sobota, 25 stycznia 2014

Oj, dzieje się, dzieje! Mamy wielkoszlemowego mistrza!

Witajcie! Przepraszam, że tak małą aktywność w blogosferze, ale... "Ale" jak najbardziej znane, najzwyczajniej w świecie w tej chwili nie mam tyle czasu, by gościć tu częściej.

Sesja tuż tuż, mnóstwo zaliczeń, kół, prac zaliczeniowych, a potem już egzaminy. Nie jest łatwe życie studenta :) Przerabialiśmy to już w zeszłym roku, więc mam nadzieję, że mi wybaczycie i cierpliwie poczekacie, aż ta udręka się zakończy. Postaram się tu wpadać, co jakiś czas i coś skrobnąć, bo wiecznie człowiek uczył się nie będzie :D

Dzieje się jednak nie tylko u mnie, ale i na sportowych arenach, gdzie głośno jest/było o polskich wyczynach.

Zacznę od najświeższych informacji, a więc triumfu Łukasza Kubota w Australian Open. Po tylu latach doczekaliśmy się polskiego wielkoszlemowego mistrza. Nie Janowicz, nie Radwańska, a właśnie Łukasz. Tak trzymać wielkie brawa! Bez znaczenia, że to sukces w deblu, jak niektórzy już deprecjonują ten tytuł. Został mistrzem i pozostanie nim już na zawsze! Powinniśmy się cieszyć, albowiem Łukasz zrobił cudowną promocję Polski i języka polskiego na kortach w Melbourne!

Zwycięstwo Łukasza z pewnością jest miłą niespodzianką i przyjemną chwilą. Osobiście jednak liczyłem, że dziś będzie polski dzień w Australii. Agnieszka Radwańska jednak nie zdołała awansować do finału, choć okazję ku temu miało doskonałą. Szkoda, szkoda tym większa, że szansę na wygraną były spore.. Nie było Williams, nie było Szarapowej, Azarenkę wyeliminowała samą... Nadal nie mogę tego przeżyć i wciąż się zastanawiam, kiedy się uda. Olbrzymia szansa podczas Wimbledonu 2013, teraz Australian Open... Potrzeba cierpliwości i doświadczenia... Może musi poczekać na swoją kolej, Łukasz też długo czekał na sukces....

Sporo dzieje się też w siatkówce. Mecze ligowe, zamieszania z Grzegorzem Boćkiem, zwycięstwa Resovii i Jastrzębskiego w LM. Choć większość z nich to wydarzenia z krajowego podwórka. Poza losowaniem grup do MŚ 2014, które odbędzie się w poniedziałek. Właściwie najważniejsze rzeczy już są jasne, Polacy zagrają z Serbią i Argentyną, pozostałe zespoły poznamy w drodze losowania, ale siatkarskie potęgi to nie będą :)

I na koniec jeszcze raz gratulacje dla Łukasza i Roberta :)

Fot. ausopen.com

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Recenzja: "Muhammad Ali. Moje życie. Moja walka"

Muhammad Ali siedemnastego stycznia 2014 roku świętował swoje siedemdziesiąte drugie urodziny. Jeśli pragniecie poznać historię najlepszego boksera, który trzykrotnie został mistrzem świata mającego także w dorobku złoty medal olimpijski jest ku temu wyśmienita okazja!

Szansę zapoznania się bliżej z sylwetką Alego dało wydawnictwo Veni Vidi Vici, które zdecydowało się wydać książkę „Moje życie. Moja walka” po 22 latach od publikacji na amerykańskim rynku. I chwała, że doczekaliśmy się polskiego wydania, bo jest, co czytać i nie chodzi tu tylko o niebagatelną liczbę 600 stron, ale przede wszystkim o doskonale opowiedzianą historię wielkiego sportowca.

Autorem biografii Alego jest Thomas Hauser, amerykański pisarz nominowany do nagrody Pulitzera. Nie bez kozery podaję nazwisko twórcy, albowiem należą mu się wielkie gratulacje za stworzenie bardzo dobrej książki. „Moje życie. Moja walka” jest tak obszerną lekturą, ponieważ Hauser, aby stworzyć pełen obraz życia Muhammada, a zarazem bardzo obiektywnie ukazać sylwetkę boksera wraz z jego przywarami i zaletami porozmawiał z blisko 200 osobami, które w swoim życiu miały kontakt z Alim. Lista osób, do których dotarł Hauser jest imponująca, wśród nich znajdują się przeciwnicy, wrogowie, przyjaciele, lekarze, politycy nie zabrakło też członków rodziny i samego Alego. Dzięki temu opisywany obraz nie jest jednowymiarowy, każda z tych postaci widziała Alego na swój sposób, każda inaczej. Warto zaznaczyć, że były osoby, które odmówiły komentarza, wśród nich znalazła się eksmałżonka Veronica Ali czy Don King znany promotor bokserski. Niewątpliwie można żałować braku wypowiedzi tych osób, a w szczególności Dona Kinga, albowiem w książce pojawiło się kilka zarzutów wobec amerykańskiego promotora.

Za sprawą tak znaczącej liczby wypowiadanych osób mogę zaryzykować stwierdzenie, że każda z tych postaci pomoże czytelnikowi zrozumieć Alego. Warto zaznaczyć, że nie jest panegiryk napisany na część Alego. Nie zawsze jest wychwalany pod niebiosa, nie ma próby wybielenia jego występków, są słowa krytyki. Muhammad został opisany na dobre i na złe.

„Moje życie. Moja walka” jest biografią o życiu Muhammada Alego. O niezwykły życiu niebanalnego człowieka. To fascynująca opowieść, ponieważ jego znakomita, długa kariera była jedną z najbardziej wciągających, obfitująca w wydarzenia sportowe jak i te pozasportowe, o których wspomina się do dziś. Ali to człowiek legenda, o którym głośno było na ringu, ale i poza nim. W biografii nie zabrakło wątków sportowych to oczywiste. Opisane są wszystkie najważniejsze walki amerykańskiego boksera, które zapisały się w annałach światowego sportu, czyli „Rumble in the Jungle” z George'em Foremanem, „Thrilla in Manila” z Joe Frazierem, bądź ta z 1981 roku nazwaną „Drama in Bahama”, w której Ali przegrał z Trevorem Berbickiem. W biografii Alego obok wielkich mistrzów wagi ciężkiej przywoływany jest również Zbigniew Pietrzykowski, z którym młody Amerykanin stoczył zacięty pojedynek w finale Igrzysk Olimpijskich w Rzymie. Złoto dla osiemnastolatka z USA otworzyły drzwi do światowej kariery, a nam Polakom pozostaje tylko żałować, że złoto nie padło udziałem Pietrzykowskiego, choć z drugiej strony nie wiadomo czy kariera Alego potoczyłaby się w ten sposób...

Autor zdradził kulisy każdej z walk o mistrzostwo świata, o tym jak dochodziło do tych pojedynków, co ustalano przy zielonym stoliku, przytaczane są słowa z konferencji prasowej z udziałem Muhammada i jego rywali, o której czasami mówiło się więcej niż o samych walkach. Ali to nie tylko wielka osobowość świata sportu, to globalna osobowość, która zmieniła życie… przynajmniej czarnych mieszkańców żyjących w Stanach Zjednoczonych. Książka ukazała problem segregacji rasowej w USA, która na przełomie lat 50. i 60. wcale nie ustąpiła. Bokser walczył o równouprawnienie, walczył o swoją wolność i poszanowanie praw, skutecznie zerwał z białym establishmentem. Opowiedział się przeciwko  wojnie w Wietnamie. W imię wyższych ideałów stracił licencję, pasy mistrzowskie i przez 3 lata nie mógł stanąć w ringu. Mimo to nie poddał się, choć pod względem sportowo na tym stracił, albowiem przerwano jego karierę w najlepszym sportowym momencie będący na samym szczycie. Ali przetrwał. Podążył swoją drogą i mentalnie wyszedł z tej potyczki zwycięsko.

Poniżej kilka cytatów:

„Wierzę w Allaha i pokój. Nie zabiegam o dom w białej dzielnicy. Nie pragnę poślubić białej kobiety. Zostałem ochrzczony, kiedy miałem dwanaście lat, ale wówczas nie rozumiałem, po co. Nie jestem już chrześcijaninem. Wiem, dokąd zmierzam i poznałem prawdę. Nie muszę być tym, kim chcecie, abym był. Jestem wolny i mogę być, kim chcę”.

„Zmiana nazwiska była jedną z najważniejszych rzeczy, jakie wydarzyły się w moim życiu. Uwolniłem się od tożsamości nadanej mojej rodzinie przez właścicieli niewolników. Gdyby Hitler zmienił nazwiska ludzi, których zabijał, ale zamiast ich zabijać uczynił niewolnikami, to po wojnie ci ludzie zmieniliby swoje niewolnicze imiona. To właśnie zrobiłem. Ludzie zmieniają nazwiska cały czas i nikt nie ma do nich pretensji. Aktorzy i aktorki zmieniają nazwiska. Papież przybiera nowe imię”.

„Nie potrzebuję ochroniarzy ani broni palnej. Bój jest moim ochroniarzem, Allah mnie obroni. Kiedy wchodzę na stadion ze stutysięczną widownią, ludzka siłą nie zdoła powstrzymać strzelca, który będzie chciał mi wpakować kulkę. Nie mogę przejmować się takimi rzeczami. Człowiek pogrążony strachem nie może normalnie żyć i cieszyć się życiem. Bogu więc powierzam opiekę nad sobą. To Allah decyduje, kiedy przyjdzie po każdego z nas”.

„Czas mnie dogonił. Po raz pierwszy czuję, że mam czterdzieści lat. Wiem, że to koniec, nie jestem szalony. Po Holmesie szukałem wymówek. Za mało ważyłem, miałem kłopoty z oddychaniem. Tym razem nie mam wymówki, ale przynajmniej nie wylądowałem na deskach. Nie mam zdjęcia, na którym leżę powalony na dechach, przelatuję przez liny, z połamanymi zębami, zlany krwią. Cieszę się, że jestem ciągle dość ładny. Poszło nieźle jak na starego człowieka. Wszyscy czasami przegrywają. Wszyscy się starzeją”.


„Moje życie. Moja walka” opisuje nie tylko przemiany, jakie dokonały się w amerykańskim społeczeństwie na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Sporo miejsca oprócz spraw społeczno-kulturowym poświecono religii. W książce znalazł się specjalny rozdział poświęcony islamowi. Jednak to, co wydaje się być najbardziej interesujące to początek zwracania się ku Allahowi, co było przyczynkiem do zmiany imienia i nazwiska (Muhammad Ali urodził się jako Cassius Clay). Islam w książce przewija się niejednokrotnie i trzeba przyznać, że były to fragmenty najbardziej nużące.

Niezbyt interesujące było też maglowanie jednego tematu przez niemal cały rozdział. Bo ile można czytać o rozrzutności Alego, i że nie liczył się z pieniędzmi. Na ten temat wypowiadali się wszyscy począwszy od gosposi a skończywszy na maklerze w banku. Muszę wsadzić łyżkę dziegciu w tą beczkę miodu. Zabrakło mi selekcji informacji, wyboru tych najciekawszych fragmentów. Część wypowiedzi powinna być znacząco zredagowana, dzięki temu uniknęlibyśmy powtarzania tematu. Ponadto wyrażam swoje ubolewanie, że tak mało było Alego w Alim. Wypowiedzi samego boksera nie jest zbyt dużo, a były momenty, w którym przydałby się komentarz samego bohatera.

Książka ta to jednak zdecydowane plusy. Wielka przyjemność z czytania i świetna okazja do zapoznania się z biografią wielkiego mistrza. Ali dokonał rzeczy wielkich na ringu, które stanowiły doskonały oręż do zmian jakie dokonały się w społeczeństwie, ale też w sporcie. Amerykanin spowodował, że na boksie zaczęto zarabiać grube miliony organizowano wielkie gale i zaciemnionych, zadymionych piwnic przeniesiono się na piękne i czyste hale widowiskowo-sportowe. Ali wzbudzał zainteresowanie mediów, potrafił z nimi współpracować, ale też wykorzystywać do zdobycia upragnionego celu. Był też  prekursorem publicznego obrażania przeciwników przed walką, co było próbą zdobycia przewagi psychologicznej jeszcze przed wejściem na ring.

„Moje życie. Moja walka” to kompendium o boksie. Tym samym jest to lektura dla fanów tej dyscypliny, którzy oprócz poznania historii największego z największych przyswoją wiedzę o samym boksie, o tym jak rozwijał się na przestrzeni dziesięcioleci, jak doszło do pełnej profesjonalizacji i na przykładzie Alego ukazano marketingową stronę tego przedsięwzięcia. Trzykrotny mistrz świata zrobił z boksu show biznes. Śmiało można powiedzieć, że każdy kto dziś zarabia w boksie wielkie pieniądze zawdzięczają je po części Alemu. Z pewnością te słowa odnoszą się do Dona Kinga, o którym w książce poświecono sporo miejsca. Nie są to jednak słowa chwalebne, wręcz przeciwnie - wielu współpracowników Alego ma o nim nie najlepsze zdanie twierdząc, że jest „zepsutym do szpiku megalomanem”, ostrzejsze wersje porównują Dona Kinga do Hitlera, do dyktatora z państwa policyjnego.

Dzięki tej pozycji poznajemy też portret psychologiczny Muhammada Alego. Ali to ekstrawertyczna osobowość. Kontrowersyjny, bezpretensjonalny agresywny, bezczelny, prowokujący rywali. A zarazem pewny siebie, znający swoją wartość, odważny i inteligentny – taki był na ringu. Poza nim był wrażliwym poetą, dobrą osobą, chcących uszczęśliwiać wszystkich we wszystkim. Beztrosko oferował swoją pomoc finansową każdemu, kto tego potrzebował. Jego dom był otwarty dla wszystkich. Nie martwił się o swoją prywatność. W domu pojawiali się studenci, przyjaciele, sąsiedzi i turyści dla wszystkich znajdował, choć chwilę czasu na pogawędkę. Ufał ludziom, wybaczał nawet tym, którzy wyrządzili mu mnóstwo krzywdy. Ali nie lubił unieszczęśliwiać ludzi, dlatego skrupulatnie składał autograf każdemu, kto zapragnął mieć pamiątkę po wielkim mistrzu. Choć bywał wykończony, cierpliwie podpisywał kartki.

Z biografii dowiadujemy się, że sława nie zmieniła Muhammada. Pozostał taki sam, nie zapomniał o swoich korzeniach wraca do rodzinnej miejscowości, odwiedza znajomych z dzieciństwa. Nie uważał, że sławni ludzie są lepsi. Wszystkich traktował jednakowo. Ali zdawał sobie sprawę ze swojej wielkości dzięki, której mógł zmieniać rzeczywistość. Stwierdził, że gdyby nie był bokserem, nie byłby sławny. A gdyby nie był sławny, nie zdołałby dokonać tego, czego dokonał.

A, że dokonał rzeczy wielkich nie trzeba nikogo przekonywać. Zyskał przydomek ,,The Greatest”. Myślę, że to określenie nie będzie także na wyrost dla książki „Moje życie. Moja walka”. Istny nokaut!

Moja ocena: 5/5

,,Muhammad Ali. Moje życie. Moja walka”, Thomas Hauser, Wydawnictwo Veni Vidi Vici, Kraków 2013

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Przyszła pora na zwierzenia - cz. X

Witajcie! W tym nowym roku jeszcze Wam się nie zwierzałem :) Dzisiejsza notka będzie poświęcona moim wspomnieniom z 2010 roku, a więc nie tak dawno temu…

Każdy rok w sporcie zaczyna się podobnie. Styczeń oprócz wydarzeń z zimowych aren jest także miesiącem, w którym o najcenniejsze trofea walczą piłkarze ręczni.

Mistrzostwa Europy rozgrywane były w Austrii, a Polacy na ten turniej jechali ze sporymi nadziejami, bo znaczna część składu Bogdana Wenty znała smak wicemistrzostwa świata z 2007 roku. Oczekiwania były spore i trzeba przyznać, że nasi szczypiorniści dawali radę. Pewnie wygrali swoją grupę, w której rywalizowali  z Niemcami, Szwecją i Słowenią i właśnie z tą ostatnią nie wygraliśmy meczu, bowiem był tylko remis.

Ale to nic, bo szansa na walkę o medale  była spora. Choć w drugiej fazie nasi zawodnicy trafili na trudnych rywali. Rozstrzygający o wszystkim miał być pierwszy mecz w tej rundzie, a więc pojedynek z Hiszpanią. I jak to w wykonaniu naszych szczypiornistów emocji nie brakowało. Na szczęście dość szybko udało się zdobyć kilkupunktową przewagę, więc obyło się bez nerwów w ostatnich minutach.  Co ciekawe, o wiele więcej kłopotów sprawili nam Czesi, z którym wygraliśmy jedną bramką! To spotkanie mogło przysporzyć o palpitacje serce. Raz na prowadzeniu Polska, a raz Czechy i tak właściwie do samego końca. Ostatecznie udało się wygrać…. I na koniec mecz z Francją, który decydował tylko o końcowym miejscu w tabeli, o to kto zajmie pierwsze, a kto drugie miejsce. Wygrali Trójkolorowi, a podopieczni Went zajęli drugą lokatę.

Przed półfinałowym starciem można było być optymistą. Mimo tego, że rywalem była Chorwacja. Rywal trudny, niewygodny, z którym naszym nigdy nie grało się łatwo, choć po pierwszej połowie było dobrze – prowadziliśmy jedną bramką. Zapowiadało się jednak piekielnie długie, wyczerpujące, stresujące 30 minut. Pewnie takie było, zbytnio nie pamiętam. Na pewno sporo mówiło się o krzywdzących decyzjach sędziów i oto było wiele pretensji. Rywale jednak prowadzili kilkoma bramkami, a ambitna pogoń Polaków nie pomogła uzyskać korzystnego wyniku. Chorwacja w finale, my zagraliśmy o brąz. Niestety pojedynek przegrany. O meczu z Islandią po prostu napiszę, że się odbył, nic więcej o nim napisać nie można.

2010 rok był przede wszystkim rokiem Igrzysk Olimpijskich w Vancouver. Igrzysk dla Polski niezwykle udanych, bo zdobyliśmy sześć medali, a połowę z nich zdobyła Justyna Kowalczyk. Polska Królowa jechała do Kanady, by po 38 latach wywalczyć dla Polski złoty medal. I udało się. Chociaż ostatnie metry biegu na 30 km przejdą do historii polskiego, a być może światowego sportu. Wygrać bieg na najdłuższym dystansie o długość stopy, o zaledwie 0.3 sekundy… Pojedynek z Norweżką był fascynujący, a chyba każdy kto go oglądał modlił się, że Justysia wytrzymała. Przyznam się szczerze, że fatalnie to się oglądało, na te kilkanaście sekund zamarłem nie oddychałem. Serce chyba też nie pracowało, a i z układem nerwowym też pewnie było nieciekawie. Złoto jednak dla Polski! Justyna Kowalczyk mistrzynią olimpijską! Ponadto biegaczka narciarska zdobyła jeszcze srebrny medal w sprincie i brąz w biegu łączonym.



Nawet teraz gdy odpaliłem ten filmik jakoś momentalnie w moich oczach pojawiły się łzy wzruszenia, kapitalna sprawa...

Igrzyska w Vancouver były też ostatnimi dla Adama Małysza. Kolejnej wybitnej gwiazdy polskiego sportu. Polskiemu skoczkowi w kolekcji brakowało tylko złotego medalu. I z takim zamiarem jechał w 2010 roku, aby wywalczyć tytuł mistrza olimpijskiego. Niestety nic z tego. Ponownie najlepszy okazał się Simon Ammann, a Polak musiał zadowolić się dwoma srebrnymi medalami.

Na tym igrzyska dla polskich kibiców miały się skończyć. Po krążki miały sięgnąć Kowalczyk i Małysz. Olbrzymią radość i wielką niespodziankę sprawiły nam łyżwiarki w składzie Bachleda-Curuś, Woźniak i Złotkowska. Takie sensacje kochamy. Dobrze pamiętam tę rywalizację. Każdą okazja była dobra, by się nie uczyć na egzaminy. Takie czasy studenta w czasie sesji. Ćwierćfinał z Rosją.  Który to już raz zdarza się, że aby wejść do półfinału i  walczyć o medale musimy pokonać Rosję! iIe było takich pojedynków w różnych dyscyplinach. Spotkanie oglądałem gdzieś w Internecie, a komentował je Piotr Dębowski. Tak go nie trawiłem, ale gdy darł paszczę, gdy Polki dobrze jechały to jakoś przestał mnie drażnić. Udało się pokonać Rosjanki, bo którejś coś tam się stało i nie dojechała tak szybko jak koleżanki. Euforia, Polki o krok o medalu igrzysk olimpijskich. Był dzień przerwy, więc można było ochłonąć. A następnego dnia znowu zasiąść przed ekranem i trzymać kciuki. W półfinale nasze łyżwiarki mierzyły się z Japonią, zabrakło nie dużo, ale jednak pozostała walka o brąz. I znowu wielka nerwówka. I ponownie wzywanie Boga, modlitwy, różańce. Oby, oby się udało. Przecież jest już tak blisko… W decydującej batalii o medal nasze panie pokonały Amerykanki. I sensacyjny medal stał się faktem. Radości nie było końca, a jak ważny to był sukces. Pokazały kolejne lata, które pozwoliły tchnąć w łyżwiarstwo szybkie nowego ducha.

Pierwsza ważna impreza w 2010 roku, zakończona. Potem przyszedł czas na mistrzostwa świata… w siatkówce. Tak, tak. Piłkarski mundial jakoś mnie nie grzał. Mimo, że był w RPA. A z tym wydarzeniem kojarzy mi się utwór Shakiry Waka-Waka, wuwuzele i fakt, iż wygrała Hiszpania. To tyle, jeśli chodziło o mój mundial w RPA. Może trochę przesadzam, bo parę meczów obejrzałem. Tego nie da się ukryć, ale za wiele nie pamiętam.

Siatkarski Mundial panów rozgrywany we Włoszech. Co tu dużo mówić jechaliśmy z olbrzymimi nadziejami na sukces. Wicemistrzostwo z 2006 roku, złoto ME w 2009. Byliśmy faworytem, bo i skład drużyny był już taki jak oczekiwano – z Wlazłym i Winiarskim. A mimo to nie pykło – jak powiada mój brat. Dlaczego nie pykło? Tego nie wie nikt. Choć początek nie zwiastował fatalnego wyniku. Wygraliśmy grupę zostawiając w pokonanym polu Serbią, Niemcy i Kanadę. Na nic to się zdało, bo w kolejnej grupie trafiliśmy na Brazylię i Bułgarię. Nie wygraliśmy nawet seta i przygoda z mundialem dla polskich siatkarzy dobiegła końca. Ostatecznie 13 miejsce, najgorsze od dawien dawna. Można mówić o kombinowaniu zespołów, o poronionym systemie (to akurat święta prawda), ale nie potrafiliśmy wygrać meczu z Bułgarią i tu chyba leżał największy problem, bo o porażkę z Brazylią pretensji mieć nie można. A oprócz kunktatorstwa zapamiętam rewelacyjną postawę Kubańczyków, którzy sięgnęli po srebro. Warto też odnotować, iż mistrzostwo świata w
2010 roku było ostatnim triumfem Brazylijczyków na Renie międzynarodowej.

Po tak kiepskim występie panów, tradycyjnie liczyliśmy już na nasze panie. Zacznę może od końca. Biało-czerwone zajęły 9 miejsce. I jak szczycił się Matlak to najlepszy wynik naszej kadry, a trzeba przecież znać swoje miejsce w szeregu. Niestety, gdy nie ten fakt, to śmiem twierdzić, że to nie Japonki, a Polki cieszyłyby się z brązowych medali. Owszem można gdybać, czasu nie cofniemy. Natomiast nieudolne decyzje Matlaka spowodowały, że wygrany mecz z Japonkami został przegrany w tie-breaku. Podłamane Polki dzielnie walczyły z Serbkami, ale też uległy. Do drugiej rundy wychodzimy z dwoma porażkami, choć tak naprawdę, mogliśmy wyjść z czystym kontem.  Potem baboli Matlaka było jeszcze co niemiara. Polki miały okazję grać o piąte miejsce, ale nonszalanckie decyzje Matlaka – nieuzasadnione zmiany przez, co traciliśmy głupio punkty sprawiły, że do walki o miejsce 5-8 zabrakło czterech oczek. Potem udało się wygrać z Holandią i Chinami i zająć te 9 miejsce. Miejsce, którym Matlaczenko chwali się pewnie do dziś. A rzeczy z tego turnieju odbiją się czkawką do dziś. Resztę historii znajdzie na moim blogu, bo często odnosiłem się właśnie do poczynań tegoż trenera i jego następców. A przykry skutek m.in. tych działań poznaliśmy w ubiegłym tygodniu w Łodzi…

czwartek, 9 stycznia 2014

Recenzja: "Szamo. Wszystko, co wiedziałbyś o piłce nożnej, gdyby cię nie oszukiwano" Grzegorz Szamotulski

Piłkarskich książek na polskim rynku wydawniczym ostatnimi czasy znaczącą przybyło. Choć w dużej mierze pozycje te traktują o zagranicznych piłkarzach, opisywane są biografie gwiazd futbolu. Jednak nie tylko zawodnicy ze światowego topu mają coś ciekawego do powiedzenia. Idealnym przykładem jest wydana przez wydawnictwo Buchmann książka: „Szamo. Wszystko, co wiedziałbyś o piłce nożnej, gdyby cię nie oszukiwano”. 

Twórcą tej pozycji jest Krzysztof Stanowski, dziennikarz sportowy i autor wspomnień Wojciecha Kowalczyka oraz Andrzeja Iwana. „Kowal” i „Spalony” okazały się bestselerami, ale przede wszystkim bardzo dobrymi książkami. Poprzeczka została postawiona wysoka, ale po raz kolejny Stanowski nie zawiódł, bo „Szamo” czytało się doskonale.

A kim jest tytułowy Szamo? To Grzegorz Szamotulski, były piłkarz reprezentacji Polski występujący m.in. w Legii Warszawa czy Amice Wronki. Grał w piłkę w siedmiu krajach, przywdziewał barwy osiemnastu klubów, a w czasie swojej kariery był pod opieką kilkudziesięciu trenerów.

Z pewnością nie był piłkarzem, o którym mówiono na całym świecie, a którego interwencjami zachwycano się na całym świecie, ale jak stwierdził Szamotulski swoje przeżył, i z tymi przeżyciami pragnął podzielić się z czytelnikami.

O tym, że „Szamo” nie będzie grzeczną lekturą można się przekonać już na samym wstępie: „mam nierówno pod sufitem, mówiąc po ludzku – uchodzę za lekko pierdolniętego”.  Wulgaryzmów w książce jest bez liku, ale piłkarska szatnia to nie msza w kościele, czasem mocne słowa są po prostu konieczne.

Szamotulski w książce nie kreśli swojej biografii od narodzin, przez pierwsze kontakty z piłką nożna, tułaczkę po klubach  aż do chwili zakończenia kariery. Nie jest to chronologiczny zapis życiorysu piłkarza, a zbiór wspomnień, mniej lub bardziej zabawnych sytuacji, które przydarzyły się popularnemu „Szamo” w trakcie przygody z piłką kopaną.

Najnowsze dzieło Stanowskiego podzielone jest na pięć rozdziałów. Pierwszy z nich opowiada o trenerach - Szamotulski skupił się na fachowcach przez wielkie „f”, w tym gronie wymienił Janusza Wójcika czy Pawła Janasa. Drugi rozdział dedykowany jest już pseudotrenerom, z którymi miał styczność bramkarz. Szamo sporo miejsca poświecił Stefanowi Majewskiemu, byłem już trenerowi reprezentacji Polski. Szczegółów zdradzać nie będę, bo ten wątek trzeba przeczytać samemu. Kolejne rozdziały dotyczą piłkarzy, pieniędzy, meczów. W nich Szamotulski bez skrępowań opowiadział o awanturach, ustawkach, alkoholowych libacjach wielu, wielu innych szczegółów z piłkarskiego życia.

Bez bicia przyznaję, że niektóre historie były tak żenujące, że aż zabawne. Były gorzkie słowa, ale nie zabrakło też szczerości.  Szamo niczego nie zatuszował, nie starał się ukazać swojej postaci  w jak najlepszym wydaniu. Co to, to nie. Świadczą, o tym chociażby historyjki, w której główną rolę odgrywał alkohol. Swoją drogą można było odnieść wrażenie, że w dawnych czasach większość drużyny należała również do drużyny AA.  Autorzy opowiedzieli również o pokusach czyhających na młodego, dobrze zarabiającego piłkarza, któremu od namiaru gotówki może przewrócić się w głowie uzależniając się od hazardu. Na szczęście nie zabrakło również historii pełnych humoru, uśmiechu i olbrzymiej dawki zabawy. 

Szamotulski opisywał kulisy futbolowego życia, po których włosy stawały dęba. Czy byliście świadomi, że piłkarze nie powinni robić kupy w dniu meczu? Jeden z trenerów uzasadniał to faktem, iż onomatopeiczne „yyyy”  powoduje utratę energii. Szamo ujawnił również dlaczego piłkarskiej reprezentacji Polski nie udało się podczas Euro 2012 osiągnąć zadowalającego rezultatu. Wszystko dlatego, że Franciszek Smuda wyznawał zasadę według, której nauczał swoich piłkarzy futbolu od A do O. Nie omieszkał też wspomnieć o byciu piłkarzem do wynajęcia tylko na mecz. Taką właśnie fuchę na koniec swojej kariery przyjął Szamo, dojeżdżając na mecz słowackiej drużyny inkasując w ten sposób trzy tysiące euro.

Szamo wyjawił prawdę o zgrupowaniach reprezentacji narodowej. Mianowicie piłkarze podczas zgrupowania nie trzymają się razem, idąc dalej nawet ze sobą nie rozmawiają i nic o sobie nie wiedzą. Były bramkarz kadry Polski przyznał, że reprezentacja to nie rodzina, a na zgrupowanie po prostu się przyjeżdża, wykonuje polecenia, śpi i wraca do klubu. Smutne, ale jak się okazuje prawdziwe.

Cytaty z autobiografii:

„Józek, jeśli teraz wejdziesz do tego pokoju, to będziesz musiał zareagować i wyciągnąć konsekwencje. Wiesz o tym. Dlatego lepiej by było, gdybyś nie wchodził. Po prostu odejdź i wróć za pięć minut, wtedy ci otworzę. Młynarczyk zrozumiał doskonale.
- W porządku, wrócę za pięć minut. Pięć minut później Marcin Burkhardt był już u siebie, grzeczniutki. „Młynarz” miał świadomość, że czasami lepiej, by trener nie widział wszystkiego, bo wtedy stawiany jest w sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia”.

„Ktoś powie – nadeszła era profesjonalizmu. Poniekąd jest to prawda, bo dzisiaj zawodnicy nie są już takimi chlejusami i jeśli wieczory spędzają przy konsoli, a nie przy wódce, to z pewnością bardziej podchodzi to pod profesjonalizm. A jednak paradoksalnie na tym profesjonalizmie ucierpiała piłka nożna. Dzisiejszy futbol produkuje przebrane za piłkarzy panienki, podczas gdy kiedyś był to sport uprawiany przez facetów z krwi i kości, często chamów i ulicznych zawadiaków. Wejście do dowolnej szatni to aktualnie wejście do damskiej toalety, pełnej kosmetyczek, kolorowych pism.”

„Nas piłkarzy ciągle się zagłaskuje. Śpimy w pięciogwiazdkowych hotelach, odbierają nas klimatyzowane autobusy, posiłki organizuje klub, skarpetki w dziwny sposób piorą się same, bilety na samolot kupuje kierownik, pracujemy ze dwie godziny dziennie, ale i tak zazwyczaj „nie mamy czasu” (tak mówimy) albo jesteśmy „bardzo zmęczeni”. Mój tata, Rysiek, wychodził do gdańskiej stoczni, jak jeszcze było ciemno, i wracał, jak już było ciemno – i to on mógł mówić, że stoi kiepsko z czasem i, że nie ma już na nic siły. Jest nam więc dobrze”.

„Niestety wszyscy fotoreporterzy pobiegli do Brazylijczyków, a przed nami nie było nikogo. Nikogo. Stojąc tak nieruchomo, w tradycyjnej pozie błagalnie wypatrując chociaż jednego aparatu wycelowanego w naszym kierunku, czuliśmy się jak ostatnie pizdy. Tam pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, że ktoś przegonił z boiska bramkarza przeciwnej drużyny (oczywiście mnie) (…) podeszli do mnie organizatorzy i przegonili z boiska jak jakiegoś pastucha. Poinformowano nas, że rozgrzewać to się możemy, ale w… salce gimnastycznej obok szatni, a nie na płycie”.


Warto dodać, że nie wszystkie anegdoty Szamotulskiego to jedna wielka impreza, a alkohol nie wylewał się na każdej stronie. W książce pojawił się fragment poruszający i wzruszający. Były bramkarz poświecił kilka słów swojemu przyjacielowi Adamowi Ledwoniowi. Ledwoń był reprezentantem kraju, piłkarzem, który znaczną część swojej kariery spędził w Austrii. Niestety w czerwcu 2008 roku podczas piłkarskich mistrzostw Europy popełnił samobójstwo.

Szamo bez owijania w bawełnę, prostu z mostu opisał historię ludzi, które z pozoru są żartobliwe. Wszystkie opowieści przywoływane przez bramkarza w pierwszym momencie bawiły do łez, jednak po chwili namysłu ukazuje nam się obraz osób, które zmagały się z licznymi kłopotami, które szukały pomocy.

Na potwierdzenie moich słów, o tym, że książka dotyka też problemów istotnych. Jednym z nich jest homoseksualizm w sporcie. Zagadnienie, o którym w Polsce ostatnio poświęca się sporo uwagi.  Przyczynkiem do poruszenia tej tematyki była sytuacja, kiedy Szamotulski był świadkiem zakumplowania się kolegów aż za bardzo... Koniec końców bramkarz dosadnie stwierdził, iż środowisko piłkarskie nie jest tolerancyjne.

Warto zwrócić uwagę, że wielość dykteryjek, dowcipów, ale i poważnych opowieści została na tyle sprawnie skonstruowana, że książkę czytało się jednym tchem. Nie sposób się od niej oderwać i zrobić sobie przerwę. Cały czas chciało się więcej i więcej, a każda kolejna strona wywoływała  u mnie takie stany euforyczne, którym nie sposób było się oprzeć.

Z pewnością „Szamo” nie jest autobiografią. To luźny zbiór wspomnień piłkarza. Szamotulski o sobie mówił bardzo niewiele, spora część anegdot są tymi zasłyszanymi, opowiedzianymi bądź, których Szamotulski był świadkiem. Sam piłkarz niewiele ujawnił ze swojej biografii. Słowem wspomniał o początkach w Lechii Gdańsk, miłości do kibicowania jaką zaszczepił w swoim rodzeństwie bądź też słuchaniu w nieskończoność utworów zespołu Lady Pank.

Moja ocena: 4,5/5

„Szamo. Wszystko, co wiedziałbyś o piłce nożnej, gdyby cię nie oszukiwano”, Grzegorz Szamotulski, Krzysztof Stanowski, Wydawnictwo Buchmann, Warszawa 2013

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Mundial nie dla nas. Siatkówka żeńska sięgnęła dna...

Nie tak miało być, nie tak! Olbrzymie zaskoczenie, właściwie wciąż to do mnie nie dociera i wydaje mi się, że Polki na MŚ zagrają. Niestety prawda jest brutalna, biało-czerwonych na mundialu we Włoszech zabraknie. Po raz ostatni taki przypadek miał miejsce w 1998 roku…

Nie będę szczegółowo analizował meczu z Belgią, bo to nic nie da. Mleko się rozlało. Projekt wszystkie ręce na pokład nie zdał egzaminu. To wydarzenia kończy pewną erą w naszej siatkówce, upadek żeńskiej siatkówki stał się faktem. To koniec.  Stało się, to o czym od dawna alarmowałem i ostrzegałem. Marne to moje pocieszenie, ale ileż to razy zadawałem pytanie dokąd zmierza żeńska siatkówka w polskim wydaniu. Krytycznie wypowiadałem się na temat poczynań zarówno związku jak i poszczególnych trenerów. Nie mam jednak powodów do radości, bo moje wcześniejsze wypowiedzi miały być alarmem. Dźwięk jednak z tego alarmu był zagłuszony.  Zawsze odbijałem się od ściany. A teraz? Teraz mamy tego efekty.

I ktoś musi ponieść za to konsekwencje. Za pociągnięcie polskiej siatkówki na dno. Wiem, że włodarze PZPS nie podadzą się do dymisji, ale to ich w głównej mierze obarczyłbym za taki stan damskiej siatkówki.  Nasz spadek rozpoczął się od nieudolnej decyzji utrzymania Jerzego Matlaka na stanowisku trenera po MŚ w 2010 roku, wtedy to od razu trzeba było go zwolnić. PZPS czekał, czekał i zwolnił Matlaka w przededniu rozpoczęcia sezonu reprezentacyjnego 2011. A jego następcą został wybitny szkoleniowiec, który miał odrodzić polską siatkówkę. Alojzy Świderek, ale i on na stanowisku długo nie zabawił, walczył o igrzyska, ale się nie udało. PZPS jednak nie zdecydował się zwolnić Świderka od razu, znowu czekał do końca roku. A z początkiem 2013 roku kadra szkoleniowca nie miała. Dopiero po zakończeniu ligowego sezonu funkcję objął Piotr Makowski.

Polska myśl szkoleniowa pokazała gdzie jest jej miejsce w świecie, a właściwie nie ma co mówić o polskiej myśli szkoleniowej, bo takie po prostu nie ma. A przykład Makowskiego jest najlepszym przykładem. Nie zamierzam się tu rozwodzić, ale sezon 2013 pokazał wizję Makowskiego na tę drużynę, a zwieńczeniem tego był występ w kwalifikacjach do włoskiego mundialu. Wszystko bez ładu i składu, i tak pozostanie do teraz. Bo kto zagra w kadrze w kwalifikacjach do ME 2015? Nie wiadomo, bo cześć siatkarek być może zakończy kariery, albo je zawiesi. A projekt budowy kadry na Rio można włożyć między bajki. Bo nasz udział w igrzyska jest raczej niemożliwy. Nawet z obecnym stanem kadry nie byłoby gwarantem wygrania europejskich kwalifikacji, a to będzie nasza jedyna szansa udziału. O interkontynentalnym możemy zapomnieć, albowiem w rankingu FIVB prócz Włoch, Rosji, Serbii, Niemiec, Turcji wyprzedzą nas Holenderki, Chorwatki i Belgijki. Puchar Świata? Po pierwsze wyjazd na niego to na dzień dzisiejszy marzenia, a uplasowanie się na pierwszym bądź drugim miejscu to już totalny kosmos.
Fot. PAP

Makowski jeśli ma jaja, powinien odejść. Nie podołał zadaniu. A jaj nie miał także w ostatnim meczu z Belgią, gdzie był pod ścianą a nie zaryzykował. Skowrońska na lewe, Glinka na atak. Nie mieliśmy nic do stracenia, gorzej już być nie mogło, a być może zmiana ustawienia namieszałby w taktyce naszych rywalek…

Mam nadzieję, że teraz konsekwencją wykaże się PZPS i Makowskiego zwolni. Zawalił wszystkie imprezy jakie mogły być. I wreszcie postawi na fachowca przez wielkie f. Trenera, który zbuduje zespół przez cztery lata. I co ważne człowiek ten będzie mógł w spokoju wykonywać swoją pracę. Systemowo wprowadzając nowe zawodniczki, na których oprze swój zespół.

Mój typ w tej materii się nie zmienił. Uważam, że idealnym kandydatem jest Hugh McCutcheon. Nowozelandczyk pracuje w systemie olimpijskim, w którym wypada doskonale. Teraz potrzebny jest ktoś taki. Szkoleniowiec, który będzie miał wizję, który będzie konsekwencję ją realizował. Krótko o McCutcheonie, bo ten temat też podejmował na blogu.

Czas na zmiany, na radykalne zmiany, bo inaczej nie nic z tego nie będzie. Czas na odważne decyzje. Trzeba śmiało, nie patrząc na konsekwencje, bo właściwie gorzej już być nie może. Postawić na młodzież. Na nasze mistrzynie Europy kadetek. I wokół nich zbudować zespół. Pozostawić te starsze zawodniczki, które zadeklarują się zagrać przez cztery sezony. To też jest  coś, co bym w naszej reprezentacji wprowadził. Deklaracje udziału we wszystkich zgrupowaniach przez czteroletni okres. Oczywiście wyjątkiem są problemy zdrowotne. Dzięki temu mam pewność, że pracuję z tymi siatkarkami, które chcą. Ogrywam je za wszelką cenę. Buduję zespół. A nie, że raz przyjeżdżam, a raz nie. Jeśli tak, to takiej zawodniczki nie potrzebujemy. Że będzie wybierać turnieje i czas, kiedy zagra.

I jeszcze jeden. Obowiązkowo w sztabie reprezentacji powinien być psycholog. Mecz z Belgią nie przegraliśmy umiejętnościami, a przygotowaniem mentalnym. O tym w wywiadach mówiły zawodniczki, że nie wytrzymały presji. Nie poradziły sobie ze stresującą sytuacją. Przecież one potrafią zagrywać czy przyjmować. Psycholog powinien być w składzie szkoleniowym tak jak jest w niej drugi trener czy statystyk. Pierwszy trener nie kończy psychologii, tylko wychowanie fizyczne, a tam zrobić ludzkiej psychiki nie sposób. Owszem trener może zmotywować siatkarki, wspólnie z drużyną wyznaczać cele długo, czy krótkoterminowe. Ale to psycholog pozna zawodnika i pomoże mu radzić sobie w sytuacji stresowej, nauczy zawodniczki technik relaksacyjnych czy wyobrażeniowych. A wiemy, jak w naszym kraju presja na sportowcach jest duża. Dlatego warto prócz przygotowania fizycznego zadbać o przygotowanie mentalne i to pole oddajmy fachowcom.

To jest mój pomysł na nową reprezentację Polski. Reprezentację Polski, która może nie zacznie wygrywać już teraz, ale spokojnie może mieć szanse awansu na następne MŚ. Bo tak naprawdę, to będzie pierwsza ważna impreza. Owszem są po drodze mistrzostwa Europy, ale one mogą być dobrym poligonem doświadczalnym dla drużyny.

Wcześniej nie do końca byłem przekonany, by sięgnąć po nasze kadetki. Ale teraz nie mamy wyjścia, i szkoda tracić czas, bo już go wystarczająco dużo straciliśmy. Nasze mistrzynie Europy mają po 18 lat. Nie zaszkodzi im szybciej wejść w dorosłą siatkówkę. I wokół Damaske, Smarzek, Bałdygi, dać starsze koleżanki. Wołosz, Kąkolewska, Medyńska. Z pozostałymi siatkarkami urodzonych w latach 80, nie wiem co uczynić. Jeśli chciałby jeszcze pograć przez te kilka sezonów oddając się w pełni to dlaczego nie.

A Belgia jest najlepszym przykładem stawiania na siatkarki, które odniosły sukces w reprezentacji młodzieżowej i przekuły ten sukces w seniorskiej siatkówce. Lisa van Hecke w 2010 roku w Rzeszowie, kiedy to wraz z ekipą walczyła o kwalifikacje do MŚ miała 18 lat. Wtedy awansu nie udało się wywalczyć, ale cztery lata później już tak…

Fot. s-w-o.pl/ Paweł Piotrowski

piątek, 3 stycznia 2014

To już dziś! Mariola Zenik ponownie w reprezentacji Polski!

Witajcie w Nowym Roku! Będzie optymistycznie, przynajmniej w tym wpisie. Żywię taką nadzieję z wielu powodów. Po pierwsze siatkówka w reprezentacyjnym wydaniu!

W piątek rozpoczynają się kwalifikacja Łodzi do MŚ. Jeszcze w wakacje drżałbym przed rozpoczęciem tego turnieju, a o awans pewnie musielibyśmy się modlić. Jednak teraz, teraz jest zgoła odmiennie.

Na styczniowy turniej Makowski ma do dyspozycji najlepsze zawodniczki, które powróciły do kadry.

Powroty, powroty i jeszcze raz powroty. Dla mnie ten najistotniejszy. Po prawie dwóch sezonach w biało-czerwonych barwach ponownie wystąpi Mariola Zenik. Jednak tak naprawdę to nie „Mała” jest przyczyną największego zainteresowania, bo tak naprawdę to Mariolka z kadrą nigdy się nie pożegnała i reprezentacyjnej kariery nie zakończyła.
Co innego, Małgorzata Glinka-Mogentale. Maggie po raz trzeci wraca do reprezentacji. Jednak tym razem jej powrót jest chyba najbardziej wyczekiwany, z którym związane są wielkie oczekiwania. Glinka po prostu wraca na ratunek dla całej żeńskiej siatkówki. Kilkukrotnie wspominałem już o czynach Małgosi, wielokrotnie wyrażałem swój szacunek za, to co robi. I zdania nie zmienię, mimo małej ryski, którą gdzieś tam się tli w głowie (brak jej udziału w kwalifikacjach do IO 2012 w Ankarze).

Miało być jednak optymistycznie. I będzie, bo Małgosia na konferencji prasowej powiedziała: To nie jest moment, żeby już myśleć o mistrzostwach świata i o tym, czy wtedy zagram. Na chwilę obecną cieszę się, ze jestem tutaj i mam nadzieję, że wszyscy będziemy cieszyć się w niedzielę.

Czyli jednak definitywnie nie powiedziała nie, choć jeszcze kilka tygodni temu zdecydowanie mówiła, że turniej w Łodzi to wyjątek i  kadrą żegna się na 100% po zawodach w Łodzi. Ta wypowiedź sugeruje, że Glinka wciąż się waha. Jeszcze decyzji nie podjęła, a jak nie podjęła to jest duża szansa, że zagra! Dlaczego tak sądzę? Bo ile razy, Gosia mówiła, że się zastanowi to zawsze ta decyzja wywoływała radość u kibiców.

Wiadomo, że to nie czas i miejsce by już deklarować pełne uczestnictwo w mundialu, skoro jeszcze nie ma pewności, że tam zagramy. Chociaż awans wydaje się być jednak formalnością.

Inny teza na poparcie występu Glinki w MŚ. Jest kapitanem reprezentacji! Czy Makowski dał jej ten tytuł tylko z szacunku, na ten turniej, by jako kapitan rozstała się z kadrą. Może tak, a może nie… Powiada się, jednak, że kapitan schodzi ze statku ostatni. Jest na dobre i na złe. Do końca.

I jeszcze jedna sprawa. Może nierozsądna. Wierzę, że te zawodniczki, doświadczone, które tyle razem grały i przeżyły powiedziały sobie: ej laski, to nasz ostatni wspólny  turniej, spróbujmy jeszcze na koniec coś ugrać, pokażmy, że stać nas jeszcze na sukcesy na arenie międzynarodowej, powalczmy na MŚ, a potem oddajmy pole młodszym.

Chciałbym, żeby tak było. Bo nie ma wątpliwości, że w tym turnieju góruje doświadczenie, nie zaglądając dziewczynom w metrykę. Pragnę tego, żeby zmobilizowały się na ten jeden turniej, pokazały, że Złotka jeszcze nie zginęły, potrafią grać i wygrywać. Nie chcę wysnuwać daleko idących wniosków, ale naprawdę na włoskim mundialu w takim składzie byłaby szansa na korzystny wynik, albowiem w wielu reprezentacjach skład się dopiero krystalizuje.

Oj, aż znacznie powiało optymizmem. Jest on jednak potrzebny, bo ostatnimi laty w żeńskiej siatkówce tylko smutek. Czas, żeby karta się odwróciła. Do boju Polsko!