poniedziałek, 13 stycznia 2014

Przyszła pora na zwierzenia - cz. X

Witajcie! W tym nowym roku jeszcze Wam się nie zwierzałem :) Dzisiejsza notka będzie poświęcona moim wspomnieniom z 2010 roku, a więc nie tak dawno temu…

Każdy rok w sporcie zaczyna się podobnie. Styczeń oprócz wydarzeń z zimowych aren jest także miesiącem, w którym o najcenniejsze trofea walczą piłkarze ręczni.

Mistrzostwa Europy rozgrywane były w Austrii, a Polacy na ten turniej jechali ze sporymi nadziejami, bo znaczna część składu Bogdana Wenty znała smak wicemistrzostwa świata z 2007 roku. Oczekiwania były spore i trzeba przyznać, że nasi szczypiorniści dawali radę. Pewnie wygrali swoją grupę, w której rywalizowali  z Niemcami, Szwecją i Słowenią i właśnie z tą ostatnią nie wygraliśmy meczu, bowiem był tylko remis.

Ale to nic, bo szansa na walkę o medale  była spora. Choć w drugiej fazie nasi zawodnicy trafili na trudnych rywali. Rozstrzygający o wszystkim miał być pierwszy mecz w tej rundzie, a więc pojedynek z Hiszpanią. I jak to w wykonaniu naszych szczypiornistów emocji nie brakowało. Na szczęście dość szybko udało się zdobyć kilkupunktową przewagę, więc obyło się bez nerwów w ostatnich minutach.  Co ciekawe, o wiele więcej kłopotów sprawili nam Czesi, z którym wygraliśmy jedną bramką! To spotkanie mogło przysporzyć o palpitacje serce. Raz na prowadzeniu Polska, a raz Czechy i tak właściwie do samego końca. Ostatecznie udało się wygrać…. I na koniec mecz z Francją, który decydował tylko o końcowym miejscu w tabeli, o to kto zajmie pierwsze, a kto drugie miejsce. Wygrali Trójkolorowi, a podopieczni Went zajęli drugą lokatę.

Przed półfinałowym starciem można było być optymistą. Mimo tego, że rywalem była Chorwacja. Rywal trudny, niewygodny, z którym naszym nigdy nie grało się łatwo, choć po pierwszej połowie było dobrze – prowadziliśmy jedną bramką. Zapowiadało się jednak piekielnie długie, wyczerpujące, stresujące 30 minut. Pewnie takie było, zbytnio nie pamiętam. Na pewno sporo mówiło się o krzywdzących decyzjach sędziów i oto było wiele pretensji. Rywale jednak prowadzili kilkoma bramkami, a ambitna pogoń Polaków nie pomogła uzyskać korzystnego wyniku. Chorwacja w finale, my zagraliśmy o brąz. Niestety pojedynek przegrany. O meczu z Islandią po prostu napiszę, że się odbył, nic więcej o nim napisać nie można.

2010 rok był przede wszystkim rokiem Igrzysk Olimpijskich w Vancouver. Igrzysk dla Polski niezwykle udanych, bo zdobyliśmy sześć medali, a połowę z nich zdobyła Justyna Kowalczyk. Polska Królowa jechała do Kanady, by po 38 latach wywalczyć dla Polski złoty medal. I udało się. Chociaż ostatnie metry biegu na 30 km przejdą do historii polskiego, a być może światowego sportu. Wygrać bieg na najdłuższym dystansie o długość stopy, o zaledwie 0.3 sekundy… Pojedynek z Norweżką był fascynujący, a chyba każdy kto go oglądał modlił się, że Justysia wytrzymała. Przyznam się szczerze, że fatalnie to się oglądało, na te kilkanaście sekund zamarłem nie oddychałem. Serce chyba też nie pracowało, a i z układem nerwowym też pewnie było nieciekawie. Złoto jednak dla Polski! Justyna Kowalczyk mistrzynią olimpijską! Ponadto biegaczka narciarska zdobyła jeszcze srebrny medal w sprincie i brąz w biegu łączonym.



Nawet teraz gdy odpaliłem ten filmik jakoś momentalnie w moich oczach pojawiły się łzy wzruszenia, kapitalna sprawa...

Igrzyska w Vancouver były też ostatnimi dla Adama Małysza. Kolejnej wybitnej gwiazdy polskiego sportu. Polskiemu skoczkowi w kolekcji brakowało tylko złotego medalu. I z takim zamiarem jechał w 2010 roku, aby wywalczyć tytuł mistrza olimpijskiego. Niestety nic z tego. Ponownie najlepszy okazał się Simon Ammann, a Polak musiał zadowolić się dwoma srebrnymi medalami.

Na tym igrzyska dla polskich kibiców miały się skończyć. Po krążki miały sięgnąć Kowalczyk i Małysz. Olbrzymią radość i wielką niespodziankę sprawiły nam łyżwiarki w składzie Bachleda-Curuś, Woźniak i Złotkowska. Takie sensacje kochamy. Dobrze pamiętam tę rywalizację. Każdą okazja była dobra, by się nie uczyć na egzaminy. Takie czasy studenta w czasie sesji. Ćwierćfinał z Rosją.  Który to już raz zdarza się, że aby wejść do półfinału i  walczyć o medale musimy pokonać Rosję! iIe było takich pojedynków w różnych dyscyplinach. Spotkanie oglądałem gdzieś w Internecie, a komentował je Piotr Dębowski. Tak go nie trawiłem, ale gdy darł paszczę, gdy Polki dobrze jechały to jakoś przestał mnie drażnić. Udało się pokonać Rosjanki, bo którejś coś tam się stało i nie dojechała tak szybko jak koleżanki. Euforia, Polki o krok o medalu igrzysk olimpijskich. Był dzień przerwy, więc można było ochłonąć. A następnego dnia znowu zasiąść przed ekranem i trzymać kciuki. W półfinale nasze łyżwiarki mierzyły się z Japonią, zabrakło nie dużo, ale jednak pozostała walka o brąz. I znowu wielka nerwówka. I ponownie wzywanie Boga, modlitwy, różańce. Oby, oby się udało. Przecież jest już tak blisko… W decydującej batalii o medal nasze panie pokonały Amerykanki. I sensacyjny medal stał się faktem. Radości nie było końca, a jak ważny to był sukces. Pokazały kolejne lata, które pozwoliły tchnąć w łyżwiarstwo szybkie nowego ducha.

Pierwsza ważna impreza w 2010 roku, zakończona. Potem przyszedł czas na mistrzostwa świata… w siatkówce. Tak, tak. Piłkarski mundial jakoś mnie nie grzał. Mimo, że był w RPA. A z tym wydarzeniem kojarzy mi się utwór Shakiry Waka-Waka, wuwuzele i fakt, iż wygrała Hiszpania. To tyle, jeśli chodziło o mój mundial w RPA. Może trochę przesadzam, bo parę meczów obejrzałem. Tego nie da się ukryć, ale za wiele nie pamiętam.

Siatkarski Mundial panów rozgrywany we Włoszech. Co tu dużo mówić jechaliśmy z olbrzymimi nadziejami na sukces. Wicemistrzostwo z 2006 roku, złoto ME w 2009. Byliśmy faworytem, bo i skład drużyny był już taki jak oczekiwano – z Wlazłym i Winiarskim. A mimo to nie pykło – jak powiada mój brat. Dlaczego nie pykło? Tego nie wie nikt. Choć początek nie zwiastował fatalnego wyniku. Wygraliśmy grupę zostawiając w pokonanym polu Serbią, Niemcy i Kanadę. Na nic to się zdało, bo w kolejnej grupie trafiliśmy na Brazylię i Bułgarię. Nie wygraliśmy nawet seta i przygoda z mundialem dla polskich siatkarzy dobiegła końca. Ostatecznie 13 miejsce, najgorsze od dawien dawna. Można mówić o kombinowaniu zespołów, o poronionym systemie (to akurat święta prawda), ale nie potrafiliśmy wygrać meczu z Bułgarią i tu chyba leżał największy problem, bo o porażkę z Brazylią pretensji mieć nie można. A oprócz kunktatorstwa zapamiętam rewelacyjną postawę Kubańczyków, którzy sięgnęli po srebro. Warto też odnotować, iż mistrzostwo świata w
2010 roku było ostatnim triumfem Brazylijczyków na Renie międzynarodowej.

Po tak kiepskim występie panów, tradycyjnie liczyliśmy już na nasze panie. Zacznę może od końca. Biało-czerwone zajęły 9 miejsce. I jak szczycił się Matlak to najlepszy wynik naszej kadry, a trzeba przecież znać swoje miejsce w szeregu. Niestety, gdy nie ten fakt, to śmiem twierdzić, że to nie Japonki, a Polki cieszyłyby się z brązowych medali. Owszem można gdybać, czasu nie cofniemy. Natomiast nieudolne decyzje Matlaka spowodowały, że wygrany mecz z Japonkami został przegrany w tie-breaku. Podłamane Polki dzielnie walczyły z Serbkami, ale też uległy. Do drugiej rundy wychodzimy z dwoma porażkami, choć tak naprawdę, mogliśmy wyjść z czystym kontem.  Potem baboli Matlaka było jeszcze co niemiara. Polki miały okazję grać o piąte miejsce, ale nonszalanckie decyzje Matlaka – nieuzasadnione zmiany przez, co traciliśmy głupio punkty sprawiły, że do walki o miejsce 5-8 zabrakło czterech oczek. Potem udało się wygrać z Holandią i Chinami i zająć te 9 miejsce. Miejsce, którym Matlaczenko chwali się pewnie do dziś. A rzeczy z tego turnieju odbiją się czkawką do dziś. Resztę historii znajdzie na moim blogu, bo często odnosiłem się właśnie do poczynań tegoż trenera i jego następców. A przykry skutek m.in. tych działań poznaliśmy w ubiegłym tygodniu w Łodzi…

3 komentarze:

  1. Nasze ogromnie rozbudzone apetyty na siatkarskich MŚ mężczyzn, były podyktowane wcześniejszym zdobyciem Mistrzostwa Europy. Zapomnieliśmy że po suto zastawionej imprezie, kolejna zabawa kończy się dla nas "urwanym filmem". Ten film urwali nam wtedy Bułgarzy a Brazylia tylko dopełniła dzieła zniszczenia. Masz rację że Kuba zagrała wówczas kapitalny turniej, a tacy zawodnicy jak Simon, Camejo czy Bell potrafili odnaleźć się w Europie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nasi szczypiorniści zawsze przysparzają o palpitacje serca, więc i wtedy "tradycja" musiała być podtrzymana. Tak się zastanawiałam po wczorajszym meczu czy kiedyś obejrzę mecz naszych reprezentantów w całkowitym spokoju i luzie? ;)
    Igrzyska zimowe zawsze mnie trochę mniej interesowały od letnich, ale każdy powód żeby się nie uczyć jest dobry, więc oglądało się więcej transmisji ;) A tego biegu Justyny nie zapomnę! Pamiętam jak wszyscy w domu (a dom był akurat pełen urodzinowych gości) byli rozemocjonowani, jak krzyczeliśmy "dajesz Justyna! jeszcze troszkę!" i ten wspólny okrzyk radości po wygranej - coś pięknego!
    A po siatkarskim mundialu pamiętam tylko wielkie rozczarowanie i kombinacje. Mam nadzieję, że po tegorocznych nasze wspomnienia będą zdecydowanie inne :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Justyna Kowalczyk jest naszą królową. Liczę, że na tegorocznych igrzyskach pójdzie jej tak samo dobrze albo i lepiej. Pokona Bjoergen i wywalczy złote medale.
    Niestety reszta rzeczy jest raczej smutna. Bardzo słaby występ panów i kiepski pań na MŚ. Mam nadzieję, że w tym sezonie dojdziemy do strefy medalowej.

    OdpowiedzUsuń