sobota, 28 grudnia 2013

Recenzja: "Moje życie" Serena Williams

Z pewnością półki w jej domu uginają się od namiaru zdobytych pucharów, a od ilości zer na jej koncie z pewnością nie jednemu człowieku zakręciłoby się w głowie. Choć, pewnie nie tylko z tego powodu, albowiem Serena Williams to niekwestionowana królowa kobiecego tenisa. Zachwyca urodą, wdziękiem, ale także doskonałą grą za sprawą, której zdominowała kobiece rozgrywki WTA.

Dzięki Wydawnictwu Bukowy Las specjalizującej się w serii tenisowych książek o mistrzach, możemy poznać historię Sereny Williams. „Moje życie” to autobiografia amerykańskiej tenisistki napisana przy współpracy z Danielem Paisnerem, pisarzem pomagającym pisać książki osobom znanym, ale też zwykłym ludziom. W naszym kraju kojarzony ze wspomnieniami Krystyny Chiger wydanej pt. „Dziewczynka w zielonym sweterku”.

Na początku pragnę zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz. Mianowicie premiera autobiografii Williams w Stanach Zjednoczonych miała miejsce w 2009 roku, w Polsce ukazała się dopiero w 2013 roku. Dlatego też ostatnim wydarzeniem opisywanym w publikacji jest US Open w 2008 roku (z krótkimi wzmiankami o roku 2009). Tym samym kibice nie dowiedzą się, co dokładnie stało się w 2010 roku (Amerykanka podczas wizyty w restauracji nastąpiła na rozbite szkło i zraniła stopę , co wymagało interwencji chirurgicznej. Późniejsze komplikacje spowodowały, że Williams otarła się o śmierć).

„Moje życie” pozwala czytelnikowi zapoznać się z początkami Sereny z grą w tenisa. To sięganie pamięcią do pierwszych lat życia. Wspomnienia te ściśle związane są z tenisem, bo w tenisa grała cała rodzina. Serena będąc najmłodszą w rodzinie po prostu nie miała wyjścia, musiała grać w tenisa.

Książka zawiera szereg opisów z dawnych lat. O tym, jak trenowała na publicznych kortach, a parę metrów dalej rozgrywały się dantejskie sceny i od kul ginęli ludzie. Serena wspomniała również o niełatwych relacjach w amerykańskim społeczeństwie i segregacji rasowej. Przedstawiła drogę, która nie była usłana różami…Musiała radzić sobie z olbrzymią presją od najmłodszych lat, ponieważ zawsze była porównywana do starszej siostry Venus. Dla wielu fachowców była tylko dodatkiem do lepiej rokującej siostry. Ta sytuacja nie spowodowała jednak napiętej sytuacji rodzinnej wręcz przeciwnie – siostry kochają się na zabój. Dobre, siostrzane relacje utrzymywały się również dlatego, że Serena Williams nie miała własnego łóżka. Każdej nocy spała w łóżku wraz z inną siostrą.

O ile Serena tenisistka na korcie charakteryzuje się wysokim, równym poziomem, o tyle Serena pisarka prezentuje nierówny poziom. Z jednej strony przeczytamy o brutalnych mechanizmach rządzących w sporcie, kiedy przedstawiciel Nike, kilka minut przed rozpoczęciem pierwszego meczu Australian Open 2007 oświadczył, iż firma może wycofać się ze sponsorowania, jeśli wynik nie będzie dobry.  Z drugiej mamy rodzinne „dramaty” , gdyż mała, rozwydrzona dziewczynka  nie przyznała się do tego, iż zjadła  ulubiony przez całą rodzinę chlebek z „Hungry Howie”.

Na szczęście publikacja dotyka także inne zagadnienia. Jest rozdział dedykowany wierze. Serena opowiedziała jak wielką siłę czerpie ze słów w Biblii, opisała szczęście jakie daje jej głoszenie świadectwa Boga Jahwe, jak wielką moc daje jej sam Bóg. Dowiadujemy się również, jak ważnym elementem w życiu wielkiej mistrzyni jest religia.

Ze smutkiem przyznaje również, że niektóre fragmenty były ciężkostrawne, zważywszy na specyficzny styl i momentami infantylny język. Trzeba jednak docenić ogromną szczerość Williams. Stwierdzi tak, każdy kto przeczyta rozdział dziewiąty dedykowany Tunde, najstarszej siostry Sereny. Tenisiska podzieliła się z czytelnikami traumatyczną historią jaką było zamordowanie Tunde. To wydarzenie odcisnęło piętno na karierze Sereny. Odnoszę jednak wrażenie, że im gorzej się działo, tym po każdym takim wydarzeniu Serena Williams wychodziła jeszcze silniejsza, jeszcze mocniejsza, po prostu jeszcze lepsza (np. tragiczny wypadek a z 2010 roku, po którym ponownie wróciła na szczyt).

Cytaty z autobiografii:

„Żadna nie miała tego przywileju, że co noc spała w innym łóżku. Można traktować to bardzo negatywnie, lecz ja bardzo sobie to ceniłam. Każdej nocy wczołgiwałem się pod inną kołdrę, a w efekcie z każdą siostrą odczuwałam specjalną więź. Zamiast martwić się, że nie mam własnego miejsca, czułam, że moje miejsce jest wszędzie”.

„Nie wychodzę na kort, żeby wypruwać sobie flaki dla tlenionej śmietanki towarzyskiej Palm Springs. Nie, robię to dla siebie i ludzie powinni to zrozumieć. (…) Nie wymagajcie żebym grała, odczuwając ból, którego sami nigdy byście nie znieśli. Jeżeli gram, to gram, a kiedy nie – to nie. Kiedy jednak wychodzę na kort, możecie liczyć, że dam z siebie wszystko. A ja liczę, że pozwolicie mi wykonać moją robotę”.

„Z początku załamałam ręce i pomyślałam: „ mogę grać świetnie, a i tak ponieść porażkę. Cóż więcej mogę zrobić?”. Potem jednak przemyślałam wszystko jeszcze raz i dostrzegłam w tych stwierdzeniach ukrytą siłę. Nie, nie mogłam kontrolować sędziów stołkowych ani liniowych, nie potrafiłam też kontrolować mojej rywalki. Jedyną osobą na korcie, nad którą miałam kontrolę, byłam ja sama”.

„Naprawdę nie wiem, jak daleko bym zaszła, gdyby nie Venus. Przypuszczam, że znalazłabym własną drogę, lecz trwałoby to dłużej. Popatrzcie na tablicę wyników, a zobaczycie, że V pokonała mnie kilka razy w rozgrywkach Wielkiego Szlema. Dwa razy wygrała w finałach – w 2001 roku podczas US Open i w 2008 roku na Wimbledonie – co oznacza, że gdyby nie ona, mogłabym może powiększyć kolekcję o te dwa tytuły. Patrzę na to jednak nieco inaczej: kto wie, czy zaszłabym tak daleko bez Venus?”.

Autobiografia zawiera interesujące anegdotki, niestety większość z nich dotyczy życia pozasportowego. Można żałować, że o sportowych wydarzeniach naprawdę jest niewiele. Być może Williams wyszła z założenia, aby nie przynudzać czytelnika opisem meczów i podawania ile forhendów skończyła, czyi ile zagrała asów serwisowych. Tymczasem zabrnęła w drugą stronę. Jak się okazało nawet dla mistrzyni znaleźć złoty środek jest bardzo trudno. Natomiast jeśli już autorka skupiła się na jakimś spotkaniu, zrobiła to bardzo umiejętnie i trafnie. Fragment o skandalu w Palm Springs w 2001 roku ukazał czytelnikowi obraz tenisowych rozgrywek. Może z brutalnym tłem w postaci rasistowskich zachowań tłumu, ale doskonale opisujący mentalną sferę tenisistek podczas spotkania.

Muszę przyznać, że Williams dość często poruszała w książce psychiczny aspekty gry w tenisa oraz prezentowała sytuacje, dzięki którym zbudowała tak silny umysł. Williams swoje dobre przygotowanie mentalne zawdzięcza grze UNO, w którą grała wraz z całą rodziną (amerykańska gra zbliżona do znanej w Polsce makao, której celem jest zostać numerem jeden). Amerykanka prowadziła też specjalny dziennik, w którym zapisywała różne sentencje, aforyzmy czy powiedzonka, a następnie chowała je do meczowej torbie i czytała pomiędzy gemami, kiedy zaszła taka potrzeba.

„Moje życie”  to pozycja, która raczej nie przypadnie do gustu wszystkim, ponieważ tenisowe rozgrywki zeszły na drugi plan, a najważniejsze stało się życie prywatne. Ci, którzy chcieli dowiedzieć się jak wyprowadzać zabójczy topspinowy forehand będą zawiedzeni. Natomiast ci, którzy pragnęli poznać prywatną sferę mistrzyni mogą być usatysfakcjonowani.

Moja ocena: 3,5/5

„Moje życie”, Serena Williams, Daniel Paisner, Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2013

1 komentarz:

  1. Serena Williams to dla mnie najlepsza tenisistka na świecie. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości za taką tenisistkę będę uważać Agnieszkę Radwańską. Może siostry Radwańskie pójdą w ślady sióstr Williams i to one będą walczyć ze sobą w najważniejszych meczach...
    PS dzięki przeczytaniu twojej recenzji - a dokładniej fragmentu o grze UNO przypomniały mi się czasy szkoły, kiedy grywaliśmy w UNO na lekcjach ;) Czasami nawet z nauczycielami (którzy szybko odpadali z gry dzięki naszej małej pomocy :P)

    OdpowiedzUsuń