poniedziałek, 28 października 2013

Recenzja: "Philipp Lahm. Drobna różnica, czyli jak zostać piłkarzem" Philipp Lahm

Philipp Lahm to chyba jeden z najbardziej lubianych piłkarzy przez kibiców na całym świecie niezależnie od klubowych czy reprezentacyjnych preferencji.  I nie będę w tej kwestii wyjątkiem. Dla mnie Philipp Lahm to właśnie jeden z tych piłkarzy, którzy w moim rankingu na najsympatyczniejszego gracza są w ścisłej czołówce. Dlatego też z wielką radością przyjąłem do wiadomości, iż publikacja została przetłumaczona na język polski. Książkę, która w Niemczech wywołała spore kontrowersję zdecydowało się wydać w kraju nad Wisłą Wydawnictwo Sine Qua Non.

„Drobna różnica, czyli jak zostać piłkarzem” to książka napisana przez samego piłkarza, który szczerze i bez ogródek opowiada o historii chłopca, który biegał po rozklepanych, nierównych boiskach ligi okręgowej a trafił do jednego z najlepszych klubów świata rywalizując na pięknym i wypełnionym po brzegi stadionie z równo przyciętą i zieloną trawą.

Lahm już w przedmowie zaznacza, że „książkę taką jak ta sam chętnie by przeczytał, gdyby był początkującym zawodnikiem. Odsłania ona bowiem kulisy funkcjonowania futbolu”. Dlatego też nazywanie „Drobnej różnicy” autobiografią jest moim zdaniem trochę na wyrost. To coś na kształt piłkarskiego poradnika dla młodych adeptów futbolu. Książce Lahma z pewnością bliżej do innej publikacji wydanej przez SQN a napisanej przez włoskiego piłkarza Allesandro Del Piero „Gramy dalej” niż do dzieła napisanego przez Zlatana Ibrahimovicia.

Tym samym wszyscy, którzy spodziewają się w książce pikantnych opowieści, skandalicznych i sensacyjnych wydarzeń będą niezadowoleni. Nie oznacza to jednak, że „Drobna różnica” jest nudna. Co to, to nie aczkolwiek muszę przyznać, że jest w książce (szczególnie w jej środkowej fazie) kilka momentów, w których Lahm pisał o rzeczach oczywistych i  jasnych, używając ogólników, utartych frazesów za sprawą, których przychodziła ochota na ziewanie. Natomiast im bliżej końca tym było ciekawiej. Niemiecki piłkarz opisywał swoje relacje ze szkoleniowcami, których spotkał na swojej drodze. Nie szczędził słów krytyki dla Jurgena Klismanna, Felixa Magatha czy Louisa van Gaala. Opowiadział o reprezentacyjnych niepowodzeniach podczas Euro 2004 czy wyjaśnił tajemnicę sukcesów kadry Niemiec w późniejszych latach.

W „Drobnej różnicy” niemiecki piłkarz nie bał się podjać tematów trudnych, o których nie wszyscy mieliby ochotę mówić. Lahm poruszył zagadnienie homoseksualizmu w futbolu, zdradził tajniki prawidłowej komunikacji z prasą  i opisał w jak prosty sposób można dozować wiadomości z życia prywatnego, aby kibice i media byli usatysfakcjonowani, a zawodnik nie czuł się osaczony.

Do gustu przypadł mi również styl wypowiedzi Lahma. Wydarzenia opisywał w żołnierskich słowach. Zdania są krótkie, ale treściwe. Bez zbędnych metafor, porównań czy epitetów. W pisarskim stylu Lahma widziałem swoje odbicie, więc przyswojenie treści „Drobnej różnicy” było dla mnie łatwością. Nie ulega też wątpliwości, że spora w tym zasługa polskiego tłumacza. Michał Jeziorny stanął na wysokości zadania przede wszystkim dlatego, iż oprócz dobrej znajomości języka niemieckiego, Jeziorny bardzo dobrze zaznajomiony jest z piłkarską tematyką. Rozwiązanie idealne.

Kilka cytatów z książki:

„Najgorsze przychodzi jednak dopiero po meczu, jeszcze we Florencji (Niemcy 1- 4 Włochy). Michael Schumacher, niemiecki mistrz  świata Formuły 1, wchodzi do szatni i każdemu po kolei podał rękę. Po zakończeniu rundki bierze na bok asystenta trenera, pytając go: To chyba nie była nasza najlepsza drużyna, prawda? Ojoj… Jeśli takie słowa usłyszysz z ust pokroju Schumachera, stają się one jeszcze bardziej bolesne”.

„Pani Merkel pojawia się w naszej szatni po tym spotkaniu z Turcją, które wygraliśmy 3:0 8 października 2010 roku w Berlinie. (…) Kilku piłkarzy jest pod prysznicem kilku siedzi z nagimi torsami przed szafkami i prowadzi rozmowy, a inni suszą ekstrawaganckie fryzury. W powietrzu unosi się zapach potu pomieszany z olejkiem do masażu. Ktoś krzyczy: Uwaga! Idzie pani kanclerz wraz z prezydentem. Ci, którzy biegali wówczas po szatni na golasa, porywają pierwszy lepszy ręcznik i owijają go wokół bioder, a po chwili cała świata jest już na miejscu”.

„Jednak impreza tak duża jak mundial nie bez kozery była określana najważniejszym wydarzeniem sezonu. Powrót do normalności i sezonu Bundesligi może spowodować pewne zmęczenie, Urlop był krótki, przeżycia intensywne, a szybkie przywrócenie ciała do formy nie pozwala, aby morale i psychika zregenerowały się wystarczająco przy tak napiętym kalendarzu. Wiesz, że musisz dać z siebie wszystko, aby twój klub zdobył mistrzostwo Niemiec. Jednak twoja psychika nie jest gotowa na to, aby te życzenia przekształcić w koncentrację, zdecydowanie i pasję na boisku”.

„Reporter z „Frontu” spytał mnie, czy znam jakiegoś homoseksualnego piłkarza. Całkiem szczerze odpowiedziałem mu, że nie. Oczywiście nie miałbym problemu, gdybym spotkał piłkarza geja. Nieważne czy we własnej drużynie, czy też przeciwnej. Nie mogę jednak mówić w imieniu wszystkich swoich towarzyszy. Piłkarz gej, który zrobiłby coming out, z całą pewnością nie miałby łatwego życia. Byłby pierwszy, a media by go pożarły”
.

Książka wzbudziła w Niemczech nie lada sensację, a wiele fragmentów było już cytowanych także w naszych kraju. I być może dlatego książką nie spełniła wszystkich moich oczekiwań, ponieważ już przed rozpoczęciem czytania w zdecydowanej większości wiedziałem co się w niej znajdzie i jakie sprawy poruszał będzie niemiecki obrońca. Nie wszystko jednak było dla mnie znajome. Lahm utwierdził mnie w pewnym mechanizmie, który istnieje w świecie futbolu, sportu. Lahm prosto z mostu opowiedział, że zaangażowanie piłkarza, gra z pasją i na pełnej koncentracji zależne jest od poziomu rozgrywek. Lahm za przykład podał rywalizację Bayernu Monachium w Pucharze UEFA wyznając, że rywalizacja w tych rozgrywkach była karą!

Ponadto Lahm zwrócił uwagę na pewien problem, który dla zwykłego obserwatora wydaje się być niezrozumiały. Piłkarz stwierdził, że po zakończeniu turnieju rangi mistrzowskiej niezwykle trudno z werwą i pełnym skupieniem wrócić do gry w lidze, mimo że podczas gry w reprezentacji prezentowało się wysoką formę.

Philipp Lahm „Drobną różnicę” napisał przede wszystkim dla graczy wchodzących w zawodowy świat futbolu. Opisał o czyhających na młodego sportowca niebezpieczeństwach. Wspominał o zachłyśnięciu się sławą, kiedy ta jeszcze na dobre się nie rozpocznie podając za przykłady chłopaków, którzy po pierwszych sukcesach i olbrzymich gratyfikacjach finansowych przepadli i zaprzestali gry w piłkę nożną.

Książka jest niezwykle pouczająca, zawierająca wiele cennych wskazówek nie tylko dla piłkarzy, ale dla wszystkich rozpoczynających swoją przygodę ze sportem.  To również przewodnik dla rodziców, trenerów i wszystkich tych, którzy chcą wiedzieć jak zostaje się profesjonalnym piłkarzem. Idealna dla tych, którzy pragną odkryć gdzie tkwi i jaka jest drobna różnica decydująca o tym czy ktoś będzie ligowym przeciętniakiem czy graczem znanym na całym świecie osiągającym wielkie triumfy.

Moja ocena: 3,5/5

„Philipp Lahm. Drobna różnica, czyli jak zostać piłkarzem”, Philipp Lahm, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013


Za możliwość przeczytania dziękuję:

czwartek, 24 października 2013

Entraîneur Antiga? Non merci, czyli o siatkarzu, który trenuje reprezentacje

Tyle umiem po francusku, być może jeszcze parę słówek, ale wywiadu w tym języku to na pewno nie udzieliłbym. Co innego Stefan Antiga, nowy trener polskich siatkarzy, który miał już za sobą wywiad w języku polskim. Za naukę polskiego dla Francuza należy się szacunek, tym bardziej iż w poprzednim sezonie w Bydgoszczy, poziom znajomości polskiego przez Antigę i mój poziom francuskiego był zbliżony. Teraz, Francuz zdołał mnie wyprzedzić. Niestety, ale na znajomości naszego języka kończą się zalety trenera Antigi.

W czwartek, kiedy decyzja została oficjalnie ujawniona jest mi ciut łatwiej, bo dojrzewałem do niej od kilku dni, kiedy zaćwierkał tę wiadomość Jerzy Mielewski. Jednak wciąż pozostaję sceptyczny inaczej być nie może. A powodów jest co najmniej kilka.

Zacznę od przysłowia, w końcu one są mądrością narodu. Zamienił stryjek siekierkę na kijek. Niby w czym trener Antiga jest lepszy od trenera Anastasiego (swoją drogą jak to dziwnie brzmi), jaki jest gwarant sukcesów Francuza, których nie mógłby spełnić Włoch? Zmiana tylko dla zmiany, by udawać, że coś się robi. Chyba, że prezes Przedpełski hołduje przekonaniu, iż wraz z nowym trenerem przychodzi sukces, a potem to niech się dzieje wola nieba...

Nie od dziś wiadomo, że prezes Przedpełski lubi być modny, lubi być pierwszy, lubi być awangardowy. Natomiast ta decyzja to istne szaleństwo, gdzie od popełnienia harakiri jest tylko krok. 

Grający trener. Takie rzeczy są na porządku dziennym na poziomie amatorskim czy trzecioligowym, ale w reprezentacji narodowej - nigdy. Pomijam, że Antiga na selekcję graczy będzie miał czas po sezonie ligowym, a po tym rusza już sezon reprezentacyjny, więc ile będzie tego czasu, aby dokonać słusznego wyboru? Ktoś mi powie, że będzie się z nimi mierzył, co tydzień będzie miał przegląd graczy, a szczególnie zapamięta tych, którzy go zablokują czy zagrają asa. To jednak nie będzie gwarantem dobrej selekcji. Tym samym można spodziewać się, że trzon kadry nie ulegnie zmianie. Nadal będą te same nazwiska. Może poza jednym. Wlazłym. Dla mnie jednak wciąż jest daleko od tego, aby atakujący Skry przywdział biało-czerwoną koszulkę. Wlazłemu nie chodziło przecież o trenera, a o warunki jakie oferuje kadrowiczom PZPS.

Inna kwestia. Dla mnie najmniej frapująca, ale ważna dla sytuacji wokół kadry i całej siatkówki. Tą decyzją PZPS określił, jak głęboką w... ma polską myśl szkoleniową. Przecież mamy mnóstwo swoich młodych szkoleniowców, którzy pracują w klubach. Świderski, Bednaruk czy Stelmach mogą czuć się urażeni, bo to jest prztyczek w nos. Zadziwiające, że raz Polak jest priorytetem (żeńska siatkówka), a raz ostatecznością, do której nigdy nie dojdzie (męska kadra).

Fot. Agencja Gazeta
Próbowałem poszukać pozytywów w wyborze nowego trenera. Plusem jest fakt, iż obok Antigi będzie Philippe Blain. Doświadczony, obyty w świecie trenerskim, o sporym warsztacie i olbrzymiej wiedzy trener. Tyle plusów, bowiem ostatnie poczynania Blaina z kadrą Trójkolorowych były średnio udane - delikatnie mówiac, albowiem brak awansu do IO i w Pekinie i w Londynie spowodowało, że Francja stała się siatkarską drugą ligą. 

Zastanawia mnie czy to Blain będzie pociągał za sznureczki, a Antiga jest pierwszym ze względu na obowiązki, które pełni Blain w strukturach FIVB uniemożliwiające mu prowadzenie kadry. Ile w tym prawdy nie wiadomo. Jeśli jednak okaże się to prawdą. To ciekawe, kto i jak długo wytrzyma w takiej materii, i kiedy rozpoczną się pierwszy zgrzyty. 

Aaa i jest jeszcze jedna dobra wiadomość. Dobra wiadomość dla... polskich siatkarek. Teraz już nie mają prawa narzekać, że panowie mają trenera z górnej półki. Ot, taka pozytywna szkoła myślenia :)

I już zupełnie na koniec. Jeszcze wkurza mnie to, jak wszyscy pozytywnie wypowiadają się o Antidze. Owszem też go lubię, cenię, podziwiam i biłem brawo dla jego zagrań, ale na boisku, a nie na ławce trenerskiej. Tam nie mam czego oceniać. A wszyscy próbując bronić tej decyzji podkreślają klasę Antigi, ale Antigi - zawodnika, a nie szkoleniowca. Nie od dziś wiadomo, że znakomity siatkarz nie musi być znakomitym trenerem. To nie zawsze idzie w parze. Dlaczego jednak my mamy być poligonem doświadczalnym dla Stefana? Jaki jest sens, aby u nas Antiga prowadził szkoleniowe eksperymenty?

Kilka słów o jeszcze jednym dość intrygującym zdarzeniu. Mianowicie w mediach nie pojawiają się, żadne wypowiedzi reprezentantów Polski. Zastanawiające.


Fot. PAP

wtorek, 22 października 2013

Jak rozegra to Milena Radecka?

Jeśli chodziłoby o spotkanie o punkty to wiadomo, że na lewe skrzydło, ale w dzisiejszym poście nie będziemy poruszać stylu rozegrania Mileny Radeckiej, a okoliczności, iż do tej pory nie znalazła klubu.

Właściwie nie powinno mnie to obchodzić, ale gdy zorientujemy się, że Radecka była/jest podstawową rozgrywającą reprezentacji Polski to już jej problem, może być problemem kibiców, ale przede wszystkim trenera Makowskiego.

Sytuacja, w której reprezentantka kraju pozostaje bez przynależności klubem jest tragiczna, ale i komiczna. Dobrze wróży na przyszłość kadry, gdy grać w niej będzie zawodniczka, która od jakichś pięciu miesięcy nie znalazła sobie nowego klubu. Pytanie: dlaczego? Odpowiedzi może być kilka. Czyżby wreszcie poznano się na rozegraniu polskiej zawodniczki i nikt po prostu nie jest zainteresowany jej czytelną grą. A może Polka posiada tak wygórowane ambicje finansowe, że żaden z klubów nie był w stanie im sprostać albo ma tak kiepskiego menedżera, który nie potrafi znaleźć klubu...

Jeśli bliżej przyjrzymy się karierze Mileny to zobaczymy, że jej z wyborem klubu nigdy się nie spieszyło, zawsze wybierała klub grubo po zakończeniu rozgrywek ligowych. Czy tym razem podobnie chciała zaczekać do końca czekając na dobrą ofertę, a najzwyczajniej w świecie się przeliczyła? Po słabych występach w reprezentacji nic dziwnego, że żaden z klubów europejskich nie chciał mieć Polki w swoich szeregach. Zdaje się to być poważny problem, z uwagi na fakt, iż czołowe zespoły w różnych ligach w Europie czy na świecie mają już zamknięte składy, a bardzo rzadko zdarza się, by w klubie znalazło się miejsce dla trzech graczy na pozycji rozgrywającego.

Fot. siatka.org
W takim razie czy jest jakaś szansa na występy w tym sezonie? Patrząc na, to co wyprawiają rozgrywające w niektórych klubach OrlenLigi myślę, że tak. I jeśli Milena chce grać warto wysłać swoje CV do Dąbrowy Górniczej, bo zarówno Kaczmar jak i Katić to nie poziom dla drużyny walczącej o mistrzostwo Polski i dobry rezultat w Lidze Mistrzyń. Rozgrywająca przydałaby się także w Pile, bo z Kajzer i Archangielską może być trudno włączyć się o walkę o coś więcej niż utrzymanie. Radecka trenowała w Legionowie choć tam szanse na angaż są niewielkie. Na Serbkę narzekać nie można, a i Kinga Bąk w poprzednim sezonie pokazała, że jest w stanie poprowadzić zespół.

Czas leci, choć okienko transferowe otwarte jest wyjątkowo długo, jednak pozycja rozgrywającej jest specyficzną pozycją i im wcześniej dołączy się do drużyny tym lepiej. Liczę, że Milena Radecka znajdzie, w końcu klub gdzie będzie mogła grać.

Jest jeszcze jedna kwestia, której nie wziąłem pod uwagę. Być może siatkarka postanowiła zostać mamą i iść na urlop macierzyński. Jeśli tak to sprawa sama się rozwiązała, bo w takim razie Mileny w reprezentacji nie będzie, i rzeczywiście w takim przypadku nie powinno mnie to obchodzić.

czwartek, 17 października 2013

Młode, zdolne i pazerne na kasę?

Osoby na bieżąco śledzące mojego bloga wiedzą, iż dość mocno angażuję się w analizę i rozwiązywanie problemów dotyczących żeńskiej siatkówki w reprezentacyjnym wydaniu.

Dzisiejszy wpis będzie próbą opisania kolejnego problemu, który ma, a przede wszystkim może mieć istotny wpływ na sytuację polskich siatkarek w rankingu FIVB, ale także na poziom prezentowany przez siatkarki grające z orzełkiem na piersi.

Po części problem ten zauważyła Małgorzata Glinka, która w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego stwierdziła, iż chciałaby „żeby niektóre dziewczyny były bardziej ambitne i paliły się do gry. Kontrakty nie są najważniejsze, a duże pieniądze przyjdą, jeśli będziesz dobrze grała. Nie odwrotnie”.

Trudno nie zgodzić się z naszą gwiazdą. Nie wszystkie nasze dziewczyny palą się do gry, a kontrakty są dla nich najważniejsze.

Szybki przegląd naszych młodych, zdolnych będących przyszłością kadry. Zaczniemy od Polic. Anna Grejman. Wielu już po sezonie rozegranym w Bydgoszczy widziało ją w pierwszej szóstce kadry Polski. Dobry sezon w Pałacu zaowocował dobrym kontraktem z Polic, na tyle dobrym, że siatkarka niemal od początku wiedziała, że będzie klaskała w kwadracie. Wygrać rywalizację z Glinką, Werblińską? A ligowa rzeczywistość pokazała, że to Raczyńska jest pierwszą zmianową.

Trening z gwiazdami owszem może być pouczający, ale w tym wieku to przede wszystkim trzeba grać, i o wiele lepiej byłoby gdyby Grejman z Glinką rywalizowała jednak po przeciwnej stronie siatki w warunkach meczowych.
Fot. grajnatrzy.pl
Inny przykład. Inne dziewczyny grające w poprzednim sezonie w Pałacu. Justyna Sosnowska (lat 21) i Emilia Mucha (lat 20). Sytuacja bardzo, ale to bardzo zbliżona to przypadku powyżej. Dobry sezon w OrlenLidze i ciach ucieczka do bogatszego klubu, który owszem zagwarantuje wyższe stawki, ale zagwarantuje też podpieranie ścian. A jeśli dołożymy, że chodzi tu o klub z Muszyny… to już wiemy, że tam to się dobrze wypoczywa, a nie szlifuje umiejętności.

Wspomnę jeszcze o dwóch przypadkach, w których dla dziewczyn nie liczy się własny rozwój, a coś innego… Patrycja Polak i Koleta Łyszkiewicz. Ta pierwsza gra w Impelu, druga w Aluprofie. Faktem jest, że obie w poprzednim sezonie trochę pograły, jednak w tym trudno będzie o zagranie choć kilku setów, bowiem obie drużyny poczyniły wzmocnienia na pozycjach przyjmujących i obie siatkarki w kolejce wejścia na parkiet będą ustępowały w większości starszym koleżankom. Czy nie lepiej byłoby, iść do klubu, w którym można by rozegrać pełen sezon, aniżeli ponownie modlić się o słabszą dyspozycję koleżanek bądź nie daj boże kontuzji i w ten sposób wywalczyć sobie miejsce na boisku…

Na szczęście nie dla wszystkich duże pieniądze są najważniejsze. A dla siatkarek bez ambicji radzę wziąć przykład z Joasi Wołosz czy Mai Tokarskiej. Wszystkie pozostałe powinny uczyć się od nich zarządzania swoją karierą i prosić je o doradztwo. Wołosz kilka sezonów spędziła w słabszym klubie w ekstraklasie czyli Gwardii, następnie przeniosła się do klubu z Bielska, gdzie również wywalczyła miejsce w składzie, a po udanym sezonie postanowiła wybrać się do Włoch, które choć teraz nie są już sportową potęgą to jednak wciąż są w czołówce jeśli chodzi o szkolenie zawodniczek i możliwości nabywania nowych umiejętności. Oczywiście klub zagraniczny to zupełnie inna perspektywa gry, nowa kultura, język, inny system grania itp.



Fot. volleybusto.com
Najgorsze jest to, że dziewczyn o mentalności Wołosz jest jak na lekarstwo. Niewiele siatkarek chce walczyć i starać się być najlepszą siatkarką i podnosić swoje umiejętności, a wraz z tym stan konta. Teraz jest zgoła odmiennie. Orlen Liga oferuje niebagatelne kwoty (nawet do 400 tysięcy za sezon), zawodniczkom, które jeszcze nic wielkiego nie osiągnęły. Ja rozumiem pogoń za kasą, w końcu czasy mamy ciężkie. Warto jednak zastanowić się i na początek postawić na własny rozwój, bo za nim przyjdzie wielka kasa.

Droga młodzieży może i zarobicie teraz setki tysięcy. Kupicie sobie nowe auto, większe mieszkanie. Ale to będą setki tysięcy, a czy nie chcecie mieć milionów i mieć nie jeden, a dwa samochody i nie mieszkanie, a wille z basenem?

poniedziałek, 14 października 2013

Przyszła pora na zwierzenia - cz. IX

Ahoj :) Jak ten czas leci, to już dziewiąta część moich zwierzeń, więc do końca zostało już naprawdę bardzo niewiele :)

Dziewiąta część, czyli rok 2009. Rok poolimpijski, który był rokiem troszkę spokojniejszym, ale wcale nie nudnym, również obfitującym w ważne wydarzenia sportowe.

Styczeń to oprócz dyscyplin zimowych także czas piłkarzy ręcznych. Ten dla polskich był szczególny, albowiem po nieudanych igrzyskach biało-czerwoni jechali do Chorwacji potwierdzić, że wciąż są liczącą się ekipą na świecie. Choć początek turnieju był bardzo nerwowy i średnio udany, po pierwszej fazie podopieczni Wenty zajmowali 3 miejsce w grupie i szanse na medal wydawały się minimalne. Nastała jednak druga faza rozgrywek i wygrana z Danią, Serbią i byliśmy o krok od awansu. Wszystko ponownie było w naszych rękach. Trzeba było wygrać z Norwegią. Brrr, jak o tym wspominam, to wciąż mam dreszcze. Cóż to były za emocje, co to było za widowisko, ile nerwów, ileż wylało się hektolitrów potów.

15 sekund do końca meczu remis po 30. Bogdan Wenta prosi o czas. Piętnaście sekund to dużo czasu, na tyle, że udało się wygrać. I od tego momentu mamy w naszym kraju nową jednostkę czasu, jedną Wenę, czyli 15 sekund.

Nie będę jednak więcej opowiadał, to po prostu trzeba jeszcze raz obejrzeć :)

Decydujące momenty od drugiej minuty.

Kiedy to oglądam wciąż się wzruszam, coś niebywałego. Jeden z tych momentów, który będą pamiętał do końca życia. To sprawia, że kocham sport. Nieprzewidywalny i potwierdzający tezę, że cuda się zdarzają. Bramka Siódmiaka dała nam awans do półfinału, w którym co prawda ulegliśmy Chorwatom, jednak w meczu o brąz Polacy wygrali po raz drugi na tych mistrzostwach z Danią i zostali trzecią ekipą globu. Niestety to był ostatni tak dobry sezon w wykonaniu polskich szczypiornistów...

Medal piłkarzy ręcznych był jednak wstępem do wydarzeń z lutego i mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym. Królowa była tylko jedna. Królowa pochodziła z Polski. Królową była Justyna Kowalczyk. I bez bicia przyznaję, że śledząc te mistrzostwa dopiero na dobre zainteresowałem się biegami narciarskimi. W tym przypadku sportowy sukces przykuł moją uwagę na zainteresowanie w tej dyscyplinie sportu. I tak zostało to dziś i teraz wciąż śledzę pojedynki Justysi z Norweżkami. W ciągu ponad tygodnia trzykrotnie było dane Polakom usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego w Libercu. Wyścigów nie pamiętam, pamiętam natomiast narodową euforię, która przetoczyła się w całej Polsce, ale przede wszystkim w polskich stacjach telewizyjnych, które gdyby mogły to pewnie Kowalczyk zajrzałyby, tam gdzie... wiadomo :) Naprawdę była to przesada, łączenie się z Kasiną Wielką, z Zakopanem, Libercem, wszędzie, po prostu wszędzie. Co za dużo, to jednak niezdrowo.

Potem rzecz jasna była Kryształowa Kula dla Kowalczyk, spore sukcesy także osiągnęli nasi skoczkowie - drugie miejsce w konkursie drużynowym, na drugim miejscu w klasyfikacji PŚ w biathlonie zajął Tomek Sikora (najwyżej w historii) - przegrał tylko z Ole Einarem Bjørndalenem.

Było się z czego cieszyć zimą, była i radość latem. Sierpień: MŚ w lekkoatletyce. Miejsce zdarzeń: Berlin. Na początek bieżnia skoku o tyczce. Właściwie jeszcze przed startem walczono tylko o srebro i brąz, bo złoto zarezerwowane dla Rosjanki Jeleny Isinbajewej. W gronie kandydatek Polki: Rogowska i Pyrek. I tak było, biało-czerwone dyktowały warunki, ale caryca wciąż czekała i patrzyła, jak rywalki się wykańczały. Rosjanka zaczęła konkurs od wysokości 4,75, a wraz z nią w walce pozostały tylko cztery inne tyczkarki. Pierwsza próba nieudana, Rosjanka przenosi wysokość na 4,80. Nic z tego, strąca dwie kolejne próby. Anna Rogowska mistrzynią światą, srebro dla Moniki Pyrek! Cóż za konkurs. Przyznam się szczerze, że długo przyszło mi czekać na takie rozwiązanie, kiedy na podium stanęły obie polskie zawodniczki, zawsze to była albo Rogowska, albo Pyrek, teraz były obie. Super!

Polska dobrze rozpoczęła swój udział w berlińskich zawodach, ale to nie był koniec. Rzut młotem. Anita Włodarczyk posłała młot na odległość 77, 96 m. Mamy rekord świata, właściwie to ma go Anita, radość była tak wielka, że Polka podkręciła kostkę i potem tylko przyglądała się co robią rywalki. Kit z moimi nerwami, ale to co musiała przeżywać Włodarczyk. Nie chcę sobie tego wyobrażać, ciągle w niepewności, a zarazem w gotowości. Tego dnia jednak nie było mocnych na Anitę. I było złoto i był rekord świata.

I trzeba przyznać, że obok Usaina Bolta (3 złota i trzy rekordy świata) to właśnie Polka była największą gwiazdą MŚ w Berlinie.

Dla mnie to jednak wciąż była rozgrzewka przed najważniejszym. Przed przeżyciem na własne oczy mistrzostw Europy siatkarek. Wybrałem się do Łodzi, by dopingować nasze siatkarki. Cudowna sprawa, fantastyczne emocje, niezapomnienie przeżycia. Pierwszy raz byłem na imprezie takiej rangi i było wspaniale. Choć drużyna nie była najmocniejsza, to ambicją i wolą walki nasze siatkarki zdziałały cuda. Wielkie cuda, najpierw w dramatycznym boju, ale i po pięknym meczu pokonały Rosjanki, i dzięki Holenderkom Polki awansowały do półfinału. Porażka z Oranje i wygrana z Niemkami w meczu o trzecie miejsce. Brąz dla polskich siatkarek. Nieziemsko. Choć walkę o medale oglądałem już w tv, rozpoczął się rok akademicki i trzeba było podjąć nowe wyzwanie. A i Malbork rządził w Łodzi i na parkiecie i na trybunach.


Oczywiście byli też nasi siatkarze. Z pierwszym historycznym złotem. Skład był dość zaskakujący i wielu modliło się, aby nasi choć wyszli z grupy. Wyszli i to z pierwszego miejsca. I nie przegrali żadnego spotkania. W finale pokonali Francję, z którą spotkali się także w meczu otwarcia. Bardzo rzadko zdarza się, aby drużyny, które otwierały turniej także go kończyły. Rewelacyjny Paweł Zagumny, Fantastyczny Piotr Gruszka, pozostali także mieli ważny wkład w ten triumf, bo to były mistrzostwa całego zespołu.

I taki był finał moich wspomnień z roku 2009. Wspominam go nad wyraz ciepło i przyjemnie, zresztą widać to wyżej, bo opisałem same dobre rzeczy :)

Ale żeby nie było tak słodko. Byli tacy jedni, co spędzali mi, ale i innym kibicom sen z powiek. Polscy piłkarze. Nie awansowali na Mundial 2010. Wtedy wielki cios. Doczekaliśmy się też nowego trenera, który miał zdziałać cuda. Smuda Franciszek miał przygotować kadrę na Euro 2012, ale jak było to wszyscy wiemy...

czwartek, 10 października 2013

Subiektwyny ranking najciekawszych transferów do PlusLigi w sezonie 2013/2014

Już jutro startują rozgrywki PlusLigi sezonu 2013/2014. W lidze sporo zmian zarówno regulaminowych, organizacyjnych, ale przede wszystkim kadrowym. Powiększona PlusLiga to również więcej obcokrajowców w naszym kraju. Wielkich gwiazd w tym roku nie ściągnięto, a czy zrodzi się ktoś, kto wystrzeli jak Felipe Fonteles? Poczekamy, zobaczymy. Choć megagwiazd nie ma, to są zawodnicy o uznanej marce.

Poniżej mój własny ranking najlepszych zagranicznych siatkarzy, którzy wystąpią w tym sezonie w kraju nad Wisłą.

5. Yasser Portuondo (Transfer Bydgoszcz)
Kubańczyk na mojej liście znalazł się z sympatii do klubu, aniżeli ze względu na wysokie umiejętności sportowe. Yasser Portuondo to spora niewiadoma, choć potencjał z pewnością ma spory. Bądź co bądź był czołowym siatkarzem swojej reprezentacji przez kilka lat. Jeśli jednak podała sportowo, to może być bardzo dobrym transferem, także dlatego iż Kubańczyk jest barwną postacią poza parkietem i nie  chodzi mi tu o kolor skóry, ale o hobby siatkarza, który lubi śpiewać i komponować muzykę.

4. Dick Kooy (ZAKSA Kędzierzyn-Koźle)
Wielkie oczekiwania z występami tego siatkarza mają zapewne w Kędzierzynie-Koźlu, gdzie pragną, aby Kooy udanie zastąpił Felipe Fontelesa. Łatwo nie będzie, chociaż sportowo Holender ma papiery na grę na takim samym poziomie co Brazylijczyk. Kilka sezonów we włoskiej lidze w młodym wieku, zdecydował się na wyjazd w wieku 22 lat, teraz ma cztery lata więcej. Wniosek wydaje się być jeden: gwarancja dobrej gry. Kooy może być efektywny, ale  efektowny już niekoniecznie. Chciałbym, aby było jedno i drugi, ale ZAKSA liczyć będzie przede wszystkim na skuteczność swojego siatkarza.

3. Matti Oivanen (Indykpol AZS Olsztyn)
Siatkarski obieżyświat, chociaż nie mogło być inaczej, jeśli jest się Finem. Plus na pewno dla działaczy z Olsztyna, którzy choć ostatnie sezony  kończyli w dole tabeli potrafili ściągnąć gracza o uznanej marce w Europie. Oivanen wciąż jest młodym siatkarzem, ale już bardzo doświadczonym. Dla Indykpolu może być cennym nabytkiem i może wreszcie okaże się obcokrajowcem, który w pełni zaaklimatyzuje się na Warmii i Mazurach.
Fot. gazeta.pl

2. Facundo Conte (PGE Skra Bełchatów)
Z pośród całej rzeszy Argentyńczyków wybrałem tego najbardziej medialnego, mniejsze ryzyko – niepowodzenia :) Młody, zdolny i będzie grał u nas. Można by napisać, nareszcie. Sportowo Skra zrobiła bardzo dobry ruch, ściągając gracza o wysokich umiejętnościach, który nie kosztował zbyt wiele. Obawiam się tylko jednego. A właściwie to współczuję Argentyńczykowi. Już widzę te kolejki po autografy i zdjęcia i szał tworzenia się niebagatelnej liczby fanpage’y, fanklubów i innych rzeczy miłujących Conte, nie za grę na parkietach PlusLigi a za wygląd…
Fot. skra.pl

1. Peter Veres (Asseco Resovia Rzeszów)
Transfer na miarę mistrza Polski. Asseco Resovia nie szalała na rynku, ale zrobiła jeden bardzo dobry. Mieć dobrego przyjmującego to połowa sukcesu, Veres jest więcej niż dobrym zawodnikiem, więc sukces murowany... Dla wielu Veres może być postacią anonimową, przynajmniej dla tych śledzących rozgrywki reprezentacyjne. Węgry siatkarską potęgą nie są, stąd Veres swoje umiejętności może prezentować przede wszystkim w rozgrywkach klubowych. A w tym gra nieźle. Na swoim koncie ma srebrnego medale mistrzostw Rosji czy brązowy krążek z Ligi Mistrzów, a ostatnio triumfował z Dynamem Moskwa w Pucharze CEV. Doświadczenie Węgra europejskich pucharach może okazać się znamienne, bowiem ekipa z Podkarpacia dotychczas zanotowała nie najlepsze występy. Teraz chcą to zmienić i z węgierskim przyjmującym są na to szanse!
Fot. rzeszów24.pl

niedziela, 6 października 2013

Recenzja: "Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty" Jacek Antczak

W Polsce zawsze był z czymś pierwszy i niejednokrotnie zapisywał się w historii. O kim mowa? O Adamie Wójciku, który jako pierwszy koszykarz przekroczył magiczną barierę 10 000 punktów w polskiej ekstraklasie. Był też pierwszym koszykarzem w kraju nad Wisłą, który zrobił sobie tatuaż. Teraz kolejny raz przetarł szlaki na polskim gruncie. Nakładem Wydawnictwa Sine Qua Non ukazała się debiutancka biografia polskiego koszykarza! „Rzut bardzo osobisty” to autoryzowana biografia Adama Wójcika, którą napisał Jacek Antczak, reporter i felietonista ściśle związany, podobnie jak koszykarz z Wrocławiem.

Można tak jak ja niezbyt interesować się koszykówką, ale postać Adama Wójcika bynajmniej trzeba kojarzyć. To człowiek instytucja, legenda polskiej koszykówki. Wójcik to wielokrotny reprezentant Polski (cztery razy wystąpił na mistrzostwach Europy). Ośmiokrotny mistrz Polski, czternastokrotny medalista mistrzostw Polski, jednokrotny mistrz Belgii i dwukrotny medalista mistrzostw Belgii. Ponadto zagrał w 1268 meczach, w tym 651 w polskiej ekstraklasie. W sumie zdobył 17 718 punktów, będąc jedynym, który rzucił 10 000 punktów w Polskiej Lidze Koszykówki! Choć cyfry i tak nie są w stanie zobrazować jak wielki wkład w dorobek polskiej koszykówki włożył właśnie popularny „Oława”.

O szalenie bogatej, barwnej, pasjonującej historii Wójcika można przeczytać w dziele Jacka Antczaka. „Rzut bardzo osobisty” przedstawia biografię Wójcika od narodzin, czyli roku 1970 aż po dzień trzeciego maja 2012, czyli dzień, w którym Adam Wójcik po 25 latach zdecydował się definitywnie zakończyć sportową karierę.

„Rzut bardzo osobisty” zawiera bardzo dokładne i szczegółowe opowieści z życia koszykarza. Przede wszystkim dlatego, że sam Wójcik dzieli się wspomnieniami. Nie brakuje też wypowiedzi trenerów, dziennikarzy czy żony Krystyny, dzięki, której poznajemy historię sportowca z drugiej strony. Sporo ciekawego do opowiedzenia mieli również koledzy Adama z parkietów, z którymi miał okazję rywalizować przez całą swoja karierę, a więc tych, z którymi był na „ty” - Maciej Zieliński czy Dominik Tomczyk oraz ci, którzy kłaniali się mówiąc „Dzień dobry, panie Adamie” jak Bartosz Bochno.

Książka imponuje materiałem faktograficznym, co zresztą widać po liczbie stron – 380. Obszerność publikacji nie powoduje jednak, że czyta ją się trudno i długo. Wręcz przeciwnie, a spora w tym zasługa autora biografii, który jako dziennikarz specjalizuje się w reportażu i felietonie – gatunkach bardzo specyficznych, wysublimowanych, a zarazem luźnych. To widać po tej lekturze. Antczak ma lekkie pióro, opisuje historię w sposób wartki, dynamiczny i konkretny, bez żadnego wodolejstwa. Warto też zwrócić uwagę na wkładki zdjęciowe, szczególnie te zaczerpnięte z archiwum prywatnego Wójcików będące jeszcze w czarno-białej wersji!

Dzięki tej książce czytelnik może także poznać działalność sportową w czasach, kiedy w Polsce nie było demokracji. Trzeba przyznać, że historie z lat 80 czy 90 czytałem z wypiekami na twarzy, śmiejąc się do rozpuku. Oczywiście, nie zawsze było wesoło i miło. Wójcik wspomina, iż w „tamtych latach” panowała w zespole hierarchia, w którym taki młodzian jak on musiał czekać aż starszyzna się wykąpie czy napije się wody ze szklanej butelki o pojemności trzystu mililitrów. Wójcik z sentymentem wracał do czasów, kiedy trenowano gumową chińską piłką, zakładano pepegi, czyli zwykłe tenisówki trzy czwarte. W książce pojawiły się też chwile grozy jak na przykład sytuacja z wrocławskiej restauracji, kiedy antyfan Gwardii „przypierdolił” Wójcikowi za to, że był milicjantem (Wójcik grał w Gwardii, czyli Milicyjnym Klubie Sportowym, z kolei inny klub z Wrocławia -  Śląsk był Wojskowym Klubem Sportowym). Chociaż uprawienie sportu w okresie PRL-u wiązało się ze sporym ryzykiem, to z lektury dowiadujemy się, że sportowcom nie wiodło się tak źle. Wójcik podobnie jak inni sportowcy mający możliwość wyjazdu z kraju zajmowali się także ulicznym handlem. Zawodnicy z podróży do NRD mogli zaopatrzyć się w wiklinowe koszyki, do których wkładało się ogrodowe krasnale, natomiast z Turcji mogli przywozić swetry w kratkę.

Takie anegdoty z minionych lat, z lat, kiedy nie było mnie jeszcze na świecie zrobiły na mnie spore wrażenie. Mogłem poznać od kuchni życie sportowca w niełatwych czasach. Mogłem wyobrazić sobie jak to było kiedyś i porównać, do tego jak jest dziś. Wyjątkowo pouczająca biografia dla młodego człowieka.

Poniżej kilka cytatów:

„Trochę pochodziłem, próbowałem odbijać, ale czułem, że to jednak nie to. Najbardziej nie podobało mi się rzucanie się po parkiecie, czyli te pady siatkarskie. Od razu pozdzierałem sobie skórę i odeszła mi chęć na siatkówkę na całe życie”.

„Dzień dobry, czy mogę się rozebrać w szatni? „Dzień dobry” musiało być, nie mówiło się „siema” czy „cześć” – to już był wyższy stopień wtajemniczenia. I to „dzień dobry” to były jedyne słowa, jakie się wypowiadało. Młodzi nie mieli co się odzywać. Nie wolno było. Wolno było słuchać, a jak się wtrąciłeś do rozmowy, to mogłeś dostać butem. No i czasem latały. I nikt z tym nie dyskutował, takie były zasady i hierarchie”.

„Kiedyś poszedłem z Krysią do jej ulubionego fryzjera. Trwało to strasznie długo, nudziłem się jak mops i zacząłem przymierzać peruki, które tam leżały. Kiedy się śmiałem, że nawet fajnie wyglądam, jako jasny blondyn, podszedł pan Artur i powiedział, że nie ma nic prostszego, mogę siąść na fotel i za godzinę będę takim blondynem (…). Musiałem co miesiąc farbować włosy, bo nie wiadomo było, co z nimi zrobić, a na łyso nie chciałem się golić. A potem, jak już wszystkim się tak spodobało, to czułem presję kibiców i musiałem, co rusz zaglądać do Broadwayu”.

„Poszedłem do apteki. Pani poradziła, co robić z chłopcami, dała mi lekarstwa, termometr i nie chciała wziąć pieniędzy. Powiedziała tylko, że będę miał u niej przechlapane, jak kiedykolwiek pójdę do innej apteki. Podobnie było u rzeźnika, gdzie dostawałem steki po specjalnej cenie, euro za kilogram, i nie pozwalano mi nawet płacić, gdy kupowałem coś chłopcom. Bałem się już wychodzić na miasto i za coś płacić, żeby nie obrazić Sycylijczyków”.

Na szczęście Wójcik grał na tyle długo, że przeżył wiele zmian politycznych i doczekał się nowego ustroju. Dzięki temu nie zabrakło opowieści z wydarzeń, które niedawno miały miejsce. Z biografii dowiadujemy się o pierwszej konfrontacji Wójcika z Marcinem Gortatem, o spotkaniach na politycznym szczeblu i powiązaniach z aferą hazardową. Przedstawiano również wzruszające i dramatyczne momenty na szczeblu sportowym. Są opisane chwile szczęścia podczas zdobywania kolejnych mistrzowskich tytułów i chwile niewesołe, jak grymas niezadowolenia i bólu z powodu zerwania więzadeł krzyżowych urazu łękotki i rzepki, które niemal doprowadziły do zakończenia kariery. Wójcik jednak nie poddał się i tak jak obiecał zakończył karierę w Śląsku Wrocław.

Z pełną odpowiedzialnością polecam „Rzut bardzo osobisty” każdemu, kto lubi dobrą literaturę. Chociaż jest to biografia sportowca, to czyta się ją jak bardzo dobry reportaż. Jest po prostu o życiu, o życiu człowieka, o jego wzlotach i upadkach, o momentach radosnych i smutnych. To podróż „z PRL-u do wolnej Polski, z Oławy do Wrocławia przez Stany Zjednoczone, Hiszpanię, Grecję i Włochy”. Niebywale wciągająca i interesująca książka zdradzająca kulisy, opowiadająca o sukcesach i niepowodzeniach legendy polskiej koszykówki.

I na koniec jeszcze jedna szczególna wartość „Rzutu bardzo osobistego”. Wprawdzie jest to biografia o zawodniku, śmiało można ją też uznać za podręcznik do historii polskiej koszykówki ostatnich trzydziestu lat, w której fakty i wydarzenia zaprezentowane są w nad wyraz przystępny sposób.

Moja ocena: 4,5/5

„Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty”, Jacek Antczak, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013

środa, 2 października 2013

Subiektwyny ranking najciekawszych transferów do Orlen Ligi w sezonie 2013/2014

Tegoroczne rozgrywki reprezentacyjne przeszły już do historii. Dla siatkarskich kibiców odpoczynek nie będzie trwał zbyt długo, bowiem już 5 października startuje Orlen Liga! I aby tradycji stało się zadość publikuję mój, ranking najlepszych zagranicznych transferów, które dokonały żeńskie kluby. Choć z pewnością żaden z nich, w żaden sposób nie przebije największego z największych, czyli powrotu Małgorzaty Glinki do Polski. O powrocie Maggie pewnie niejednokrotnie będę wspominał w trakcie trwania rozgrywek, dlatego też zapraszam do zapoznania się z listą najlepszych zagranicznych siatkarek, które w tym sezonie trafiły do polskiej ligi.

5. Kimberly Hill (Atom Trefl Sopot)
Polski klub będzie jej pierwszym profesjonalnym klubem, bowiem wcześniej siatkarskie szlify zdobywała w lidze uniwersyteckiej. A o tym, że grają tam naprawdę dobre siatkarki, niech świadczy chociażby fakt, iż przyjmująca została powołana do reprezentacji USA na tegoroczne rozgrywki WGP, gdzie była podstawową zawodniczką. I śmiało można stwierdzić, iż obserwując jej grę podczas występów reprezentacyjnych będzie wzmocnieniem sopockiej ekipy. Na naszych oczach będzie rozwijał się talent, który może szybko eksplodować. Żal, że kontrakt został podpisany tylko na rok…

4. Heike Beier (Aluprof Bielsko-Biała)
Tegoroczna wicemistrzyni Europy, która z niejednego pieca chleb jadła. W swojej karierze grała w Niemczech, Rosji i we Włoszech. Teraz jest czas na Polskę i wydaje się, że jest to dobry czas również dla siatkarki. Powiada się, że licznik z trójką z przodu jest dla siatkarzy i siatkarek czasem optymalnym. Beier może okazać się silnym punktem ekipy z Bielska-Białej. Zawodniczka niezwykle solidna i równa we wszystkich elementach.

3. Brizitka Molnar (Atom Trefl Sopot)
Włodarze z Sopotu nie próżnowali i zatrudnili kolejną siatkarkę, która z pewnością będzie wzmocnieniem dla mistrzyń Polski, ale też niebywałą atrakcją dla całej Orlen Ligi. Molnar jest etatową reprezentantką swojego kraju, z którym sięgała po medal MŚ już w 2006 roku i od tamtej chwili aż po dziś wciąż jest w kadrze Serbii zdobywając z nią liczne sukcesy. Cieszyć może fakt, iż w końcu Polska zaczyna być atrakcyjnym krajem dla siatkarek właśnie z tego kraju, bo jak wiadomo Molnar nie jest pierwszą Serbką, wcześniej była Citakowić, czy teraz Ognjenović czy Bjelica. Prawdopodobnie, aby ściągnąć Rasić czy oczywiście Brakocević trzeba poczekać jeszcze kilka sezonów. Miejmy jednak nadzieję, że Molnar będzie pierwszym, dobrym krokiem i zachętą dla najlepszych.
Fot. Fanpage Atomu Trefla Sopot - Facebook
2. Maren Brinker (Impel Wrocław)
Olbrzymi sukces działaczy z Wrocławia. Brinker to czołowa siatkarka w Europie na pozycji przyjmującej. A sukcesy odnosi nie tylko w kadrze Niemiec, ale też w klubie, o czym warto pamiętać. Brązowy medal Ligi Mistrzyń z Unendo Yamamay Busto Arsizi i tytuł najlepiej zagrywającej tego turnieju sprawia, iż Brinker powinny obawiać się wszystkie przyjmujące w naszej lidze. I jest jeszcze jeden znaczący element, Brinker łamie stereotyp, że Niemki są najbrzydsze, bowiem w tym przypadku jest na czym oko zawiesić…
Fot. impelwroclaw.pl

1. Welissa Gonzaga Sassa (Tauron MKS Dąbrowa Górnicza)
Siatkarki takiego pokroju w naszym kraju nie było. W Orlen Lidze grały już brązowe i srebrne medalistki igrzysk olimpijskich, ale złotej jeszcze nie było. Sasa na najwyższym podium stanęła w Pekinie (choć olimpijski krążek, to nie jedyny jej sukces – swego czasu wymieniana była w gronie jednej z najlepszych przyjmujących na świecie!). Marketingowo bardzo dobry ruch, ale i pod względem sportowym nie powinno być źle. Może siła już nie ta, ale umiejętności techniczne Sasa wciąż posiada ogromne. Z czystą przyjemnością będzie się patrzyć na grę tej siatkarki jak i Dąbrowy Górniczej, która ma podstawy do tego, by realnie walczyć o złoty medal mistrzostw Polski. Zacieram ręce i czekam jak Sassa rozhula naszą ligą w rytmie samby.
Fot. Profil Welissy Gonzagi na Facebooku