sobota, 22 lutego 2014

Znowu sobota i znowu medale dla Polski!

Ależ sobota! Kolejna polska sobota w Soczi. Dobrze, pamiętamy co wydarzyło się w ubiegłą sobotą. Dwa złote medale. Mistrz olimpijski Stoch i mistrz olimpijski Bródka. A teraz kolejne medale! Wicemistrzostwo olimpijskie zdobyły polskie panczenistki w składzie: Bachleda-Curuś, Woźniak, Złotkowska i Czerwonka. Brązowy medale dla naszych panów z toru łyżwiarskiego w składzie: Bródka, Niedźwiecki i Szymański. Adler Arena zdobyta! Zaraz po Holendrach, ale być drugą nacją w tej dyscyplinie to wielki powód do dumy. Za nami Niemcy, Amerykanie, Kanadyjczycy.
Fot. PAP/Grze­gorz Momot
O ile medal pań nie powinien być wielką niespodzianką to krążek panów możemy tak rozpatrywać. Może to nie wielka sensacja, w końcu mamy mistrza olimpijskiego, a to także brązowi medaliści MŚ, ale igrzyska to igrzyska. Panczeniści zrobili dobrą robotę, choć walka o brąz mogła przysporzyć palpitację serca wszystkich oglądających. Kanadyjczycy rozpoczęli z animuszem i prowadzili najpierw jakieś dwie sekundy, biało-czerwoni zbliżali się, zbliżali i prześcignęli panczenistów z Klonowego Liścia. I ostatecznie wygrali z nimi o dwie sekundy. Rozpędzili się tak, że zdobyli brąz! Piękny, fascynujący trzymający w napięciu wyśgig!
Fot. PAP/Grze­gorz Momot
Dla pań najważniejszy był półfinał. Z Rosjankami. Znowu ta Rosja.... :) Dobra jazda, pod pełną kontrolą i awans do finału i ogromna radość ze srebrnych krążków. Finał jednostronny, przegrany. Można żałować, że panie jednak nie powalczyły jak przystało na olimpijski finał. Choć wygrać z Holandią łatwo by nie było. Co tu marudzić, srebro przed rozpoczęciem IO wzięlibyśmy w ciemno.

Tyle dobrego w Soczi, w sobotnie popołudnie Teraz o przykrym zdarzeniu z przedpołudnia. Dziś mogliśmy cieszyć się jeszcze z jednego medalu, tego z udziałem Justyny Kowalczyk. Niestety Polka musiała zejść straty w wyniku kontaktu z rywalką. Kowalczyk pogłębiła się kontuzja  i odpuściła dalszy bieg. Pretensji jednak do naszej Królowej Śniegu mieć nie można. Robiła, co mogła walczyła, do ostatnich sił, do utraty tchu. Wielki heroizm. Szacuneczek!

I na tym właściwie koniec. Jutro ostatni dzień igrzysk. Ceremonia zamknięcia Igrzysk Olimpijskich w Soczi. Igrzysk niezwykle medalowych dla Polski. Sześć medali, cztery złote, jeden srebrny i jeden brązowy. Tyle złotych dawno nie zdobyliśmy licząc także letnie igrzyska (po raz ostatni w Syndey - sześć złotych), a rezultat w Soczi jest najlepszych rezultatem jeśli chodzi o liczbę zdobytych medali podczas zimowych igrzysk. Myślę, że możemy być zadowoleni.

Zadowoleni z pewnego progresu.

Justyna Kowalczyk to oddzielny przypadek. Indywidualność jakich w polskim sporcie jest niewielu, którzy swoją determinacją wybijają się ponad przeciętność, tak jak Tomasz Majewski, czy Agnieszka Radwańska. Wbrew wszystkiemu wbijają się na światowy poziom. Medal Kamila Stocha to nie przypadek, medal panczenistów chyba również. Chodzi mi o fakt, iż można tu dostrzec pewną progresję, rozwój. Nasze łyżwiarki cztery tata temu były trzecie, teraz są drugie. Panowie dobili do czołówki. Kamil przejął schedę po Małyszu, w skokach narciarskich widać pewien system szkolenia, albowiem oprócz podwójnego mistrza olimpijskiego mamy wielu, utalentowanych skoczków. Tego systemu nie ma w łyżwiarstwie, bo brakuje toru krytego. Kryty tor potrzebny od zaraz. Teraz politycy mogą się wykazać, premier Tusk może wreszcie zrobić coś dobrego. Mam nadzieję, że sukcesy naszych sportowców i media, które będą drążyć temat sprawią, że decydenci podejmą odpowiednią decyzję. Jeden tor to wciąż byłoby mało, ale w przypadku braku, ten jeden może okazać się na wagę złota. Dosłownie! Skoro teraz go nie ma, a są trzy medale w tej dyscyplinie, to wraz z upragnionym torem, na którym można trenować całoroczne te szanse mogłoby być większe, a i być może system szkolenia zacząłby się tworzyć. W końcu chcemy być gospodarzem igrzysk w 2022 roku...

czwartek, 20 lutego 2014

Recenzja: "Gracz. Witaj w brudnym świecie futbolu" Przemysław Rudzki

Kiedy w moje ręce trafi powieść ze sportowymi wydarzeniami w tle zacieram ręce, bo to idealne połączenie, a takie nie zdarza się zbyt często. Lubuje się w tego typu powieściach przede wszystkim dlatego, że akcent sportowy uwidacznia się w powieściach, które obrazują współczesną rzeczywistość. Mimo, że to fikcja przedstawiane są mechanizmy rządzące w sporcie. Jedną z pierwszych była książka Maurycego Nowakowskiego „Okrągły przekręt”. W styczniu tego roku Nikodem Pałasz napisał „Brudną grą”, gdzie kanwą wydarzeń jest tenisowy światek.

I jest też trzecia pozycja. O tej powieści mówiło i pisało się dużo jeszcze przed jej premierą. A rekomendacje na okładce książki takich tuzów dziennikarstwa sportowego jak Tomasz Smokowski czy Michał Pol podnosiły oczekiwania. Powieść „Gracz” jest literackim debiutem Przemysława Rudzkiego dziennikarza Przeglądu Sportowego i prowadzącego blog „Ósmy Dzień Tygodnia”.

„Witaj w brudnym świecie futbolu” tak brzmiący podtytuł od razu wskazuje z czym będziemy mieć do czynienia podczas lektury Rudzkiego. To nie opowieść o tym jak łatwo zostać piłkarzem, spełnić swoje marzenia i dosięgnąć piłkarskiego raju. Nie będzie o głaskaniu się po główce po przegranym meczu, o miłej, spokojnej atmosferze w szatni. Brudny świat futbolu zdominowany jest przez używki, prostytucję, hazard, łapówki i szantaż. W powieści wyłania się obraz polskiego piłkarza. Nocne balowanie z dziwkami, upajanie się alkoholem, wciąganie wszystkiego co można wciągnąć. To jest zakulisowe życie ligowców, którzy przed włączoną kamerą telewizyjną na oczach widzów przysięgają, że kochają swoją żonę, swoje dzieci, że rodzina to największa wartość. Istna obłuda, a łganie przychodzi naturalnie, bez mrugnięcia powieki. Pieniądze, duża kasa, od której przewraca się w głowie. Wszystkim, bez wyjątku – piłkarzom, ich partnerkom, menadżerom, czy biznesmenom. 

„Gracz” nie jest jednak poświęcony nocnemu życiu piłkarzy. To nomen omen opowieść o… graczach. Każdy w futbolowym świecie jest graczem – piłkarze, właściciele klubów, sponsorzy i dziennikarze. Każdy gra, bo każdy chce coś ugrać dla siebie. Gra toczy się wszędzie i zawsze i nie ma od niej ucieczki. Jacy gracze występują w powieści Rudzkiego?

Michał Tkaczyk gwiazda reprezentacji polski i Syreny Warszawa, który będąc u szczytu sławy popełnia samobójstwo. Od tego tragicznego wydarzenia zaczyna się również cała opowieść…

Janek Tkaczyk jest młodszym bratem Michała. Udaje się do Warszawy na testy piłkarskie do Powiśla. Oprócz spełnienia swojego marzenia o byciu piłkarzy pragnie także rozwikłać zagadkę śmierci swojego brata.

Aleksander Wolf, właściciel klubu Powiśle Warszawa, którzy marzy o stworzeniu piłkarskiej potęgi na miarę Ligi Mistrzów.

Konrad Werk, dziennikarz sportowy magazynu Gol . Człowiek, który pragnie wielkich tematów, a taki widzi w śmierci Tkaczyka, dlatego dąży do rozwiązania tej tajemnicy.

Hanna Bent , odbywa staż w magazynie Gol. Współpracuje z Werkiem, bo jej również zależy na wyjaśnieniu  sprawy Tkaczyka.

I jeszcze inni. Piłkarze mniej lub bardziej zdolni, mniej lub bardziej imprezowi. Ich żony, narzeczone i kochanki.  Nie może zabraknąć też ciemnych charakterów, piłkarskiej mafii, gangsterów z krwi i kości.

Całość fabuły opiera się skoncentrowana jest na samobójczej śmierci piłkarskiej gwiazdy, który łączy pozostałe postacie książki. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że w „Graczu” nie ma głównego bohatera.

„Gracz” opisuje dwa światy. Piłkarski i dziennikarski. Choć tak naprawdę, o tym pierwszym nie ma zbyt wiele. Jest raczej bodźcem wyzwalającym reakcję. Odwzorowano życie piłkarzy po meczu, o tym jak się bawią i zachowują, gdy gasną światła jupiterów na stadionie, a błyska kolorowa kula w dyskotekach i klubach go-go. Rudzki skupił się na negatywnej odsłonie futbolu.  Hulanki, zabawy do białego rana. Popularność, która szkodzi, błysk fleszy, który prowadzi do tragedii. Tak właśnie wygląda życie codzienne gwiazd futbolu.

Dość szczegółowo przedstawiono również sferę dziennikarską. Za sprawą Konrada Werka poznajemy kulisy pracy w redakcji. Dowiadujemy się, że osoby piszące o celebrytach to dziennikarscy outsiderzy, że tak poważni i elokwentni ludzie, robią żarty na poziomie gimnazjalistów. Dziennikarze mają wielką moc sprawczą za sprawą jednego tekstu mogą wylansować swoich dobrych kolegów lub też nieprzychylnym artykułem przekreślić szanse, tym piłkarzom, którzy nie mówią im „dzień dobry”.

Nie zamierzam jednak dokładnie ujawniać fabuły, żeby przyszły czytelnik sam z wypiekami na twarzy mógł poznać zakończenie dziennikarskiego śledztwa. Trzeba przyznać, że to najmocniejszy punkt tej historii. Odkrycie prawdy i zaskakujący koniec powieści.

Można natomiast przyczepić się do samej konstrukcji kryminału. Początek był imponujący i podgrzewający atmosferę, która jednak topniała. Przez kilka rozdziałów opowieść tkwiła w miejscu, kręciła się wokół jednego. Było za dużo luk, bohater pojawiał się i znikał, a później trzeba było przypomnieć sobie, o co tak naprawdę chodziło w związku z tą postacią. Niektóre fragmenty były zbyteczne jak na przykład udział Konrada Werka w talk-show. To wydarzenia nie wpłynęło w żaden sposób na rozwikłanie tajemnicy śmierci Michała Tkaczyka. W fabularnej części dość sporym minusem jest też przewidywalność pewnych zdarzeń. Czytelnik  po zaledwie kilku szybko zorientuje się o co chodzi i będzie w stanie szybko połączyć fakty. Jest tak chociażby z opisem Hanny Bent, po którym czytelnik błyskawicznie rozpozna, że była ukochaną Michała Tkaczyka.

I na koniec niektóre wydarzenia były mało autentyczne, a związki między postaciami były większe niż w „M jak Miłość”. Bo jakże prawdopodobna jest historia, w której bezdomny najpierw ratuje chłopaka śpiącego pod mostem, a potem okazuje się, że ten sam bezdomny znał również jego brata. Takiego połączenia nawet Ilona Łepkowska  nie byłaby w stanie wymyślić. 

I moje ostatnie „ale” do tej powieści. Nie płynie z niej żadna pozytywna myśl. Nic dobrego z niej nie wynika, poza  błahym morałem, że prawda zawsze wyjdzie na jaw. Zakończenie jest smutne.  Nie ma nadziei na lepsze jutro. Cała powieść ma raczej depresyjny charakter. Tragizm wylewał się niemal na każdej stronie. Dwa samobójstwa, liczne morderstwa i cała reszta mniejszych bądź większych problemów z szantażowaniem, kradzieżami, pobiciami i kłótniami. Rudzki ewidentne ma tendencje do kreślenie mrocznych historii, w którym zło jest czymś naturalnym, jest tym, co drzemie w każdym człowieku.

Czas na plusy. Po pierwsze bardzo dokładnie, z zegarmistrzowską precyzją opisana została Warszawa. Ulice, place budynki. Doskonały opis sprawiał, że natychmiast oczami wyobraźni można było przenieść się z Pałacu Kultury do lokalu „Oto Sushi” mieszczącego się na Nowym Świecie.  Czytając opisy Warszawy u Rudzkiego, odniosłem wrażenie, że już kiedyś czytałem coś podobnego.  Gdzie? W „Lalce” Bolesława Prusa. Bardzo możliwe, że Rudzki inspirował się na powieści Bolesława Prusa, albowiem w jednym z wywiadów podkreślił, że „Lalkę” czytał dwa razy.

Dobre, wartkie i soczyste dialogi, żywa narracja. Rudzki potrafił zbudować napięcie, wzbudzić ciekawość i włączyć analizowanie faktów przez czytelnika. Podekscytowanie wzbudzały również przedstawienie postaci, które nie było sztampowe. Rudzkich starał się nakreślić portret psychologiczny bohaterów. Dokonując szerszej analizy osobowości niektórych postaci, dałoby się wychwycić pewne nieścisłości, jednak nie w tym rzecz. Uważam, że aspekt psychologiczny to jedna z mocniejszych stron powieści. Zachowania, styl życia, radzenie sobie z problemami, sposób tworzenia mechanizmów obronnych bohaterów jest bardzo prawdziwy.

Wiele jest też odniesień do popkultury, do tego co dzieje się obecnie.  Myślę, że nie będzie błędem jeśli niektóre fragmenty „Gracza” porównam do książki do „Gry o tron”, można też w niej znaleźć  odniesienia do twórczości Wojtka Smarzowskiego. Co ciekawe, także miłośnicy Marka Hłaski, bo otwarcie książki zawiera podobne motywy jakie można znaleźć w twórczości Hłaski.

Jednak nie jest to książka dla dzieci i to warto podkreślić. Może nie ma tam zbyt wielu wulgaryzmów i dokładnych opisów morderstw, obyło się bez szczegółów o tragediach. Natomiast kryminalnych wątków jest aż nadto.

Debiut wypadł dobrze, co prawda kapcie nie pospadały. Jednak jak mawiał klasyk momenty były. Choć  znajdzie się w „Graczu”  trochę słabości, to jednak jest w książce coś, co sprawia, że pożeramy wzrokiem  kolejne zdania. Wciąga, intryguje, wzbudza emocje. Nie sposób się od niej oderwać, czytając stronę po stronie brnęło się w tą opowieść i jak najszybciej,  brnęło się do jej zakończenia, do rozwiązania zagadki. Przecież każdy z nas wziął udział w tej grze, aby wytropić złoczyńcę i zaznać odrobiny chwały.

Na koniec kilka fragmentów z książki:

„Wam żonom piłkarzy, często nie brak oleju w głowie, a jednak zamiast inżynierów, księgowych, wybieracie właśnie sportowców. Kurwa, wielkie panie „piłkarzowe”, eleganckie suczki, w futerkach, siedzące na trybunach. W okularach od Prady, malujecie paznokcie, plotkujecie o nowych koszulkach w najlepszych wypadku, bo przecież nie o taktyce”.

„Konrad Werk zastanawiał się czasem, jak w tym całym wariatkowie może ukazywać się gazeta, ale robienie sobie kawałów pozwalało rozładować codzienny stres i to był po prostu nieodłączny element. (…) Trudno bowiem o większe kłębowisko żmij. Ten labirynt obłudy pełen był podejrzanych postaci – intrygantów pociągających za sznurki z tylnego siedzenia, podszeptujących sługusów, kapusiów, miernot leczących własne kompleksy i trzymający się stołków za wszelką cenę. Ludzie nigdy nie odchodzili stąd sami, czekali, aż ktoś ich zwolni”.


„Skoro daję ci pracę, to pozwoliłem sobie napisać dla ciebie rolę. Jest bardzo prosta, w końcu to tylko futbol, nie żaden teatr szekspirowski. Raz na jakiś czas opowiesz mi, co dzieje się w szatni. Nie, nie bój się, nie chodzi o donoszenie. Zwykła rozmowa. Kto kogo lubi, kto i gdzie się bawi, kto łyka, a kto wciąga. (…) A wtedy zostaniemy mistrzami. I ty również nim będziesz. Pionek też może zbic poważną figurę i pomóc zwyciężyć. To jak, graczu, wchodzisz do mojego świata?”


Moja ocena: 3,5/5

„Gracz. Witaj w brudnym świecie futbolu”, Przemysław Rudzki, Wydawnictwo Buchmann, Warszawa 2013

czwartek, 13 lutego 2014

Polskie złote Soczi!

Witajcie! Wreszcie mogę napisać o polskich momentach podczas igrzysk olimpijskich! Tak jak pisałem wcześniej, najważniejsze starty Polaków oglądam, internety też śledzę, więc powiedzmy wiem, co się na rosyjskiej ziemi wyprawia :)

Szósty dzień igrzysk, a Polska ma dwa złote medale i zajmuje obecnie 10. miejsce! Jedna trzecia igrzysk, a my wysłuchaliśmy już dwukrotnie Mazurka Dąbrowskiego, jest pięknie! Co by nie mówić, to już będą bardzo dobre igrzyska. Statystycznie, bowiem nigdy wcześniej na zimowych igrzyskach nie było dwóch złotych krążków, co sprawia, że w ogólnej klasyfikacji będziemy wysoko!

Najpierw słów kilka o naszym mistrzu olimpijskim. Kamil Stoch 9 lutego przeszedł do historii. Zdobywając złoty medal wpisał się na listę mistrzów olimpijskich, podobnie jak Wojciech Fortuna zdobył złoto w skokach narciarskich i zrealizował, to co nie udało się Adamowi Małyszowi.


Rzecz jasna konkurs na normalnej skoczni oglądałem. I o ile przed konkursem marzyłem o medalu, o tyle po pierwszej serii był on tak blisko, że nie mogłem w to uwierzyć. Musiałem tonować swoje nastroje, bo robiło się zbyt pięknie. Daleki skok, olbrzymia przewaga, dobra forma Kamila, ale sporo już w życiu widziałem, a sport uczy, że nie można być niczego pewnym. I właściwie druga seria zaczęła się dla mnie gdy swoje skoki oddało już 29 zawodników, a na górze został ten jeden. Bo, co mnie reszta obchodzi (oczywiście, w pewnym sensie, albowiem pozostali Polacy też spisali się dobrze), jak ta najważniejsza chwila i doniosłe wydarzenia dopiero przed. Kamil potwierdził, że był najlepszy, że był po prostu mistrzem. Nie ma mowy o szczęściu czy czyimś nieszczęściu, że ktoś/coś pomogło. Wygrał, bo skakał najlepiej, najdalej i najpiękniej!

Dziś do naszej kolekcji wpadło drugie złoto. Złoto, które na długo przed rozpoczęciem igrzysk, czy rok temu z pewnością bylibyśmy pewni i przekonani, że Justyna Kowalczyk wróci z igrzysk z medalem. Jednak ostatnie wydarzenia, podczas których Justyna rywalizowała ze złamaną kością z pewnością tę pewność wytrąciła. Nie będę pisał, co się działo po pierwszym starcie w Soczi, gdzie nasza biegaczka zajęła dopiero szóste miejsce. I jak tę lokatę przyjęto w mediach. Przyznam się szczerze, że byłem smutny, nic więcej. Ani wkurzony, ani zadowolony. Czy przestałem wierzyć? Nie, a w dodatku dzisiaj śledząc zmagania ściskałem kciuki jak nigdy przedtem. A z każdą kolejną sekundą biegu serce się radowało. Kowalczyk na mecie, jest pierwsza, ale gdzie Kalla, gdzie Johaug, no i gdzie jest Marit B. Były. Były za Polką!

Polka zdobyła swój pierwszy złoty medal w Soczi, została mistrzynią olimpijską po raz drugi z rzędu! Została polską zimową multimedalistką olimpijską, choć licznik wciąż tyka.

Kto oglądał ten widział jak Justyna zachowywała się po biegu. Radość przeplatała się ze łzami. Takiej Polki jeszcze nie oglądaliśmy. Zawsze po biegu uśmiechnięta od ucha od ucha i szczęśliwa. Teraz na jej twarzy rysowało się tysiące emocji, a przez głowę przebiegała pewnie myśl: wygrałam, i co teraz powiecie malkontenci. Walczyłam i wywalczyłam! Cztery lata temu olbrzymim hartem ducha wykazała się Petra Majdić, która ze złamanym żebrem dobiegła na trzecim miejscu. Teraz mamy swoją bohaterką (swoją drogę nie pierwszy raz), która z kontuzją tak dzielnie walczyła i uszczęśliwiła Polaków. Jest wielka. Jest cudowna. Fantastyczny sportowiec. Brakuje słów na dokonania polskiej królowej!


Teraz, aby nie było tak słodko. I aby te dwa złote medale nie przyćmiły obrazu tego, z czym mamy do czynienia w polskim sporcie. Nie lubię określenia "ktoś pojechał na wycieczkę", ale obecnie w profesjonalnym sporcie przestał się liczyć sam udział w igrzyskach, dlatego niektóre występy mogą nosić tę niechlubną nazwę. Po co szczycić się faktem, że wysyłamy najliczniejszą reprezentację, może zamiast na ilość postawić na jakość. Wyjątkiem stanowiłyby młodzi sportowcy, którzy pojechaliby po naukę i doświadczenie, które zaprocentuje w przyszłości. Wtedy ostatnie miejsce jestem w stanie zaakceptować. Piję tu przede wszystkim do męskiej ekipy biathlonu. Do Soczi pojechało, aż pięcioro Polaków. Nie chcę wiedzieć, które miejsce jest ich najlepszych wynikiem podczas igrzysk. Bo nie ma czym się chwalić. Pewien snowbordzista też nie lepszy. Szumnych zapowiedzi jak zwykle masa, a na każdym igrzyskach jest to samo, a co grosza z porażką trzeba umieć się pogodzić, a nie zwalać na wszystko dookoła.

Na chwilę obecną tyle moich spostrzeżeń z IO 2014.

Do napisania! Oby jak najszybciej, bo to znaczyłoby jakiś medalowy krążek dla naszej ekipy!

sobota, 8 lutego 2014

Igrzyska Olimpijskie Soczi 2014 otwarte!

Witajcie! Piątkowe wydarzenie, jakim było rozpoczęcie XXII Zimowych Igrzysk Olimpijskich nie mogły pozostać bez echa. Jak to napisałem już na fanpejdżu sesja jest dwa razy w roku, a igrzyska raz na cztery lata, więc wybór, który dokonałem był prosty :)

Niestety ubolewam, że nie będę mógł śledzić zmagań wszystkiego, co będzie dostępne w tv, więc nie zapoznam się dość dobrze z nowymi dyscyplinami olimpijskimi. Najważniejsze starty Polaków obejrzę, to oczywiste. Będzie musiało mi to wystarczyć, bo jednak nie samymi igrzyskami człowiek żyje. A szkoda :(

Słów kilka o wczorajszej uroczystości otwarcia igrzysk. Spodziewałem się, że będzie z rozmachem, że każdy kolejny gospodarz chce przebić swoich poprzedników, a tu nic z tego. Ceremonia  nie zrobiła wielkiego "wow", a w porównaniu do tej z Pekinu czy Londynu okazała się ubogim krewnym. Wydaje mi się, że na takie postrzeganie złożył się w dużej mierze moment zapalenia olimpijskiego znicza. Trwało to za długo, ale przede wszystkim zabrakło zaskoczenie i momentu napięcia. Jeszcze na samym końcu myślałem, że to ktoś inny zapali znicz, a nie łyżwiarka figurowa Irina Rodnina i hokeista Władisław Trietjak, czekałem na niespodziankę, ale tej nie było. Całość tej sytuacji ratowała tylko Marija, w rozpuszczonych włosach wyglądała obłędnie :D
Fot.  EAST NEWS
Wpadki, były jedna nawet mocno dotykająca nas, Polaków :) To jednak pokazuje, że Rosjanie to wbrew pozorom tylko ludzie, a Putin nie ma wszechogarniający władzy i nie może nad wszystkim zapanować.

I jeszcze o polskich olimpijczykach. Bardzo ładne stroje, po raz kolejny nasi zawodnicy na ceremonii otwarcia wyglądali dobrze. Jedni z najlepiej ubranych reprezentacji w Soczi, w porównaniu do Niemiec nasze stroje były przyjemne w oglądaniu. Dobrze, że chociaż o aspekt odzieżowy nie musimy się martwić i kompleksów ten fakt nie będzie nam przysparzał.

Tak przyszła mi na pewna myśl, która jest dość mocna akcentowana na studiach, a mianowicie: czego się nie douczę/ nie dopowiem to dowyglądam. Pewnie, u niektórych polskich zawodników może być podobnie, czego nie doćwicze, to dowyglądam. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że z 59 liczby olimpijczyków większość z nich uplasuje się choć na miejscach punktowanych. Tyle moje malkontenctwa, bo jestem optymistą i liczę na worek medali, dobre wyniki i dużo miłych niespodzianek!
Fot. PAP
Trzymajmy kciuki!