poniedziałek, 30 września 2013

Recenzja: "Andy Murray. Niezwykła historia" Mark Hodgkinson

Nie ma na Ziemi człowieka, który nie znałby Tenisowej Wielkiej Czwórki – Rogera Federera, Rafy Nadala, Novaka Djokovicia i Andy’ego Murray’a. Chociaż ten ostatni długo próbował dołączyć do tenisowej elity, jednak po zwycięstwie najpierw w wielkoszlemowym US Open 2012, a potem w Wimbledonie 2013 jego przynależność do Wielkiej Czwórki jest bezdyskusyjna.

Przez kilka sezonów wyśmiewano się ze Szkota, pojawiały się drwiące opinie, że Wielka Czwórka jest tak naprawdę Wielką Trójką i Pół. Andy Murray zwycięstwem na amerykańskich kortach zapisał się jednak w historii złotymi zgłoskami. Po pierwsze wygrywając turniej Wielkiego Szlema, po drugie będąc drugim Brytyjczykiem (pierwszym Szkotem), który wygrał te zawody od 1936 roku. Na szczęście Szkota ominął jeszcze inny powód zapisania się w historii. Nie został pierwszym tenisistą, który miałby na koncie pięć przegranych wielkoszlemowych finałów.

O wygranej, która zapisała się w annałach światowego tenisa, o zwycięstwie, które pozwoliło odmienić tenisowe życie Szkota i o tym jak wreszcie został uznany za prawdziwego Brytyjczyka,  można przeczytać w biografii Andy’ego Murray’a napisanej przez Marka Hodgkinsona, a wydanej przez wydawnictwo Bukowy Las.

Książka „Andy Murray. Niezwykła historia” zbudowana jest na wydarzeniu z września 2012, które rozgrywane było na kortach Flushing Meadows. Publikacja opowiada o drodze jaką Andy Murray musiał przejść, aby wygrać US Open. Każdy rozdział to osobna historia, opowiadająca o kolejnym rywalu, który stawał na drodze Szkota do upragnionego trofeum. Trofeum, które wymykało się z rąk... Przed piątym decydującym secie w finałowej z Djokoviciem, Murray wyszedł na siusiu. Szkot stanął przed lustrem i widząc swoje odbicie powiedział: ,,w tym jednym secie daj z siebie wszystko. Nie chcesz przecież zejść z kortu, żałując, że czegoś nie zrobiłeś, Nie zawiedź sam siebie. Walcz!”.

Te ostatnie słowa zapisane w prologu są zachętą do przeczytania niezwykle interesującej drogi do mistrzostwa opisanej przez Hodgkinsona.

Wprawdzie publikacja dotyczy tylko jednego momentu z życia Szkota, śmiało można by rzec, iż zawarta jest w niej tenisowa historia w pigułce. I to nie tylko Murray’a, choć jest to książka o nim, to jest w niej spora dawka informacji o innych osobach. O mamie – Judy, która flirtowała z jednym z rywali Szkota podczas US Open 2012, o trenerze – Ivanie Lendlu, który z kamienną miną powtarzał, że nie pomógłby Andy’emu, gdyby ten przegrał finał po raz piąty, o wybrance życia – Kim Sears, która jest partnerką, „malarką, kierowcą, fryzjerką”, i oczywiście o rywalach z kortu, Federerze, Nadalu czy Djokoviciu.

„Andy Murray. Niezwykła historia” to fascynująca opowieść, z mnóstwem dowcipu i żartu. Okraszona niebywałą szczerością. To nie jest kolejna publikacja wielbiąca bohatera książki. Autor pisze o wadach i zaletach Szkota, jego przywarach i dobrym, wrażliwym sercu. Biografia ukazuje kulisy tenisowej kariery Murray’a, przytaczając fakty na przykład o ciężkich treningach na obozach, podczas których Murray padał na bieżnię i długo leżał z rozłoży nimi ramionami pozostawiając po sobie mokre ślady. Czy zdawaliście sobie sprawę iż, Szkot podczas takiego wysiłku pochłaniał dziennie – 6000 kalorii (to prawie o 4000 kalorii więcej niż normalny człowiek)!

Zaskakujących i zadziwiających momentów było wiele. Jednym z nich był fakt, iż Murray i Djoković mogli występować razem w Pucharze Davisa! Serb zastanawiał się nad przyjęciem brytyjskiego paszportu. Ostatecznie sprawa spełzła na niczym, ale taka reprezentacja Wielkiej Brytanii byłaby nie do pokonania. Jest też rozdział poświęcony życiu prywatnemu tenisisty. O jego miłości do Kim Sears i braku abstynencji seksualnej przed zawodami.

Poniżej kilka cytatów:
„Nie jestem jednym z tych sportowców, którzy przed zawodami zachowują ścisłą abstynencję seksualną. Tenis to nie boks. Pamiętam, że byłemu mistrzowi świata wagi ciężkiej trener zabronił seksu sześć tygodni przed walką. W tenisowym cyklu gramy turniej raz w tygodniu, więc gdyby przyjąć kryteria tego boksera, zawsze musielibyśmy odmawiać”. 

„Bałem się, że coś zbiję, a premier uderzał bardzo mocno. (…) Niektóre piłki przelatywały niebezpiecznie blisko niego, lecz pan Cameron wyglądał, jakby wiedział co robi. To było przedziwne doświadczenie. Gdy grałem po raz pierwszym na Wimbledonie, był to dla mnie niezły szok, ale rozgrywać tenisowy mecz pod numerem 10 na Downing Street? Kto by pomyślał?!”


„Przysłał mi SMS, w którym napisał: Baw się dobrze. Cieszę się z Twojego zwycięstwa, zasłużyłeś na nie. Dostałem mnóstwo gratulacji, ale kiedy napisał do mnie ktoś, z kim współzawodniczę – i przy okazji jeden z najlepszych zawodników wszech czasów – to taki SMS znaczył dla mnie więcej”. 


„Kiedy jestem w domu, daleko od turniejowego kortu, zazwyczaj jem niezbyt zdrowe rzeczy przez jakiś tydzień. Niespecjalnie lubię frytki, a od słodyczy bolą mnie zęby – jadłem ich za dużo, kiedy byłem młodszy. W domowym zaciszu nadużywam tylko lodów. Potrafię zacząć je jeść koło południa i skończyć tuż przed snem”.


Wielki miłośnik lodów. Jest Szkotem, który nie pije whisky (w ogóle nie przepada za alkoholem). Posiada specyficzne poczucie humoru, które nie raz przysporzyło mu kłopotów ( „Będę kibicował każdej drużynie, tylko nie Anglii” – te słowa Murraya, które powiedział przed startem piłkarskich mistrzostw świata bardzo długo odbijały się czkawką i sprawiły, że nie był on uwielbiany przez Anglików). Kontrowersyjny, nietuzinkowy i ekstrawagancki jak swój idol - Andre Agassi.

Ponadto niezwykle wrażliwy i emocjonalny. Murray uronił łzy po porażce z Federerem w finale Wimbledonu na oczach milionów; na oczach milionów zwymiotował na korcie (US Open 2005 i starcie przeciwko Rumunowi Andrei Pavelowi). Bluzganie i darcie się wniebogłosy na kortach Wimbledonu. Nie wstydzi się mówić o współpracy z psychologiem. Niebywale cierpliwy - składając  autografy i pozując do zdjęć  nie omija żadnego z tenisowych kibiców. I najważniejsze jest doskonałym graczem, którego można kochać i nienawidzić, ale tytułu mistrza olimpijskiego, wygranej w Nowym Jorku i przede wszystkim triumfu na wimbledońskiej trawie nie zabierze mu nikt!

Książka „Andy Murray. Niezwykła historia” to znakomita lektura dla wszystkich, bez wyjątku. Barwne opowiastki, zabawne momenty, nieszablonowe sytuacje. Każdy kto sięgnie po tę pozycję powinien być usatysfakcjonowany, również dlatego, że tenisowe książki Bukowego Lasu trzymają poziom - kilka literówek wybaczam, wkładka zdjęciowa prezentująca najważniejsze wydarzenia z życia Szkota na plus. Kończąc swoje pochwały nisko się pochylam dla polskiego tłumacza Macieja Studenckiego. Widać dużą wiedzę, fachowość i znajomość angielskiego humoru.

Chciałbym podzielić się jeszcze jednym spostrzeżeniem po przeczytaniu tej biografii. Dotychczas Szkot był jednym z mniej lubianych przeze mnie zawodników w światowym tourze. Tak po prostu, bez powodu. Jednakże po lekturze zmieniłem podejście do Murray'a i stwierdzam, że Szkota da się lubić!

Moja ocena: 4/5

,,Andy Murray. Niezwykła historia” , Mark Hodgkinson, Bukowy Las, Wrocław 2013



3 komentarze:

  1. Oglądałam ten mecz finałowy US Open z 2012 - co to były za emocje! Nie trzymałam za niego kciuków ale wtedy to zwycięstwo mu się należało.
    Murray jest bardzo interesującą osobą - ja też długo uważałam go za "sztywniaka", ale nie dawno zmieniłam o nim zdanie. Nie jest moim ulubionym tenisistą chociaż w kilku spotkaniach mu kibicowałam.
    A tym paszportem brytyjskim dla Djokovica to mnie zaskoczyłeś! Jeśli w tej książce jest więcej takich ciekawostek to muszę po nią sięgnąć!
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A może to nie Murray, a dobry autor historii? ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajna strona. Czytałam bez poczucia marnowania swojego czasu.



    My webpage: moderowany katalog stron

    OdpowiedzUsuń