niedziela, 6 października 2013

Recenzja: "Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty" Jacek Antczak

W Polsce zawsze był z czymś pierwszy i niejednokrotnie zapisywał się w historii. O kim mowa? O Adamie Wójciku, który jako pierwszy koszykarz przekroczył magiczną barierę 10 000 punktów w polskiej ekstraklasie. Był też pierwszym koszykarzem w kraju nad Wisłą, który zrobił sobie tatuaż. Teraz kolejny raz przetarł szlaki na polskim gruncie. Nakładem Wydawnictwa Sine Qua Non ukazała się debiutancka biografia polskiego koszykarza! „Rzut bardzo osobisty” to autoryzowana biografia Adama Wójcika, którą napisał Jacek Antczak, reporter i felietonista ściśle związany, podobnie jak koszykarz z Wrocławiem.

Można tak jak ja niezbyt interesować się koszykówką, ale postać Adama Wójcika bynajmniej trzeba kojarzyć. To człowiek instytucja, legenda polskiej koszykówki. Wójcik to wielokrotny reprezentant Polski (cztery razy wystąpił na mistrzostwach Europy). Ośmiokrotny mistrz Polski, czternastokrotny medalista mistrzostw Polski, jednokrotny mistrz Belgii i dwukrotny medalista mistrzostw Belgii. Ponadto zagrał w 1268 meczach, w tym 651 w polskiej ekstraklasie. W sumie zdobył 17 718 punktów, będąc jedynym, który rzucił 10 000 punktów w Polskiej Lidze Koszykówki! Choć cyfry i tak nie są w stanie zobrazować jak wielki wkład w dorobek polskiej koszykówki włożył właśnie popularny „Oława”.

O szalenie bogatej, barwnej, pasjonującej historii Wójcika można przeczytać w dziele Jacka Antczaka. „Rzut bardzo osobisty” przedstawia biografię Wójcika od narodzin, czyli roku 1970 aż po dzień trzeciego maja 2012, czyli dzień, w którym Adam Wójcik po 25 latach zdecydował się definitywnie zakończyć sportową karierę.

„Rzut bardzo osobisty” zawiera bardzo dokładne i szczegółowe opowieści z życia koszykarza. Przede wszystkim dlatego, że sam Wójcik dzieli się wspomnieniami. Nie brakuje też wypowiedzi trenerów, dziennikarzy czy żony Krystyny, dzięki, której poznajemy historię sportowca z drugiej strony. Sporo ciekawego do opowiedzenia mieli również koledzy Adama z parkietów, z którymi miał okazję rywalizować przez całą swoja karierę, a więc tych, z którymi był na „ty” - Maciej Zieliński czy Dominik Tomczyk oraz ci, którzy kłaniali się mówiąc „Dzień dobry, panie Adamie” jak Bartosz Bochno.

Książka imponuje materiałem faktograficznym, co zresztą widać po liczbie stron – 380. Obszerność publikacji nie powoduje jednak, że czyta ją się trudno i długo. Wręcz przeciwnie, a spora w tym zasługa autora biografii, który jako dziennikarz specjalizuje się w reportażu i felietonie – gatunkach bardzo specyficznych, wysublimowanych, a zarazem luźnych. To widać po tej lekturze. Antczak ma lekkie pióro, opisuje historię w sposób wartki, dynamiczny i konkretny, bez żadnego wodolejstwa. Warto też zwrócić uwagę na wkładki zdjęciowe, szczególnie te zaczerpnięte z archiwum prywatnego Wójcików będące jeszcze w czarno-białej wersji!

Dzięki tej książce czytelnik może także poznać działalność sportową w czasach, kiedy w Polsce nie było demokracji. Trzeba przyznać, że historie z lat 80 czy 90 czytałem z wypiekami na twarzy, śmiejąc się do rozpuku. Oczywiście, nie zawsze było wesoło i miło. Wójcik wspomina, iż w „tamtych latach” panowała w zespole hierarchia, w którym taki młodzian jak on musiał czekać aż starszyzna się wykąpie czy napije się wody ze szklanej butelki o pojemności trzystu mililitrów. Wójcik z sentymentem wracał do czasów, kiedy trenowano gumową chińską piłką, zakładano pepegi, czyli zwykłe tenisówki trzy czwarte. W książce pojawiły się też chwile grozy jak na przykład sytuacja z wrocławskiej restauracji, kiedy antyfan Gwardii „przypierdolił” Wójcikowi za to, że był milicjantem (Wójcik grał w Gwardii, czyli Milicyjnym Klubie Sportowym, z kolei inny klub z Wrocławia -  Śląsk był Wojskowym Klubem Sportowym). Chociaż uprawienie sportu w okresie PRL-u wiązało się ze sporym ryzykiem, to z lektury dowiadujemy się, że sportowcom nie wiodło się tak źle. Wójcik podobnie jak inni sportowcy mający możliwość wyjazdu z kraju zajmowali się także ulicznym handlem. Zawodnicy z podróży do NRD mogli zaopatrzyć się w wiklinowe koszyki, do których wkładało się ogrodowe krasnale, natomiast z Turcji mogli przywozić swetry w kratkę.

Takie anegdoty z minionych lat, z lat, kiedy nie było mnie jeszcze na świecie zrobiły na mnie spore wrażenie. Mogłem poznać od kuchni życie sportowca w niełatwych czasach. Mogłem wyobrazić sobie jak to było kiedyś i porównać, do tego jak jest dziś. Wyjątkowo pouczająca biografia dla młodego człowieka.

Poniżej kilka cytatów:

„Trochę pochodziłem, próbowałem odbijać, ale czułem, że to jednak nie to. Najbardziej nie podobało mi się rzucanie się po parkiecie, czyli te pady siatkarskie. Od razu pozdzierałem sobie skórę i odeszła mi chęć na siatkówkę na całe życie”.

„Dzień dobry, czy mogę się rozebrać w szatni? „Dzień dobry” musiało być, nie mówiło się „siema” czy „cześć” – to już był wyższy stopień wtajemniczenia. I to „dzień dobry” to były jedyne słowa, jakie się wypowiadało. Młodzi nie mieli co się odzywać. Nie wolno było. Wolno było słuchać, a jak się wtrąciłeś do rozmowy, to mogłeś dostać butem. No i czasem latały. I nikt z tym nie dyskutował, takie były zasady i hierarchie”.

„Kiedyś poszedłem z Krysią do jej ulubionego fryzjera. Trwało to strasznie długo, nudziłem się jak mops i zacząłem przymierzać peruki, które tam leżały. Kiedy się śmiałem, że nawet fajnie wyglądam, jako jasny blondyn, podszedł pan Artur i powiedział, że nie ma nic prostszego, mogę siąść na fotel i za godzinę będę takim blondynem (…). Musiałem co miesiąc farbować włosy, bo nie wiadomo było, co z nimi zrobić, a na łyso nie chciałem się golić. A potem, jak już wszystkim się tak spodobało, to czułem presję kibiców i musiałem, co rusz zaglądać do Broadwayu”.

„Poszedłem do apteki. Pani poradziła, co robić z chłopcami, dała mi lekarstwa, termometr i nie chciała wziąć pieniędzy. Powiedziała tylko, że będę miał u niej przechlapane, jak kiedykolwiek pójdę do innej apteki. Podobnie było u rzeźnika, gdzie dostawałem steki po specjalnej cenie, euro za kilogram, i nie pozwalano mi nawet płacić, gdy kupowałem coś chłopcom. Bałem się już wychodzić na miasto i za coś płacić, żeby nie obrazić Sycylijczyków”.

Na szczęście Wójcik grał na tyle długo, że przeżył wiele zmian politycznych i doczekał się nowego ustroju. Dzięki temu nie zabrakło opowieści z wydarzeń, które niedawno miały miejsce. Z biografii dowiadujemy się o pierwszej konfrontacji Wójcika z Marcinem Gortatem, o spotkaniach na politycznym szczeblu i powiązaniach z aferą hazardową. Przedstawiano również wzruszające i dramatyczne momenty na szczeblu sportowym. Są opisane chwile szczęścia podczas zdobywania kolejnych mistrzowskich tytułów i chwile niewesołe, jak grymas niezadowolenia i bólu z powodu zerwania więzadeł krzyżowych urazu łękotki i rzepki, które niemal doprowadziły do zakończenia kariery. Wójcik jednak nie poddał się i tak jak obiecał zakończył karierę w Śląsku Wrocław.

Z pełną odpowiedzialnością polecam „Rzut bardzo osobisty” każdemu, kto lubi dobrą literaturę. Chociaż jest to biografia sportowca, to czyta się ją jak bardzo dobry reportaż. Jest po prostu o życiu, o życiu człowieka, o jego wzlotach i upadkach, o momentach radosnych i smutnych. To podróż „z PRL-u do wolnej Polski, z Oławy do Wrocławia przez Stany Zjednoczone, Hiszpanię, Grecję i Włochy”. Niebywale wciągająca i interesująca książka zdradzająca kulisy, opowiadająca o sukcesach i niepowodzeniach legendy polskiej koszykówki.

I na koniec jeszcze jedna szczególna wartość „Rzutu bardzo osobistego”. Wprawdzie jest to biografia o zawodniku, śmiało można ją też uznać za podręcznik do historii polskiej koszykówki ostatnich trzydziestu lat, w której fakty i wydarzenia zaprezentowane są w nad wyraz przystępny sposób.

Moja ocena: 4,5/5

„Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty”, Jacek Antczak, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013

2 komentarze:

  1. Kiedy byłam w Empiku i zobaczyłam tę książkę zaczęłam ją od tak przeglądać. Była na tyle ciekawa, że się nią zainteresowałam chociaż też nie jestem największą fanką koszykówki.
    Teraz mam okazję mieć książkę w domu. Bardzo fajnie się ją czyta i faktycznie wciąga - niestety jeszcze jej nie skończyłam, ale w najbliższym czasie muszę to nadrobić!
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się i dokładam swoje przemyślenia. Taktyka autora jest prosta: jak najmniej fachowych terminów i udawania, że grę Wójcika umie się rozłożyć na części pierwsze, bo to niczemu nie służy. Rzut bardzo osobisty, to nie jest poradnik młodego koszykarza. Dlatego Jacek Antczak nie wykonuje zbędnych ruchów i zwodów w "pomalowanym", bo łatwo tam o błąd trzech sekund i błąd kroków, a kibice takie rzeczy wytykają i pamiętają. Nie ma nic gorszego od chaotycznej penetracji w "trumnie", gdy nie ma się doświadczenia, bo łatwo o "czapę" od czytelnika. I Antczak tego unika.
    Polecam! http://armulatomasz.blogspot.com/2014/12/wojcik-z-numerem-jeden-w-drafcie.html

    OdpowiedzUsuń