dać im szansę, którą w końcu wykorzystają. Cierpliwi kibice wytrzymają, bo po pierwsze gorzej już być nie może, a po drugie skoro teoretycznie najlepsze, najbardziej doświadczone zawodniczki dostawały lańsko od innych zespołów i ciągle było to samo. Oczywiście ten skład przegra kilka meczów, może nie awansuje do Final Six WGP, nie w tym roku, ale może za rok, dwa... W tych dziewczynach tkwi potencjał i nie możemy go zmarnować.

I na koniec moja szóstka. Szóstka przyszłościowa, która może pokusić się o dobre wyniki.

Rozgrywająca:
Wołosz - numer jeden bez żadnych wątpliwości. Rewelacyjny sezon we Włoszech, obyta z kadrą. Wciąż młoda, ale ze sporymi umiejętnościami.

Środkowe:
Bednarek-Kasza - Aga zawsze marudzi, że nie wie czy zagra, ale jak przychodzi do powołań to w reprezentacji zawsze jest. Wraca do dobrej dyspozycji po kontuzji, i mimo wszystko to wciąż w Polsce najlepsza środkowa

Kąkolewska - była szóstkową zawodniczką w kadrze w ubiegłym sezonie, cały sezon w Impelu Wrocław, gdzie walczy o mistrzostwo Polski, w tym roku gra z orzełkiem na piersi to konieczność

Atakująca:
Smarzek - nasza mistrzyni Europy kadetek i tegoroczna MVP MP juniorek. Oglądałem juniorskie MP i Smarzek w porównaniu z innymi zawodniczkami na tej pozycji bije je na głowę. To może być atakująca na lata, które ma szansę na nieprawdopodobną karierę

Przyjmujące:
Damaske - podobnie jak Smarzek, turniej w Kętrzynie był w jej wykonaniu kapitalny, i to właśnie spora zasługa Damaske, że Gedania została mistrzyniami. Martwi, że lepiej radzi sobie w ataku niż w przyjęciu, ale może na kadrze seniorskiej podszlifuje umiejętności. Niestety jej występ w tym sezonie reprezentacyjnym nie wchodzi w grę

Natalia Kurnikowska/Aleksandra Wójcik/ Klaudia Kaczorowska - z obsadą drugiego lewego skrzydła mam problem. Trochę zależy w jakim stylu zamierzamy grać. Kaczorowska prezentuje najlepsze przyjęcie, ale w ataku kiepsko. Najrówniejsza wydaje się być Wójcik, natomiast w tegorocznym sezonie najlepiej prezentowała się Kurnikowska

Libero:
Medyńska - kto oglądał wczorajsze mecz z Chemikiem ten wie, że królową obron jest filigranowa libero z Wrocławia, broni jak Yuko Sano, żeby jeszcze przyjmowała jak Japonka to będzie cudnie



piątek, 11 kwietnia 2014

Recenzja: "Futbol Obnażony. Szpieg w szatni Premier League"

Jak to jest czytać książkę nie wiedząc, kto jest jej autorem? O tym specyficznym uczuciu dowiedzą się wszyscy, którzy sięgną po „Futbol obnażony”, znanej na świecie pod angielskim tytułem „I am the secret footballer”. Autor tej publikacji musiał pozostać anonimowy, albowiem odsłonił kulisy Premier League. Został angielskim szpiegiem, dzięki któremu czytelnik znajduje się w samym centrum wydarzeń, które mają miejsce w światowym futbolu. Bez ogródek krytykuje swoich kolegów, wyjawia tajemnica szatni i zdradza jak wygląda życie zawodowego piłkarza.

Polską wersję Anonimowego Piłkarza wydało wydawnictwo Sine Qua Non, a książkę wychwalają tuzy dziennikarstwa sportowego: Adam Godlewski, Przemysław Rudzki i Michał Okoński. Lepszej zachęty wymarzyć sobie nie można, aczkolwiek oczekiwania przed rozpoczęciem czytania wzrosły do maksimum...

I być może dlatego pozycja Anonimowego Piłkarza nie spowodowała, że szczęka mi opadła i trzeba mnie było zbierać z podłogi. W wielu fragmentach autor powielił to, co przeczytałem już w innych piłkarskich biografiach. Potwierdził, że piłkarze to nie grzeczni chłopcy i lubią zabalować po meczu, pisze o awanturach, rozróbach, niełatwych relacjach z mediami i rzecz jasna sypianiu z pierwszymi napotkanymi w barze kobietami. To wszystko już było.

„Futbol obnażony” składa się z 10 rozdziałów, a każdy poświęcony jest odpowiedniemu zagadnieniu. I tak Anonimowy Piłkarz nie omieszkał skrytykować trenerów, kibiców, dziennikarzy, agentów. Angielski zawodnik poświęcił także kilka słów na temat sławy i pieniędzy.

Piłkarz swoją historię zaczyna jednak od wspomnień z dzieciństwa, o wakacjach w Danii. Opowiada o swoim pierwszym zafascynowaniu piłką nożna, które przejawiało się w zbieraniu i wklejaniu naklejek do albumu Panini z mundialu '86 i przeglądaniu kaset VHS z okładką Charltona. Sentymentalna podróż w czasie po juniorskich rozgrywkach, pierwszych kopnięciach futbolówki poprzez przechodzenie przez wszystkie piłkarskie szczeble, czyli trenowania na pięcioligowych boiskach aż po grę na stadionie Manchesteru United czy Liverpoolu.

Z „Futbolu Obnażonego” kibic ma szansę dowiedzieć się tego, czego nie wychwycą telewizyjne kamery, ma dostęp do miejsc, w których zwykłym śmiertelnikom wstęp wzbroniony. To sprawia, że książka jest ciekawą i intrygującą historią, w której można wyłapać kilka „smaczków”. Osobiście rozdział poświęcony taktyce i agentom piłkarskim zrobił na mnie największe wrażenie, albo inaczej z nich dowiedziałem się kilku faktów, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Pewnym novum było dla mnie to, że drużyny piłkarskie nie ćwiczą już pułapek ofsajdowych i żaden trener nie poświęca temu rozwiązaniu ani minuty podczas treningu. Anonimowy Piłkarz wyjawił również mało eleganckie taktyczne zagrania pozwalające mu zyskać przewagę nad rywalem np. podczas wyskakiwania do główki, kładł rękę na ramieniu rywala stojącego za nim, żeby utrudnić mu wyskok.

Kilka cytatów z książki:

„Jednym z zachowań kibiców, które frustrują graczy, jest ich podejście do utrzymywanie piłki. Czasami, kiedy jestem kontuzjowany bądź zawieszony, siadam na trybunach i nigdy nie mogę się nadziwić, jakie rzeczy wykrzykują widzowie podczas meczu. Nic nie denerwuje piłkarzy bardziej niż okrzyk w stylu „Graj do przodu”. Wygląda na to, że niektórzy ludzie wciąż nie doceniają wagi utrzymywania piłki, pozornie bez przyczyny – i niestety, nie tyczy się to tylko kibiców”.

„Kapitan powiedział: „Musisz wymyślić sobie gotowe odpowiedzi, chłopaku”. Nie miałem pojęcia, o czym mówi, ale dzisiaj moje riposty są błyskawiczne. Sztuka polega na szybkiej reakcji bez chwili zawahania. „Napisz do klubu, powiedzą ci wszystko, co musisz wiedzieć” – odpowiedź do taty, który próbuje polecić syna na testy. „Przepraszam, mam zapisane w kontrakcie, że nie mogę tego robić” – w odpowiedzi do grupy chłopaków pytających mnie, czy mógłbym zagrać w ich lidze w piątek albo chociaż przyjść w niedzielę rano na mecz jakiejś ich FC Psy i Kaczki”.

„W wielu wypadkach zdarza się, że cel numer jeden długo się zastanawiał, aż w końcu podpisał kontrakt z innym klubem. Trener wciąż desperacko potrzebował nowego napastnika, więc poszedł w dół listy i znalazł innego gracza, który był dostępny i spełniał kryteria. Pomyślcie, jak wiele razy słyszeliście wypowiedzi nowego zawodnika, który opowiadał: „właśnie miałem wyjeżdżać na wakacje, kiedy nagle zadzwonił do mnie mój agent…”. Teraz już wiecie dlaczego: to był napastnik z dziesiątego wyboru na liście waszego klubu”.

„Kiedy zaczynałem karierę piłkarską, nie było treningów medialnych i psychologów sportowych, którzy mogą ci pomóc; presja była po prostu czymś, do czego trzeba się przyzwyczaić. Niektórzy piłkarze są tak zatroskani, że dosłownie wymiotują przed meczami, a jeden z moich przyjaciół z kontynentu nabrał zwyczaju wdychania tlenu, tak bardzo obawia się zawiedzenia oczekiwań”.


Anonimowy Piłkarz wyjaśnia także jak pracują agenci, jak załatwiają kontrakty, ile zarabiają, na jakiej zasadzie odbywają się negocjacje z klubami i tłumaczy na czym polega przechwytywanie transakcji, kiedy to inny agent stara się wplątać w umowę. Ciekawe również było to, że ogłaszanie transferów na ostatnią chwilę, na godziny przed zamknięciem transferowego okienka świadczą tylko, o tym, że kluby pragnęły mieć w swojej drużynie innego piłkarza, a ten, który do nich przychodzi był dopiero, na którymś z kolei miejscu na liście wzmocnień.

Bardziej od samej fabuły interesujący dla mnie był autor. Anonimowy Piłkarz. Anglik czytający Szekspira, niezwykle elokwentny, oczytany słuchający bardzo gustownej muzyki (Petera Gabriela, Pink Floyd czy Boba Dylana). Buntownik. Kreatywny człowiek, który nie lubi kiedy ktoś lub coś go ogranicza. Niestereotypowy zawodnik co to, to nie. Dzięki temu zapoznajemy się z szeregiem przemyślanym wywodów, które piłkarz sformułował bacznie obserwując działalność klubów,  spotykając się na boiskach z piłkarskim idolami – Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney’em czy Lionelem Messim. Jest inny od reszty piłkarzy. Tę inność daje się zauważyć w książce, po stylu w jakim formułuje zdania, ale też w opowieściach, które serwuje czytelnikom. Kiedy koledzy upijali się na umór, on nad wszystkim czuwał, kiedy inni balowali z miejscowymi kobietami on wyraźnie się dystansował.

Można odnieść wrażenie, że niespecjalnie spodobał mu się futbolowy świat. I z każdą kolejną stroną można nabrać takiego przekonania, a zwieńczeniem  jest depresja, z którą Anonimy Piłkarz musiał się zmagać, a o której zdecydował się napisać.

„Po tej książce piłka nożna już nigdy nie będzie taka sama - brzmi zdanie z okładki „Futbolu Obnażonego”. Jak dla mnie trochę górnolotne i przesadzone, ale nie oznaczające, że nie jest prawdziwe. Dla początkujących, dla osób, które niezbyt interesują się ligą angielską, czy futbolem w ogóle, nie mających na koncie kilku innych przeczytanych piłkarskich biografii wyznania Anonimowego Piłkarza będą doskonałą rozrywką i źródłem wiedzy o kulisach piłkarskiego świata. Trzeba przyznać, że lektura wciąga. Jest zabawna, a przy tym nie trąci tanimi historyjkami, o których można przeczytać w tabloidach. Mimo zachowania anonimowości, piłkarz jest oszczędny w nazwiskach, bardziej skupia się na mechanizmach rządzących w futbolu, obnażając jego mankamenty, komentując niedoskonałości i wyciągając wnioski, z którymi nie ze wszystkimi mogłem się zgodzić. Dlatego też jest to książka warta polecenia, aby móc podczas czytania polemizować z autorem, który przecież nie wiemy kim jest.

Moja ocena: 3,5/5

,,Futbol Obnażony. Szpieg w szatni Premier League”, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014

niedziela, 6 kwietnia 2014

Kim jestem, żeby pisać o Janowiczu? Nikim. Dlatego piszę!

Miała być spokojna miła, niedziela i tekst o siatkarskich półfinałach, ale nie będzie już spokojnej niedzieli i siatkarskiego tematu.

Będzie o tenisie, a właściwie o Janowiczu, który po przegranym meczu z Marinem Ciliciem (mecz rozgrywany w ramach rozgrywek o Puchar Davisa, w których Polska uległa Chorwacji 1:4) w ostrym tonie dyskutował z dziennikarzami na konferencji prasowej.

Janowicz próbując odpowiedzieć na pytanie dziennikarzy dał upust swoim emocjom i zajadle wyrzucił z siebie: W każdym sporcie za wysoko podnosimy poprzeczkę. Jesteśmy krajem bez perspektyw. Studenci studiują, żeby tylko z tego kraju wyjechać, trenujemy gdzieś po szopach, nie tylko w tenisie, spójrzcie na Zbigniew Bródkę, który musi trenować za granicą. Dlaczego macie oczekiwania wobec nas? Wyjdźcie sami na kort i przepracuje na nim całe życie, a dopiero potem miejcie oczekiwania. To już mnie śmieszy. Przeżyjcie to, co sportowcy. Nie ma żadnej pomocy w sporcie i w żadnym zawodzie.

Muszę powiedzieć, że jestem zniesmaczony. W pewnym sensie może mieć rację. Ale styl, moment i ton w jakim to wszystko zabrzmiało stawia Janowicza w kiepskim świetle i raczej chluby mu nie przyniesie. Jest w jego wypowiedzi ziarnko prawdy, ale dzisiaj, na konferencji nie reprezentował Jerzego Janowicza, reprezentował Polskę i tu sprawa nie jest już taka kolorowa.

Po pierwsze podnoszenie poprzeczki powinno być dla sportowca czymś naturalnym, czymś co powoduje rozwój i na każdym treningu poprawienie swoich umiejętności.

Po drugie nie wydaje mi się, że jesteśmy krajem bez perspektyw. A w grobach przewracają się Ci wszyscy, którzy walczyli o wolną Polskę, o Polskę, w której Janowicz teraz może cieszyć się życiem, a nie to nie on... Po prostu w kraju, w którym nie ma wojny i nie musimy się martwić o bezpieczeństwo narodowe. Owszem można narzekać na polityków i służbę zdrowia, ale warto pamiętać, że musimy odrabiać i budować, to co inni nam zniszczyli.

Po trzecie jestem studentem i nie studiuję, po to, żeby z tego kraju wyjechać, bo to właśnie spowoduje, że będziemy krajem bez perspektyw. Skoro wykształcenie zdobywam w Polsce, to może warto podzielić się nim z innymi Polakami, aby być krajem z perspektywami.

Po czwarte z tego, c o wiem Janowicz w szopie nie trenował. I może warto nie generalizować i nie przesadzać, że w Polsce nie ma infrastruktury sportowej. Daleko nam do najlepszych, ale myślę, że sporty drużynowe mają dobre warunki do trenowania, skoczkowie też. Ponadto nie wszyscy, którzy mają źle narzekają. Anita Włodarczyk medalistka IO, MŚ trenowała pod mostem, i jakoś się nie żaliła, że nie miała gdzie trenować, a pieniędzy za uprawianie rzutu młotem ma znacznie, ale to znaczniej mniej niż Janowicz zgarnia na korcie. Przykład z tenisa. Novak Djoković trenował w schronie, trenował w miejscach zbombardowanych, gdzie istniało realne zagrożenie życia. A sukcesy Novaka w porównaniu do Janowicza, zresztą jakie porównanie. Torbę może nosić za Serbem.

I wreszcie ostatnia część o oczekiwaniach. To już nie można mieć oczekiwań wobec zawodników, nie można powiedzieć o nich złego słowa. To po przegranym meczu mam pisać, że było cudownie i fantastycznie? To byłoby zakłamanie. Czyżby znowu mają wrócić czasy, w których cenzura będzie kontrolować każde słowo. Wolność słowa jest i dopóki nikogo się nie obraża, nie robi się nic złego. Dziennikarze są fe i be, tylko, że bez nich nikt by o zwycięstwach nie wiedział. Wychwalać to owszem, ale krytykować to już nie. Od reprezentanta kraju mam oczekiwać walki i ambicji, gra dla Polski i miałem oczekiwania, aby Polacy wygrali z Chorwacją. Czy to źle? Za dużo emocji, a za mało logicznego rozumowania, albowiem z wypowiedzi Janowicza bije mnóstwo nieścisłości.

Skoro tenisista jest od grania w tenisa jak stwierdził Janowicz to dziennikarz jest od pisania i przekazywania informacji czytelnikom. Co więcej nie wydaje mi się, żeby machanie rakietą przez dziennikarza było obowiązkiem. Każdy profesja rządzi się swoimi prawami, ma inne zadania, jednak idąc tokiem rozumowania Janowicza, krytyk filmowy nie powinien oceniać filmu, bo go nie zrobił. Jest mi ktoś w stanie to logicznie wytłumaczyć?

I jeszcze jedno zdanie od Janowicza: Śmiecia i zero można stworzyć przez jeden mecz w naszym kraju. Tak to wygląda!

W drugą stronę też to działa i chyba Janowicz zapomniał jak to było, po turnieju w Bercy czy ubiegłorocznym Wimbledonie. Zapomniał jak to został wniesiony na piedestał i był ubóstwiany, zapomniał jak z tego ubóstwa czerpał miliony. Niemal natychmiast zrobił się popularny i jakoś wtedy mu to nie przeszkadzało. Nie przeszkadzało mu kręcić reklamy za reklamą. O tym, to już się zapomniało.

Miało być o pomocy psychologicznej, ale psychologów w naszym kraju nie ma - wyjechali za granicę, albo ukrywają się w szopach. Zresztą jakie oczekiwania może mieć psycholog w pracy z tenisistą? Żadne! Przecież nie zna się na tenisie, więc nie wie jak machanie rakietą wpływa na psychikę.
 
Najważniejsze nie jest jednak sama treść, a kontekst w jakim została wypowiedziana. Nie można wszystkich dookoła obwiniać za przegrany mecz. Sportowiec powinien mieć klasę, wielkich sportowców poznaje się po tym, jak po przegranym meczach zachowują kulturę. Ale to nie Janowicz, to wciąż dzieciak bez ogłady, który zamiast grać, po podobno to ma robić, zajął się problemami społecznymi i gospodarczymi naszego kraju. Sportowy banał, ale przegrywać też trzeba umieć. I przede wszystkim tego Janowicz musi się nauczyć. 

A jeśli nie to może warto przenieść się do Kataru czy Bahrajnu, jeśli w Polsce mu źle i tak fatalnie i brakuje perspektyw. Szkoda tylko, że podczas otrzymywania z rąk Prezydenta RP Srebrnego Krzyża Zasługi to wszystko mu nie przeszkadzało i miał ochotę na taką uroczystość. Istna obłuda i niedojrzałość. Jednym słowa woda sodowa. I za, to dziennikarze są winni. Że potrafili z wieśniaka zrobić cool gościa, któremu jednak słoma wyszła z butów. A staropolskie powiedzenie: człowiek ze wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy, jak ulał oddaje zachowanie Janowicza.

Jerzy, how many times? How many times? 

Fot. Agencja Gazeta
 
Śmiecia i zero można stworzyć przez jeden mecz w naszym kraju. Tak to wygląda!

Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/raport-tenis-na-rmf24/najnowszefakty/news-janowicz-wsciekly-trenujemy-po-szopach-skad-takie-oczekiwani,nId,1404968?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Śmiecia i zero można stworzyć przez jeden mecz w naszym kraju. Tak to wygląda!

Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/raport-tenis-na-rmf24/najnowszefakty/news-janowicz-wsciekly-trenujemy-po-szopach-skad-takie-oczekiwani,nId,1404968?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Śmiecia i zero można stworzyć przez jeden mecz w naszym kraju. Tak to wygląda!

Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/raport-tenis-na-rmf24/najnowszefakty/news-janowicz-wsciekly-trenujemy-po-szopach-skad-takie-oczekiwani,nId,1404968?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

środa, 2 kwietnia 2014

Sprostowanie "Ja w reprezentacji Polski" - Prima Aprilis

Cześć! Oczywiście wczorajszy news, który pojawił się na blogu był żartem z okazji pierwszego kwietnia. Prima Aprilis skłonił mnie do zrobienia na blogu niewinnego dowcipu. Myślę, że jak na pierwszy raz nie było tak źle.

Tym samym żadnego mejla od PZPS-u nie dostałem, na rozmowę z trenerem Makowskim także się nie udaję, a turniej kwalifikacyjny do ME obejrzę, ale tylko w roli kibica.

Na razie nie dane mi współpracować z kadrą, ale może kiedyś :D

Wiem, że mistrzem painta nie jestem i przeróbka zdjęcia tamtego newsa do najlepszych nie należy :)

Do napisania!

wtorek, 1 kwietnia 2014

Ja w reprezentacji Polski! - Prima Aprilis

Witajcie! Dzisiaj będzie o mnie :) Muszę Wam się czymś pochwalić!

Właściwie to nie wiem od czego zacząć. Większość z Was, wie jaki mam/miałem stosunek do reprezentacji prowadzonej przez Piotra Makowskiego, więc nad tym faktem rozwodzić się nie będę.

Dzisiaj otrzymałem jednak mejla od... władz PZPS. Spokojnie, spokojnie nie zamierzają mnie ciągać po sądach :) Sprawa jest o wiele bardziej przyjemniejsza i ciekawsza.

Skontaktował się ze mną sam trener reprezentacji Polski! Poprosił o spotkanie ze mną, szarym, cichym blogerem, który tylko sobie pisze. W końcu zostałem zauważony i doceniony :) Pan trener pragnie porozmawiać ze mną o sytuacji w reprezentacji Polski uzasadniając to tym, iż mam ciekawe spostrzeżenie dotyczące polskiej kadry i osobiście chciałby poznać mój punkt widzenia. Ma to przypominać coś na kształt coachingu, doradztwa z elementami komunikacji społecznej. Na próbę mam przebywać z kadrą podczas trwania kwalifikacji do mistrzostw Europy, które polskie siatkarki rozegrają w Bydgoszczy!

Niezmiernie się cieszę! Właściwie to chyba jednak spełnienie marzenia, być tak blisko z reprezentacją, a dodatkowo ktoś mnie znalazł wyłapał, ciekawe czy spotkanie z Makowskim w ramach działalności koła naukowego odegrało tu jakieś znaczenie. Nie wiem, nie ważne.

Ach! Ja w biało-czerwonej koszulce, może nie na boisku, ale pomagający reprezentacji, coś fantastycznego! Marzenia się spełniają!

Niestety zbyt wielu szczegółów podać nie mogę, sprawy ściśle tajne itp. Jednak w piątek ma dość do spotkania w Bydgoszczy z trenerem Makowskim. Tyle wiem. Jakie wiążące decyzje tam zapadną tego nie wiem, ale tyle ile będę mógł postaram się Wam przekazać! :)

Może w takiej postaci zobaczycie mnie w tv albo na żywo jeśli będziecie w Łuczniczce:)