środa, 31 grudnia 2014

Sportowy alfabet, czyli co zapamiętałem w 2014 roku

Witajcie! Po raz ostatni w tym roku, ale nie martwcie się w następnym też będę, też coś napiszę. Ale nie traćmy czasu w starym roku! Po raz pierwszy zdecydowałem się w tym roku na podsumowanie inne niż zazwyczaj. Bywały zdjęcia, filmiki, ranking z wykorzystaniem plebiscytu na najlepszych sportowców Polski, teraz dosyć znajoma, ale i myślę przyjemna forma jaką jest alfabet.
 
Rozpocznijmy już te wspominki!

A jak Atmosfera
W szczególności ta, która miała miejsce na Stadionie Narodowym 30 sierpnia. Magiczna, niewyobrażalna. Słowa nie są w stanie oddać tego wszystkiego, co działo się w tym dniu. Niemniej podczas trwania całych MŚ w siatkówce atmosfera była wyjątkowa i w halach i przed telewizorami. Tegoroczny rok sprzyjał budowaniu dobrej atmosfery, bo sportowe sukcesy naszych zawodników były doskonałym powodem.

B jak Bereszyński
Najgorętsze nazwisko w piłce nożnej przynajmniej na polskim podwórku. Dlaczego? Wróćmy pamięcią do wydarzeń z sierpnia tego roku. Legia Warszawa dwukrotnie wygrała z Celtikiem Glasgow (4:1 u siebie i 2:0 na wyjeździe), ale mimo to nie wystąpiła w decydującej rundzie walki o Ligę Mistrzów. W wyjazdowym meczu wystąpił właśnie Bartosz Bereszyński, który zgodnie z przepisami nie mógł zagrać w tym spotkaniu. Był lament i zgrzytanie zębami. Legia sportowo była lepsza, ale organizacyjnie jeszcze nie dorosła do Ligi Mistrzów. Szkoda, bo kibice wciąż czekają na polski zespół w piłkarskiej Lidze Mistrzów, może w przyszłym sezonie się powiedzie…

C jak C(aptain)
Wszystko rozchodzi się o opaskę właśnie z tą literą. Błaszczykowski czy Lewandowski, Kuba czy Lewy? Medialnym spekulacjom nie było końca, a czasami miałem wrażenie, że sprawa jest tak samo ważna, jak nasze historyczne zwycięstwo nad mistrzami świata, Niemcami. Serio to takie ważne, kto nosi opaskę i w meczowym protokole przy swoim nazwisku znajdzie „C” – wydaje mi się, że ważniejsza jest postawa na boisku i poza nim, a na to dziennikarze wpływu nie mają, wiec mogliby dać sobie spokój z dywagacjami kto będzie/jest kapitanem reprezentacji Polski.

D jak Depresja
Za sprawą wyznania naszej mistrzyni Justyny Kowalczyk o tej poważnej chorobie poważnie zaczęto dyskutować. Kowalczyk, Matt Anderson, Lindsey Vonn, Svenn Hannawald lista sportowców zmagających się z depresją jest bardzo długa. Ważne, że zaczęto mówić o depresji, bo obniżenie nastroju, poczucie braku energii czy też lęku nie omija ludzi, którzy uśmiechają się przed kamerą, odnoszą sukcesy, są sławni. Wydaje się, ze mają w swoim życiu wszystko, czego tylko zapragną, a tym samym nie powinny ich dotykać jakiekolwiek zmartwienia. Jednak jest inaczej. Nasza Królowa Nart po raz kolejny przetarła szlak, tym razem na jeszcze trudniejszym terenie!

E jak Emocje
Tych pozytywnych w tym roku nie brakowało. Radość, zadowolenie, wręcz nieziemskie stany euforyczne, kiedy nasi sportowcy sięgali po medale olimpijskie, łzy wzruszenia, gdy nasi siatkarze po 40 latach zdobyli mistrzostwo świata. To był rok pełen sportowych emocji, tych rzecz jasna nigdy nie brakuje w rywalizacji sportowej, ale zawsze będziemy pamiętać o tych wydarzeniach, które dostarczyły nam pozytywnych emocji.
video

F jak Francja
Kraj pochodzenia trenerów, którzy poprowadzili naszych siatkarzy do niebywałego triumfu w mistrzostwach świata. Stefan Antiga i Philippe Blain francuski duet na polskiej ziemi, choć urodzili się we Francji dla nas będą mieć biało-czerwone serca! Francja elegancja! Po prostu!

G jak Gówno
Można trochę za ostro, ale zabrakło mi innych liter, aby opisać sytuację ze stycznia i turnieju kwalifikacyjnego do MŚ siatkarek, który odbył się w Łodzi. Wszystkie ręce na pokład głosiło hasło prezesa PZPS. Hasło poskutkowało. W Łodzi w walce o awans na mundial były wszystkie najgorętsze nazwiska: Glinka, Werblińska, Skowrońska, Zenik, Dziękiewicz, Gajgał – wszystkie znowu razem, wszystkie miały dać awans. A wyszło? Właśnie gówno, bo awansu nie było, a i kadry też potem nie było. I do tej pory nie ma.

H jak Hurraoptymizm
Swego rodzaju ostrzeżenie na przyszłość, abyśmy jako naród nie popadli w sportowy hurraoptymizm. Mamy do tego tendencję, w szczególności po wydarzeniach z minionego roku. Nagle Stoch musi wygrywać wszystkie zawody, siatkarze muszą przywozić złoto z każdej imprezy. Nie, nie muszą i twardo stąpajmy po ziemi, niech sportowcy robią swoje, my im dopingujmy i wspierajmy, a sukcesy przyjdą same.

I jak Idiota
Jest taki jeden. Siatkarz Alexey Spiridonov. I pozostawię to bez komentarza.

J jak Janowicz
Trenowanie po szopach, brak perspektyw, wyjeżdżający studenci, wygórowane oczekiwania, czyli słynna konferencja Jerzego Janowicza. Kwiecień należał do Jerzyka, niestety nie chodzi tu o sukcesy na korcie, ale poza nim. Oj, ta konferencja na długo zostanie w pamięci, a kto wie czy przez całą karierę naszego tenisisty nie będzie się ciągnąć, bo choć w Internecie rzeczy dzieją się szybko, to kibice-internauci tak szybko nie zapominają.
video

K jak Kibice
Polscy kibice. Najlepsi na świecie! Nie tylko siatkarscy! Choć Ci są mi najbliżsi, i to o nich najwięcej się mówi. Ale Ci, którzy dopingowali naszych sportowców na światowych arenach, wszędzie tam gdzie rywalizowali Polacy, na arenach międzynarodowych, tam byli nasi kibice i wspierali naszych! Mamy najlepszych kibiców, co podkreślają także światowe gwiazdy, zazdroszczą takiej publiki i co więcej to sprawia, że chcą oni do nas wracać, bo spędzają tu miłe chwile i czują się wyróżnieni, że ktoś docenia ich pracę.

L jak Lewa stopa
O lewą stopę Justyny Kowalczyk martwiła się i modliła cała Polska. Dokładnie zbadano strukturę anatomiczną stopy Kowalczyk, co zresztą nie było trudne, bo zdjęciem na swoim profilu na Facebooku pochwaliła się sama biegaczka. Lewa stopa jednak w najważniejszym wyścigu dała radę. Kowalczyk ze złamaną stopą wywalczyła złoty medal olimpijski.

Ł jak Łapówka
Łapówka, czyli przyjmowanie korzyści, najczęściej finansowej w celu osiągnięcia określonego celu, z pominięciem standardowych procedur. Niestety to zjawisko dotknęło nie tylko polską siatkówkę. Mirosław P. i Artur P. zostali oskarżeni o przyjmowanie korzyści majątkowych. Afera korupcyjna tyczy się także brazylijskiej siatkówki. Polska i Brazylia dwa kraje, które w ostatnich latach odcisnęły znaczące piętno na tej dyscyplinie, czy za sukcesami organizacyjnymi i sportowymi zawsze muszą iść brudne pieniądze? Mam nadzieję, że nie.

M jak MVP
Najbardziej Wartościowy Gracz. Tytuł MVP mistrzostw świata  w siatkówce mężczyzn powędrował do Mariusza Wlazłego. Mario doczekał się i tego. Pamiętam jak w 2006 roku w japońskich MŚ był w trójce nominowanych do tej nagrody, teraz był sam i to w jego ręce powędrowała ta statuetka. Owszem pewnie cenniejsze jest złoto zdobyte z kolegami w drużynie, ale indywidualne sukcesy pokazują z jakimi wybitnymi graczami mamy do czynienia. I podobnie jak złota Polaków tak i tytułu MVP Mariuszowi Wlazłemu nikt nie zabierze.
Fot. FIVB
N jak Nieobecny
W kadrze siatkarzy był taki jeden, o którym mówiono i pisano najwięcej. Bartosz Kurek. Nieobecny numer jeden polskiego mundialu. Dziś nikt z tego powodu nie rozpacza, bo osiągnęliśmy niebywały sukces. Czy obecność Kurka by coś zmieniła? Nie wiadomo, ale szok po tej decyzji był spory, bo nikt reprezentacji bez Kurka sobie nie wyobrażał. Rzeczywistość pokazała, że nie tylko trzeba było sobie to wyobrazić, ale trzeba było z tym żyć.

O jak Ospałość
Czyli w skrócie to, co dzieje się w żeńskiej siatkówce. Totalna apatia i o ile wydarzenia ze stycznia określiłem jako gówno to ospałość tyczy się całego procesu, który zaczął się kilka lat temu i wciąż trwa i nie widać nic, ani nikogo, kto by nas z tego marazmu wybudził.

P jak Police
Zespół z gwiazdami, zespół, który zdominował rozgrywki w OrlenLidze. W 2014 roku ekipa z Polic na 28 meczów ligowych wygrała 28. Wygrana w Pucharze Polski, złoto mistrzostw Polski. Chemik Police zgarnął dublet i na razie nic nie wskazuje, by ktoś Małgorzacie Glince-Mogentale i spółce zagroził w sięgnięciu po kolejne tytuły. Police ponownie tak jak w latach 90. wracają na siatkarskie szczyty. Nie mam nic przeciwko. Tylko, aby z rozwojem sportowym klubu z Polic poszedł rozwój całej OrlenLigi.

R jak Rekord świata
79,58 metrów tyle obecnie wynosi rekord świata w rzucie młotem kobiet. Rekord ten dzierży Anita Włodarczyk. Polka poprawiła rekord Niemki Betty Heidler sprzed trzech lat o 16 centymetrów. Co ciekawe w 2009 roku Włodarczyk także była rekordzistką świata. Nieczęsto się zdarza, że sportowiec z Polski jest rekordzistą świata. Sukces Włodarczyk jest ogromny, co świadczy także nominacja do najlepszej lekkoatletki sezonu, z kolei przez prestiżowy magazyn "Track & Field News"została uznana najlepszą lekkoatletką 2014 roku. Można być także pewnym, że rekord świata przez Włodarczyk będzie jeszcze poprawiony, bo Polka marzy o pokonaniu 80 metrów.

S jak Soczi
Miasto - gospodarz tegorocznych Igrzysk Olimpijskich. Sporo mówiło się przed rozpoczęciem igrzysk o wielu kontrowersjach czy to politycznych czy ekonomicznych. Na szczęście wraz z sukcesami biało-czerwonych najważniejszy stał się sport, czyli to co jest kwintesencją na imprezie rozgrywanej raz na cztery lata. Igrzyska w Soczi były najlepszymi w historii dla Polaków. Cztery złote medale (dwa złota Kamila Stocha, złoto Justyny Kowalczyk, złoto Zbigniewa Bródki), srebro panczenistek, brąz panczenistów. Sześć medali i jedenaste miejsce w klasyfikacji generalnej. Dla nas będą to pamiętne igrzyska, gdzie mogliśmy przeżywać tyle pięknych chwil i w naszej pamięci zostaną cudowne momenty, w których mogliśmy oglądać na podium naszych sportowców.

T jak Triumf
Triumf Stocha, Kowalczyk, Bródki, panczenistek, panczenistów, siatkarzy to nie jedyne triumfy w 2014 roku. Triumfował również Michał Kwiatkowski zostając mistrzem świata w kolarstwie, triumfowali także polscy piłkarze, wygrywając 2:0 z mistrzami świata, Niemcami. Triumfował także Łukasz Kubot w Australian Open. Polskich triumfów było co niemiara i wierzę, że triumfów nie zabraknie również w nadchodzącym roku!

U jak Usain Bolt
Mistrz olimpijski i rekordzista świata po raz pierwszy zawitał do Polski. Jamajczyk był największą gwiazdą Memoriału Kamili Skolimowskiej, który odbył się 23 sierpnia na Stadionie Narodowym w Warszawie. Co ważne start na Narodowym był pierwszą możliwością, podczas której Bolt mógł zmierzyć się z rywalami na piłkarskim obiekcie. Bez wątpienia było to jedno z ciekawszych wydarzeń w naszym  kraju, gdzie na żywo mogliśmy oglądać światową gwiazdę sportu. Bolt zachwycony był Polską i atmosferą na stadionie, zapowiedział, że wróci do nas. Być może to czysta kurtuazja, ale miłe wspomnienia sportowej gwiazdy niewątpliwie nam nie przeszkodzą, wręcz przeciwnie mogą nam tylko pomóc.

W jak Wrocław
A właściwie Hala Stulecia we Wrocławiu, która gościła pierwszą rundę mistrzostw świata z udziałem Polaków. Do dziś nie rozumiem tej decyzji, a przekonania w stylu podpisaliśmy już umowę, blabla bla mnie nie przekonują i basta! Wrocław piękne miasto, ale na przyjęcie siatkarskich kibiców z Polski to za wysokie progi zważywszy jakie piękne hale sportowe powstają w naszym kraju. Dobrze, że chociaż Warszawa zabrała Wrocławiowi jeden mecz, dzięki temu więcej biało-czerwonych fanów miało szansę zobaczyć mistrzów świata na żywo.

Z jak ZŁOTY ROK!
Żyję już prawie ćwierć wieku na tym świecie, ale tak udanego złotego roku w polskim sporcie nie widziałem. Wszystko mieni się złotem, oby tylko wszystko czego dotkniemy nie zamieniało się w złoto. Midasowi na dobre to nie wyszło :)

Ż jak Życzenia
Nie ma co już przedłużać. Wszystkim, którzy wytrwali do końca tego tekstu życzę szczęśliwego Nowego Roku!

wtorek, 23 grudnia 2014

Bożonarodzeniowe życzenia!


Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim czytelnikom bloga, aby ta wyjątkowa pora była okazją do spędzenia czasu w gronie najbliższych, w domach wypełnionych dźwiękami kolęd, rodzinnym ciepłem i zapachem choinki i mandarynek, w atmosferze miłości i wzajemnej życzliwości. Życzę Wam dużo radości, promiennego uśmiechu, chwil niosących spokój i odpoczynek. I aby ta wigilijna noc stała się bodźcem do realizacji ciekawych wyzwań osobistych w nadchodzącym 2015 roku. 

wtorek, 16 grudnia 2014

Sport to zdrowie, ale czy zdrowy jest sport?

Powiększać czy nie powiększać, a może zmniejszyć liczbę drużyn występujących w PlusLidze? To było pytanie, które w ostatnich tygodniach przewinęło się w mediach. Wsłuchiwałem się, czytałem co na ten temat myślą inni w szczególności sami zainteresowani, czyli siatkarze i jestem gotowy zabrać głos w tej dyskusji.

Krzysztof Ignaczak w ostatnim felietonie dla PS stwierdził, aby PlusLigę zostawić w obecnym kształcie i nic w niej nie zmieniać, jeśli chodzi o liczbę występujących zespołów. I właściwie z Igłą zgadzam się w 100%. Owszem meczów w sezonie zasadniczym zrobiło się więcej, ale czy tym sposobem nie warto zmienić zasad rozgrywania play-off. Postulowałbym, aby nie tylko ćwierćfinały, ale i półfinały rozgrywane były do dwóch wygranych meczów. Po coś przecież w rundzie zasadniczej te punkty się zbiera i stara się, uzyskać jak najlepsze rozstawienie. I po takim zabiegu liczba spotkań w fazie pucharowej uległaby zmianie. Zamiast rozgrywania w najgorszym przypadku 10 meczów, rozgrywanych byłoby tylko 6, o cztery mnie, czyli tyle, o ile teraz dodatkowo mają do rozegrania siatkarze w fazie zasadniczej.

Widziałem też pomysł Jerzego Mielewskiego, ale tak zaproponowany podział byłby równią pochyłą. O reformie według Mielewskiego można poczytać tutaj. Jak dla mnie podział ten sprowadził się do PlusLigi A i PlusLigi B, co dałoby nam po prostu rozgrywki pierwszo i drugoligowe. Sponsorów mniej, zainteresowanie mniejsze, więc i pieniądze mniejsze byłyby w PlusLidze B, bo przecież o medale walczyć te zespoły nie będą.

Pomysł ten zmodyfikowałbym opierając się już na rozgrywkach NBA. W końcu PlusLiga jest ligą, która na niej według niektórych ma lub już się wzoruje. Jeśli tak, to może zrobić podział na konferencję wschodnią i zachodnią, dzieląc ekipy na dwie grupy. Zgodnie z orientacyjnym podziałem geograficznym. Dwie ekipy z każdej konferencji walczyłyby o mistrzostwo Polski spotykając się najpierw w półfinałach, a potem w finałach. Wszyscy są w PlusLidze i wszyscy mają szansę na walkę o medal i wszyscy mają szansę na mniejszą liczbę spotkań.

Przyznaję, że to idea dość rewolucyjna jak na owe czasy, ale kto wie... Chociaż wielcep prawdopodobnie żadnej zmiany w najbliższym czasie nie doczekamy się, a siatkarzom przyjdzie rozgrywać mecze w powiększonej PlusLidze. Osobiście nie wydaje mi się, żeby dla nich to był jakiś problem. Nawet dla reprezentantów krajów, bądź co bądź wykonują swoja pracę, za którą otrzymują stosowne wynagrodzenie (poza grą w kadrze) podobnie jak sprzątaczka, lekarz czy informatyk, którzy też codziennie chodzą do pracy. Taka specyfika tego zawodu, że trenuje się fizycznie. Zresztą Michał Łasko, któregoś razu powiedział, że lepsi grają więcej. I jest w tym sama prawda.
Fot. Newspix.pl
Patrząc, zresztą na tak wyśmiewanych piłkarzy to Cristiano Ronaldo czy Lionel Messi w sezonie grywają ponad 60 spotkań. W poprzednim sezonie Portugalczyk w barwach Realu Madryt wystąpił 51 razy, natomiast polski siatkarz Paweł Zatorski w barwach Skry Bełchatów zagrał 43 mecze.

Jak dla mnie problem nie leży w liczbie meczów klubowych, a reprezentacyjnych. I może w tych rozgrywkach wypadałoby przeprowadzić reformę. Piłkarze reprezentacji Polski w roku 2013 zagrali 12 spotkań, siatkarze natomiast do rozegrania mieli 15 meczów. W tym sezonie piłkarze tylko 9 meczów, a siatkarze aż 44. I gdzie jest różnica? Chyba widać.

Tym samym tak sobie myślę, że może skrócić Ligę Światową i zamiast sześciotygodniowego boju zrobić Ligę Światową w trzy tygodnie. Jak? Mianowicie upodobnić je do rozgrywek World Grand Prix, zrobić trzy tygodnie po trzy mecze w jednym weekendzie. Meczów wychodzi 9, a nie 12. W tym przypadku może nie o ilość spotkań, a o długość rozgrywek, która byłaby o trzy tygodnie krótsza.

I warto nad tym się pochylić, bo coraz większa liczba meczów zaczyna niszczyć siatkówkę, ale też i inne dyscypliny m.in piłkę nożną. Wszyscy chcą oglądać najlepszych, ale traci na na tym ich zdrowie i dyscyplina, bo na najważniejszych turniejach gwiazdy po prostu nie mają siły grać i nie prezentują się tak jakby oczekiwali tego kibice, sponsorzy, media. Taka polityka nie doprowadzi do niczego dobrego, gwiazdy będą leczyć kontuzje, a nie grać, więc warto dać im więcej czasu na odpoczynek, abyśmy mogli oglądać ich w najlepszej formie, a przede wszystkim zdrowych, bo przecież sport do zdrowie, prawda?
Fot. Internet

wtorek, 9 grudnia 2014

Czes(z)ka - Polka w tenisowym tangu, czyli supertrenerka Agnieszki Radwańskiej

Fani Agnieszki Radwańskiej długo czekali na taką decyzję. W poniedziałek Polka ogłosiła, że do jej sztabu szkoleniowego dołączy Martina Navratilova. Czeszka z amerykańskim obywatelstwem pełnił będzie rolę supertrenera, doradcy, który ma pomagać Radwańskiej i Wiktorowskiemu w zdobywaniu tenisowych triumfów.

Kiepski poprzedni sezon - Radwańska po raz pierwszy od ponad 2,5 lat wypadła z pierwszej piątki rankingu WTA, niezadowalające wyniki w turniejach wielkoszlemowych i zaledwie jeden wygrany turniej singlowy sprawił, że Iśka zdecydowała się na zmiany. Rewolucyjne. Zmiany, które można postrzegać jednak jako korzystne. Przede wszystkim tak uważa sama tenisistka: Obecność w moim sztabie takiej osoby będzie dla mnie niezwykle korzystna i da mi nową motywację.

Motywację potrzebną do wygrywania turniejów Wielkiego Szlema, bo co jak co, ale na tym Navratilova się zna. Amerykanka czeskiego pochodzenia  wygrała 18 tytułów wielkoszlemowych (najwięcej w historii, tyle samo co Chris Evert i Serena Williams), triumfowało w 167 turniejach w grze pojedynczej, co jest absolutnym rekordem, zarówno w rozgrywkach żeńskich, jak i męskich. Co więcej przez 332 tygodnie zajmowała pierwsze miejsce w rankingu WTA.

Radwańska lepszej kandydatki wybrać nie mogła. Navratilova to jedna z najwybitniejszych przedstawicielek tej dyscypliny. Olbrzymi autorytet. I to właśnie osobowość Martiny i jej uznanie ma popchnąć Agnieszkę do lepszej gry.

Współpraca może wyjść temu duetowi na dobre. Dla Iśki Navratilova jest idolką, osobą, z której chce czerpać, to co najlepsze. Szanuje Czeszkę, jej sportowe dokonania. Ponadto fakt, że pochodzą z tego samego kręgu kulturowego sprawi, że ich przeżycia, historia i poglądy na świat, tenis, czy sprawy dnia codziennego są bardzo zbieżne.

Navratilova doświadczenia trenerskiego nie ma, ale to nie jest czymś dyskwalifikującym. Ma wprowadzić świeżość, nowe spojrzenie na tenis. Nie będzie przecież z Radwańską biegać po korcie czy ustalać plan przygotowania fizycznego. Przede wszystkim ma jej pomagać psychicznie. Dawać wsparcia kiedy jest ono potrzebne, dzielić się swoimi doświadczeniami, utwierdzić w przekonaniach na korcie i dawać techniczne wskazówki, które Aga ma przełożyć na korcie.

W zatrudnieniu supertrenerki najważniejszym faktem jest to, że Agnieszka chciała tej zmiany. Zauważyła, że potrzebuje kogoś, kto wyzwoli w niej wewnętrzną siłę. Polka marzy o Wielkim Szlemie i chce zrobić wszystko, aby wreszcie zapisać się w historii tenisa, bo tylko triumfatorzy tych zawodów będą zapamiętani.

Słuszność takiej decyzji podzielił także szkocki tenisista Andy Murray, który zaledwie kilka minut po ogłoszeniu tej decyzji przez Agnieszkę napisał na twitterze: Świetna robota! Życzę Agnieszce i Martinie wszystkiego najlepszego w przyszłym roku. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po myśli ich obu.

Murray wie co mówi, bo sam korzystał z tenisowego autorytetu. Od lutego 2012 roku współpracował z Ivanem Lendlem ( panowie wspólnie sporo wygrali). Teraz z kolei  Szkot współpracuje z Amelie Mauresmo. Inne tenisowe gwiazdy także mają w swoich boksach gwiazdy sprzed lat. Nie kto inny jak Roger Federer pracuje ze Stafanem Edbergiem, Novak Djokovic jest pod opieką Borisa Beckera.

Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o panie to Agnieszka Radwańska jest pierwszą, która zdecydowała się na oficjalną współpracę z byłą tenisową gwiazdą zdobywającą wielkoszlemowe tytuły.

Panie po raz pierwszy spotkają się po Świętach Bożego Narodzenia, Navratilovą w boksie zobaczymy prawdopodobnie już w Perth podczas rozgrywek Pucharu Hopmana.

Na chwilę obecną trudno wnioskować, jakie będą efekty tej współpracy. Niemniej Radwańska wysłała sygnał, że chce zmian, ma dosyć stagnacji i pragnie zrobić krok naprzód. Dlatego tę decyzję należy ocenić pozytywnie i warto cierpliwie poczekać na pozytywne skutki. Tego nowemu duetowi w tenisowym świecie życzę już teraz!
Fot. Associated Press

wtorek, 2 grudnia 2014

Plebiscyt Przeglądu Sportowego na Najlepszych Sportowców 2014 - moje głosy

Cześć! Pomalutku zbliżamy się do końca 2014 roku, a wraz z tym czeka nas wiele plebiscytów podsumowujących tegoroczne wydarzenia. Tradycyjnie, bo już po raz 80 ruszył Plebiscyt Przeglądu Sportowego na Najlepszych Sportowców.

W tym roku wybór łatwy nie będzie. Po pierwsze w Internecie można głosować tylko na jednego kandydata, ale na szczęście "10" wypisać można na papierowych kuponach. Po drugie rok olimpijski zawsze przynosi wiele trudności, bo medale olimpijskie są czymś odświętnym i to zazwyczaj medalistów igrzysk docenia się najbardziej. Z drugiej strony niektóre tytuły mistrzowskie szczególności te zdobywane w grupie niosą szczególna wartość i są czymś specjalnym. Niezależnie jednak od tego czy w grupie, w parze czy indywidualnie i czy po raz pierwszy czy któryś z kolei wybranie dziesięciu najlepszych z nominowanej 25 łatwe nie było. Co ważne, oprócz sukcesów sportowych decydują moje własne preferencje, moja sympatia do danego sportowca.

Przejdźmy do konkretów!

10. miejsce - Agnieszka Radwańska
I choć Isia wygrała w tym roku jeden turniej, i osiągnęła tylko półfinał Australian Open to dla mnie w tym roku znalazła się na liście. Dlaczego? Kluczowe okazały się jej mecze w Pucharze Federacji, za sprawą, których Polska awansowała do Grupy Światowej i już niedługo w Krakowie będziemy mogli oglądać pojedynek Radwańskiej z Marią Szarapową.  Za patriotyzm i oddanie do biało-czerwonych barw należy się jej ten głos.

9. miejsce - Ewelina Kobryn
Koszykówka nie elektryzuje mnie jakoś szczególnie. Czasem oglądam mecze z udziałem polskiej reprezentacji. Dlatego też znam Ewelinę Kobryn, ale to nie z naszą kadrą ta zawodniczka osiągnęła największy sukces (oczywiście wielka szkoda), a z Phoenix Mercury. Kobryn została mistrzynią WNBA, a ostatni mecz finału był pierwszym w sezonie, w którym  zagrała w wyjściowym składzie. Eksperci podkreślali, że Polka spisała się bardzo dobrze, zdobywając 8 punktów, 8 zbiórek, 3 bloki grając przez 25 minut na parkiecie. Godne pochwały!

8. miejsce - Anita Włodarczyk
Choć w tym roku zdobyła "tylko" mistrzostwo Europy, to nie ten złoty krążek był decydujący, ale inny czynnik okazał się być kluczowy. Najważniejsze było ponowne pobicie rekordu świata w rzucie młotem. 79,58 metrów to nowy rekord Polki, który odzyskała po czterech latach. Anita ciągle utrzymuję się na topie, ciągle jest w czołówce co sprawia, że o polskim młocie bezustannie się pisze i mówi.

7. miejsce - Łukasz Kubot
Wreszcie pojawił się jakiś pan w klasyfikacji :) Od pamiętnego i historycznego sukcesu minął prawie cały rok, ale warto sobie o Kubocie przypomnieć. Kubot w parze z Robertem Lindstedtem zwyciężył w deblowym turnieju Australian Open. Tym samym został trzecim w historii Polakiem, który wygrał Wielkiego Szlema. Kankan Kubota zasługuje w tym roku na docenienie, bo styczniowe zawody były fascynujące.

6. miejsce - Katarzyna Bachleda Curuś, Natalia Czerwonka, Luiza Złotkowska, Katarzyna Woźniak
Nasze wicemistrzynie olimpijskie z Soczi. Polskie panczenistki, które stale robią postępy. Przypomnijmy, że w 2010 roku były trzecie, w 2014 roku były drugie, więc rok 2018 powinien przynieść...  Polki warto też docenić za może i kontrowersyjną, ale ważną dla całego teamu decyzję, o tym, aby medal zdobyły wszystkie cztery panczenistki, stąd doszło do zmiany w finale (Natalię Czerwonkę zastąpiła Katarzyna Woźniak). Ktoś może mówić, że Polki odpuściły rywalizację z Holenderkami, a może po prostu za cztery lata chcą być silniejsze, i bez kłopotów finansowych walczyć o złoto.

5. miejsce - Michał Kwiatkowski
Konkurencja w tym roku duża, dlatego piąte miejsce mistrza świata w kolarstwie może być zaskoczeniem. Kwiatkowski jest pierwszym Polakiem, który sięgnął po złoto, niemniej mistrzostwa świata rozgrywane są co rok, a konkurenci na kolejnych lokatach swoje tytuły zdobyli na imprezach, które odbywają się raz na cztery lata.

4. miejsce - Zbigniew Bródka
Choć w Soczi sięgnął po olimpijskie złoto w moim rankingu miejsca na podium dla Zbyszka zabrakło. Po prostu zbyt wiele, innych sportowych sukcesów mieliśmy w tym roku, ale niewątpliwie sukces Bródki trzeba odnotować, choćby z powodu wielu trudności przebytych w drodze do tego tytułu.

3. miejsce - Justyna Kowalczyk
Po czasie dowiadujemy się z jakimi trudnościami musiała radzić sobie Kowalczyk, aby sięgnąć po złoty medal olimpijski. Po tych wszystkich doniesieniach Polska Królowa Nart pokazała ogromną wolę walki i hart ducha. Można i nie przepadać za Justyną, ale jej ambicji i waleczności, niebywałej motywacji wewnętrznej mogą uczyć się  młodzi, sportowi adepci. Złoty krążek zdobyty w Soczi sprawił, ze Kowalczyk została też najbardziej utytułowanych polskim sportowcem na ZIO (5 medali olimpijskich).
Fot. Tomasz Jagodziński
2. miejsce - Mariusz Wlazły
Kandydaturę Mariusza traktują jako nominację dla całej drużyny mistrzów świata. Wlazły jest jej reprezentantem, doskonałym reprezentantem. Nie bez znaczenia wyróżniono go tytułem MVP podczas polskiego mundialu. Poprowadził naszą ekipę do nieziemskiego sukcesu, co sprawiło, że moje pokolenie nie musi odwoływać się do historii roku 1974. Ponadto nie od dziś wiadomo, że aby osiągnąć w siatkówce sukces potrzeba całej drużyny, ale jak gra w niej taka postać jak Wlazły to droga do niego jest łatwiejsza.
Fot. Rafał Oleksiewicz
1. miejsce - Kamil Stoch
Bezapelacyjnie sportowiec numer jeden. Dwa medale olimpijskie na jednych igrzyskach. Coś nieprawdopodobnego! I można powiedzieć na osłodę triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Rok 2014 był rokiem Kamila Stocha i dłużej rozwodzić się nie zamierzam, bo wszystko co napiszę, będzie niewystarczające. A tegoroczne zdobycze skoczka mówią same za siebie!
Fot. Tadeusz Mieczyński

poniedziałek, 24 listopada 2014

Mistrz w każdym calu. Król. Maestro. Wirtuoz. Roger Federer!

Szwajcarska, tenisowa reprezentacja w składzie z Rogerem Federerem zwyciężyła w Pucharze Davisa, który można porównać do rozgrywek mistrzostw świata. Zwycięski punkt dla ekipy słynącej z serów, banków i zegarków zdobył właśnie Federer. Radość z jaką 33-letni tenisista emanował z pewnością  na długo zostanie zapamiętana, bo moment był niezwykły...

Król Roger zgarnął już w tej dyscyplinie wszystko. Wygrał wszystkie Wielkie Szlemy, był liderem rankingu ATP, zwyciężył w Finałach ATP World Tour, sięgnął po zloty medal igrzysk olimpijskich – owszem był to tytuł zdobyty w deblu, ale medal z najcenniejszego kruszcu na IO został zdobyty i na zawsze będzie mistrzem olimpijskim. Do kolekcji brakowało tylko triumfu z reprezentacją w Davis Cup. Do niedzieli, 23 listopada 2014 roku. Teraz Król ma wszystkie atrybuty władzy.

Nie jestem tenisowym znawcą i wciąż ją poznaję, ale moje początki zaczęły się od poznania Federera. Można mnie było nazywać kibicem sukcesu, ale kogo lubić i kogo podziwiać jeśli nie prawdziwą ikonę tego sportu. Wszystko dlatego, że Roger jest po prostu jednym z najbardziej znanych sportowców w szeroko pojętym świecie sportu, a nie tylko w tenisie. Ponadto oprócz triumfów w najważniejszych turniejach, Szwajcar czarował również piękną grą. Jednoręczny bekhend, czy wolejowe zagrania przy siatce to prawdziwy majstersztyk. Wirtuoz, którego wciąż ogląda się z przyjemnością.

Wydaje się, że z przyjemnością w tenisa nadal gra Maestro. Przekonać się o tym mogliśmy oglądając niedzielne starcie z Francuzem Richardem Gasquetem. Najistotniejszy obrazek był ten, kiedy po słowach „gem, set, mecz” Szwajcar położył się ceglaną mączkę, potem cieszył się wspólnie z kolegami z ekipy, i wreszcie zbliżenie na oczy Rogera, które zaszkliły się. Ewidentnie Szwajcar się wzruszył, dał upust swoim emocjom. Tak bardzo pragnął tego tytułu. Ale nie dla siebie. Dla innych. Po meczu stwierdził: Nie zrobiłem tego dla siebie, tylko dla drużyny. Czuję dumę, że dałem radość innym. Jestem szczęśliwy, że mogę żyć w tak historycznym czasie dla szwajcarskiego tenisa. 
Fot. daviscup.com
Dla mnie, jako widza, ale też fana Rogera (podobnie jak Novaka Djokovicia) fantastycznie było oglądać walkę zawodnika, który tyle zdobył, wygrał tyle meczów, zarobił mnóstwo pieniędzy. On mimo problemów zdrowotnych walczy, walczy dla wszystkich.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to co motywuje Federera do ciągłego wychodzenia na kort pochodzi z jego wnętrza. Dla niego tenis wciąż jest stymulujący, sprawiający olbrzymią satysfakcję. W osobowości mistrza odnaleźć pewnie można taką jego część, która w psychologii sportu określana jest jako napęd wewnętrzny, która charakteryzuje się zawziętością, nieustępliwością i wytrwałością, wtedy kiedy nie odczuwa się zachęty ze strony innych osób, i nie liczą się żadne motywy zewnętrzne w postaci pieniędzy czy publicznego uznania. W osobowości Federera jest wiele składowych, z których można czerpać. Cierpliwy, opanowany, kulturalny. Trudno doszukiwać się jakiś skandali czy aferach, w których Szwajcar brał udział. Mistrz w każdym calu. Mistrz prezentujący się tak jak na mistrza przystało zarówno na korcie jak i poza nim.

I choć naciera młoda fala tenisistów, a Szwajcar jest coraz starszy to dzielnie się trzyma i utrzymuje się na szczycie. Może serwis nie jest już piorunująco szybki, a forhend nie ma takiej mocy jak dawniej to jednak jego przygotowanie fizyczne, taktyczne, ale też osiągnięcie równowagi mentalnej sprawiły, że wciąż gra na wysokim poziomie, a widowiska z jego udziałem cieszą oko.

Niedzielny sukces – tak wyczekiwany i upragniony ewidentnie uwidacznia ciągłą chęć wygrywania tenisisty.  Tym samym nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Maestro złotego medalu olimpijskiego w singlu (aby niektórzy ignoranci nie krzyczeli sprzed monitorów) i jeszcze wielu lat gry na takim poziomie.

Może to banalne, ale osobiście nie mogę wyobrazić sobie tenisa bez Rogera ze Szwajcarii.
Fot. AFP

wtorek, 18 listopada 2014

Powalczymy? Powalczymy!

Cześć! Na wstępie ogłaszam, że nie będzie o aferze korupcyjnej w PZPS-sie i reperkusjach z tym związanych. Ciągle niewiele wiadomo, więc dopóki nie będzie prawomocnego wyroku sądu - sprawy komentować nie będę.

Moją uwagę przykuło natomiast wydarzenie z soboty, które miało miejsce w Olsztynie. I uwaga! Nie chodzi mi o kontrowersje meczowe i pomeczowe, które miały miejsce w spotkaniu Indykpolu z AZS Politechniką Warszawską.

To o czym w takim razie będzie tekst? Będzie o zwycięzcach, będzie o Wilkach Bednaruka. Przydomek, który nadały media siatkarzom z Warszawy nie wziął się znikąd. Młode wilczki kąsają i zdobywają punkty, choć przed startem rozgrywek był skazywane na porażkę. A tu taka miła niespodzianka. Piętnaście punktów i ósme miejsce w tabeli. Za ekipą z Warszawy znajdują się chociażby zespoły z Radomia, Olsztyna czy Kielc, które z pewnością znaczącą przewyższają finansowo stołeczny zespół. Wiadomo pieniądze nie grają i dobrze. Znaczący jest jednak fakt,iż Politechnikę reprezentują bardzo młodzi siatkarze:
Michał Filip - 20 lat
Aleksander Śliwka - 19 lat
Dominik Depowski - 19 lat
Bartłomiej Lemański - 18 lat
i jeszcze Bieńkowski, Mordyl czy Szalpuk (wszyscy rocznik '95).
Fot. SportoweFakty.pl
Cieszy, że ktoś zdecydował się dać tym chłopakom szansę. Szansę, którą wykorzystują i którą z pewnością wykorzysta reprezentacja Polski. Ci siatkarze będą się rozwijać, a za sprawą rywalizacji po przeciwnej stronie siatki z Winiarskim, Wlazłym czy Nowakowskim z pewnością podniosą swoje umiejętności i grać będą jeszcze lepiej.

Radość z jaką przystępują do rywalizacji Śliwka czy Filip zaraża chyba wszystkich kibiców. Fajnie widzi się ich walczących i tak euforycznie cieszących się ze swoich udanych akcji.

Osobiście z przyjemnością oglądam mecze podopiecznych Bednaruka. Nie pękają, grają swoje. Dzielni i ambitni. Grają i efektownie i efektywnie. Walczą, nie podają się, a swoją nieustępliwością nadrabiają braki w ograniu na plusligowych parkietach. Trener Bednaruk przed meczem z Olsztynem pisał tak: "Zdaję sobie sprawę,że dużo argumentów na mecz z Olsztynem nie mamy i nawet nasza najlepsza gra może nie dać zwycięstwa. Ale co tam. Powalczymy". I powalczyli. I to jak! Wygrali za trzy punkty. Młodzież, debiutanci ogrywają zespół posiadających w składzie doświadczonych graczy, którzy z niejednego pieca chleb jedli.

Jestem pod wrażeniem Wilków z Warszawy. To także sygnał dla innych klubów, którzy ściągają przeciętnych, a wręcz słabych graczy z zagranicy czy wypalonych lub uznanych polskim nazwiskiem. Po co? Skoro można postawić na młodych, zdolnych.

Niestety tak dzieje się nie tylko w siatkówce. Wszędzie liczy się doświadczenie i doświadczenie. Mało kto chce stawiać na młodych, ale naprawdę warto. Bo chęci do pracy, zapału i olbrzymiej motywacji wewnętrznej nie odbierze nikt. To taki bardzo ogólny wniosek wysnuty z siatkarskiego parkietu, o tym jak to się robi w Polsce. W niedzielę były wybory, wybory, gdzie do samorządowych ław zasiądą ludzie w wieku 70 czy 65 lat. Broń Boże!  Nic do nich nie mam, choć to przypadek z własnego podwórka. To także nie ma nic wspólnego z ageizmem. Niemniej warto stawiać na młodych, to oni będą budować podwaliny pod przyszłe sukcesy. Brawo Politechniko! Brawo warszawscy siatkarze!

wtorek, 11 listopada 2014

Biało-czerwone to barwy niezwyciężone!

Jestem dumny, że jestem Polakiem. Jestem z Polski i nie wstydzę się tego. Tak, dokładnie jestem z Polski. Nie interesują mnie kwestie polityczne, wyznaniowe i światopoglądowe. To, co mnie interesuje to kibicowanie polskim sportowcom, bo jestem z Polski.

I to jest właśnie cudowne w byciu kibicem. Niezależnie czy bliżej mi do prawicy czy do lewicy, za polskich sportowców trzymam kciuki!

Wielu sportowców z Polski podkreśla, że to dla nich ogromny zaszczyt reprezentować nasz kraj. Ja cieszę się, z tego, że mogę im kibicować i radować się z ich zwycięstw. Bo jak pięknie robi się na duszy, gdy słyszy się Mazurka Dąbrowskiego, jak pozytywne emocje targają mną, gdy na najwyższym stopniu mam okazję oglądać reprezentanta Polski!

11 listopada data szczególna, wyjątkowa i pamiętliwa. Chciałbym jednak, aby data ta była świętem radosnym, wesołym. Niewątpliwie sukcesy polskich sportowców dają ku temu wspaniałą szansę.

Sport łączy ludzi, łączy też Polskę, całą sportową Polskę. W tym roku mieliśmy mnóstwo powodów do radości, i to sportowcy są najlepszymi ambasadorami polskości, to oni godnie reprezentują nasz kraj.

Słowa i tak nie wyrażą wszystkiego, poniższe filmiki również, bo Polskę ma się w sercu, we własnym sercu bijącym po polsku.




POLSKA!
"NIE PYTAJ MNIE
NIE PYTAJ MNIE
CO WIDZĘ W NIEJ"



poniedziałek, 3 listopada 2014

Nie dotykać siatki! Grozi utratą punktu!

Kongres FIVB jednak ciężko pracuje, bo uraczył nas, kibiców, ale w pierwszej kolejności wszystkich zawodników uprawiających tę dyscyplinę kilkoma ważnymi zmianami.

Najistotniejszą korektą wydaje się być ta dotycząca wprowadzenia zakazu dotknięcia całej siatki. Po wejściu tych przepisów każde dotknięcie siatki pomiędzy antenkami przez zawodnika w czasie trwania akcji będzie traktowane jako błąd. Obecnie strata punktu dotyczy tylko sytuacji, gdy dotyka się górnej taśmy.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy ten przepis jest dobry czy zły. Decyzja ta ma zarówno plusy jak i minusy. Po części zwiększy się jednak bezpieczeństwo graczy, bo nie będą tak bezceremonialne atakować siatki. Skończą się też wszelkie dyskusje czy to była siatka czy tylko jej górna część.

Zastanawiam się tylko jak szybko zawodnicy będą w stanie ponownie przyzwyczaić się do tego przepisu, gdyż przez kilka sezonów grano właśnie w ten sposób. Przepis istniał od 1 stycznia 2009 roku, a powrotne przyzwyczajenie się, że jakikolwiek kontakt z siatką jest zakazany, łatwy nie będzie. Nie będzie to jednak nie niemożliwe, bo jednak większość graczy uczona była innych zasad, a przerwa trwała tylko pięć lat, gorzej w przypadku młodych zawodników, których nauczano grać w siatkówkę po 2009 roku...

Niemniej, nie wydaje mi się, że nagle siatkarze/siatkarki przestaną być jak najbliższej siatki i będą grać asekuracyjnie, dawniej też dość ostro walczyli o piłkę i przepychali się nad siatką. Dlatego trudno wyobrazić mi sobie, że wprowadzenie tego przepisu drastycznie wpłynie na atrakcyjność i ciągłość widowiska. Wbrew pozorom błędów dotknięcia siatki nie było zbyt wiele, a teraz ten kontakt ma być ograniczony. Co więcej, nie będzie też dyskusji kto i w jakim miejscu otarł siatkę. Błąd będzie błędem.

Z pewnością, gdy wszyscy ponownie przyzwyczają się, aby nie dotykać siatki powinno zrobić się trochę bezpieczniej - tu lepszym rozwiązaniem byłby całkowity zakaz przechodzenia stopami dołem, ale... może i sama siatka wystarczy, że przykrych sytuacji będziemy widywać znacznie mniej.
Fot. Internet
Inną dość radykalną zmianą jest możliwość wprowadzenia tylko jednego czasu na żądanie w secie dla trenera w oficjalnych rozgrywkach FIVB. Z punktu widzenia dynamiki spotkań, ustaleń sponsorskich czy telewizyjnych  zmiana ta wydaje się być korzystna, bo mecze nie będą się przedłużać - przynajmniej tam, gdzie drużyny mogą korzystać z systemu challenge, który tak naprawdę przemienił się w przerwę czy to taktyczną, czy na odpoczynek lub też stał się okazją do przekazania konkretnych uwag do członków swojej ekipy.

I na koniec pragnę wspomnieć jeszcze o jednej zmianie, z której z wprowadzeniem ociągano się, a która przed mistrzostwami świata w 2014 roku wywołała spore zamieszanie. Chodzi rzecz jasna o możliwość wpisania do protokołu meczowego czternastu nazwisk. Decyzja ta powinna zakończyć dylematy szkoleniowców, na którego libero postawić. Teraz w składzie będzie ich dwóch, a każdy z zawodników będzie miał swojego zmiennika, co jest praktycznym rozwiązaniem dającym spore pole manewru dla trenerów.

Moim skromnym zdaniem decyzje kongresu FIVB można uznać za dobre. Nie ma w nich rewolucyjnych zmian, które spowodowałyby spore reperkusje - jak chociażby mecze do 21 punktów czy jeszcze jakieś inne, nieracjonalne pomysły, o których gdzieś, kiedyś donosiły media.

Proszę nie niszczyć siatkówki i pozostawić ją w takim kształcie, bo w takiej dyscyplinie się zakochałem i mojej miłości chcą pozostać wierny do końca!

niedziela, 26 października 2014

Siatkarze znowu zagrają u siebie!

Włodarze CEV uznali, że mistrzostwa Europy siatkarzy w 2017 roku zostaną rozegrane w Polsce. Takiej decyzji można tylko przyklasnąć, bo to wybór doskonały. A po tegorocznym mundialu trudno  wyobrazić sobie, aby mogło być inaczej. Nie dziwi też, że po polskiej prezentacji pozostałe kraje wycofały się z ubiegania o ME. Na tym polu konkurencji nie mamy. I tę rywalizację wygrywamy w przedbiegach.

Nie wiemy w jakim składzie zagramy, ale z pewnością stwierdzam, że hale będą pełne, bo w ciągu trzech lat koniunktura na siatkówkę nie zmaleje, zresztą teraz to chyba niemożliwe, dlatego też PZPS zdecydował się na organizację ME. Siatkarze są na topie, a turniej może być okazją do zarobienia pieniędzy.

ME odbędą się w czterech polskich miastach. W których jeszcze nie wiadomo. Finały mają być w Krakowie, jeśli tak to decyzja jest zrozumiała i jasna. Najlepsza hala, prezentująca się naprawdę wyjątkowo, a dodatkowo w stolicy Małopolski popyt na siatkówkę jest bardzo duży.

Lokalny patriotyzm nie pozwala napisać tego, iż ME muszą być też w trójmiejskiej Ergo Arenie. Zresztą hala sama się broni, a nadmorski klimat sprzyja grze w siatkówkę. Łódź i Katowice? Nie mam nic przeciwko. A może znowu Warszawa i Stadion Narodowy? Mecz otwarcia już był, to może mecz zamknięcia, czyli walka o złoto mistrzostw Europy. Ryzyko niewielkie, bo polscy kibice są w stanie zapełnić każdą halę.
Mecze ze światowego czempionatu pokazały również, że kibice innych krajów także są gotowi podróżować za swoją reprezentacją. Finowie, Włosi, Niemcy ich dało się w tym roku i słyszeć i widzieć, a dobra lokalizacja hal, w których będą grać ich narodowe reprezentacje mogą zapewnić wspaniałą atmosferę nie tylko, wtedy gry grają polscy siatkarze.

Ciesze się, z takiej decyzji, bo to potwierdzenie sukcesu, ale też wkładu polskiej siatkówki w rozwój tej dyscypliny. Niestety, tylko w jej męskim wydaniu. I najbardziej szkoda mi naszych pań. Można by rzec znikąd pomocy. A teraz siatkarkom pomoc potrzebna jak mało komu. Bycie gospodarzem zawsze byłoby gwarantem udziału w zawodach. Może i poziom sportowy nie powodowałby zdobycia najwyższych laurów, ale chociaż w taki sposób nie stoczylibyśmy się na dno.

Liczę jednak, że kontynentalny turniej do igrzysk olimpijskich Polki zorganizują. I dla mnie to będzie miara siły  jaką posiada PZPS. Turniej ten będzie bardzo istotny, a w szranki staną tylko europejskie federacje, więc to będzie sprawdzian dla włodarzy polskiej siatkówki, to będzie też test zaangażowania PZPS-u w odbudowę reprezentacji Polski siatkarek. Przecież zawsze lepiej jest mieć dwie doskonałe reprezentacje niż jedną.

środa, 15 października 2014

Po MŚ siatkarek: Czy Polki dogonią świat?

Witajcie! Wreszcie wygospodarowałem trochę czasu na przemyślenia, które mogę zamienić na słowa pisane :) Tematem dzisiejszego wpisu będą zakończone w niedzielę MŚ siatkarek rozgrywane we Włoszech.

Przypomnę, że udziału w nich nie brała reprezentacja Polski, dlatego też ogólne zainteresowanie tym turniejem nie było za wysokie, dotyczy to także mojej osoby. Na tip-top mundial zacząłem śledzić od III fazy rozgrywek, główną przyczyną było fakt, iż była ona najciekawsza zarówno pod względem sportowym, jak i emocjonalnym.

I o ile polskie mistrzostwa panów uznawane były za turniej niespodzianek to w przypadku pań zabrakło określeń w słowniku, bo we Włoszech zaskakujących rezultatów było znacznie, znacznie więcej. Poczynając od: sensacyjnych triumfatorek, niefaworyzowanych finalistek, brązowych krążków dla murowanych kandydatek do złota i rozczarowań gospodyń i na dokładkę dorzucić trzeba obrończynie tytułu, które nawet nie awansowały do półfinału.

Po raz pierwszy w historii Amerykanki sięgnęły po złoty medal MŚ. Wynik jest dla mnie sporym zaskoczeniem, chociaż gra siatkarek zza Wielkiej Wody naprawdę stworzyła podwaliny pod taki rezultat. Styl w jaki grały Amerykanki jest w kobiecej siatkówce niepowtarzalny. Tak szybko nie gra nikt na świecie, a jak się okazuje to klucz do zwycięstwa. Jest to o tyle zadziwiające, że w składzie siatkarek z USA jest sporo znajomych. Przecież na naszych oczach mogliśmy oglądać grę Alishi Glass, Courtney Thompson czy Kimberly Hill. Ta ostatnia błysnęła taką formą, że w Atomie załamują ręce z powodu odejścia Amerykanki, która w Sopocie prezentowało się średnio, a w kadrze osiągnęła światowy poziom. Zaskakujące jak w zaledwie kilka miesięcy (ligowy sezon Hill zakończyła pod koniec kwietnia) z ligowej przeciętniaczki można uczynić MVP mistrzostw świata!

Tym sposobem zgrabnie przeszedłem do kwestii trenerów, bo to oni w dużej mierze odpowiadają za przygotowanie zawodniczek. Karch Kiraly ze swoją ekipą zbudował drużynę mającą swój styl i grającą według swoich, ustalonych schematów. Może i Kiraly prowadzi zespół specyficznie, może to Jamie podaje szczegółowe informacje dotyczące gry, ale teraz poza Akinradewo czy Larson-Burbach również o pozostałe Amerykanki będą biły się największe siatkarskie kluby.
Fot. FIVB
O tym, że warto zainwestować w specjalistę najwyższej klasy wiedzą także w Chinach. Jenny Lang-Ping po raz kolejny udowodniła, że jest wybitną trenerką. Mając bardzo młode siatkarki potrafiła doprowadzić je do wicemistrzostwa świata! Ciężka praca przyniosła efekty, bo siatkarki z Państwa Środka grały naprawdę bardzo dobrze. I to, co nie udało się wybitnym chińskim siatkarkom, mistrzyniom olimpijskim z 2004 roku, udało się tym wchodzącym w dorosłą siatkówkę młodym dziewczynom. Nie ulega także wątpliwości, że potencjał w chińskim zespole jest tak ogromny, że do obecności Chinek w finale w każdych zawodach powinniśmy się przyzwyczajać.

Po zakończeniu żeńskiego czempionatu zmienił się ranking FIVB, w którym Polki zajmują 28. miejsce. Tak źle dawno nie było, nawet bardzo dawno, bo ostatnie 10 lat biało-czerwone spokojnie plasowały się w pierwszej dwudziestce. Spaść w rankingu było łatwo, wspiąć się na szczyt będzie piekielnie trudno. W szczególności patrząc na sytuację w w polskiej reprezentacji. Świat uciekł Polką niemiłosiernie daleko... To nawet nie chodzi o to, że my stanęliśmy w miejscu jak na przykład Rosjanki czy Włoszki. My drastycznie się cofnęliśmy z poziomem naszej reprezentacji.

Warto jednak być dobrej myśli, bo Amerykanki pokazały, że jak się bardzo mocno chce to można sięgać po tytuł. Bo kto spodziewał się, że Kimberly Hill po niemrawym sezonie w Sopocie, we Włoszech będzie błyszczeć w Italii, podobnie sytuacja miewa się z Alishą Glass, która obecnie jest jedną z najlepszych rozgrywających na świecie, jeśli nie najlepszą. Zawodniczki jednak sportowego postępu nie poczyniły samodzielnie pomógł im doskonały sztab szkoleniowy, i o ile w Stanach Zjednoczonych czy w Chinach są fachowcy przez duże"f" to u nas takich nie ma... I jeśli nie zminimalizujemy tej różnicy i działacze PZPS-u nie przejrzą na oczy, a przede wszystkim nie wyłożą grubej kasy na stół to pogrążymy się w marazmie, w głębokim marazmie, z którego możemy się nie wydostać. A tego sympatycy żeńskiej siatkówki nie chcą, w końcu ostatnio tyle dobrego dzieje się w polskim sporcie. Nawet piłkarze zaczynają wygrywać...

wtorek, 7 października 2014

Recenzja: "Myślę, więc gram" Andrea Pirlo

Pewnie wielu z nas zetknęło się z porównaniami pokroju „Głupi jak piłkarz” czy określeniem „piłkarze to nienormalnie ludzi, bez głowy na karku”. Stereotypowy futbolista bardzo często utożsamiany jest z brakiem piątej klepki. Na szczęście autobiografia Andrei Pirlo „Myślę, więc gram” doskonale walczy z tym wyobrażeniem. Włoski zawodnik to nie tylko inteligentny zawodnik charakteryzujący się doskonałym przeglądem pola, ale to także mistrz pióra, który w sposób niezwykle elokwentny opowiada historię swojego życia. Burzy także przekonanie tych, którzy twierdzili, że Pirlo to piłkarski nudziarz niemający za grosz poczucia humoru.

„Myślę, więc gram” to parafraza zdania  „myślę, więc jestem” wypowiedzianego przez Kartezjusza. W przypadku Pirlo odnosi się do tego, że ten zawodnik jest, że gra i przede wszystkim myśli. Od licznych sukcesów sportowych może zakręcić się w głowie. Pirlo jest mistrzem świata, dwukrotnym zwycięzcą Ligi Mistrzów, pięciokrotnie zdobywał mistrzostwo Włoch. Ponadto występował w najsłynniejszych włoskich klubach, czyli  Interze, Milanie i Juventusie.

W autobiografii włoskiego piłkarza znalazły się wspomnienia z dzieciństwa, nie zabrakło opowieści z ważnych dla Pirlo meczów w barwach klubowych czy też reprezentacyjnych. W książce roi się też ciekawych analiz, zabawnych metafor czy porównań odnoszących się nie tylko do futbolowego świata.

„Myślę, więc gram” opisano szczeble, po których piął się Pirlo. Może nie chronologicznie, może nie wszystko zostało napisane szczegółowo, ale nie było takiej potrzeby. Piłkarski talent Pirlo umiejętnie wykorzystał przelewając swoje myśli na papier. Płynnie przechodziło się z jednej opowieści w drugą. Każde słowo, zdanie zostało dokładne przemyślane, wszystko jest na swoim miejscu, co zbudowało niebywałą całość, którą czyta się i przyjemnie i szybko.

W książce znalazło się wiele zabawnych, śmiesznych, ale też wzruszających i smutnych wspomnień z kariery pomocnika. W jednym z nich swój udział miał także Polak Jerzy Dudek. Pirlo z rozgoryczeniem przywołał z pamięci wydarzenia z 2005 roku. Finał Ligi Mistrzów w Stambule był największym koszmarem Pirlo, który do tej pory wywołuje w nim skrajne emocje, wciąż tkwi w nim to bardzo mocno. Na tyle mocno, że nie przebiera w słowach. W autobiografii Jerzego Dudka nazwał dupkiem, który na linii odstawiał taniec głupca.

Kariera włoskiego pomocnika nie składała się jednak z samych porażek. W następnym roku wspólnie z kadrą narodową zdobył mistrzostwo świata. Pirlo zdradził jaka atmosfera panowała wśród członków ekipy, opowiedział jak całe dnie wspólnie z Allesandro Nestą spędzał grając futbol… na play-station, które okazało się zbawiennym wynalazkiem dla piłkarzy. Co więcej, Pirlo rozgrywając mecze nie wybierał żadnego włoskiego zespołu, grał Barceloną. Zastanawia mnie czy gdyby trenerowi Guardioli faktycznie udałoby się ściągnąć Włocha do ekipy Dumy Katalonii to czy dalej grałby tą drużyną w wirtualnym świecie. W „Myślę, więc gram” Pirlo wyjawił także, że Guardiola bardzo chciałby mieć zawodnika takiej klasy w barcelońskiej ekipie. Niestety zgody na transfer nie wyraził Milan.

Kilka cytatów z autobiografii:

,,W pewnym momencie puściły mi nerwy i wybuchnąłem płaczem. Tam na boisku, na oczach 21 przeciwników – w tym dziesięciu z mojej własnej drużyny. Nie potrafiłem przestać. Biegałem i płakałem. Zatrzymywałem się i dalej płakałem. Zdołowany i przygnębiony, mimo młodego wieku. Takie rzeczy i emocje nie powinny się już przydarzyć na tym etapie życia. 14-latek powinien strzelać gole i cieszyć się z nich, jednak w tym wypadku to, że zdobywał ich wiele, niektórym było wyraźnie nie na rękę.”

„PlayStation jest, zaraz po kole, najlepszym wynalazkiem ludzkości. Odkąd istnieje, gram Barceloną (pomijam mały „skok w bok” na samym początku, kiedy to grałem Milanem). Klasykiem z czasów Milanello były moje pojedynki z Nestą: przyjeżdżaliśmy wcześnie rano, o 9.00 jedliśmy śniadanie, po czym zamykaliśmy się w pokoju i graliśmy aż do 11.00. Później trening, obiad i z powrotem do konsoli, tym razem do 16.00. Życie pełne poświęceń. Nasze pojedynki aż kipiały adrenaliną. Obaj wybieraliśmy Barcelonę. Barça przeciwko Barsie.”

„Parę razy w życiu faktycznie się upiłem. Na tyle solidnie, by prawie zacząć myśleć o ekshumacji szalika Interu albo pióra z grawerem Milanu, by stanąć przed lustrem i widzieć w sobie wysokiego blondyna o niebieskich oczach. Zazwyczaj najlepszym momentem na przekraczanie granic jest ten poprzedzony odniesiony sukcesami. Porażki nie zasługują na toasty, ani na to, by opijać je w towarzystwie przyjaciół. Osobiście bardziej przytomny jestem, kiedy coś pójdzie nie tak. Kiedy przegrywasz masz czas na myślenie i refleksje. Kiedy wygrasz, pierwszeństwo ma pijacka czkawka”.

„Spojrzałem na zegarek. Była 21:21. Moja ulubiona liczba – i to dwukrotnie. Zrozumiałem, że los szepcze mi na ucho: „Postąpiłeś słusznie”.  Mój tata urodził się 21. 21 ja się ożeniłem, 21 zadebiutowałem też w Serie A. Bardzo wcześnie też zacząłem grać z tym numerem na plecach. I nigdy go nie oddałem. Przynosi mi szczęście, dlatego kończę książkę na 20. rozdziale. Podoba mi się myśl, że 21. jest jeszcze pusty, że dopiero zapiszę go nowymi przeżyciami i emocjami”.

Pikanterii lekturze dodały wyjawione tajemnice z szatni. Pirlo w ironiczny, a czasem humorystyczny sposób przedstawiał anegdoty, w których udział brali jego koledzy. Wyśmiewał się z ich natręctw i wyrażał swoje zdumienie dla dość osobliwych nawyków (o ironio! Sam sporym sentymentem dążył liczbę 21.) Z książki dowiadujemy się, że Filippo Inzaghi przed każdym meczem „srał na potęgę”. Z kolei Alberto Gilardino nie mógł rozstawać się ze swoimi starymi, dziurawymi butami, które musiał mieć w torbie, bo tylko wtedy strzelał gole, a gdy zapomniał ich ze sobą zabrać prosił trenera, aby ten nie wypuszczał go na murawę. Intrygującą historią są także żarty z Gennaro Gattuso, który na tyle potrafił odegrać się kolegom z drużyny dźgając ich widelcem. Tym samym sprawiając kłopot oficerowi prasowemu, który zmuszony był wydawać komunikat mówiący o przemęczeniu mięśni... Tak właśnie bawili się mistrzowie świata.

Nietuzinkowość pozycji „Myślę, więc gram” odnosi się także do wyważonych przemyśleń Pirlo na różne futbolowe zagadnienia m.in na temat budowania drużyny. Zdaniem włoskiego gracza najważniejszą formacją jest obrona. Dlatego to właśnie w defensywie  warto mieć najlepszych zawodników, bo zdaniem Pirlo zespół nie powinien tracić bramek. Mistrz świata wrzucił kamyczek do ogródka o nazwie FIFA obśmiewając zacofanie władz piłkarskiej organizacji. Gorzko wypowiadał się również, co do zasad dotyczących wyłaniania zwycięzców Złotej Piłki.

Nie uniknął również problemów, który trapią sport w ogóle. Wspominając Mario Balotteliego wyraził sprzeciw wobec zachowaniom na tle rasistowskim doceniając przy tym umiejętność z jaką włoski napastnik radzi sobie z obraźliwymi komentarzami. Pirlo poruszył wątek dopingu. Zająknął się również na temat największego jak do tej pory sportowego oszustwa Lance’a Armstronga. Głośno zastanawiał się czy doping w piłce nożny jest możliwy i opłacalny. Wracając pamięcią do rewanżowego spotkania Ligi Mistrzów, w którym Milan mierzył się z Deportivo La Coruna w Lidze Mistrzów, a w którym to meczu piłkarze hiszpańskiej drużyny odrobili trzybramkową stratę. Ponadto w autobiografiach włoskich piłkarzy nie sposób uciec od afery Calciopoli. Pirlo nie jest wyjątkiem, nie ucieka od niej poświęcając tej niechlubnej historii we włoskiej piłce trochę miejsca.

Przyznaję, że jest to lektura wyjątkowa, tak jak wyjątkowa wciąż jest gra Pirlo na stadionach świata. Jego styl zarówno literacki jak i futbolowy jest nie do podrobienia. Autor bawi się słowem, a w razie potrzeby korzysta z wymyślnych metafor. Innym razem nie grzeszy wulgaryzmami. Z jego słów wyczuwamy emocje, które nadal tkwią w zawodniku, a każde zdanie wywołuje w czytelniku huśtawkę nastrojów. Niebywałe jest to, jak w drukowanych literach można nagromadzić wielość reakcji emocjonalnych na codzienne zdarzenia. Fenomenalne i rzadko spotykane.

„Myślę, więc gram” jest pasjonująca i wciągająca. Zabawna i inspirująca. Ironiczna i prawdziwa. Na nic jednak zdadzą się moje słowa, bo książkę trzeba po prostu przeczytać. Autobiografia Pirlo jest pozycją obowiązkową dla każdego fana sportu! Na polskim rynku książek sportowych dawno nie było tak znakomitej książki. Nic więcej nie trzeba dodawać tę pozycję trzeba przeczytać.

Moja ocena: 5/5

„Myślę, więc gram. Pirlo”, Andrea Pirlo, Alessandro Alciato, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2014

sobota, 4 października 2014

Subiektywny ranking najciekawszych transferów do OrlenLigi w sezonie 2014/2015

W piątek siatkarskie rozgrywki otworzyły panie z Rzeszowa i z Polic. Inauguracja OrlenLigi nie jest jakoś szumnie nagłaśniana, bo jednak wciąż mówi się o złotych medalach naszych siatkarzy, o rozpoczęciu PlusLigi a także o wciąż trwającym mundialu siatkarek rozgrywanym we Włoszech.

Podobnie zresztą było z dokonywaniem transferów przez żeńskie kluby z najwyższej klasy rozgrywkowej. Zwiększenie liczby drużyn biorących udział w rozgrywkach nie przełożyło się jednak na głośniejsze transfery. Tych wciąż bowiem jak na lekarstwo, a wydaje się, że medialnie jest to sezon dużo słabszy od poprzednich.

Dlatego też miałem spory problem z wyborem piątki zawodniczek do mojego rankingu zagranicznych siatkarek. Niektóre z nich otrzymały ode mnie kredyt zaufania, który mam nadzieję spłacą po sezonie i będę mógł je umieścić w siatkarskich hitach a nie kitach. Przechodzę już jednak do konkretów!

5. Gina Mancuso (Tauron Dąbrowa Górnicza)
Amerykanka jest właśnie jedną z tych zawodniczek, które otrzymała ode mnie kredyt zaufania, podobnie pewnie jak od działaczy z Dąbrowy Górniczej. To młoda siatkarka, mimo tego, że jej ostatnim klubem była azerska Rabita, z którą zdobyła mistrzostwo ligi i brązowy krążek LM. Trzeba jednak przyznać, że za wielkiego udziału w tych triumfach nie miała. Być może w Polsce będzie głodna gry i pokaże więcej niż kilka efektownych i skutecznych zagrań, bo z pewnością ma możliwości by w ten sposób grać.

4. Jana Matiasovska (Atom Trefl)
Gdy dowiedziałem się, że do Atomu przychodzi azerska przyjmująca nie wierzyłem, że będzie to Natalia Mammadowa. Nie wierzyłem też, że będzie to zawodniczka gwarantująca dobry poziom. Ale Matiasovska może taki zagwarantować. Śledząc obecne mistrzostwa świata siatkarek Matiasovska sprawia naprawdę pozytywne wrażenie. Może być pociecha z tej zawodniczki szczególnie w ataku, bo w przyjęciu miewa kłopoty, ale ostatnimi czasy w Atomie to właśnie ze skutecznością w kończeniu piłek było najgorzej. Transfer Jany może to zmienić.

3. Sanja Malagurski (Chemik Police)
Serbki zaciąg w Polisach trwa w najlepsze. Z pewnością nazwisko Malagurski znane jest na międzynarodowej arenie choćby z tego powodu, że Serbka występowała już w kilku ligach nie tylko w Europie, ale do sukcesu przyczyniły się do tego także  reprezentacyjne triumfy jak chociażby mistrzostwo Europy zdobyte w 2011 roku. Co prawda teraz w nieznanych okolicznościach zawodniczka nie pojechała na włoski mundial, ale  to akurat może być korzystne dla klubu z Polic, który mógł dłużej obserwować poczynania Malagurski. Obawiam się jednak, że w Chemiku serbska przyjmująca mimo wszystko nie będzie miała zbyt wielu szans na pokazanie swoich umiejętności.
Fot. chemik-police.com
2.Denise Hanke (Impel Wrocław)
Działacze z Wrocławia stanęli przed trudnym zadaniem, aby na pozycji rozgrywającej znaleźć godną następczynię Frauke Dirick, ale udało się. Hanke na europejskim rynku to już uznana marka, wiele tytułów zdobywanych z reprezentacją czy w ligowych zespołach. Niewątpliwie sporym autem Niemki jest jej zagrywka i także atak z lewej ręki, gorzej jest może z piłkami sytuacyjnymi wystawianymi z pola, ale kto wie może nie będzie konieczności, aby takich wystawiać. Niestety to jedyny tak udany transfer Impelu Wrocław, oby okazał się w pełni trafiony.
Fot. impelwroclaw.pl

1.Sanja Popović (Beef Master Budowlani Łodź)
Polskim sympatykom siatkówki tej zawodniczki przedstawiać nie trzeba, ponieważ Popović po rocznej przerwie wraca do OrlenLigi. W sezonie 2012/2013 reprezentowała barwy Muszynianki i był to udany sezon zarówno dla klubu znad Popradu jak i samej siatkarki. Transfer Chorwatki jest o tyle zaskakujący, że nie wybrała żadnego klubu z czołówki ligi, a dopiero siódmą ekipę poprzedniego sezonu. Tym samym zespół z Łodzi po takim wzmocnieniu z pewnością będzie groźny dla każdego, bo nie ulega wątpliwości, kto będzie w tym zespole odpowiedzialny za kończenie ważnych piłek. Na MŚ może nie prezentuje formy z 2013 roku, ale to już ból głowy trenerów z Łodzi, aby przypomnieć Chorwatce mecze chociażby z Pucharu CEV , gdzie została uznana MVP tych rozgrywek.
Fot. Newspix

wtorek, 30 września 2014

Subiektywny ranking najciekawszych transferów do PlusLigi w sezonie 2014/2015

Piękne to były Mistrzostwa Świata, a wspomnienia zachowane w pamięci będą jeszcze piękniejsze. Mamy Mistrzów Świata, ale mamy także ligę, w której zagrają złoci medaliści, ale co ciekawe nie zabraknie także brązowych medalistów. PlusLiga startuje tuż tuż, biało-czerwone szaliki na chwilę możemy zdjąć z szyi, a do ręki wziąć klubowe barwy.

Rozgrywki ligowe będą mieć w tym roku swoich mistrzów pochodzących z Polski, ale działacze klubowi zadbali również o ciekawe transfery graczów pochodzących z zagranicy. Transfery ciekawe, choć żaden nie sprawił, że musiałem zbierać szczękę z podłogi. Może jednak, tak zrobię, kiedy ktoś z nich zagra rewelacyjny sezon w swoim klubie i poprowadzi go do triumfów.

Tradycyjnie publikuję własny ranking najlepszych zagranicznych siatkarzy, którzy zdecydowali się w tym roku na grę w PlusLidze.

5. Frantisek Ogurcak (Indykpol AZS Olsztyn)
Może to nie jest transfer z pierwszych stron gazet, a sam zawodnik nie jest bardzo medialny to najważniejszy jest aspekt sportowy. A ten w przypadku tego gracza należy uznać za solidny. Słowak w olsztyńskim zespole może być liderem. We włoskiej lidze grał od 2008 roku zbierając dobre recenzje. Ogurcak powinien być mocnym ogniwem zespołu, bo nie ma większych problemów zarówno z przyjęciem zagrywki jak i ze skutecznym atakiem. Zawodnik, który w Indykpolu naprawdę może mieć pole do popisu, a doświadczenie zdobywane na włoskich parkietach okaże się przydatne dla zespołu z Warmii i Mazur, który z pewnością ma spory apetyt na znalezienie się w czołowej piątce rozgrywek.

4. Marco Falaschi (Lotos Trefl Gdańsk)
W poprzednim sezonie, gdy zobaczyłem tego zawodnika w Budvanskiej Rivijerze Budva zastanawiałem się co zawodnik takiego pokroju może robić w czarnogórskiej lidze. Odpowiedzi nie znalazłem, ale... na szczęście teraz Falascchiego będziemy oglądać w  polskim klubie. Włoch ma być podstawowym graczem gdańskiego Trefla. Mam nadzieję, że będzie także dobrym sygnałem dla Lotosu, by zacząć w końcu walczyć o czołowe lokaty w PlusLidze. Niewątpliwie z włoskim rozgrywającym szanse są spore!

3. Jeroen Trommel (Cuprum Lubin)
Holender lubi podróżować po Starym Kontynencie, bo w swojej długiej karierze grywał już w kilku europejskich ligach. Fajnie, że w końcu trafił do PlusLigi. Może trochę szkoda, że dopiero w wieku 34 lat. Wydaje mi się, że to jeszcze nie czas na odcinanie kuponów, a Lubin wyzwoli w zawodniku nową dawkę motywacji i Trommel będzie grał efektywnie i efektownie.  Doświadczenie zdobywane przez tego gracza na mistrzostwach Europy, igrzyskach olimpijskich czy Lidze Światowej może być niezwykle kluczowe dla poczynań beniaminka PlusLigi.
Fot. johantrommel.nl
2. Denis Kaliberda (Jastrzębski Węgiel)
Z pewnością działacze Jastrzębskiego Węgla nie spodziewali się, że ściągając Kaliberdę będą mieć w swoim składzie brązowego medalistę MŚ. Bez dwóch zdań transfer niemieckiego przyjmującego będzie strzałem w dziesiątkę. Już od kilku sezonów zawodnik (mimo młodego wieku – Niemiec urodził się w 1990 roku) prezentuje się doskonale, a polski mundial tylko to potwierdził. Kaliberda będzie koniem pociągowym Pomarańczowych. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że zostanie w Jastrzębiu na dłużej niż jeden sezon, bo zawodnika takiego pokroju warto obserwować na polskich parkietach.
Fot. Oficjalny Fanpage Jastrzębskiego Węgla

1. Lukas Kampa (Cerrard Czarni Radom)
Radomianie mogą mieć powody do dumy i zadowolenia, bo Kampa oprócz brązowego krążka MŚ został tak najlepszym rozgrywającym polskiego mundialu. Wyróżnienie cenne i prestiżowe. A okazja do pokazania na co stać niemieckiego rozgrywającego nadarzy się również w tegorocznym sezonie PlusLigi, który do łatwych należeć nie będzie, ale Kampa będzie miał bardzo dobrą okazję, aby poprowadzić Czarnych do jeszcze lepszych rezultatów niż w poprzednim sezonie. Ogromne uznania także dla działaczy, którym udało się namówić do gry w klubie zawodnika międzynarodowej klasy. Doświadczony rozgrywający związał się z ekipą z Radomia dwuletnim kontraktem, co pokazuje, że Kampa wiąże spore nadzieje z występami w klubie. Podobnie jak kibice, którzy bacznie będą patrzeć na ręce Niemca.
Fot. radom.sport.pl

poniedziałek, 22 września 2014

POLACY MISTRZAMI ŚWIATA!!!

Jak cudownie było obudzić się w poniedziałek ze świadomością, że żyję w kraju Mistrzów Świata. Niebywałe. Fantastyczne uczucie. Nieprawdopodobne. To naprawdę się stało. Rewelacyjnie, pięknie jest magicznie. Fenomenalnie! Zastanawiałem się w jaki sposób napisać tę notkę. Nie będzie jednak długich analiz, ocen i innych tego typu spraw. Nie ma potrzeby! Jesteśmy najlepsi na świecie. Po 40 latach znowu nasi siatkarze stanęli na najwyższym stopniu podium.

Zacznę i skończę na podziękowaniach, bo to jedyne co mogę zrobić :)

Dziękuję za mecz z Serbią,
Dziękuję za mecz z Australią,
Dziękuję za mecz z Wenezuelą,
Dziękuję za mecz z Kamerunem,
Dziękuję za mecz z Argentyną
Dziękuję za mecz z USA
Dziękuję za mecz z Włochami
Dziękuję za mecz z Iranem
Dziękuję za mecz z Francją
Dziękuję za mecz z Brazylią
Dziękuję za mecz z Rosją
Dziękuję za mecz z Niemcami
DZIĘKUJĘ ZA ZWYCIĘSTWO W FINALE Z BRAZYLIĄ!

Dziękuję Nowakowskiemu,
Dziękuję Winiarskiemu,
Dziękuję Konarskiemu
Dziękuję Zagumnemu
Dziękuję Kłosowi
Dziękuję Wronie
Dziękuję Wlazłemu
Dziękuję Drzyzdze
Dziękuję Kubiakowi
Dziękuję Ignaczakowi
Dziękuję Zatorskiemu
Dziękuję Możdżonkowi
Dziękuję Mice
Dziękuję Buszkowi
i Dziękuję Sztabowi Szkoleniowemu na czele z Antigą!

Fot. FIVB
Kawał świetnej roboty, dzięki za nieprawdopodobne emocje i możliwość przeżycia na własnej skórze tego momentu, o którym mówił mój dziadek czy ojciec. Dożyłem czasu, kiedy nasi siatkarze są najlepszą ekipą globu!

I na koniec dziękuję kibicom, tym którzy dopingowali w halach i w domach, którzy wierzyli i trzymali kciuki za powodzenie!

Na dzień dzisiejszy nie przyjmuje do wiadomości innych rzeczy poza tą, że JESTEŚMY MISTRZAMI ŚWIATA. RADUJMY SIĘ!

Fot. FIVB

poniedziałek, 15 września 2014

MŚ wkraczają w decydującą fazę! Wierzę i trzymam kciuki!

Witajcie! Długo się nie odzywałem, bo uważnie śledziłem zmagania polskich siatkarzy w MŚ. Kibicowanie jednak zajmowało sporo czasu, a nie chciałem też wywoływać specjalnej paniki po jednym meczu czy to wygranym, czy przegranym snując dalekosiężne plany stąd tak długa przerwa.

Teraz jednak może włączyć wyobraźnię, bo teraz jest inaczej. Polska reprezentacja jest w najlepszej szóstce imprezy, czyli ma 50% szans na zdobycie medalu :) Wbrew pozorom szanse są spore, więc warto by je wykorzystać, ale zadanie nie będzie łatwe... Niestety. Swoją drogą myślę, że znalazło się sporo kibiców, którzy przed losowaniem grup trzeciej fazy, a po otrzymaniu wiadomości, że biało-czerwoni nie prześcigną Francji w klasyfikacji, przebąkiwała, że trafimy do grupy śmierci. Ja też byłem w tej grupie. Przepraszam, ale wykrakałem. Nie chciałem :(

W gwoli formalności. Trafiliśmy do grupy z Brazylią i Rosją. Natomiast w drugiej grupie zagrają Francuzi, Irańczycy i Niemcy. System okazał się sprawiedliwy, ale niezbyt łaskawy dla gospodarzy. Uważam jednak, że mamy szanse. Wierzę, że uda się wygrać choć jeden mecz, który da nam awans do półfinału. Tak silna grupa na tym etapie rozgrywek, sprawia, że w walce o medale będziemy mieć teoretycznie słabszych rywali, z którymi przecież wygraliśmy już na tym mundialu.

A potyczki z Brazylią i Rosją należy potraktować jako wyzwanie, które można przeskoczyć, a pokonanie tak wysoko postawionej poprzeczki, sprawi, że potem skok o medal może być dużo łatwiejszy.

Nie śledziłem dokładnie wszystkich meczów jakie rozgrywały ekipy Canarinhos i Sbornej, niemniej Kanarkowi niewątpliwie będą najgroźniejszym przeciwnikiem. Nie przegrali na tych MŚ jeszcze meczu. Wydaje się, że grają najrówniej, a i z moich spostrzeżeń wynika, że nie mieli na tym turnieju jeszcze słabszego meczu, a przecież w tak długim turnieju trzeba taki mieć... Oby we wtorek!

Rosjanie z kolei grają nierówno, a z mocnymi rywalami potrafili się albo męczyć jak w starciu z Bułgarią czy po prostu przegrać jak w meczu z Brazylijczykami. Dodatkowo mają sporo problemów z dyspozycją swoich atakujących. Zarówno Nikołow jak i Pawłow zmagają się z kontuzją, więc trudno wyrokować czy dalej zagrają, a i przestawienie Dmitrija Muserskiego może nie zdać egzaminu.

Oczywiście My mamy swoje kłopoty. Z pewnością cała siatkarska Polska modli się o zdrowie Michała Winiarskiego, który w starciu z Iranem uskarżał się ból pleców. Mam nadzieję, że wszystko będzie na tyle dobrze, że Misiek zagra i zagra tak jak dotychczas, bo taka gra jest nam koniecznie potrzebna!

Niewątpliwie nie jesteśmy faworytami w starciach z mistrzami świata czy mistrzami olimpijskimi. To jednak może być naszym atutem, a przecież nie mamy się czego obawiać, bo zarówno jednych jak i drugich mamy już na rozkładzie w tym sezonie. Oni wyjdą z nastawieniem, że muszą, my, że możemy. A z taką świadomością gra się dużo, dużo łatwiej.

O kibiców się nie martwię. Oni jak zawsze staną na wysokości zadania. A gospodarzom ściany pomagają, a więc i niech tak będzie :)

I na koniec. Mam nadzieję, że wreszcie udać się zagrać tak, że nie będzie potrzeby rotowania składem, bo to oznaczać będzie, że wszyscy, w tym jednym meczu zagrają doskonale. W kilku poprzednich starciach, tego trochę brakowało, gdzieś mieliśmy luki, jakiś element nie zawsze funkcjonował tak jak należy. Teraz wszystko musi zagrać. Wszystko!

Mocno wierzę i trzymam kciuki!

piątek, 5 września 2014

Recenzja: "Szybszy niż Błyskawica. Autobiografia" Usain Bolt

Nie będzie długiego wstępu, bo najzwyczajniej w świecie takiego nie potrzeba. Pochodzący z Jamajki Usain Bolt, zdobywca sześciu złotych medali igrzysk olimpijskich w Pekinie i Londynie. Rekordzista świata na 100 i 200 metrów wydał autobiografię.

Ludzie nie będący zainteresowani sportem i tak z pewnością Bolta znają. Niemniej wszyscy, którzy pragną dokładniej poznać historię jamajskiego lekkoatletyki i zżera ich ciekawość jak wygląda życie ikony sportu XXI wieku powinni sięgnąć po autobiografię jamajskiego sprintera pt. ,,Szybszy niż błyskawica” wydanej przez wydawnictwo Bukowy Las, które przestało już słynąć z tenisowych publikacji.

Trzeba przyznać, że publikacja„Szybszy niż błyskawica” stosunkowo szybko pojawiła się w naszym kraju, albowiem jesienią ubiegłego roku autobiografia Bolta miała światową premierę. Warto też wspomnieć, że nie jest to pierwsza książka autorstwa jamajskiego sprintera. W 2013 roku na polskim rynku pojawiła się pozycja zatytułowana: ,,9,58 - Autobiografia najszybszego człowieka na świecie”.

„Szybszy niż błyskawica” opowiada drogę na szczyt Usaina Bolta. W książce bardzo mocno zaakcentowano sportową stronę życia Jamajczyka. Co prawda pojawiają się wspomnienia i anegdoty z czasów szkolnych, wygłupów z kolegami, pasji do grze w krykieta czy o wielbieniu klubu z Old Trafford, ale nie brakuje też wątków o ciężkiej pracy, przedsezonowych przygotowaniach i rzecz jasna występach na stadionach całego świata.

Publikacja rozpoczyna się od kulminacyjnego wydarzenia w życiu sportowca, co ciekawe taka inauguracja stosowana jest dość często w biografiach. W tym konkretnym przypadku autobiografię Jamajczyka otwiera dramatyczny wypadek samochodowy z kwietnia 2009 roku, kiedy Bolt wraz z przyjaciółkami byli o krok od śmierci. To zdarzenie dla Jamajczyka było jak objawienie, jak dar od wszechmogącego, aby mógł zostać najszybszym człowiekiem.

Sześciokrotny mistrz olimpijski opisuje swoje początki z lekkoatletyką, w której nie zakochał się od razu, albowiem uwielbiał krykiet. Długo też oswajał się z myślą by biegać na setkę, ponieważ większość trenerów widziała w nim fenomenalnego biegacza na 200 i 400 metrów. Wszystko zmieniło się w 2007 roku, kiedy trener Glein Mills przegrał zakład ze swoim podopiecznym. Motywem takiej decyzji wcale nie były pieniądze a fakt, że podczas treningu na jedno okrążenie, trzeba trenować znacznie ciężej i dłużej, a tego Bolt chciał uniknąć za wszelką cenę.

Z lektury dowiadujemy się, że Bolt został obdarzonym niebywałym talentem, który pozwolił mu wygrywać na początku swojej kariery, jednak im bardziej zaangażował się w lekkoatletykę tym zdał sobie sprawę, że musi więcej ćwiczyć. I tak biega od 15 roku życia, kiedy zaczął wygrywać zawody i bić rekordy. Długo nie trzeba też było czekać na pierwsze międzynarodowe sukcesy. W 2002 roku przed własną publicznością wygrał mistrzostwa świata juniorów.  Od tego momentu kariera Bolta nabrała tempa i już nic nie było takie samo...

Ponadto sprinter opisuje jak jego kariera potoczyła się w kolejnych sezonach. Począwszy od nieudanego, choć zapewniającego cenne doświadczenie występu na igrzyskach olimpijskich w Atenach. Debiut na seniorskich mistrzostwach świata w Osace wypadł nad wyraz okazale. Jednak ten występ to było preludium przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie. Trzy złota i trzy rekordy świata. Królem sprintu był Usain Bolt. Potem były MŚ w Berlinie i trzy złota i dwa rekordy świata zdobyte indywidualnie. Panowanie wciąż trwało i nadal trwa, albowiem Bolt klasę potwierdził w Londynie. Ponownie sięgnął po najwyższe olimpijskie laury.

W „Szybszy niż błyskawica” sporo miejsca poświęcono przygotowaniom do poszczególnych startów. Jamajczyk zdradza jakie spostrzeżenia towarzyszą mu przed wyścigiem, a także w trakcie biegu. I choć wydaje się, że 10 sekund to bardzo mało, to w tym czasie w głowie sprintera przebiegają myśli w rekordowym tempie!

Kilka cytatów z autobiografii:

„Te czterdzieści osiem kursów zajmowało za dużo czasu, więc zacząłem nosić po dwa wiadra naraz, chociaż ciężar był dwukrotnie większy i sprawiał mi ból. Wydawało mi się, że robię coś na skróty, ale w rzeczywistości rozwijałem muskulaturę. Z tygodnia na tydzień czułem, jak rozrastają się mięśnie ramion, nóg i pleców. Chociaż nie ćwiczyłem w siłowni, wyrobiłem sobie prawdziwe mięśnie. Wyobrażacie sobie? Przez moje lenistwo stawałem się coraz silniejszy”.

„Najpierw musiałem założyć kolce, ale nawet rozwiązanie sznurowadeł wydawało się sporym wyzwaniem. Próbowałem założyć jeden but, ale z jakiegoś powodu nie pasował. Ciągnąłem zapiętek, rozpaczliwie usiłując wcisnąć głębiej palce. Na próżno. Upchnąłem palce i poluzowałem język. To samo! Dopiero kiedy spojrzałem na stopy, po jakichś dwóch minutach szarpania się z butami, dotarło do mnie, że wciskam lewą stopę do prawego buta. Taki byłem zdenerwowany (podczas mistrzostw świata juniorów w 2002 roku – przy red.)”.

„Niektórym może się to wydać śmieszne. Na tym dystansie czas szybko płynie, w nieco ponad 9,5 sekundy jest po wszystkim; w 10, jeśli mam naprawdę słaby dzień. Przez ten czas mam dziką gonitwę myśli, zwłaszcza gdy się spóźnię na wyjściu z bloków. Komentuję na bieżąco, co kto robi przede mną albo gdy ktoś za mną próbuje wywinąć coś głupiego, jak na przykład mnie wyprzedzić. Poważnie, kiedy zasuwam do mety najszybciej, jak potrafię, w myślach gadam do siebie, jakby to miało w czymś pomóc”.


Dodatkowo autobiografia przybliża czytelnikowi osobowość Usaina Bolta. I wcale nie jawi nam się jako człowiek kochający rozgłos i szum wokół własnej osoby. Lubi zabawiać publiczność, robić głupie miny, bo to go relaksuje. Bieganie sprawia mu radość i z tą radością chce dzielić się z fanami.

Czytając autobiografią Bolta dowiadujemy się jak wiele znaczy dla niego szacunek dla drugiej osoby będący nadrzędną wartością, którą wpoili mu rodzice. Mimo bogactwa, złotych medali pozostał skromnym człowiekiem. Może i nie zawsze miał pod górkę, ale to co godne podkreślenia to fakt, iż woda sodowa nie uderzyła mu do głowy. Zna swoją wartość. Zdaje sobie sprawę, że sześć złotych medali olimpijskich stawia go w gronie najwybitniejszych sportowców świata. Sam mówi, że jest legendą i fenomenem, ale z drugiej strony zachowuje dystans do siebie i swoich osiągnięć twierdząc, że nie może porównywać się z Muhammadem Alim czy Michaelem Phelpsem, ponieważ oni także uczynili rzeczy wielkich. Uważa również, że najsłynniejszym Jamajczykiem wciąż pozostaje Bob Marley.

W autobiografii najszybszy człowiek świata podzielił się swoimi obawami dotyczącej najbliższej przyszłości. Marzy o trzech kolejnych medalach w Rio, ale jak stwierdził to dla niego wciąż odległa perspektywa i wiele się może jeszcze wydarzyć. Ma także świadomość, że najwięcej wysiłku będzie wymagało już samo dostanie się do jamajskiej kadry. Kwalifikacje mogą okazać się najtrudniejsze, ponieważ Bolt na bazie swoich sukcesów zachęcił młodych Jamajczyków do trenowania… Czy ktoś jednak wyobraża sobie Igrzyska Olimpijskie w Rio bez Usaina Bolta?

Ostatnio polscy fani mogli gościć rekordzistę świata w Warszawie. Być może niektórzy zobaczyli go na żywo, może komuś udało się go dotknąć, zdobyć autograf. Tym, którym się nie udało odsyłam do lektury, dzięki niej bliżej poznamy Bolta. Udamy się w niesamowitą podróż do Trelawny, poznamy skromne dzieciństwo mistrza, przez zdobycie międzynarodowej sławy na lekkoatletycznych arenach: Osace, Pekinie, Berlinie, Deagu, Londynie i Moskwie, która na chwilę obecną jest ostatnim przystankiem w karierze Jamajczyka. Z pewnością jednak nie ostatnim.

„Szybszy niż Błyskawica” wyjawia niebywałą historię człowieka. Opisuje drogę do olimpijskich laurów. Drogę nie zawsze usłaną różami, ale nie od dziś wiadomo, że do gwiazd czasem ścieżka wiedzie przez ciernie.

Moja ocena: 4/5

„Szybszy niż Błyskawica. Autobiografia”, Usain Bolt, Bukowy Las, Wrocław 2014