piątek, 28 marca 2014

Recenzja: "Sven Hannawald. Triumf. Upadek. Powrót do życia", Sven Hannawald, Ulrich Pramann

Sven Hannawald, niemiecki skoczek narciarski w Polsce przeszedł drogę z piekła do raju. Najpierw znienawidzony przez zakopiańską publiczność, by w końcu zostać szanowanym, oklaskiwanym i podziwianym przez biało-czerwonych kibiców. Odwrotnie natomiast wyglądała kariera sportowa Niemca. Ta zaczęła się od wielkiej radość, szczęścia i niebywałego sukcesu. Hannawald w sezonie 2001/2002 zwyciężył w Turnieju Czterech Skoczni przechodząc do historii, jako ten, który wygrał wszystkie cztery konkursy. Będąc na szczycie dopada go smutek, przygnębienie i pustka prowadząca do wypalenia zawodowego.

Sven Hannawald zdobył się na odwagę i o swojej słabości wspomina w autobiografii „Triumf. Upadek. Powrót do życia”. Lektura ta to poruszająca opowieść zawodnika, jednego z najlepszego w historii skoczka narciarskiego, którego droga do mistrzostwa nie była usłana różami. Może to dość schematyczne określenie i dość banalne, ale cała autobiografia skoczka banalna nie jest.

Popularny Hanni swoją opowieść rozpoczyna od przypomnienia zwycięskich momentów z Turnieju Czterech Skoczni w 2002 roku. To wydarzenie jest punktem kulminacyjnym w życiu skoczka. W książkę zawarte są marzenia chłopca, który rozpoczynając swoją sportową przygodę pragnął zwyciężać i krok po kroku realizował postawione przed sobą cele, nie zabrakło też opisów następstw, które miały miejsce po historycznym wyczynie.

Tym samym nie mogło zabraknąć wspomnień z dzieciństwa. Hannawald przywołuje beztroskie, ale i naznaczone enerdowskim systemem czasy w Johanngeorgenstatd w Rudawach. Niezwykle ciekawy i pouczający był wywód Svena dotyczący uprawiania sportu w NRD. Z uwagi na fakt, iż Hanni był jednym z „dyplomatów w dresach” polski czytelnik ma możliwość zaznajomienia się z systemem szkolenia zawodników w NRD. W pierwszym etapie Hannawald został skoszarowany w Centrum Treningowym, następnie w wieku 12 lat trafił do Szkoły Sportowej dla Dzieci i Młodzieży. Ostatnim, trzecim stopniem kształcenia na drodze niemieckiego skoczka był klub sportowy, który pozwalał na codzienny trening.

Sportowiec nie pominął także wydarzeń mających miejsce na przełomie lat 90 związanych z okresem zjednoczenia Niemiec - obrazując sytuację młodego sportowca w nowej rzeczywistości. Zresztą odniesień do historii jest sporo, albowiem Hanni opisał także ewolucję jaką przeszły skoki narciarskie, m.in. poprzez wprowadzenie stylu V, prowadzenia wojny technologicznej pomiędzy ekipami czy olbrzymim zainteresowaniu ze strony mediów i kibiców.

Jednak nie samą historią czytelnik żyje. Hannawald sporo miejsca poświęcił przygotowaniom do zawodów, wyjaśnił czym jest PKT (Podstawowa Koncepcja Treningowa) i BPZ (Bezpośrednie Przygotowanie do Zawodów). Niemiec wyjawił również jak przed każdym sezonem dokładnie czytano regulaminy zawodów, aby w sprytny sposób obejść przepisy dotyczące nart i kombinezonów.

„Triumf. Upadek. Powrót do życia” jest wyjątkową pozycją, albowiem niemiecki zawodnik bezkompromisowo opisał swoją niemoc i niemożność uporania się z poważnymi problemami, o których nie wszyscy mają ochotę na ich uzewnętrznienia. Hannawald wyjawił swoje słabości, szczerze i otwarcie mówi o trudnościach, których doświadczył podczas trwania kariery sportowej. Hannawald w trakcie rywalizacji w Pucharze Świata prócz walki z przeciwnikami musiał też zmagać się z obsesyjnym liczeniem kalorii. Z lektury dowiadujemy się o wstrząsających zasadach żywieniowych panujących wśród skoczków, którzy hołdują maksymie, że każdy kilogram mniej powoduje, że leci się metr dalej. Prócz balansowania na granicy między aktywnością sportową a wagą, Hanni dość otwarcie mówił o swoim upadku. Po wielkim sukcesie, medialnym rozgłosie i międzynarodowej sławie, która w krótkim czasie uczyniła go jednym z najbardziej rozpoznawalnych sportowców na świecie. To jednak go przerosło. W książce Niemiec przyznaje się, że cierpiał na syndrom wypalenia, czyli emocjonalnego wyczerpania przy zredukowanej zdolności do wysiłku. Na szczęście skoczkowi udało się powrócić do normalności.

Hannawald w autobiografii dokładnie opisuje swoją mozolną drogę wychodzenia z syndromu wypalenia. Prezentuje wstrząsającą diagnozę, jaka została postawiona mu w momencie przybycia do kliniki, opowiedział o swoich rozmowach z psychoterapeutką i chwilach szczęścia z ukochaną, która ustabilizowała jego życie emocjonalne.

Kilka cytatów z autobiografii:

„Skoczkowie żyją poza wszelkimi normami. Ich ciało musi być lekkie, żeby daleko dolecieć, ale wystarczająco mocne, by sprostać obciążeniom treningowym. Każdy kilogram za dużo to jeden metr za mało. (…) Czy to normalne, by sportowiec wyczynowy głodował i myślał tylko o swojej diecie – jak modelka? Czy to normalne godzić się na to, że w nocy z głodu nie można zmrużyć oka, a w dzień być zmęczonym i bez napędu?”.

„Czułem się, jakby wygasł mój wewnętrzny ogień. Często nie miałem siły zrobić tego, co chciałem. Czasami wieczorem miałem ochotę pobiegać. Zakładałem buty, wychodziłem przed drzwi – i wracałem, po czym zasiadałem przed telewizorem. (…) Czułem się samotny, choć wokół stale byli ludzie, którzy czegoś ode mnie chcieli. Czułem się często pozbawiony sił. Nie mogłem przespać nocy, żeby się zregenerować, a mimo to obowiązkowo wstawałem wcześnie rano”.

„Nie zapomnę pierwszych godzin w klinice. Jak zwykle gdy zostawałem sam, zaczął we mnie szaleć wewnętrzny niepokój, ten potworny niepokój, który doprowadzał mnie do szału. Byłem niewytłumaczalnie drażliwy, podobnie jak w ciągu ostatnich miesięcy. Nie wiedziałem, co ze sobą począć. Chaotycznie chodziłem po pokoju. Gdy usiadłem, zauważyłem, że moja prawa stopa wykonuje jakieś niekontrolowane ruchy, a całą noga drży. Reagowałem na każdy hałas, wszystko mi przeszkadzało. Myśli krążyły nieustannie wokół jednego tematu: skąd ten niepokój? Nie byłem w stanie znaleźć wyjścia z tego diabelskiego kręgu.

Gwarantuję, że „Triumf. Upadek. Powrót do życia” nie będzie zalegać na półce i zbierać kurz, albowiem często będzie można do niej wrócić. Osobiście już dwukrotnie z niej skorzystałem wykorzystując historię Hannawalda podczas przygotowania do zajęć. Autobiografia łączy wszystko to, czym się pasjonuję: sport i psychologia. Jednak oprócz wielu aspektów psychologicznych warto zwrócić uwagę na inne elementy autobiografii. Bardzo ciekawie została poprowadzona narracja - czytelnik wraz z Hannim udaje się w podróż do przeszłości. Sven pisząc tę książkę odbył sentymentalną wycieczkę do miejsc, z którymi był związany, dzięki temu jesteśmy towarzyszami jego podróży. W dodatku wszystko zostało okraszone imponującą ilością zdjęć czy też wypowiedziami osób, które wywarły istotny wpływ na niemieckiego zawodnika – trenerzy Erich Hilbig i Uwe Schiricht, koledzy ze skoczni np. Martin Schmit, rodzice czy psychoterapeutka, która pomogła medaliście olimpijskiemu uporać się z syndromem wypalenia.

Autobiografia niemieckiego skoczka odkrywa prawdziwe oblicze Hannawalda. Ukazuje Svena jako zwykłego człowieka, a nie zawodnika charakteryzującego się psychiką ze stali. Książka obrazuje, że ze zdobywcą Wielkiego Szlema skoków narciarskich nie zawsze było „Svenomenalnie” jak głosiły to media. „Triumf. Upadek. Powrót do życia” to książka z życia i o życiu sportowca, którymi zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach sportu. 

Przypadek Svena Hannawalda może być dobrym przykładem dla osób, którzy znajdują się pod podobną presją albo obawiają się, że ich także dopadnie wypalenie. Treść książki może być doskonałą motywacją i dającą olbrzymią dawkę otuchy tym, którzy zmagają się z fizycznym i emocjonalnym przybiciem.

Moja ocena: 5/5

„Sven Hannawald. Triumf. Upadek. Powrót do życia”, Sven Hannawald, Ulrich Pramann, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014

poniedziałek, 24 marca 2014

Czekając na złoto... Po Final Four Ligi Mistrzów

Jesteśmy po finałowym turnieju Ligi Mistrzów siatkarzy. Zwycięzcami tegorocznych rozgrywek został zespół Biełogorie Biełgorod, drugie miejsce dla Halkbanku Ankara, a na najniższym stopniu podium uplasowali się gracze Jastrzębskiego Węgla.

Medal to wielki sukces polskiego zespołu i potwierdzenie równego i dobrego poziomu polskiej ligi. To już piąty finał z rzędu z udziałem polskiej ekipy. Z tego faktu należy się cieszyć, ponieważ na przestrzeni pięciu lat tylko Rosjanie i Polacy mieli swoją reprezentację w Final Four.

To z pewnością powód do dumy, a mówienie, że jesteśmy trzecią ligą świata jest prawdą, można nawet pokusić się stwierdzenie, że jesteśmy nawet na drugim miejscu, chociaż nada brakuje nam do najlepszych, do postawienie kropki nad i.

Czy będziemy w stanie w końcu wygrać upragnioną Ligę Mistrzów? Chciałbym, aby tak się stało, choć realizacja tego zadania łatwa nie będzie. Dotychczas najbliżej, nawet bardzo blisko, właściwie o krok od triumfu była w 2012 roku PGE Skra Bełchatów. Myślę, że dokładniejszy opis tych wydarzeń nie jest konieczny, ponieważ to co się wydarzyło w Atlas Arenie do dziś wywołuje nieprzyjemne uczucie.

Bełchatowianie dwa lata wcześniej sięgnęli po brązowy medal (już drugi, albowiem zdobyli go także w sezonie 2007/2008) w tych rozgrywkach powodując wzrost znaczenia polskiej ligi. Potem było czwarte miejsce Jastrzębskiego Węgla, czwarta była też ZAKSA, teraz dokładamy kolejny brązowy krążek.
Fot. CEV
Nasz dorobek medalowy i dokonania biało-czerwonych drużyn w ostatnich latach może napawać optymizmem. W kontekście tego wszystkiego martwi mnie jedna rzecz. Nasi mistrzowie Polski nie radzą sobie w Lidze Mistrzów, Asseco Resovia nie potrafi przebić się do czołówki Ligi Mistrzów. Mały paradoks, najlepsi w kraju, nie najlepsi w Europie. W porównaniu do Jastrzębskiego Węgla, który nadspodziewanie lepiej radzi sobie w pucharach niż w lidze jak to było chociażby w sezonie 2010/2011, kiedy w lidze uplasowali się na siódmym miejscu, a w LM zajęli czwartą lokatę. Nie zamierzam pastwić się nad ekipą z Rzeszowa, bo nie w tym rzecz, aczkolwiek sukces w Europie potrzebny od zaraz.

Wracając do głównego wątku, czy polską ekipę stać na wygranie Ligi Mistrzów? Teoretycznie tak, choć dominacja rosyjskich zespół jest mocno zaznaczona - trzeci triumf z rzędu. Tym samym nie może dziwić zwycięska passa reprezentacji Sbornej, albowiem od 2012 roku triumfowała i kadra narodowa i rosyjskie kluby - Zenit, Lokomotiw, Biełogorie. Model rosyjski najlepszy? W tej chwili nie ma wątpliwości!

Porównując skład Biełogorie nie zawiera on najlepszych siatkarzy świata, prawdziwej konstelacji gwiazd na każdej pozycji, ale ma Dmitrija Muserskiego. Kto ma Dimę ten ma złoto, tak to można skwitować. Muserski sprawia, że zespół zwycięża. To oczywiście miłe dla osób wierzących w jakieś mityczne zagadki i lubujących się w wyszukiwaniu analogii. Choć kto wie, może i coś w tym jest...

Oprócz Muserskiego trzeba też mieć doświadczonego przyjmującego, bardzo doświadczonego przyjmującego. Blisko czterdziestki i bez włosów na głowie, aby wyżej skakał i miał lepszy opór powietrza. Może w mało elegancki sposób zobrazowałem Siergieja Tietuchina, ale mam ogromny szacunek dla tego siatkarza i jego wysokich umiejętności. Oglądając turecki finał byłem pod wrażeniem wyczynów tego przyjmującego, a tytuł MVP jak najbardziej zasłużony.

Dodatkowo trzeba mieć dwóch, i tylko dwóch obcokrajowców - nie więcej. Jednego, który kompletnie jest innej mentalności, wychowany w innej kulturze i najlepiej, żeby był to rozgrywający, a drugi mógłby być atakującym o mocnej budowie ciała, z siłą w ręku i bezkompromisowo rozwiązujący sytuacje trudne. I trzeba to uzupełnić solidnymi zawodnikami, nawet niekoniecznie najlepszym libero. Ponadto potrzebny jest rzecz jasna gen zwycięzców i przekonanie, że jest się w stanie wygrać. Może hipoteza z Muserskim nie jest wyssana z palca. Być może rosyjski olbrzym daje poczucie, że można wygrywać nawet w beznadziejnych sytuacjach.

Natomiast polscy kibice na złoto poczekają jeszcze trochę, przynajmniej do następnego sezonu. W ekipie Pomarańczowych Ptaków zmiany powinny być kosmetyczne, w Resovii również - właściwie w obu klubach zmiana potrzebna jest tylko na lewym skrzydle. Z pewnością w ekipie z Kazania dokona się mała rewolucja, podobno chwieje się Halkbank... Kto wie, kto zawita nad Wisłę i pomoże dokonać historycznego wyczynu.

środa, 19 marca 2014

Faux pas Francuza, czyli jak to (nie) być trenerem kiedy potrzeba

Tegoroczny Puchar Polski zgarnęła ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, która obroniła tytuł zdobyty w ubiegłym sezonie. Jednak obok tego faktu główna wiadomością, która wprawiła w osłupienie media i kibiców była nieobecność trenera reprezentacji Polski na meczu finałowym Pucharu Polski.

Dla mało zainteresowanych przypomnę, że nasz trener wciąż gra w siatkówkę i broni barw PGE Skry Bełchatów, z którą to w Zielonej Górze również rywalizował o trofeum Pucharu Polski. Pech chciał, że bełchatowianie odpadli w półfinale, a tym samym Antiga wrócił z ekipą do domu...

Właśnie czy powinien? Niby trenera zatrzymały względy osobiste. Nie wnikam, ale sprawa ta wydaje się być dziwna. Po pierwsze dlaczego za Antigę tłumaczą się działacze, a nie on sam. I jak rozumiem sprawy osobiste nie przyczyniły się do jego nieobecności podczas grania spotkań w barwach Skry, ale by pełnić funkcję trenera kadry narodowej już tak. I znowu o to mamy konflikt interesów, i potwierdzenie uzasadnienia, że na razie to Antiga jest zawodnikiem, a trenerem będzie po zakończeniu sezonu ligowego. Jaki będzie tego skutek zobaczymy.

Fot. oryginalne: Newspix
Niewątpliwe to dosyć spore faux pas Francuza, który tak deklarował swoje zaangażowanie pracą szkoleniowca. Na hali w Zielonej Górze nie zabrakło kibiców, którzy obserwowali poczynania zawodników, dokładnie widzieli jak rozgrywał Zagumny, jak zwyżkę formy zanotował Ruciak, jak fenomenalnie spisuję się Kubiak, jakie postępy uczynił Wojtaszek. 

A Antiga spotkanie finałowe Pucharu Polski oglądał w telewizji, daj Boże, jeśli wszystko dobrze się potoczyło. Ja też oglądałem mecz w tv i dlaczego nie jestem trenerem? Przecież też śledzę poczynania zawodników. Czy w takim razie wśród powołań na tegoroczny, mistrzowski sezon możemy spodziewać się w kadrze samych siatkarzy Skry. Na to wygląda, bo na nich trener Antiga ma najlepszy ogląd. 

Jako, że leży mi na sercu dobro siatkówki i oglądam mecze na szklanym ekranie, ale i nie tylko :) Publikuję listę graczy, którzy w tym sezonie powinni znaleźć się w kadrze.

Rozgrywający: Paweł Zagumny, Fabian Drzyzga

To mój wymarzony skład, który w końcu może się ziścić. Młodość i doświadczenie to połączenie idealne!

Środkowi: Piotr Nowakowski, Andrzej Wrona, Łukasz Wiśniewski, Piotr Hain

Którego środkowego się nie wybierze każdy zapewni odpowiedni poziom. Mógłby być Kłos, ale lubię AZS, więc jak dla mnie Hain.

Przyjmujący: Bartosz Kurek, Michał Winiarski, Michał Kubiak, Rafał Buszek, Michał Ruciak

Właściwie od kilku sezonów na tej pozycji nie ma zbyt wielu rotacji, bo żaden z ligowych przyjmujących nie potrafi się przebić. Najbliżej jest Buszkowi, i nie chodzi tu o mój olsztyński sentyment, ale o czyste statystyki, a te pokazują, że Buszek to czołowy przyjmujący w PlusLidze.

Atakujący: Grzegorz Bociek, Mariusz Wlazły, Zbigniew Bartman

Było mi najtrudniej wytypować to zestawienie, a kto ma być pierwszy chyba się nie pokuszę o to stwierdzenie już teraz, albowiem na dziś każdy z tych graczy miewał słabsze chwile w tym sezonie. 

Libero: Paweł Zatorski, Damian Wojtaszek

Nie mam nic do Igły, ale skoro już rok temu w ME występował Zatorski, to chociaż na jednej pozycji miejmy już z głowy jej obsadę na parę lat.

wtorek, 11 marca 2014

Recenzja: "Serwuj, aby wygrać" Novak Djoković

Półki w księgarniach uginają się od poradników zdrowego żywienia, typu dieta cud w siedem dni, czy jak zadbać o siebie itp. Z zasady przechodzę wobec nich obojętnie. Z różnych powodów, ale ten jeden raz zrobiłem wyjątek. Sięgnąłem po pozycję „Serwuj, aby wygrać”, którą napisał Novak Djoković. I właśnie postać Serba był zdecydowanym powodem, dlaczego postanowiłem poczytać o diecie bez glutenu. Po prostu Nole jest nie tylko moim ulubionym tenisistą, ale jest jednym z tych sportowców, których cenię i podziwiam. Tyle prywaty, czas na konkrety.

Poradnik Djokovicia ukazał się nakładem Wydawnictwa Bukowy Las, które oprócz tenisowych biografii wydało kilka książek o bezglutenowej żywności: „Dieta bez pszenicy” oraz „Kuchnia bez pszenicy” autorstwa doktora Williamsa Davisa, który podjął się także napisania wstępu do poradnika serbskiego tenisisty.

W pozycji napisanej przez zwycięzcę m.in. 6 turniejów wielkoszlemowych można wyróżnić dwie części: jedna z nich opowiadająca pokrótce o najważniejszych wydarzeniach z życia Djokovicia i druga prezentująca porady Serba dotyczące odżywiania; zawierająca plan  odżywiania przez 14 dni na bezglutenowych produktach.

Z uwagi na fakt, że „Serwuj, aby wygrać” nie jest tylko książką, w której można znaleźć wiele interesujących informacji dotyczących diety jednego z najlepszych graczy na świecie, a także ukazująca życiorys Serba. Tym samym jest to dobra pozycja dla wszystkich fanów tenisa w Polsce, którzy nie mieli jeszcze okazji zapoznać się ze słowem pisanym Novaka Djokovicia.

Z lektury dowiadujemy się o początkach tenisowej drogi Nole, o marzeniach sześciolatka oglądającego Pete Samprasa wygrywającego Wimbledon i pragnącego kiedyś uczynić to samo. Nie zabrakło też dramatycznych wspomnień z konfliktu w Jugosławii, bombardowań NATO, których młody Nole był w samym centrum wydarzeń. Tenisista swoje bekhendy musiał ćwiczyć w schronie, bardzo często trenował w miejscach, które ostatnio zostały zniszczone. Wszystko dlatego, że jeśli już spadły tam pociski, to więcej to się nie powtórzy. Opowieść właśnie z tego okresu wzbudziła we mnie największe emocje, owszem wiedziałem, że coś takiego w historii się wydarzyło, ale o tym jak w takich warunkach przetrwać, jak trenować i osiągać takie sukcesy jak Novak Djoković nie miałem zielonego pojęcia.

Ponadto w książce tenisista poruszył swoje problemy zdrowotne utrudniającego mu wygrywać długie mecze i triumfować w turniejach.  Serb przywołał z pamięci spotkanie z Andy Roddickiem w Australian Open w 2009 roku, kiedy to broniąc tytułu musiał skapitulować. Opisał również przegrany ćwierćfinał w Melborune z Jo-Wilfriedem Tsongą, dzięki któremu później stanął na nogi. W dużej mierze za sprawą diagnozy dietetyka Igora Cetojevicia, Djoković odrzucił produkty zawierające gluten i rozpoczął triumfalny powrót na szczyt. Zmiana odżywiania zdecydowanie wpłynęła na poczynania na korcie, albowiem w 2011 roku zwyciężył w 10 turniejach, w tym trzech wielkoszlemowych, pozostając niepokonany przez 43 mecze z rzędu.

Kilka cytatów z książki:

„I wtedy to się stało. Za plecami usłyszałem, jak coś przeszywa niebo, niczym gigantyczna szufla odgarniając z chmur warstwę śniegu. Wciąż leżąc na ziemi, odwróciłem się i spojrzałem na nasz dom. Znad jego dachu nadleciał stalowy szary trójkąt, bombowiec F-117. Z przerażeniem patrzyłem, jak jego wielki metalowy brzuch otwiera się tuż nade mną i wypadają z niego dwa laserowo naprowadzane pociski, mierząc w moją rodzinę, przyjaciół i dzielnicę – wszystko, co było mi bliskie”

„Trenowaliśmy w miejscu, które ostatnio bombardowano, sadząc, że skoro wczoraj spadły tam pociski, dzisiaj się nie powtórzy. Graliśmy bez siatki, na pokruszonym betonie. Moja przyjaciółka Ana Ivanović trenowała w pustym basenie. A czasami zbieraliśmy się na odwagę i przekradaliśmy do naszego klubu tenisowego Partizan”

„Po wygranej siedziałem w szatni na kortach Melbourne. Pragnąłem jednego: posmakować czekolady. Nie jadłem jej od lata 2010 roku. Miljan przyniósł mi tabliczkę: odłamałem jeden malutki kwadracik, włożyłem, go do ust i poczułem jak rozpuszcza się na języku. Tylko na tyle mogłem sobie pozwolić".  


W drugiej części poradnika tenisista w oparciu o własne przeżycia zarysowuje plan, dzięki któremu w zaledwie dwa tygodnie każdy może zmienić swoje ciało, a nawet życie. Książka zawiera tygodniowy jadłospis co, kiedy i w jakich ilościach jeść. Nie będzie problemu z przyrządzeniem potraw jadanych przez Nole, ponieważ nie zabrakło przepisów potraw pomagających zrzucić zbędne kilogramy i odzyskać szczęście. O ile część żywieniowa nie powaliła mnie na kolana to zwróciłem uwagę na aspekt psychologiczny. Tej dziedzinie były numer jeden rankingu poświęca sporo miejsca. Serb poradził jak wyeliminować stres,  jak ćwiczyć koncentrację i udzielił wskazówek prezentując proste zadania pomagające zyskać dodatkową energię.

Nie przeczytałem w swoim życiu wiele tego typu poradników, ale to co zwróciło moją uwagę i jest plusem „Serwuj, aby wygrać” to fakt, że jego autor niczego nie narzuca, nie rozkazuje w stylu: macie robić tak i tak, a wtedy będzie tacy jak ja. Serb przedstawia swój sposób myślenia, swoją drogę i tylko od czytelnika zależy czy zastosuje się do niego, czy dokona pewnych modyfikacji. Nie jest to również medyczny bełkot, z którego niewiele da się zrozumieć. Prosty, zrozumiały język okraszony ciekawymi przykładami. Czy słyszeliście, że jeśli szklankę z wodę potraktujecie negatywnymi myślami, to za kilka dni zabarwi się ona na lekko zielony kolor, a jeśli przekażecie jej pozytywną energię to pozostanie przejrzysta i czysta. Niezwykłe!

Mimo niecałych dwustu stron lektura zawiera bardzo wiele wartościowych porad dotyczących nie tylko bezglutenowej diety. Osobiście będzie to dla mnie cenne kompendium wiedzy na przyszłość zarówno w życiu prywatnym, jak i mam nadzieję tym zawodowym.

Pozostaje również liczyć, że Djoković zdecyduje się na napisanie autobiografii. To byłoby coś fascynującego, bo sposób w jaki autor porozumiewa się z czytelnikiem sprawia, że odnosi się wrażenie, że ten wybitny tenisista jest twoim dobrym znajomym! A Djoković, którego znam z telewizyjnych przekazów, komunikacji z fanami w social media zupełnie nie odbiega od tego jakiego ujrzałem w książce!

Moja ocena: bez oceny

„Serwuj, aby wygrać”, Novak Djokovic, Wydawniwctwo Bukowy Las, Wrocław 2014

wtorek, 4 marca 2014

Kibicu płać albo płacz!

Jestem, wróciłem i przystępuję do działania. W poniedziałek rozpoczęła się sprzedaż biletów na mecz Ligi Światowej. Katowice. Polska - Włochy. Spokojnie! Nie jadę, nikomu miejsca nie zajmę :) Zresztą miejsc będzie chyba pod dostatkiem, bo ceny biletów są porażające i przerażające. Najdroższy 200 złotych, kolejne po 150 i 120 złotych. Można też wybrać opcję za 80 polskich monet i uwaga najtańsze są po 50 złotych. Jest jedno "ale", ta za pięć dyszek mają ograniczoną widoczność. Płacisz, a nie oglądasz. Teraz to płacimy za samo kibicowanie, a nie oglądanie meczu. A miejsce stojące są? Bo mogę postać, ewentualnie obejrzeć w telewizji.

Do Katowic nie miałem zamiaru się wybierać. Jeśli jednak ceny biletów na mecz z Brazylią w Bydgoszczy będą w takie same jak te na spotkanie z Włochami to podziękuję. Obejdzie się. Najważniejsze są mistrzostwa świata. Choć po dzisiejszych cenach możemy chyba szukać dodatkowej pracy, aby zarobić na mundialowe wejściówki. Nikt nie ma wątpliwości, że to impreza docelowa i główna w 2014 roku i biletów za 200 złotych czy droższych mógłbym się spodziewać. Teraz tylko pytanie? To najtańsze będą po 200 i z ograniczoną widocznością, a te najlepsze po 400, 500?
Fot. Fanpage "Siatkówka w obiektywie"
 Nie wiem, kto wywindował takie ceny. Mało to logiczne. A może PZPS wciąż szuka dodatkowych pieniędzy na mundial i musi je wziąć od kibiców oglądających rozgrywki LŚ. Przecież, ile w tym sezonie będzie meczów siatkarskich. Przykład z Bydgoszczy. Miasto siatkarskie, z PlusLiga i OrlenLigą. Potem kwalifikacje siatkarek do ME, Liga Światowa - Brazylia, i grupa MŚ. Dołóżmy do tego mecz otwarcia na Stadionie Narodowym... i? Skąd mam wziąć na to pieniądze? Panie prezesie? Jak chodzić i kibicować siatkówce, jak mocno kochać tę dyscyplinę skoro ograniczeń coraz więcej. A barierę finansować nie tak łatwo przełamać...

Owszem znajdą się tacy, co zapłacą. Raz, drugi i trzeci. Potem się znudzą. Przecież to wielkie "wow" będzie Brazylia, będzie mecz na Stadionie Narodowym. A co z resztą. Tych, którzy są na dobre i na złe. Ci, którzy wiedzą jak się zachować i kibicować. Żeby nie być świadkiem wydarzeń, a ten z "1" w naszej drużynie to kto? Albo: a dlaczego ten jeden ma inną koszulkę? Ponadto zajadanie się hot-dogami, popcornem popijanie colą, sokiem etc. aaa i najważniejsze, opuszczanie swojego miejsca w momencie, kiedy na parkiecie rozgrywa się akcja. Tym wszystkim polecam pochodzić na najpierw na tenisa, a potem na siatkówkę.

Z ciekawości sprawdziłem ceny biletów na mecze LŚ w ostatnich latach, aby zobaczyć jaka zarysowuje się tendencja i tak:
Rok 2010, 2011 - 140zł, 120zł, 100zł, 80zł, 50zł
Rok 2011 (finały w Ergo Arenie) - półfinały i finały: od 70 do 120
Rok 2013 LŚ - 150zł, 120zł, 90zł, 70zł oraz ME: baraże/ ćwierćfinały: 140zł, 120zł, 100zł

Jak widać powyżej najdroższe bilety kosztowały 150 zł. Standard to jednak bilety w cenie 100 złotych. Nie cofnąłem się do początków XXI wieku, albowiem to były zupełnie inne czasy. Pod każdym względem i siatkarskim i gospodarczo-ekonomicznym naszego kraju.

Dziwię się, jednak tej drożyźnie, bo na siatkarskich trybunach zasiadają w głównej mierze ludzie młodzi, którzy w większości nie mają milionów na koncie. Siatkarscy decydenci szczycą się również, iż to dyscyplina rodzinna, gdzie całej rodziny zasiadają na trybunach. Jak tak dalej pójdzie to, to się zmieni. Wydatek dla czteroosobowej rodziny. Średnia cena biletów na mecz z Włochami to 120 złotych. Dla całej rodziny to koszt 480 złotych. Gdy ta rodzina nie jest z Katowic, tylko musi dojechać... To poza jednym meczem z Włochami taka rodzina na letnie wczasy uda się na ogródek działkowy dziadków.

A wiernym kibicom siatkówki pozostaje płacić za bilety, albo płakać, że mecze swoich ulubieńców zobaczą przed telewizorem... Trudny jest żywot kibica, oj trudny...

sobota, 1 marca 2014

Spokojnie, bez szału, ale... wracam

Witajcie w sobotę :) Tak się jakoś składa, że w ostatnich paru tygodniach sobota daję mi okazję do malutkiego wypoczynku i zameldowania się w blogosferze. Jednak teraz... będzie już tylko lepiej. Ta sesja trwała dłużej niż dotychczasowe, z uwagi na większą ilość egzaminów na obu kierunkach, ale to już prawie za mną :) Prawie, albowiem w poniedziałek ostatni egzamin i w marcu dostanę nowych sił witalnych.

Dziś nic konkretnego i nic porywającego, takie tam piti pitu o mnie.  Dobrze, że w sporcie nie ma wielkich rewolucji, wszystko idzie swoim ustalonym rytmem i nikt nie planował go zaburzyć. Wszystko toczyło się spokojnie, dzięki czemu mogłem nadążyć za biegiem wydarzeń i nie wypaść z obiegu.

I co teraz? Z pewnością będę próbował pisać częściej niż raz na tydzień i postaram się pisać posty bardziej merytorycznie niż też dzisiejszy :D

Ile i kiedy to dokładnie nie wiem, bo muszę przyznać, że plan zajęć w semestrze letnim jest katastrofalny. Na piątym roku, na ostatnim semestrze, gdzie powinienem pisać pracę zajęć mam tyle jakbym dopiero, co zaczynał studia. Gdzie tu sens, gdzie tu logika.... Ech :( Tyle, co choć przez chwilę ponarzekam, a raczej szukam usprawiedliwienia na przyszłość, jakby mnie tu nie było dłużej.

Wracam jednak do świata żywych, pomalutku i bez szału i bez wielkiego hałasu! Oto jestem :)