wtorek, 31 grudnia 2013

Moje ostatnie głosy w 2013 roku...

Witajcie w ostatnim dniu tego roku! Nie pokuszę się o jakieś duże i solidne podsumowanie. Odszedłem od tego, albowiem zarówno na blogowych stronach moje koleżanki i koledzy czynią to świetnie, a i na wszelkich stronach www możemy wybierać od opisów, zdjęć czy filmów przedstawiających najważniejsze wydarzenia minionego roku.

Zupełnie od podsumowań odejść nie można, w tym roku postanowiłem pójść troszkę na łatwiznę i wykorzystać Plebiscyt Przeglądu Sportowego na Najlepszych Sportowców 2013. 
Poniżej prezentuje moich wybrańców, a tym samym sportowców, do których należał ten rok!
Oczywiście lista jest subiektywna i nie ma wątpliwości, że obok sukcesów czysto sportowych decydowały większe tudzież mniejsze sympatie do danego sportowca. 

To, co może cieszyć to obecność kilku sportowców reprezentujących dyscypliny zimowe. Oby ten rok był tylko preludium do tego, co się będzie działo już za chwil parę, i w 2014 roku reprezentanci zimowi spowodowali jeszcze większy kłopot z wyborem. Niestety jest tzw. smuteczek, gdyż brakuje tu zawodników z gier zespołowych. Z pewnością to nie był rok piłkarzy, całej siatkówki. Na koniec na szczęście polskie szczypiornistki dały nam chwilę radości i wlały nutkę optymizmu w moc sportów drużynowych.
W sumie teraz jak patrzę na ten obrazek i widzę kategorię: najpopularniejszy sportowiec 2013 to zastanawiam się, dlaczego umieściłem tam Piotrka Żyłę. Jednak wtedy, uzupełniając tę listę zrobiłem to właściwie bezwarunkowo, nie zastanawiając się ani chwili. Tym samym, myślę, że to dobry wybór, nie wiesz po, co i dlaczego, ale tak się dzieje. Z pewnością Żyła zyskał popularność i powinien dzierżyć ten tytuł, który przyznany zostanie po raz pierwszy.

I na koniec w gwoli formalności. Ci, którzy jeszcze nie zagłosowali mają na to jeszcze 8 dni, a głosować można tutaj. 
I już zupełnie, zupełnie na koniec :)

Z okazji zbliżającego się wielkimi krokami Nowego Roku skorzystam z okazji i chciałbym życzyć wszystkim czytelnikom przede wszystkim szczęścia, szczęścia przejawiającego się szerokim hollywoodzkim uśmiechem. Zarówno w życiu prywatnym, zawodowym, ale także tym związanym z przeżywaniem sportowych emocji. Ponieważ nasze szczęście, nasze zadowolenie będzie oznaczało, że nasi sportowcy zdobywają najwyższe laury i sprawiają nam olbrzymią radość! Wszystkiego dobrego w 2014 roku :)

sobota, 28 grudnia 2013

Recenzja: "Moje życie" Serena Williams

Z pewnością półki w jej domu uginają się od namiaru zdobytych pucharów, a od ilości zer na jej koncie z pewnością nie jednemu człowieku zakręciłoby się w głowie. Choć, pewnie nie tylko z tego powodu, albowiem Serena Williams to niekwestionowana królowa kobiecego tenisa. Zachwyca urodą, wdziękiem, ale także doskonałą grą za sprawą, której zdominowała kobiece rozgrywki WTA.

Dzięki Wydawnictwu Bukowy Las specjalizującej się w serii tenisowych książek o mistrzach, możemy poznać historię Sereny Williams. „Moje życie” to autobiografia amerykańskiej tenisistki napisana przy współpracy z Danielem Paisnerem, pisarzem pomagającym pisać książki osobom znanym, ale też zwykłym ludziom. W naszym kraju kojarzony ze wspomnieniami Krystyny Chiger wydanej pt. „Dziewczynka w zielonym sweterku”.

Na początku pragnę zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz. Mianowicie premiera autobiografii Williams w Stanach Zjednoczonych miała miejsce w 2009 roku, w Polsce ukazała się dopiero w 2013 roku. Dlatego też ostatnim wydarzeniem opisywanym w publikacji jest US Open w 2008 roku (z krótkimi wzmiankami o roku 2009). Tym samym kibice nie dowiedzą się, co dokładnie stało się w 2010 roku (Amerykanka podczas wizyty w restauracji nastąpiła na rozbite szkło i zraniła stopę , co wymagało interwencji chirurgicznej. Późniejsze komplikacje spowodowały, że Williams otarła się o śmierć).

„Moje życie” pozwala czytelnikowi zapoznać się z początkami Sereny z grą w tenisa. To sięganie pamięcią do pierwszych lat życia. Wspomnienia te ściśle związane są z tenisem, bo w tenisa grała cała rodzina. Serena będąc najmłodszą w rodzinie po prostu nie miała wyjścia, musiała grać w tenisa.

Książka zawiera szereg opisów z dawnych lat. O tym, jak trenowała na publicznych kortach, a parę metrów dalej rozgrywały się dantejskie sceny i od kul ginęli ludzie. Serena wspomniała również o niełatwych relacjach w amerykańskim społeczeństwie i segregacji rasowej. Przedstawiła drogę, która nie była usłana różami…Musiała radzić sobie z olbrzymią presją od najmłodszych lat, ponieważ zawsze była porównywana do starszej siostry Venus. Dla wielu fachowców była tylko dodatkiem do lepiej rokującej siostry. Ta sytuacja nie spowodowała jednak napiętej sytuacji rodzinnej wręcz przeciwnie – siostry kochają się na zabój. Dobre, siostrzane relacje utrzymywały się również dlatego, że Serena Williams nie miała własnego łóżka. Każdej nocy spała w łóżku wraz z inną siostrą.

O ile Serena tenisistka na korcie charakteryzuje się wysokim, równym poziomem, o tyle Serena pisarka prezentuje nierówny poziom. Z jednej strony przeczytamy o brutalnych mechanizmach rządzących w sporcie, kiedy przedstawiciel Nike, kilka minut przed rozpoczęciem pierwszego meczu Australian Open 2007 oświadczył, iż firma może wycofać się ze sponsorowania, jeśli wynik nie będzie dobry.  Z drugiej mamy rodzinne „dramaty” , gdyż mała, rozwydrzona dziewczynka  nie przyznała się do tego, iż zjadła  ulubiony przez całą rodzinę chlebek z „Hungry Howie”.

Na szczęście publikacja dotyka także inne zagadnienia. Jest rozdział dedykowany wierze. Serena opowiedziała jak wielką siłę czerpie ze słów w Biblii, opisała szczęście jakie daje jej głoszenie świadectwa Boga Jahwe, jak wielką moc daje jej sam Bóg. Dowiadujemy się również, jak ważnym elementem w życiu wielkiej mistrzyni jest religia.

Ze smutkiem przyznaje również, że niektóre fragmenty były ciężkostrawne, zważywszy na specyficzny styl i momentami infantylny język. Trzeba jednak docenić ogromną szczerość Williams. Stwierdzi tak, każdy kto przeczyta rozdział dziewiąty dedykowany Tunde, najstarszej siostry Sereny. Tenisiska podzieliła się z czytelnikami traumatyczną historią jaką było zamordowanie Tunde. To wydarzenie odcisnęło piętno na karierze Sereny. Odnoszę jednak wrażenie, że im gorzej się działo, tym po każdym takim wydarzeniu Serena Williams wychodziła jeszcze silniejsza, jeszcze mocniejsza, po prostu jeszcze lepsza (np. tragiczny wypadek a z 2010 roku, po którym ponownie wróciła na szczyt).

Cytaty z autobiografii:

„Żadna nie miała tego przywileju, że co noc spała w innym łóżku. Można traktować to bardzo negatywnie, lecz ja bardzo sobie to ceniłam. Każdej nocy wczołgiwałem się pod inną kołdrę, a w efekcie z każdą siostrą odczuwałam specjalną więź. Zamiast martwić się, że nie mam własnego miejsca, czułam, że moje miejsce jest wszędzie”.

„Nie wychodzę na kort, żeby wypruwać sobie flaki dla tlenionej śmietanki towarzyskiej Palm Springs. Nie, robię to dla siebie i ludzie powinni to zrozumieć. (…) Nie wymagajcie żebym grała, odczuwając ból, którego sami nigdy byście nie znieśli. Jeżeli gram, to gram, a kiedy nie – to nie. Kiedy jednak wychodzę na kort, możecie liczyć, że dam z siebie wszystko. A ja liczę, że pozwolicie mi wykonać moją robotę”.

„Z początku załamałam ręce i pomyślałam: „ mogę grać świetnie, a i tak ponieść porażkę. Cóż więcej mogę zrobić?”. Potem jednak przemyślałam wszystko jeszcze raz i dostrzegłam w tych stwierdzeniach ukrytą siłę. Nie, nie mogłam kontrolować sędziów stołkowych ani liniowych, nie potrafiłam też kontrolować mojej rywalki. Jedyną osobą na korcie, nad którą miałam kontrolę, byłam ja sama”.

„Naprawdę nie wiem, jak daleko bym zaszła, gdyby nie Venus. Przypuszczam, że znalazłabym własną drogę, lecz trwałoby to dłużej. Popatrzcie na tablicę wyników, a zobaczycie, że V pokonała mnie kilka razy w rozgrywkach Wielkiego Szlema. Dwa razy wygrała w finałach – w 2001 roku podczas US Open i w 2008 roku na Wimbledonie – co oznacza, że gdyby nie ona, mogłabym może powiększyć kolekcję o te dwa tytuły. Patrzę na to jednak nieco inaczej: kto wie, czy zaszłabym tak daleko bez Venus?”.

Autobiografia zawiera interesujące anegdotki, niestety większość z nich dotyczy życia pozasportowego. Można żałować, że o sportowych wydarzeniach naprawdę jest niewiele. Być może Williams wyszła z założenia, aby nie przynudzać czytelnika opisem meczów i podawania ile forhendów skończyła, czyi ile zagrała asów serwisowych. Tymczasem zabrnęła w drugą stronę. Jak się okazało nawet dla mistrzyni znaleźć złoty środek jest bardzo trudno. Natomiast jeśli już autorka skupiła się na jakimś spotkaniu, zrobiła to bardzo umiejętnie i trafnie. Fragment o skandalu w Palm Springs w 2001 roku ukazał czytelnikowi obraz tenisowych rozgrywek. Może z brutalnym tłem w postaci rasistowskich zachowań tłumu, ale doskonale opisujący mentalną sferę tenisistek podczas spotkania.

Muszę przyznać, że Williams dość często poruszała w książce psychiczny aspekty gry w tenisa oraz prezentowała sytuacje, dzięki którym zbudowała tak silny umysł. Williams swoje dobre przygotowanie mentalne zawdzięcza grze UNO, w którą grała wraz z całą rodziną (amerykańska gra zbliżona do znanej w Polsce makao, której celem jest zostać numerem jeden). Amerykanka prowadziła też specjalny dziennik, w którym zapisywała różne sentencje, aforyzmy czy powiedzonka, a następnie chowała je do meczowej torbie i czytała pomiędzy gemami, kiedy zaszła taka potrzeba.

„Moje życie”  to pozycja, która raczej nie przypadnie do gustu wszystkim, ponieważ tenisowe rozgrywki zeszły na drugi plan, a najważniejsze stało się życie prywatne. Ci, którzy chcieli dowiedzieć się jak wyprowadzać zabójczy topspinowy forehand będą zawiedzeni. Natomiast ci, którzy pragnęli poznać prywatną sferę mistrzyni mogą być usatysfakcjonowani.

Moja ocena: 3,5/5

„Moje życie”, Serena Williams, Daniel Paisner, Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2013

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych Świąt!!

W okresie Świąt Bożego Narodzenia pragnę życzyć wszystkim moim czytelnikom wszystkiego najlepszego! Przede wszystkim zdrowia, szczęścia i radości, pieniędzy i uśmiechu na twarzy goszczącym przez cały rok.  Życzę Wam wiary, nadziei, wytrwałości i pasji w kibicowaniu, emocjonowaniu się sportowymi wydarzeniami. Niech ta magiczna noc będzie bodźcem do realizacji ciekawych wyzwań osobistych w nadchodzącym 2014 roku, a Wasze marzenia, nawet te najskrytsze, urzeczywistnią się!

Fot. enterair-virtual.pl

niedziela, 22 grudnia 2013

Kopciuszek wróci bez butów :(Orlicom Rasmussena mówię: dziękuję!

Niestety nasze szczypiornistki wrócą z MŚ w Belgradzie bez medalu :( W meczu o brąz przegrały z reprezentacją Danii. Czwarte miejsce jest tym najgorszym dla sportowca, dla Polek pewnie również. Zważywszy jednak na fakt, że biało-czerwone jechały na serbski mundial w roli kopciuszka, zespołu, który od sześciu lat nie gościł na arenie międzynarodowej to jest to jednak bardzo dobry wynik, z którego trzeba się cieszyć.

Polski kopciuszek nie zdobył jednak teraz butów, jakim byłby medal mistrzostw świata. Trzeba będzie poczekać. Choć z pewnością jest czego żałować. Bo mimo, że jest to najlepszy rezultat w historii to brutalnie trzeba stwierdzić, że za parę lat i tak niewielu będzie o tym pamiętało. Medal to medal.

Nie czynię jednak z tego zarzutu. Nie mógłbym. Choć niedosyt mamy wszyscy. Szkoda jest ogromna, albowiem mecz z Danią był do wygrania, nasze rywalki były do przejścia. Świadczy chociażby o tym wynik po pierwszej połowie, który brzmiał 15:12, a tak naprawdę to mogło być 16:10. A i w drugiej to pewnego momentu było całkiem nieźle...

Sport stwarza doskonałą okazję do gdybania: gdyby ta strzeliła, gdyby ta złapała piłkę. Gdyby, gdyby. Wynik padł jaki padł. Już nic nie zmienimy, nie powinien się jednak zmienić nasz stosunek do dziewczyn. Wykonały fantastyczną robotę. Dały nam tyle radości, tyle emocji. Spowodowały, że choć na chwilę mogliśmy oderwać się od świątecznych obowiązków i pooglądać grę walczących, grających do końca i ambitnych zawodniczek.
Fot. AFP
Jesteśmy czwartą drużyną świata, choć przed turniejem modliliśmy się o wyjście z grupy. A po drodze do półfinału Polki były lepsze od Rumunek i Francuzek. Niedosyt jest spory, żal również. Nie można odmówić im walki oraz tego, że nie chciały. Chciały. Wydaje się, że zrobiły więcej niż my, kibice oczekiwaliśmy. A ten uśmiech, który podarowały nam w tym tygodniu, bezcenny. Polska, kobieca piłka ręczna zaczyna się odradzać. Cieszmy się z tego, będziemy mieć zespół, który da nam radość. Nie sposób odnieść się do polskich piłkarzy :)Nie do pomyślenia jest, aby na mundialu zaszli tak daleko, aby tak zaciekle walczyli. Wygrać z wicemistrzem świata, Holandią? Patrząc na to co robi Lewandowski i spółki raczej nierealne, a Orlice Rasmussena pokonały wicemistrzynie świata (Francuzki), a i z mistrzyniami MŚ (Brazylią) potrafiły wygrywać. Dziękujemy za wolę walki, determinację, energiczność i radość z gry.

Wracając jeszcze do meczu z Danią. Żaden ze mnie ekspert piłki ręcznej, więc nie odniosę się do warstwy technicznej i taktycznej rozgrywania akcji. Dało się jednak zauważyć, że pod względem mentalnym naszym szczypiornistkom jeszcze brakuje. Tego nie da się nauczyć ot tak, jeśli nie przeżyło się tego wcześniej. Przecież dla tych dziewczyn to pierwszy taki moment w karierze. Po prostu zapłaciły frycowe debiutanta. Zabrakło zimnej krwi. Zamiast dobić rywala w pierwszej połowie daliśmy mu nadzieję. A wydarzenia z drugiej połowy, kiedy Dunki stopniowo nas dochodziły sprawiły, że biało-czerwone się spaliły. Trudno powiedzieć, że zabrakło im umiejętności technicznych, one wiedzą jak rzucać aby zdobywać gole, zabrakło doświadczenia w takich właśnie sytuacjach. Nie od dziś wiadomo, że psychika w sporcie odgrywa coraz ważniejszą rolę. Gdzieś, kiedyś wyczytałem, że różnica pomiędzy wygraną a porażką, pomiędzy drużynami, czy sportowcami, kiedy ci mają wyrównane możliwość fizyczno-techniczne, leży w tym, co jest w głowach. I tego Polki muszą się nauczyć.

To jednak doskonała, choć bolesna lekcja. Lekcja, z której powinniśmy czerpać. Doświadczenie z tego turnieju, z takich meczów powinno zaprocentować w przyszłości. Takie zawody mogą być krokiem milowym dla naszej ekipy. Oby tylko Polki po tak dobrym rezultacie zaczęły pojawiać się na imprezach rangi mistrzowskiej, abyśmy przestały być kopciuszkiem, a stały się elitą...

Fot. Newspix

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Polskie piłkarki ręczne - piękne, zabawne i walczące!

Historia tworzy się na naszych, a na pewno na moich oczach albowiem po raz ostatni polskie szczypiornistki zagrały w ćwierćfinale mundialu w 1978 roku...

Teraz biało-czerwone po wczorajszej wygranej w 1/8 z ekipą Rumunii mają szansę poprawić ten rezultat. Ćwierćfinał mundialu z Francją w środę!

Ci czytelnicy, którzy dość regularnie śledzą mojego bloga wiedzą, że mam słabość do dyscyplin uprawianych przez kobiety :) Piłka ręczna nie jest odosobniania i nie dlatego, że teraz zacząłem się nią interesować na fali wydarzeń z ostatnich tygodni.

Tylko po prostu wcześniej nie było tak wspaniałej okazji. A wszystko zaczęło się od cholernej Portugalii, z którą biało-czerwone przegrały w barażach do ME 2008. Tyle nam przyszło czekać na występy Polek na światowych parkietach. Pamiętam te mecze, tak smutno, tak niedobrze... A teraz, teraz wracamy!

Pod wodzą nowego szkoleniowca Kima Rasmussena nasze szczypiornistki prezentują solidny poziom, pozwalający im zagrać w ćwierćfinale MŚ! Wielki sukces!

Kto oglądał wczorajszy mecz ten miał w głowie przekonanie, że się nie uda, że to już jest koniec. Szczególnie po pierwszej połowie, którą Rumunki wygrały 17:13. Wydawało się, że z tak ogranym zespołem będzie ciężko odrobić straty.

Ale udało się, w dużej mierze za sprawą dobrej postawy bramkarki, która dała sygnał do ataku. Trzeba jednak pogratulować walki do końca, nasze zawodniczki nie odpuszczały i mimo wciąż odrabiania strat walczyły ofiarnie i zaciekle. Wszystko to przyniosło spodziewany rezultat. Nadzieje polskich kibiców z minuty na minuty stawały się coraz większe, emocje sięgały zenitu a kiedy Patrycja Kulwińska w 54 minucie doprowadziła do remisu. Wtedy chyba nie było już nikogo, kto nie wierzył, że ten mecz można wygrać i biało-czerwone rozstrzygną go na swoją korzyść. A gdy było 29:26 dla Polski to już prawdziwe szaleństwo, choć do końca meczu były jeszcze dwie minuty. Nerwy, wielkie podniecenie i na zakończenie wielkie szczęście i wielka radość.

Uśmiechałem się jak głupi do sera patrząc w telewizyjny ekran jak z radości skaczą nasze dziewczyny. A patrząc na ten materiał z TVP Sport uśmiech nie znikał z mojej twarz. Piękne dziewczyny, patriotki, niezwykle zabawne, z poczuciem humoru, ambitne i wierne Orzełkowi. Widać, że atmosfera w tym zespole jest bardzo dobra.
Fot. AFP
I co jeszcze można dodać? Polska piłka ręczna to gwarant emocji do końca na najwyższym poziomie, bo ileż to już przeżywaliśmy tych wyczerpujących momentów, w których albo odrabialiśmy straty i wygraliśmy mecze, albo drżeliśmy o końcowy rezultat, albowiem przeciwnik zbliżał się nieubłaganie?

Orlice Rasmusena do boju! Twórzcie swoją historię, taką jak nasi panowie w 2007 roku!
Fot. AFP

wtorek, 10 grudnia 2013

Olsztyńska Akcja Bombka rozpoczęta! Po raz czwarty!

Olsztyński oddział Fundacji Dr Clown po raz czwarty zorganizował świąteczną aukcję bombek pomalowanych przez znane osoby ze świata sportu i muzyki. Robiąc doskonały prezent na święta, pomagasz w zbieraniu funduszy na zakup pompy infuzyjnej na rzecz Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala Dziecięcego im Prof. Stanisława Popowskiego w Olsztynie.

W tegorocznej edycji udział wzięli:  Dawid Podsiadło, Sebastian Świdereski, drużyna ZAKSY Kędzierzyn Koźle oraz Indykpolu AZS UWM Olsztyn,  Kabaret LIMO, oraz bombki namalowane przez Pablo Bangoleę, Matti Oivanena!

 Licytować bombki można tutaj!

Fot. Facebook Dr Clown - Olsztyn
Serdecznie zapraszam do wzięcia udziału w licytacji. Miły prezent dla bliskich w postaci bombki, ale przede wszystkim dla potrzebujących dzieci!

czwartek, 5 grudnia 2013

Mariola wraca do reprezentacji!

Witajcie! Wreszcie ochłonąłem :) Po raz ostatni Mariolę Zenik w koszulce z orzełkiem na piersi mogliśmy oglądać 27 kwietnia 2012 podczas sparingowego spotkania z Niemkami. Prawie 300 spotkań rozegranych w reprezentacji Polski, nieprzerwanie w kadrze przez sezony 2005-2010 powraca do reprezentacji!

Mariola Zenik znalazła się w kadrze Makowskiego na styczniowy kwalifikacyjny turniej do MŚ! Nareszcie trener poszedł po rozum do głowy i powołał najlepszą libero w Polsce! Nie mam, co do tego żadnych wątpliwości.

Tak jak nie wierzę, w to, że Mariola w Łodzi nie zagra. Nie po to ją Makowski powołał. Obok Izy Bełcik, Katarzyny Skowrońskiej i Małgorzaty Glinki to najbardziej doświadczone siatkarki. A wiemy, jak ważne to będą zawody.

Wszyscy, którzy pilnie śledzą mojego bloga wiedzą, że Mariolka to moja idolka, moja ulubiona siatkarka, za którą dałbym się pokroić :)

Chciałbym sądzić, że turniej do MŚ nie będzie epizodem, bo libero Atomu nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w kadrze. Wciąż może grać na najwyższym poziomie, i wciąż możemy się przyglądać dokonaniom zawodniczki w tym sezonie, w którym "Mała" wraca do wysokiej dyspozycji. Mam nadzieję, że po wywalczeniu awansu do MŚ, na włoski mundial Mariola także pojedzie i zawalczy przede wszystkim o swoje i udowodni, że potrafi stawić czoło trudnym wyzwaniom, a turniej w 2010 roku był po prostu wypadkiem przy pracy. Był sezonem słabszym, który po prostu w karierze się zdarza, bo ciągle nie można grać na światowym topie.

Przeżywałem trudne chwile, kiedy "numer dwa" wędrował od rąk do rąk. Teraz dwójka wraca w należyte miejsce. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że to jest po prostu numer, z którym gra Mariola i, który się z nią kojarzy.

Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę. Cieszę się, bo strasznie się męczyłem. Musiałem przez ponad dwa sezony w biało-czerwonej koszulce oglądać kogoś innego. A jej grę mogłem podziwiać tylko w okresie klubowym, w wakacje miałem przerwę. Teraz Nowy Rok, rok 2014 zacznie się pozytywnie. Będą powody do radości.

Będziemy mogli oglądać dokładne przyjęcie, cudowne obrony, perfekcyjne dogrania i spokój w linii defensywnej. Taka jest Mariola Zenik!


Znalazłem poniższy film u siebie na telefonie. Niestety w necie, coraz mniej filmików z udziałem Marioli. Szkoda, bardzo żałuję. Powinno być więcej filmów! Nigdzie nie mogę znaleźć też tego filmiku z IO w Pekinie..., ostało mi się tylko to... sorry za jakość i przepraszam, że nie wiem kto jest twórcą tego dzieła :)


Jeszcze chciałbym podzielić się z Wami pewnymi odczuciami dotyczącymi Marioli, które na moim blogu się nie pojawiły, choć swój debiut zaliczyły na blogu: mylife-asiaa.blogspot.com w cyklu: My, kibice: Nasz siatkarski idol.

Ona i piłka to Tom i Jerry, są jak kot Sylwester i ptaszek Tweety. Nierozerwalnie złączone. Nieodłączne elementy, które razem współgrają. To powoduje, że lepiej ją rozumie, dzięki temu lepiej nad nią panuje, czuje. Piłka sama jej szuka. To dwa ciała wzajemnie się przyciągające, piłka sama do niej zmierza, a ona do piłki.

Jako zawodniczka posiada repertuar interwencji, które dodają widowisku uroku. Moc umożliwia jej ruch do piłki, wyzwolić maksymalną siłę. Dzięki szybkości skraca czas trwania ruchu z piłką lub do piłki, niesamowity i wyczuwalny czas reakcji zwiększa częstotliwość zagrań. Mariola jest zwinna i gibka, co pozwala jej odnaleźć się w każdej akcji w każdej płaszczyźnie i kierunku w przestrzeni i czasie. Ona nie stoi i nie czeka na piłkę, jak niektórzy twierdzą. Ona czyta grę, posiada umiejętność ustawiania się. 


Gdy gra toczy się bardzo szybko, ona zdolna jest do błyskawicznego podjęcia decyzji. Nie ma wątpliwości, że potrafi zrobić użytek ze swoich umiejętności w każdym meczu. To siatkarka, którą jedną akcją może przesądzić o wyniku. Stać ją na błysk. Natchnienie, szósty zmysł? Nie ważne! Ważne, że to posiada.

Los także jej nie oszczędzał zmagała się z kontuzjami, poradziła sobie i wróciła jeszcze silniejsza, jeszcze lepsza. Choć tak wiele się zdarzyło w reprezentacji była zawsze, jej stosunek do gry był oczywisty i klarowny. Orzełek na piersi to dla niej zaszczyt! Dla niej najważniejszą motywacją w siatkówce było zespołowe wygrywanie.


A poza tym? Mariola jest piękną kobietą! Jest moją idolką!

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Recenzja: "Zinédine Zidane. Sto dziesięć minut, całe życie"

Dziewiąty lipca 2006 rok, Berlin, finał piłkarskich MŚ. Włochy kontra Francja. Ostatni mecz w karierze Zinedine'a Zidane'a, kapitana Trójkolorowych. Data pamiętna, bo cesarz futbolu rozstał się ze swoją dyscypliną w najmniej spodziewany sposób. Sytuacja ze 108 minuty meczu zapisała się w annałach światowej piłki. Na szczęście wielu sympatyków nie kojarzy Zizou tylko z momentem, w którym uderzył głową włoskiego obrońcę Marco Materazziego. Za ten incydent Francuz kiedy otrzymał czerwoną kartkę i ze zwieszoną głową mijał Puchar Świata opuszczając berlińską murawę.

Niemniej jednak historia z 2006 roku jest lejtmotywem książki „Sto dziesięć minut, całe życie” wydanej przez wydawnictwo Sine Qua Non. Biografię Zizou opisał Luca Caioli, dobrze znany w Polsce autor publikacji o Messim i Cristiano Ronaldo.

Caioli pokusił się o ciekawą kompozycję książki. Każdy z rozdziałów zaczyna się krótkim wstępem, relacją z finałowego starcia o złoto mistrzostw świata, dalej jednak autor opowiadział o życiu francuskiego piłkarza, w których to wspomnieniach mieszają się epoki i zdarzenia. Na bazie opowieści różnych ludzi, którzy mieli okazję spotkać na swojej drodze Zizou lub też prasowych doniesień Caioli ukazał przebieg kariery francuskiej dziesiątki. Dzięki temu przenosimy się do Cannes, gdzie zapoznajemy się z opowieścią o młodym Yazidzie marzącym o wielkim, piłkarskim świecie. Przez Bordeaux i Turyn, gdzie poznaje smak futbolu, udajemy się do Realu Madryt – galaktycznego klubu z wielkimi aspiracjami i konstelacją gwiazd wśród, których był Zinedine Zidane (w 2001 roku za 76 milionów euro przerzedł do Madrytu, zostając wtedy najdroższym piłkarzem w historii). Caioli uchylił również rąbek tajemnicy z szatni Realu Madryt, w którym grał Zidane - jakie to opowiastki zdradzać nie będę.

Siódmego maja 2006 roku Francuz publicznie ogłosił zakończenie piłkarskiej kariery, jednak biografia ,,Sto dziesięć minut, całe życie” nie kończy się na tym etapie. Publikacja zawiera także wiadomości o obecnym życiu Zidane’a, które teraz skupia się  m.in. na karierze trenerskiej. Czytelnik dowie się, dlaczego doszło do rozstania z Mourinho i jak to się stało, że znalazł się u boku Carlo Ancellottiego prowadząc Real Madryt.

Oczywiście nie zabrakło też wątku reprezentacyjnego. Z publikacji dowiadujemy się o motywach rezygnacji pochodzącego z Algierii piłkarza. Nie brakuje wspomnień dotyczących największych sukcesów Trójkolorowych, czyli triumfach podczas Mundialu ’98 i Euro 2000. Złoty dublet sprawił, że o francuskiej reprezentacji mówił każdy, a każdy młody chłopiec chciał grać jak Zidane. On sam jednak musiał mierzyć się z olbrzymią presją i wielkimi oczekiwaniami. O tym jak sobie z nimi radził można dowiedzieć się właśnie z książki „Sto dziesięć minut, całe życie”.

W porównaniu do poprzednich książek Caioli’ego książkę o Zidanie czyta się przyjemnie i szybko. Może i historia jest opowiedziana trochę banalnie, ale obyło się bez dłuższego przynudzania i koloryzowania jakim to cudownych piłkarzem nie był Zidane. Być może dlatego, że to po prostu prawda i autor akurat tej tezy udowadniać nie musiał. Plusem biografii są także wywiady z osobami, które naprawdę miały coś do powiedzenia - Vincente del Bosque, Marcello Lippi czy Lillian Thuram.

Cytaty z książki:

„Pewnej nocy, o trzeciej nad ranem, obudziłem się nagle i z kimś rozmawiałem… Jednak nikt, nawet moja żona, nie wie z kim. I nie wyjawię tego do końca moich dni. To zbyt mocne. To zagadka, to prawda, ale nie rozwiążecie jej. To ktoś, kogo nigdy nie będziecie mogli spotkać. Nawet ja nie potrafię sobie tego wyjaśnić. Ta osoba istnieje, ale pochodzi z bardzo daleka. Podczas spędzonych z nią godzin podjąłem decyzję o powrocie”

„Nie robię nie wiadomo czego, bawię się ze swoimi synami. Co jakiś czas oglądam film. Czytać nie czytam, wolę posłuchać muzyki: r’n’b, klasyki bardzo lubię Pavarottiego, Bocellego, Ramazzottiego, a także piosenki prowansalskie. Jeśli wychodzę, to po to, żeby pójść do restauracji albo obejrzeć jakiś spektakl razem z żoną i dziećmi”.

„Przepraszam dzieci, które to oglądały. Moje zachowanie jest niewybaczalne. Nie jest to coś, co należy robić. Chcę to powiedzieć głośno i wyraźnie, ponieważ widziały to dwa czy trzy miliardy ludzi, w tym miliony dzieci. Ich oraz ich wychowawców proszę o wybaczenie. Sam mam dzieci, wiem, co mówię, nauczyłem je, że nigdy nie wolno się bić, a taki gest jest niedopuszczalny”.

„Uważa pan, że w finale mistrzostw świata, na dziesięć minut przed końcem swojej kariery, zrobiłbym coś takiego dla przyjemności? Chcę powiedzieć, że zawsze mówi się tylko o reakcji. Oczywiście, to jest karalne i powinno zostać ukarane. Jednak nie ma reakcji bez prowokacji. Trzeba ukarać prawdziwego winnego, a winnym jest ten, który prowokuje".

„Sto dziesięć minut, całe życie” to opowieść o dziecku, który wychowywał się w biedzie, dla którego futbol był całym jego życiem, sposobem na trudne czasy. Książka opowiada o chłopcu, który pragnął zostać wielkim piłkarzem, który wspiął się na piłkarski szczyt. Takich futbolowych życiorysów było wiele, ale ta jest wyjątkowa, bo Zidane był wyjątkowym piłkarzem, ale co ważniejsze wciąż jest wyjątkowym człowiekiem. I o tym jest też ta książka, o Zizou – człowieku. Skromnego, uczciwego, honorowego, niezatracającego się w luksusie, o wielkim sercu, skorego do pomocy.

Nikomu nie trzeba też udowadniać, że był najlepszym piłkarzem. Dla Davida Beckhama, Zidane to najlepszy zawodnik, z jakim grał. Thierry Henry porównał Zidane’a do Boga, dla Platiniego był królem kontroli nad piłką i podaniami. A Franz Beckenbauer uznał Zidane'a za jednego z najlepszych zawodników w historii piłki nożnej. Lepszej rekomendacji o tym, jakim geniuszem był Zizou nie potrzeba.

Myślę, że moja rekomendacja odnośnie biografii również jest zbyteczna! „Sto dziesięć minut, całe życie” to książka, którą koniecznie trzeba przeczytać. I starsi i młodsi, fani Realu i Barcelony i ci, którzy kochają Francję i lubują się we Włoszech. Ja się nie rozczarowałem, kto wie może dlatego, że uwielbiałem Zizou i na podwórku biegałem w Trójkolorowej koszulce z numerem 10 na plecach…

Moja ocena: 3,5/5

,,Zinédine Zidane. Sto dziesięć minut, całe życie”, Luca Caioli, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013