poniedziałek, 30 września 2013

Recenzja: "Andy Murray. Niezwykła historia" Mark Hodgkinson

Nie ma na Ziemi człowieka, który nie znałby Tenisowej Wielkiej Czwórki – Rogera Federera, Rafy Nadala, Novaka Djokovicia i Andy’ego Murray’a. Chociaż ten ostatni długo próbował dołączyć do tenisowej elity, jednak po zwycięstwie najpierw w wielkoszlemowym US Open 2012, a potem w Wimbledonie 2013 jego przynależność do Wielkiej Czwórki jest bezdyskusyjna.

Przez kilka sezonów wyśmiewano się ze Szkota, pojawiały się drwiące opinie, że Wielka Czwórka jest tak naprawdę Wielką Trójką i Pół. Andy Murray zwycięstwem na amerykańskich kortach zapisał się jednak w historii złotymi zgłoskami. Po pierwsze wygrywając turniej Wielkiego Szlema, po drugie będąc drugim Brytyjczykiem (pierwszym Szkotem), który wygrał te zawody od 1936 roku. Na szczęście Szkota ominął jeszcze inny powód zapisania się w historii. Nie został pierwszym tenisistą, który miałby na koncie pięć przegranych wielkoszlemowych finałów.

O wygranej, która zapisała się w annałach światowego tenisa, o zwycięstwie, które pozwoliło odmienić tenisowe życie Szkota i o tym jak wreszcie został uznany za prawdziwego Brytyjczyka,  można przeczytać w biografii Andy’ego Murray’a napisanej przez Marka Hodgkinsona, a wydanej przez wydawnictwo Bukowy Las.

Książka „Andy Murray. Niezwykła historia” zbudowana jest na wydarzeniu z września 2012, które rozgrywane było na kortach Flushing Meadows. Publikacja opowiada o drodze jaką Andy Murray musiał przejść, aby wygrać US Open. Każdy rozdział to osobna historia, opowiadająca o kolejnym rywalu, który stawał na drodze Szkota do upragnionego trofeum. Trofeum, które wymykało się z rąk... Przed piątym decydującym secie w finałowej z Djokoviciem, Murray wyszedł na siusiu. Szkot stanął przed lustrem i widząc swoje odbicie powiedział: ,,w tym jednym secie daj z siebie wszystko. Nie chcesz przecież zejść z kortu, żałując, że czegoś nie zrobiłeś, Nie zawiedź sam siebie. Walcz!”.

Te ostatnie słowa zapisane w prologu są zachętą do przeczytania niezwykle interesującej drogi do mistrzostwa opisanej przez Hodgkinsona.

Wprawdzie publikacja dotyczy tylko jednego momentu z życia Szkota, śmiało można by rzec, iż zawarta jest w niej tenisowa historia w pigułce. I to nie tylko Murray’a, choć jest to książka o nim, to jest w niej spora dawka informacji o innych osobach. O mamie – Judy, która flirtowała z jednym z rywali Szkota podczas US Open 2012, o trenerze – Ivanie Lendlu, który z kamienną miną powtarzał, że nie pomógłby Andy’emu, gdyby ten przegrał finał po raz piąty, o wybrance życia – Kim Sears, która jest partnerką, „malarką, kierowcą, fryzjerką”, i oczywiście o rywalach z kortu, Federerze, Nadalu czy Djokoviciu.

„Andy Murray. Niezwykła historia” to fascynująca opowieść, z mnóstwem dowcipu i żartu. Okraszona niebywałą szczerością. To nie jest kolejna publikacja wielbiąca bohatera książki. Autor pisze o wadach i zaletach Szkota, jego przywarach i dobrym, wrażliwym sercu. Biografia ukazuje kulisy tenisowej kariery Murray’a, przytaczając fakty na przykład o ciężkich treningach na obozach, podczas których Murray padał na bieżnię i długo leżał z rozłoży nimi ramionami pozostawiając po sobie mokre ślady. Czy zdawaliście sobie sprawę iż, Szkot podczas takiego wysiłku pochłaniał dziennie – 6000 kalorii (to prawie o 4000 kalorii więcej niż normalny człowiek)!

Zaskakujących i zadziwiających momentów było wiele. Jednym z nich był fakt, iż Murray i Djoković mogli występować razem w Pucharze Davisa! Serb zastanawiał się nad przyjęciem brytyjskiego paszportu. Ostatecznie sprawa spełzła na niczym, ale taka reprezentacja Wielkiej Brytanii byłaby nie do pokonania. Jest też rozdział poświęcony życiu prywatnemu tenisisty. O jego miłości do Kim Sears i braku abstynencji seksualnej przed zawodami.

Poniżej kilka cytatów:
„Nie jestem jednym z tych sportowców, którzy przed zawodami zachowują ścisłą abstynencję seksualną. Tenis to nie boks. Pamiętam, że byłemu mistrzowi świata wagi ciężkiej trener zabronił seksu sześć tygodni przed walką. W tenisowym cyklu gramy turniej raz w tygodniu, więc gdyby przyjąć kryteria tego boksera, zawsze musielibyśmy odmawiać”. 

„Bałem się, że coś zbiję, a premier uderzał bardzo mocno. (…) Niektóre piłki przelatywały niebezpiecznie blisko niego, lecz pan Cameron wyglądał, jakby wiedział co robi. To było przedziwne doświadczenie. Gdy grałem po raz pierwszym na Wimbledonie, był to dla mnie niezły szok, ale rozgrywać tenisowy mecz pod numerem 10 na Downing Street? Kto by pomyślał?!”


„Przysłał mi SMS, w którym napisał: Baw się dobrze. Cieszę się z Twojego zwycięstwa, zasłużyłeś na nie. Dostałem mnóstwo gratulacji, ale kiedy napisał do mnie ktoś, z kim współzawodniczę – i przy okazji jeden z najlepszych zawodników wszech czasów – to taki SMS znaczył dla mnie więcej”. 


„Kiedy jestem w domu, daleko od turniejowego kortu, zazwyczaj jem niezbyt zdrowe rzeczy przez jakiś tydzień. Niespecjalnie lubię frytki, a od słodyczy bolą mnie zęby – jadłem ich za dużo, kiedy byłem młodszy. W domowym zaciszu nadużywam tylko lodów. Potrafię zacząć je jeść koło południa i skończyć tuż przed snem”.


Wielki miłośnik lodów. Jest Szkotem, który nie pije whisky (w ogóle nie przepada za alkoholem). Posiada specyficzne poczucie humoru, które nie raz przysporzyło mu kłopotów ( „Będę kibicował każdej drużynie, tylko nie Anglii” – te słowa Murraya, które powiedział przed startem piłkarskich mistrzostw świata bardzo długo odbijały się czkawką i sprawiły, że nie był on uwielbiany przez Anglików). Kontrowersyjny, nietuzinkowy i ekstrawagancki jak swój idol - Andre Agassi.

Ponadto niezwykle wrażliwy i emocjonalny. Murray uronił łzy po porażce z Federerem w finale Wimbledonu na oczach milionów; na oczach milionów zwymiotował na korcie (US Open 2005 i starcie przeciwko Rumunowi Andrei Pavelowi). Bluzganie i darcie się wniebogłosy na kortach Wimbledonu. Nie wstydzi się mówić o współpracy z psychologiem. Niebywale cierpliwy - składając  autografy i pozując do zdjęć  nie omija żadnego z tenisowych kibiców. I najważniejsze jest doskonałym graczem, którego można kochać i nienawidzić, ale tytułu mistrza olimpijskiego, wygranej w Nowym Jorku i przede wszystkim triumfu na wimbledońskiej trawie nie zabierze mu nikt!

Książka „Andy Murray. Niezwykła historia” to znakomita lektura dla wszystkich, bez wyjątku. Barwne opowiastki, zabawne momenty, nieszablonowe sytuacje. Każdy kto sięgnie po tę pozycję powinien być usatysfakcjonowany, również dlatego, że tenisowe książki Bukowego Lasu trzymają poziom - kilka literówek wybaczam, wkładka zdjęciowa prezentująca najważniejsze wydarzenia z życia Szkota na plus. Kończąc swoje pochwały nisko się pochylam dla polskiego tłumacza Macieja Studenckiego. Widać dużą wiedzę, fachowość i znajomość angielskiego humoru.

Chciałbym podzielić się jeszcze jednym spostrzeżeniem po przeczytaniu tej biografii. Dotychczas Szkot był jednym z mniej lubianych przeze mnie zawodników w światowym tourze. Tak po prostu, bez powodu. Jednakże po lekturze zmieniłem podejście do Murray'a i stwierdzam, że Szkota da się lubić!

Moja ocena: 4/5

,,Andy Murray. Niezwykła historia” , Mark Hodgkinson, Bukowy Las, Wrocław 2013



piątek, 27 września 2013

Moje trzy grosze o mistrzostwach Europy siatkarzy

Ahoj! Musiałem zebrać się w sobie, by coś tu napisać, bowiem łatwo nie było. Teraz spokojniej i bardziej merytorycznie podejdziemy do wyniku osiągniętego przez polskich siatkarzy na ME 2013.

Biało-czerwoni po porażce z Bułgarią 2:3 nie awansowali do ćwierćfinału, chociaż z dwóch ostatnich imprez na Starym Kontynencie wracali z medalem!To niezaprzeczalny fakt, że z polską, męską siatkówką dzieje się coś niedobrego.

Niemal po ostatnim gwizdku sędziego rozgorzała dyskusja dotycząca Andrei Anastasiego. Włoski szkoleniowiec nadal powinien prowadzić zespół czy też nie? Lista z potencjalnymi kandydatami jest już w obiegu, a dziennikarze prześcigają się w pomysłach w jaki sposób urzeczywistnić swoją tezę o przyjściu Władimira Alekno czy też Hugh McCutcheon.

Nie będzie to ani jeden, ani drugi - tak sądzę. Powody są dosyć proste, oczywiste i jasne. Alekno po igrzyskach w Londynie zrezygnował z prowadzenia mistrzów olimpijskich i skupił się na pracy w Zenicie Kazań, więc dlaczego miałby obejmować inną reprezentację? A i w jego przypadku pieniądze nie grają roli, więc próba zaoferowania bajecznego kontraktu (nawet jeśli PZPS byłoby na takowy stać) niewiele by dała. Z kolei Nowozelandczyk pragnie pracować tylko w trybie olimpijskim, dwa zajmuje się kobietami, a trzy po ostatnim potraktowaniu zgłoszenia McCutcheona przez PZPS (na stanowiska trenera siatkarek), nie ma on chyba zamiaru mieć do czynienia ze sternikami polskiej siatkówki.


Czy w takim wypadku trzeba na siłę szukać następcy Anastasiego? Moim zdaniem nie! Dałbym Włochowi ostatnią szansę, by poprowadził drużynę podczas mistrzostw świata. Teraz przez kilka miesięcy nikt nie zbuduje nowej kadry i nie będzie w stanie zrobić i ustalić swoich porządków w drużynie. Anastasi zna tę ekipę, wie jak z nimi wygrywać turnieje, więc może trzeba zrobić wszystko, by mógł powtórzyć sukcesy z 2011 roku. Wyniki są niezadowalające, ale historia pokazuje, że polscy siatkarze po udanym sezonie zakończonym medalem, mają kiepski - tak było z Lozano i Castellanim, tak i teraz jest z Anastasim.

Można mieć wiele pretensji i zarzutów do włoskiego szkoleniowca. O zbyt małą ilość sparingów, o włoski styl prowadzenia zespołu, i o wszelkie decyzje personalne. Ja nie będę tego wątku rozwijał. Chciałbym tylko, zwrócić uwagę, że wciąż mamy młodą drużynę, a w tie-breaku z Bułgarią graliśmy: rozgrywającym z 1990, środkowymi urodzonymi w 1985 i 1987, na przyjęciu 1983 i 1988, atakujący z rocznika 1991 i libero 1990. Średnia to: 25,2. Ekipa młoda, ale doświadczona. Jestem pewny, że Ci zawodnicy dadzą nam powód do radości i nie warto rozliczać ich z imienia i nazwiska.

Jeśli Włoch pożegna się z polską kadrą to zaakceptuję tę decyzję, jeśli zostanie też to zrozumiem. Jedynie kogo zwolniłbym to Giovanniego Male, śnieżnobiały uśmiech to zdecydowanie za mało by przywdziewać biało-czerwoną koszulkę.

A jednak coś mi się przyszło na myśl! I nie będzie tak różowo jeśli trenerem zostanie Alekno czy McCutcheon czy jeszcze inny możny. Naprawdę się wkurzę na PZPS o to jak traktują nasze panie, które choć osiągnęły taki sam rezultat jak panowie, to u nich szuka się winowajcy wśród trenera i poszukuje się dla siatkarzy najlepszej opcji. W przeciwieństwie do kadry damskiej. Musiałem jeszcze się do tego odnieść, bowiem może to być bardzo ciekawa sytuacja. Będę miał ją na oku. Jako ten, który zawsze stoi w obronie kobiet i tych źle traktowanych.

wtorek, 24 września 2013

Siatkówka, Trójmiasto i Ja

Czołem :) Witam po przerwie, przesadnie nie długiej, ale jednak :) Wszystko za sprawą ostatnich dni, które były bardzo intensywne.

Zaczęło się od, i w tym miejscu odrobina prywaty od ślubu mojego brata. To był piątek, ale przygotowania trwały już wcześniej. Jeszcze raz wszystko dobrego na nowej drodze życia :)

Zmęczony i niewyspany, ale czekałem na sobotnie dzień i starcie z Francją podczas ME siatkarzy w Ergo Arenie. Droga jak droga. Nic specjalnego się nie działo, wszystko szło zgodnie z planem. Być może poza nieregulaminowym przejściem przez nas, ale i przez wielu kibiców do wejścia D3. Pani ochroniarz nie mogła nic zdziałać na sporą grupę kibiców. Ostatecznie udało się wejść na halę. Muszę przyznać, że miejsce i tym samym trybuna na pierwszym piętrze robiła wrażenie. Dotychczas siedziałem gdzieś bliziutko parkietu, teraz z braku miejsc, ostały się tylko takie. Ale, ale. Nie było tak źle :)


Mecz jak mecz. Komentować nie będę, bo przegraliśmy :) Atmosfera? Wiadomo. Lepszej być nie mogło. Po raz pierwszy tańczyłem walczyka, tym samym kolejne doświadczenia na siatkarskich parkietach zdobyte :) Potem Słowacja, mecz wygrany, więc było lepiej. Dobrze, że obyło się bez kalkulacji :D





I wreszcie nastał poniedziałek. Gdynia. Godzina 18. Mecz Złotka kontra Reprezentacja Polski.
Fajnie, że tam byłem. Na własne oczy mogłem zobaczyć siatkarki, które w 2003 roku, zdobyły złoty medal. Cieszyłem się, bo mogłem zobaczyć Dominikę Leśniewicz, czy Maszę Liktoras, swoją drogą obie wciąż w wielkiej formie, a sylwetce Maszy to z pewnością zazdrości nie jedna Top Modelka :)

Oprawy meczu spodziewałem się troszeczkę innej, i to trochę się zawiodłem. Choć początek był wzruszający. Lilianka Olszewska wbiegła na boisko z numerem "9". Naprawdę cudowny moment, ale nie płakałem :)


Zabrakło Andrzeja Niemczyka, cóż choroba nie wybiera - pozostaje życzyć szybkiego powrotu do zdrowia.

Myślałem, że spotkanie będzie miało trochę inny przebieg. Coś w stylu meczu gwiazd, jakieś wygłupy śmiechy, chichy. O ile powagę i dobrą grę w dwóch pierwszych setach spowodowało, że gra była przyjemna dla oka i było wciągająco, o tyle dwa pozostałe sety ciągnęły się nie miłosiernie i po prostu zaczynało wiać nudą. Magiera próbował ratować sytuację, ale to było za mało.  Były również psikusy Kasi Skowrońskiej i Małgorzaty Niemczyk co troszkę rozbawiło publiczność.




 Mariolka musi być :) Oby częściej w biało-czerwonym trykocie...
Miałem jednak niedosyt, na szczęście zrekompensował to samo wspólnym zdjęciem z Maszą Liktoras i Gosią Glinką. I kolekcja autografów wzbogacona o kilka cennych podpisów. Dlatego też, ostatecznie wyjazd uważam za udany.

Siatkówka na żywo w reprezentacyjnym wydaniu w moim wykonaniu w tym sezonie zakończyła się. Teraz pozostał telewizor i kolejne zbieranie pieniędzy na bilety. Echh, niełatwe jest życie kibica...

PS
Kibice, którzy dziś wybierają się na mecz niech nie słuchają Kubiaka. Bo Michał ze swoim apelem to się trochę zagalopował. Dłuższych wywodów nie będzie. Chamstwem nie wolno odpowiadać chamstwem. Panie Kubiak nie twórz złej atmosfery, polscy siatkarscy kibice słynną z pięknego dopingu i niech tak zostanie. Stadionowym chuliganom mówimy zdecydowane: NIE!

czwartek, 19 września 2013

Recenzja: "Wszystkie barwy siatkówki" Marcin Prus

Długo przyszło nam czekać na odważnego siatkarza, który zdecydował się przelać  swoje myśli na papier. Już jest! Doczekaliśmy się! Jedenastego września nakładem wydawnictwa Sine Qua Non ukazała się autobiografia Marcina Prusa zatytułowana „Wszystkie barwy siatkówki”.

Choć siatkówka w Polsce cieszy się niebywałą popularnością nie przekłada się to na liczbę wspomnień zawodników, którzy mieli kontakt z tą dyscypliną. Dlatego też z utęsknieniem czekałem na pierwszą pozycję tego typu. „Wszystkie barwy siatkówki” to historia opowiedziana przez Marcina Prusa wielokrotnego reprezentanta Polski, podopiecznego Irka Mazura ze złotego pokolenia ’77, które w 1997 roku zostało mistrzami świata juniorów. Natomiast sam Prus został uznany MVP tych zawodów. Obecnie jest dziennikarzem Radia Park, w którym komentuje mecze kędzierzyńskiej ZAKSY.

Wobec „Wszystkich barw siatkówki” wiązałem spore oczekiwania i pierwsze strony tej publikacji mnie nie zawiodły. Prus wspominał o swoich niebezpiecznych przygodach z dzieciństwa i igraniem ze śmiercią! Autentycznie, bowiem już na wstępie dowiadujemy się, że babcia uratowała małego Marcinka, gdy ten zwisał przez okno trzymając się jedną ręką parapetu. Potem była łopata w kolanie, widły w nodze i grabie w czaszce…

Zapowiadało się mrocznie, interesująco i elektryzująco. Niestety im w dalej las, tym było przeciętnie. Prus dość luźno podchodził do chronologii wydarzeń. Opisywał swoje początki z siatkówką, nie brakowało też wspomnień z obozów reprezentacji Polski najpierw tej juniorskiej, później seniorskiej. Wiele fragmentów było oczywistych i fani zaznajomieni z siatkówką, mogą odnieść wrażenie, że już to kiedyś czytali, słyszeli lub widzieli. O tym, że Katowice są mekką polskiej siatkówki, a hymn wykonywany przez polskich kibiców wywołuje drżenie całego ciała oraz podkreślenie, że są najlepsi na świecie. Czyż to nie brzmi znajomo? Prus opowiadał również o lataniu w klasie ekonomicznej, podkurczaniu nóg, walczeniu o miejsce z przodu, tuż przy wyjściu awaryjnym bądź rozkładaniu się na korytarzu wzdłuż foteli. Niewiele się zmieniło, bowiem i teraz oglądając ” Igłą Szyte” mogliśmy oglądać podobne obrazki.

W książce widać dziennikarskie zacięcie Prusa, bowiem prosty, wyluzowany język powoduje, że książkę czyta się szybko. Potoczny, a co za tym idzie zrozumiały styl powoduje, że „Wszystkie barwy siatkówki” są tą z gatunku do przeczytania w jeden wieczór. Dodatkowo plusem jest wkładka zdjęciowa, która niejednokrotnie wyrażała więcej niż słowa autora. Ukazane zostały medale, puchary, skany powołań do reprezentacji Polski czy zawodnicze akredytacje na zawody. Brawo!

Poniżej kilka opowiastek z książki:

„Przejechałem pół Polski z dwiema potwornie ciężkimi torbami wypełnionymi sprzętem sportowym i przekreślonymi marzeniami na występy w reprezentacji. Około pierwszej trzydzieści w nocy dnia następnego dotarłem do domu. Mama spojrzała na mnie i po prostu zapytała:
- Marcin, co ty tu robisz?
- Powiedziałaś, że jak mi będzie źle, to mam wrócić do domu. No więc jestem.
Szok. Konsternacja. Niedowierzanie i zdumienie. Wszystko to widziałem na jej twarzy”.

„Na parkiecie znajdowały się obcięte plastykowe butelki a w nich chłodna woda skapująca z grzejników. Nie miała znaczenia, że była ruda, zasyfiona i jechało od niej jak od rzygowin. Ważne, że można było się jej napić”

„- Panie trenerze, chciałem porozmawiać, ale nie wiem, czy mogę być z panem szczery…
- Przecież jesteśmy zespołem, pewnie, że możesz.
- (…) Chodzi o to, że i tak w tym roku zdobędziemy mistrza i problem w tym, że…
- Że?
- Żeby za bardzo nam pan w tym nie przeszkadzał…
Oj, jak Waldemar Wspaniały się wtedy wku…ł! Spieprzałem ile sił w nogach”.


Marcin Prus przez wielu nazywany jest Dennisem Rodmanem siatkówki. Z pewnością nie chodzi tu tylko o ekscentryczny styl bycia, oryginalne fryzury i kolorowe włosy. Wspólną cechę siatkarza i koszykarza można także znaleźć w ich książkach. Obaj na niektórych stronach publikują tzw. złote myśli. U Amerykanina nazywało się to „Rodman radzi”, u siatkarza jest to „Prus mówi”. Tu podobieństwa się kończą, bo o ile Rodmana porady były dość zabawne i pouczające, o tyle Prusa są dość oczywiste na przykład: „Polscy kibice – kocham Was, wiecie”?

Czytając książkę mało było momentów, w których głośno wzdychałem mówiąc: a to ciekawe! Nie od dziś wiadomo, że w Australii w Sylwestra ludzie chodzą w t-shirtach, a Japonia jest krajem aparatów i gejsz. Nie wszystko jednak było nudne. Dowiedziałem się na przykład o sulęcińskiej masakrze wodą metaliczną czy o podziale gotówki zwanym „ósemka” z „szóstki”. Szczegółów zdradzać nie będę, zainteresowanych odsyłam do publikacji.

Być może, moje zbyt wygórowane oczekiwania wobec tej książki spowodowały, że jestem wymagający. Liczyłem na konkrety, a tych było tyle, ile nieczystych odbić Pawła Zagumnego. Nie brakowało wydarzeń z życia poza boiskowego, ale podniecanie się piciem piwa w ukryciu przed trenerem czy wychowawcą nie jest niczym szczególnym. Każdy kto był na obozie może to potwierdzić. Jest też słów kilka o kobietach, zresztą nie mogło być inaczej, bo Prus to straszny kobieciarz, ale porównanie” każdego faceta przechodzącego obok pięknej kobiety do grubasa, który ślinił się na widok schaboszczaka z ziemniorami i kapustą” było średnio udane.

Momentami jest też zbyt sentymentalnie. Odnosi się wrażenie, że publikacja jest rozliczeniem grzechów i mniejszych występków Prusa, okazją do wypowiedzenia słów: żałuję, przepraszam i dziękuję. Ponadto jest za grzecznie, po Prusie spodziewałem się wyłożenia kawy na ławę. W publikacji ani słowa o ludziach, którzy zaleźli Prusowi za skórę. Prus przyjął zasadę żadnych nazwisk i to co zdarzyło się w szatni, zostaje w szatni. Co z jednej strony jest zrozumiałe (Prus wciąż związany jest z siatkówką, i to w roli dziennikarza, co z pewnością nie ułatwiłoby pracy), z drugiej jednak pozbawia książkę atrakcyjności i szczerości.

Strasznie nad tym ubolewam, ponieważ w większości historii Prus ślizga się po temacie, często zaznacza tylko temat i mknie dalej. Chociaż opowieść dopiero nabierała rumieńców. Mało jest też o rywalizacji sportowej. O turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk olimpijskich w Sydney jest tylko parę słów. Owszem był to turniej nieudany, ale o przegranych i mniej wesołych chwilach tego sportu też trzeba opowiedzieć, o sukcesach Mostostalu raptem kilka zdań. Tak mało było również wspomnień czy porównań  pomiędzy siatkówką lat 90 a tą obecną. Prus słowem nie zająknął się o dotychczas największej rewolucji w volleyu, czyli o roku 1998, których był świadkiem, a kiedy to wprowadzono nowe zasady wygrywania akcji, czy też pojawienia się zawodnika libero. Jak siatkarze radzili sobie z taką zmianą? Prus grał na pozycji środkowego, a więc zawodnika, którego zazwyczaj w drugiej linii zmieniał właśnie libero? Jak się czuł? Czy był zadowolony? Ile trwało przystosowanie do nowego stylu? Te pytanie pozostaną bez odpowiedzi.

Po przeczytaniu tej książki mam spory niedosyt. Ten  mogą mieć wszyscy, którzy z siatkówką nie są na bakier. Dla pozostałych będzie to lektura barwna i atrakcyjna, bowiem nie mam wątpliwości, że opisane zostały barwy siatkówki, jej ciemne i jasne strony (są i sukcesy i porażki, radości i smutki, są triumfy i kontuzje). Dla mnie jednak są to dość blade barwy siatkówki.

Moja ocena: 3,5/5

,,Wszystkie barwy siatkówki”, Marcin Prus, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013



poniedziałek, 16 września 2013

Przyszła pora na zwierzenia - cz. VIII

Witajcie :) Właściwie zastanawiałem się przez cały weekend o czym, by tu napisać. Mistrzostwa Europy siatkarek za nami, ale właściwie nie działo się tam nic, co wymagałoby dłuższego komentarza. Panowie udział rozpoczynają w piątek.
Dlatego też postanowiłem podzielić się z Wami kolejnymi wspomnieniami z mojej przygody ze sportem.

Czas na rok 2008!

Rok, któremu przyświecały dwie imprezy: piłkarskie Euro w Austrii i Szwajcarii oraz Igrzyska Olimpijskie w Pekinie.

Sportowe, siatkarskie emocje zaczęły się już w styczniu! Obie nasze reprezentacje walczyły o paszporty olimpijskie. Panowie w Izmirze. Wynik był słaby, porażka z Hiszpanami, wygrana z Włochami i porażka z Holandią, którą zamknęła nam drogę na wyjście z grupy. Na szczęście, panowie wciąż pozostawali w grze o Pekin. Co zapamiętałem z tego turnieju? Powrót do kadry Dawida Murka. Powrót, który od razu był zakończeniem reprezentacyjnej kariery, tego siatkarza...
Panie miały trudniej. Po pierwsze jeśli chciały wystąpić w Pekinie musiały wygrać turniej europejski, albo dostać się na turniej interkontynentalny, ale żeby w nim grać musiały być w trójce najlepszych europejskich ekip. Więc zaczęło się kibicowanie Rosjankom i Serbkom i robienie wszystkiego, aby turnieju nie wygrały Niemki. Tym samym w półfinale było nerwowo, najpierw Rosjanki musiały wygrać z gospodyniami turnieju w Halle, potem biało-czerwone walczyły z Serbią. Wygrały 3:1 i czekał je finał ze Sborną. Plus był taki, że miały jeszcze jedną szansę na pekińskie igrzyska.

Ten decydujący mecz oglądałem u dziadków (rodzinne obiadki i te sprawy). Nie było zmiłuj, pojechać trzeba było. Oglądamy wszyscy razem, ale po dwóch setach już moja rodzina zaczyna je skreślać, że nie dadzą rady. Rosjanki za mocne i tak jest dobrze. I pyk! Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Kolejne dwie partie padają łupem Polek. Ależ emocje. Czas na tie-break. Tam idzie walka, punkt za punkt. Nie kończymy kilku akcji, co wywołało głośne k**wa, (babciu jeszcze raz przepraszam). Polskim liderkom brakuje sił, z kolei liderki Sbornej wypoczywały i w tie-breaku klasę pokazała Sokołowa, która właściwie w pojedynkę doprowadziła swoją ekipę do zwycięstwa i tym samym wyjazdu na igrzyska. Polki grały nieźle, właściwie śmiem twierdzić, iż tak dobrze jak w Halle dawno, ale to dawno  polska reprezentacja nie grała. Z tego turnieju pamiętam jeszcze jeden niezwykły moment. Filmik poniżej :)


Anna Podolec Show, a mikrofon dzierży Jacek Laskowski i Witold Roman…Ciary ciągle mi przechodzą, gdy tego słucham. Lubię to!

Jak wiadomo Polki po 40 latach zagrały na igrzyskach. Wygrały turniej w Tokio. Na IO jednak nie było tak dobrze, chociaż mogło być. Zresztą u panów było podobnie. Przegrany ćwierćfinał z Włochami, porażka szczypiornistów. To są najgorsze wspomnienia z Pekinu, które pamiętać będę, a o których jednak nie będę pisał zbyt dużo. Ato nie tak miało być.

Nie tak miało być wielu ludzi powtarzało jeszcze wcześniej, przed olimpiadą. Czwartego czerwca przyszła fatalna wiadomość. Dwukrotna mistrzyni Europy, 26 letnia Agata Mróz zmarła…Podarowała jednak wszystkim cząstkę siebie. Siatkarska rodzina ponownie pogrążona w żałobie, wcześniej Arek Gołaś*, teraz Agata…

Czerwiec 2008. Piłkarska reprezentacja Polski po iks latach zadebiutowała na Euro! Aż trudno w to uwierzyć, ale mistrzostwa na boiskach Austrii i Szwajcarii były pierwszymi mistrzostwami biało-czerwonych. Narodowa euforia. Flagi były wszędzie! Nawet u mnie na balkonie. Narodowe oglądanie, kibicowanie, komentowanie i utopienie smutków w piwie…, smutków było wiele, bowiem z grupy nie wyszliśmy. Na dzień dobry, dwie bramki od Niemców i starcie z Austrią było meczem o wszystko. W stan radości postawił Polaków Roger Guereiro. I do 93 minuty wciąż byliśmy w grze o wyjście z grupy. Ale, ale kochany Howard Webb podyktował wątpliwego, dyskusyjnego karnego dla Austriaków. Padła bramka. Remis 1:1 i jedziemy do domu. Przegrywamy z Chorwacją i zajmujemy ostatnie miejsce w grupie. Nie dyskutuje się jednak o słabej grze polskiej drużyny, a o Webbie. Anglik był wszędzie i robiono z nim wszystko, to co najgorsze.

Fot. Internet
Euro szybko się dla nas zakończyło, dlatego też szybko swoje oczekiwana przerzucono na igrzyska olimpijskie. O ile Euro oglądałem i po prostu kibicowałem Polakom, bez żadnej spinki , choć rozczarowany (to był ostatni turniej, w którym jeszcze wiedziałem o co kaman w futbolu od a do zet).

Nadszedł czas igrzysk. Pierwsze igrzyska, które oglądałem non stop. Bez przerwy, bez ustanku, każdą transmisję, wszystko :) Dobra przyznaje się :D Nie widziałem na żywo, momentu kto dostąpił zaszczytu zapalenia olimpijskiego znicza. Wszystko to trwało już za długo, więc z kolegami wybrałem się pograć w siateczkę. Dla zdrowia i dobrego humoru.

Raz, dwa trzy! Czas na rywalizację kulomiotów. Pierwsza konkurencja w Ptasim Gnieździe i od razu triumf Polski! Tomasz Majewski – Olbrzym z Polski pcha kulę na odległość gwarantującą złoty medal. Wyprzedził Amerykanów, wyprzedził wszystkich. Był po prostu najlepszy.
Czas na moją refleksję. Teraz po fakcie  każdy tak może napisać, ale byłem nad wyraz spokojny i przeczuwałem ten medal. Oczywiście sugerując się tym co wszyscy mówili, byłem pewny medalu Majewskiego. Bardziej niż tego w Londynie.. Ot taka mała dygresja.

Pozostałe polskie medale i porażki, i te niewykorzystane szanse, w których zabrakło jednego punktu, jednej sekundy, jednego centymetra też widziałem. Pisać będę jednak o najlepszych, bo oni najzwyczajniej w świecie zasłużyli, aby dobrze o nich pisać i ich wspominać. Drugie złoto. Właściwie było pewne na 110%. Wioślarska czwórka, dominatorzy, terminatorzy zrobili swoje: Korol, Jeliński, Kolbowicz i Wasielewski.

Trzecie złoto zdobył Leszek Blanik, w skoku. Konkurencja szybka, widowiskowa, gdzie decydują niuanse, których nie zauważałem. Kibicowałem. I chciałem, żeby Blanik uhonorował swoją karierę medalem z najcenniejszego kruszcu.

Srebrne medale. Dla naszych szpadzistów, czwórki bez sternika wagi lekkiej, kajakarek, Małachowskiego, Kołeckiego i Włoszczowskiej. Właściwie o każdy medal nie było lekko, jednak o to by sięgnąć po złoto również nie było tak blisko.
Brąz w zapasach wywalczyła Agnieszka Wieszczek.

Pekin podobnie jak Ateny (a także i Londyn) to dorobek 10 medali. W Pekinie jednak  było najlepiej, bowiem było najwięcej srebrnych, aż sześć.

Dalsza cześć roku spokojna. Wakacje 2008 były intensywne i bogate w wydarzenia sportowe. I mogłem się w pełni skupić, bowiem były to jeszcze beztroskie wakacje ucznia, który wybierał się do trzeciej klasy liceum :) Już za rok matura… (a dokładniej trochę szybciej).

*Dziś już od 8 lat nie ma z nami Arkadiusza Gołasia. 

środa, 11 września 2013

Pytam po raz kolejny: Quo vadis siatkówko kobiet?

Po porażce 0:3 z Włoszkami zakończył się tegoroczny sezon dla polskich siatkarek. Sezon okraszony bagatelną liczbą trzech wygranych pojedynków.   Jedenasta pozycja na ME jest najgorszym występem drużyny narodowej od 1987 roku… Ten rezultat nie jest wypadkową tego sezonu, o czym niejednokrotnie wspominałem. To wynik zaniedbań i przyoszczędzenia związkowych pieniędzy na trenerze z górnej półki. Bo przecież takim nie był żaden z poprzednich szkoleniowców.

O sytuacji w żeńskiej reprezentacji pisałem do znudzenia i mam nadzieję, że nie zraziłem tym moich czytelników. Ile razy błagałem prezesa PZPS o opanowanie się i postawienie na fachowca przez wielkie „F”. I to właśnie związek należy obarczyć, za tak kiepskie wyniki kadry narodowej. Szybkie przypomnienie, jak PZPS doprowadził do upadku żeńskiej siatkówki.

2010 rok – Jerzy Matlak na stanowisku trenera, zdobywa z ekipą 9 miejsce. Matlak zadowolony, bo przecież trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Miejsce te znał też PZPS, bo po kiepskim wyniku (była przecież szansa nawet na półfinał MŚ) trener Matlaczenko nie wyleciał od razu. Matlak z funkcji szkoleniowca wyleciał dopiero 28 czerwca 2011, czyli na tydzień przed oficjalnym meczem kadry w nowym sezonie!

2011 rok – Alojzy Świderek. Nie ze swoją kadrą (powołania wysyłał Matlak) musiał walczyć na ME, w którym przegrał w ćwierćfinale, w WGP nie było wcale lepiej (10 miejsce). Ale usprawiedliwienie było! W końcu to on nie powoływał te dziewczyny.

2012 rok – Alojzy Świderek wciąż trwa na krzesełku. Europejskie kwalifikacje do igrzysk przegrane. Cel nie został zrealizowany.  I czy zwolniono go od razu? Ależ skąd! Czekano do 1 stycznia, wtedy oficjalnie tę decyzję ogłoszono.

2013 rok – Piotr Makowski oficjalnie został ogłoszony trenerem dopiero w kwietniu. Czasu na przegląd siatkarek nie było, bowiem Makowski walczył z Delectą w PlusLidze.

Jak widać PZPS-owi nigdy się nie spieszyło. Zawsze miał czas na wybór kandydata, ich zdaniem najlepszego z najlepszych. Tak było z Matlakiem, tak było ze Świderkiem i tak miało być z Makowskim.  A szkoleniowca z zagranicy, jak nie było, tak nie ma i pewnie długo jeszcze nie będzie.
Choć prawie wszyscy (przede wszystkim jednak zawodniczki) optowali za trenerem z zagranicy. Hugha McCutcheon wyraził swoje zainteresowanie polską kadrą. Ale przecież są lepsi trenerzy, a zdobycie medali olimpijskich przez Nowozelandczyka nic nie znaczy dla PZPS-u. Jest to o tyle dziwne, że my nawet na tych igrzyskach nie możemy zagrać. Byłem przeciwnikiem Makowskiego, bo chciałem żeby wreszcie coś drgnęło i profesjonalnie potraktowano żeńską kadrę. Był jednak moment, kiedy dałem się omotać Makowskiemu. Obiecywał, że będzie młoda kadra, będzie dobra gra i trzeba dać mu i drużynie czas. Czar jednak prysł, gdy zobaczyłem powołania.  Perspektywiczną kadrę buduję się z 28 letnią Różycką czy o rok straszą Kaczor? Przecież jak bardzo by się starał z Różyckiej nie zrobi drugiej Logan Tom, a Kaczor nigdy nie będzie grała jak Sheila. W kadrze Makowskiego była tylko jedna debiutantka – Dorota Medyńska. To ta nowa i młoda drużyna, który musi nabrać doświadczenia, by walczyć o igrzyska? Ktoś chciał ładnie zamydlić oczy kibicom. Ta ekipa nie była ani nowa, ani młoda, ani gwarantująca sportowy progres. Do tego ten pomysł z lewoskrzydłową Skowrońską…  Szczegółowo o obiekcjach wobec Makowskiego pisałem w tekście „Rio nie po drodze Makowskiemu”.

Co gorsza lista zarzutów wobec Makowskiego wydłużyła się, a to za sprawą działań, które mieliśmy wątpliwą przyjemność oglądać  podczas mistrzostw Europy. Przede wszystkim Makowski nie radził sobie z prowadzeniem zespołu. Ta rola go przerosła. Każdy mecz na ME rozpoczynaliśmy inną szóstką i inną kończyliśmy, o niezliczonej liczbie zmian w trakcie każdego z setów i graniem co róż w innych zestawieniach aż głowa bolała. Nie było ładu, nie było też składu. W zespole nie ma żadnej hierarchii, podział funkcji i ról w drużynie nie istnieje. Kto był pierwszą rozgrywającą? Nie wiem do dziś, być może Iza Bełcik. Co ciekawe gdyby nie kontuzja Efimienko, to Tokarska dalej byłaby za bandami (a okazała się, być jedną z zawodniczek grająca na przyzwoitym poziomie). Dlaczego jedna siatkarka po jednym błędzie była już zmieniana, a druga mimo, że zrobiła ich dziesięć wciąż przebywała na parkiecie? Graliśmy od przypadku do przypadku, uda się albo nie uda. Żadnego pomysłu, żadnej koncepcji. Marność nad marnościami.

Fot. PAP
I tak o to rok 2013, jest rokiem straconym, bo nie mamy nic. I cieszę się, że znalazł się ktoś, kto wreszcie o tym głośno powiedział. Szacun panie Wanio! Dalej nie mamy kadry i dalej nie wiemy, kto w niej będzie grał. Czy możemy mieć pewność, że za rok w kadrze nie zobaczymy Radeckiej bądź Kasprzak? Po prostu część siatkarek nie przeskoczy pewnego poziomu i nie osiągnie „international level”. Jeśli z nimi chce grać Makowski, to o igrzyskach może zapomnieć.

Dlaczego nie postawiliśmy na kompletne odmłodzenie składu i sięgnięcie po dwudziestolatki, baaa  nawet po nasze mistrzowskie kadetki. Wtedy nie miałbym pretensji, że wygrały zaledwie trzy mecze. Wiedziałbym, że to zaprocentuje, że nie pójdzie na marne.  Jak na marne nie pójdzie ogrywanie przez Japonki Miyashity czy stawianie przez Brazylijczyków na Gabi.

Od początku starałem się wybiegać w przyszłość i patrzeć, co nas czeka. Mam wątpliwości czy podobnie uczynili w PZPS-ie oraz czy Makowski w ogóle przeglądał przyszłoroczny terminarz? Wie, że w styczniu 2014 roku są kwalifikacje do MŚ? A w nich łatwo o awans nie będzie. Cytat z regulaminu kwalifikacji:  „12 najlepszych reprezentacji wg europejskiego rankingu kadr narodowych z dnia 1 stycznia 2013 zagra w trzeciej, ostatniej rundzie (+ 8 ekip z drugiej rundy) . 20 drużyn zostanie podzielonych na 5 grup po 4 ekipy w każdej. Do mistrzostw świata awansują zwycięzcy turniejów rozgrywanych w systemie "każdy z każdym", a także dwa zespoły z drugiego miejsca, które osiągną najlepszy wynik podczas turnieju kwalifikacyjnego”.

Polki będą w tej dwunastce, ale będą tam też Rosjanki, Serbki, Niemki, Turczynki itd. W grupie mogą się znaleźć też Belgijki, Holenderki czy Chorwatki. Prze ten rok, powinna wyklarować się kadra, która wystąpi w styczniu.  O tym, że to się nie stanie już wiemy, ale czy nasi możni zdają sobie sprawę, że w przypadku braku awansu do MŚ (choć jest to dla mnie odległa wizja, to powoli zaczynam się z nią oswajać), jesteśmy… siatkarskim trzecim światem. I wtedy, o Rio to możemy zapomnieć.

Rok niby nieważny, być może okazać się ważny i decydujący o przyszłości polskiej siatkówki. Trener Niemczyk wspomina, by dać Makowskiemu czas to 2015 roku, ale wtedy to już może być za późno.

Może jestem naiwny, ale wciąż żywię nadzieję, że będzie poprawa. Choć wielce prawdopodobnie zmiany trenera się nie doczekam, więc moich kilka rad dla Makowskiego, żeby nie było, że ciągle narzekam, a nie podaję żadnych  propozycji, aby uzdrowić żeńską siatkówkę.

Mój plan na próbę odratowania siatkówki żeńskiej w reprezentacyjnym wydaniu.
1.    Z kadry 2013 zostawić tylko Skowrońską, Wołosz, Maj, Kąkolewską i Tokarską. Pozostałym grzecznie podziękować.
2.    Porozmawiać i przekonać do gry Skorupę, Bednarek-Kaszę i Zenik.
3.    Dać szansę młodym, zdolnym: czyt. Grejman, Kurnikowska czy Wójcik.
4.    Modlić się, aby Werblińska była zdrowa.
5.    Zatrudnić psychologa, bo Makowski twierdzi, że Polki mają problemy mentalne.

6.    Reprezentacja to nie poligon doświadczalny, czas na zdecydowane konkretne kroki.
7.    Nie traktować żeńskiej siatkówki, jak by była kulą u nogi siatkówki w męskim wydaniu.

8.    Wyruszyć z pielgrzymką do Polic i  ubłagać Glinkę, by pomogła kadrze,  w tym jednym, styczniowym turnieju.
9.    Dać (wszelkimi możliwymi sposobami, nawet finansowymi) polski paszport  Koreance Kim Yeon-Koung, by mogła grać w polskiej kadrze.
10.    Zatrudnić mnie na stanowisku skauta reprezentacji Polski.

poniedziałek, 9 września 2013

Recenzja: "Mourinho vs. Guardiola", Juan Carlos Cubeiro, Leonor Gallardo

Przeciwieństwa się przyciągają. Prawda stara jak świat znajduje uzasadnienie nie tylko w miłości, ale także w piłce nożnej. Co José Mourinho zrobiłby bez Pepa Guardioli i odwrotnie? Zachowują się jak ogień i woda, są jak Apple i Google. Antagoniści. Piłkarska koncepcja Mourinho opiera się na dobrej defensywie, kontrataku i dyscyplinie, Guardioli z kolei na zdominowaniu przeciwnika posiadaniu piłki i pięknej grze opartej na szybkich podaniach. To Ateny przeciwko Sparcie, umiejętności kontra skuteczność.

Portugalczyk i Hiszpan sprawiają, że przyciągają… miliony widzów przed telewizorami chcących oglądać batalię najlepszych trenerów świata. Ich odmienność staje się stymulatorem do poprawy swoich umiejętności, doskonalenia trenerskiego warsztatu i wznoszenia piłkarskiego poziomu na niebotyczny poziom.

Książka Juana Carlosa Cubeiro i Leonor Gallardo „Mourinho vs. Guardiola” opowiada o różnicach w podejściu do piłki nożnej Portugalczyka i Hiszpana. Publikacja ta nie jest kolejną próbą spisania biografii obu trenerów, to podręcznik liderowania, zarządzania grupą i sposobami motywowania piłkarzy. Wszystko zgodnie z filozofią trenerów, co robi The Special One, aby zrzucić presję z piłkarzy? Dlaczego Pep rozmawia z mediami tylko i wyłącznie na konferencjach prasowych? Odpowiedzi znajdziecie w książce.

„Mourinho vs. Guardiola” to połączenie tematyki biznesowej z futbolem, stąd też porównanie Guardioli do Google, czyli osoby serdecznej, słuchającej, rozumiejącej i rozwiązującej problemy, natomiast Apple to Mourinho, tworzący projekty z rozmachem, lubiącym wyzwania i kontrolującym wszystko a’la Steve Jobs.

Zarówno Google, jak i Apple odniosły biznesowy sukces. Sportowy sukces odnieśli również trenerzy, kierując się swoim, własnym modelem zarządzania (i co ciekawe oba sposoby okazały się być skuteczne). Portugalczyk marsz po sławę rozpoczął już w FC Porto, z którym wygrał Ligę Mistrzów, Puchar UEFA oraz wszystkie tytuły na krajowym podwórku, potem mistrzostwo Anglii z Chelsea (2005 i 2006 rok), z Interem Mediolan dwukrotnie sięgnął po mistrzostwo Italii, wygrał też z włoską ekipą Ligę Mistrzów, ostatnie sukcesy triumfował z Realem Madryt wygrywając w 2012 roku mistrzostwo i superpuchar Hiszpanii. Teraz ponownie chce wygrać Ligę Mistrzów z Chelsea. Nie mniejszymi sukcesami na ławce trenerskiej może pochwalić się Pep. W ciągu jednego roku (2009) wraz z FC Barceloną zdobył sześć trofeów: mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Króla, Puchar Europy, Superpuchar Hiszpanii i Superpuchar Europy, a na koniec zwycięstwo w Klubowych Mistrzostwach Świata. Ale to nie był koniec. Mistrzostwo Hiszpanii i Superpuchar Hiszpanii w roku 2010 i 2011, Liga Mistrzów, Superpuchar Europy i ponownie triumf w Klubowych Mistrzostwach Świata w 2011 roku.

Od liczby zdobytych tytułów może zakręcić się w głowie, ale nasza głowa z łatwością powinna przebrnąć przez 269 stron „Mourinho vs. Guardiola”. Ja nie miałem z tym problemów, choć książka napisana jest specyficznym, naukowym językiem. Nie można się temu dziwić, bowiem autorzy tej książki są wykładowcami na hiszpańskich uniwersytetach. Akademicki styl powinien cieszyć jednak tych, którzy interesują się zarówno psychologią, coachingiem i sportem. Wreszcie znalazłem książkę, w której naukowe rozważania, zostały zobrazowane na przykładach, które z łatwością mogłem zrozumieć.

Układ książki jest dość klasyczny: prolog, wstęp, cztery części, podzielone na rozdziały i podrozdziały, całość zwieńczona jest epilogiem. Każdy rozdział i podrozdział pozwala czytelnikowi najpierw zaznajomić się z ogólnymi, książkowymi i skomplikowanymi pojęciami, jednym słowem naukową teorią, potem przedkładając to na sportowy język, przywołując przykłady z życia Mourinho i Guardioli. Jeden z rozdziałów pt.: „Zrezygnować ze szkodników” na początek przywołuje cechy złych szefów, podpierając tekst badaniami naukowymi, na koniec wysnuwając ogólną konkluzję iż, zepsute jabłko szkodzi. Domyślacie się, o jaką sytuację może chodzić w temacie piłkarskim? Ci, którzy myśleli o Deco, Ronaldinho, Eto’o a przede wszystkim o Zlatanie Ibrahimoviciu mieli rację. Tak hiszpański trener z rozmachem pozbywał się zepsutych jabłek.

Mourinho i Guardiola. Odmienne koncepcje futbolu. Wywodzą się z dwóch zupełnie różnych szkół, mają inny styl pracy, różnią się niemal pod każdym względem. To, co ich łączy to nieodparta pokusa wygrywania i chęć bycia najlepszym. I jest jeszcze coś. Fakt, iż obaj uważają, że trener bez drużyny jest nikim. Drogi czytelniku jeśli pragniesz być dobrym liderem, właściwie zarządzać grupą i odnosić sukcesy niekoniecznie w futbolu to obowiązkowo musisz sięgnąć po tę pozycję. Bo jeśli się uczyć, to tylko od najlepszych.

Na zachętę przedstawiam kilka lekcji Mourinho. Przede wszystkim pasja do tego, co się robi. Ciągłe samodoskonalenie. Podkreślanie ducha drużyny, nikt nie znajduje się ponad grupą. Praca, dużo pracy. I na koniec Liderowanie i kierowania drużyną w sposób globalny, z uwzględnieniem wszystkich aspektów, bowiem na wysokim poziomie rywalizacji szczegóły odkrywają zasadniczą rolę (atmosfera, podejście, ambicja).

Co na to Guardiola? Kluczem jest zobowiązanie i wierność, nienaruszalne wobec stylu i tożsamości gry. Kolektyw ponad indywidualnościami: jedność i solidarność. Wytrwałość w prac: poświecenie, wysiłek i wojowniczość. Ponadto pojęcie kultury grupy, czyli wspólne śniadania i obiady, ale bez zgrupowań. I co warte podkreślenia skromność, radość, entuzjazm i szacunek dla rywala. 


Moja ocena: 4/5

„Mourinho vs. Guardiola”, Juan Carlos Cubeiro, Leonor Gallardo, tłum. Barbara Bardadyn, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013


piątek, 6 września 2013

O tym, gdzie wszyscy mają polskie siatkarki...

Przeglądam program telewizyjny, przecieram oczy ze zdumienia. Mecz Polska - Czechy na mistrzostwach Europy siatkarek w Polsacie Sport Extra! Czuję ogromny niesmak. Kompletnie niezrozumiała decyzja.

Najważniejszy i pierwszy mecz polskich siatkarek będzie wyemitowany na najgorszym kanale z grupy Polsat - mając na myśli najgorszy, czyli ten najtrudniej dostępny, innymi słowy ten z najmniejszą widownią.

W tym czasie na antenie Polsatu Sport będą nasi kopacze. Niechętnie, ale jeszcze jakoś tę decyzję staram się zrozumieć. Choć z drugiej strony spotkanie leci też w TVP 1, więc kanał Polsatu wybiorą tylko fani komentarza Mateusza Borka, bowiem innego obrazu obie telewizje nadawać nie będą.

Nie to jednak jest najgorsze, a to że na Polsacie Sport News - stacja sportowo-informacyjnym, kanał będący na multipeksie, a tym samym mający zasięg ogólnopolski, w tym czasie emitował będzie mecz z Memoriału Wagnera - Niemcy - Rosja. A co tam, dajmy Polakom oglądać jak grają mało nam ważne reprezentacje, aniżeli mecz naszej drużyny narodowej.

O tym, że meczu nie będzie na głównej antenie Polsatu można się było przyzwyczaić. Tak właśnie okazuję się brak zainteresowania naszym siatkarkom. Kto jest winny? Po pierwsze PZPS, że zawiera tak niekorzystną umowę z grupą Polsat, nie wymuszając emisji meczu biało-czerwonych na antenie Polsatu. Jak siatkówka ma być sportem narodowym i wyprzedzić futbol, skoro nie ma możliwości dotarcia do wszystkich.

Swoją cegiełkę dokłada też Polsat, pokazując miejsce w szeregu żeńskiej siatkówce. Jest za komediodramatem "Marley i ja", za zgrają kopaczy Fornalika, i o zgroza za towarzyskim meczem Niemcy-Rosja.

Polsat uważałem, za przyjaciela siatkówki, całej dyscypliny. Okazuje się jednak, że tak nie jest. Można psioczyć na Telewizję Publiczną, ale ta zawsze kiedy nabywała prawa do rozgrywek reprezentacyjnych pokazywała mecze biało-czerwonych. Tak, tak wiem. Misja publiczna czy nie, ale problemu nie było.  A przypomnę, że to nie pierwszy raz, kiedy Polsat ma gdzieś kibiców siatkówki: mundial w 2010 roku i mecz Polska - Brazylia przegrywa z serialami, ponownie siatkówka przegrała z serialem podczas ME w Austrii i Szwajcarii - mecz Polska - Czechy, natomiast już dwa lata temu mecze Polek przegrywały z Formuła 1( co ciekawe, tak jest do dziś, bowiem F1 ciągle jest na głównej antenie, a popularność coraz mniejsza...).  O meczach w LŚ i WGP lepiej nie pisać. Tak, to słoneczna telewizja traktuje kibiców.

Można by rzec wszystko przez piłkarzy, może i tak, ale dzięki temu siatkówka została zmarginalizowana. Myślę, że jest czego żałować, bowiem wyniki meczu Polska - Czechy byłby zdecydowanie większe od meczu piłkarskiego (zważywszy na fakt, iż jest w TVP 1). Polsat po raz kolejny pokazał, gdzie ma siatkarskich kibiców, i co się dla niego najlepiej liczy.  I się dziwić, że z żeńską siatkówką jest coraz gorzej.

W ramach protestu dziś zamierzam oglądać mecz Polska-Czarnogóra w telewizyjnej jedynce.


środa, 4 września 2013

Sportowa Książka Roku

Witajcie! Dzisiaj chciałbym napisać o plebiscycie Sportowa Książka Roku. Wspominam o nim nie bez kozery, ponieważ dorzuciłem tam swoje trzy grosze :) Współpracuję z twórcą tej inicjatywy, publikując tam swoje recenzje książek sportowych.

Tyle o mnie :) Teraz słów kilka o plebiscycie Sportowa Książka Roku.

2013 rok będzie pierwszym, w którym oceniać będziemy sportowe książki, wydane na polskim rynku w okresie październik 2012 - wrzesień 2013. Najlepsze z nich otrzymają tytuł "Sportowej Książki Roku".

To nowatorski pomysł na rynku polskiej literatury, bowiem do tej pory, książki sportowe musiały rywalizować w konkursach, które nie były do nich przystosowane. "Sportowa Książka Roku" to pomysł stworzony specjalnie dla tego typu tytułów.

Książki nominowane będą na początek w czterech kategoriach - biografie/autobiografie, piłka nożna, "na kołach" i pozostałe. Codziennie, przez cały wrzesień, publikować będziemy informacje o kolejnych książkach, które wezmą udział w naszym konkursie. Głosowanie wystartuje zaś 1 października br.
Co ciekawe, nasz plebiscyt będzie pierwszym w Polsce i jednym z nielicznych na świecie. Podobne wydarzenia odbywają się na terenie Europy w Wielkiej Brytanii i Irlandii, a na świecie - m.in. w Stanach Zjednoczonych.


Bardzo gorąco zapraszam moich czytelników do wzięcia udziału w konkursie. Więcej informacji na stronie: SportowaKsiazkaRoku.pl


poniedziałek, 2 września 2013

"Nie ma z nami Zbyszka! Gdzie jest, k***, Zbyszek?"

W dzisiejszym poście nie będzie o jakże zacnej piosence Didżeja Trakmajstera, tylko słowa tekstu skojarzyły mi się właśnie z sytuacją w polskiej kadrze siatkarzy. Już podaję odpowiedź na pytanie w tytule: gdzie jest Zbyszek.

Śpieszę donieść, że Andrea Anastasi podał właśnie skład na Memoriał Wagnera, który jest jednocześnie składem na ME, poza jedną osobą, którą włoski trener będzie musiał wyeliminować. Prawdopodobnie będzie to któryś ze środkowych.

Skład na Memoriał:
Rozgrywający: Łukasz Żygadło, Fabian Drzyzga
Atakujący: Jakub Jarosz, Grzegorz Bociek
Przyjmujący: Bartosz Kurek, Michał Winiarski, Michał Kubiak, Michał Ruciak, Wojciech Włodarczyk
Środkowi: Piotr Nowakowski, Marcin Możdżonek, Łukasz Wiśniewski, Andrzej Wrona
Libero: Paweł Zatorski, Damian Wojtaszek

I nie ma z nami Zbyszka Bartmana! Można powiedzieć wreszcie! W kraju nastała euforia, o mało co a kibice wyjdą na ulice z tej radości. Na taką decyzję trenera wszyscy czekali. Ja również. Przede wszystkim dlatego, że Bartman nie prezentował odpowiedniej formy, a właściwie z jej brakiem. Co nie jest żadną nowością, bowiem tak atakujący gra już od sierpnia 2012 roku, przez cały sezon ligowy (z pewnymi wyjątkami w meczach ligowych), aż do teraz.

Fot. FIVB
Anastasi wreszcie przejrzał na oczy. Każdy wiedział, że Zibi to ulubieniec włoskiego szkoleniowca, ale tak fatalnej postawy siatkarzy nie sposób nie zauważyć, a trener w końcu uznał, że w tym sezonie z Zibiego nic więcej nie wydusi. Postanowił się z nim rozstać i postawić na duet Jarosz/Bociek. Gorzej od Bartmana grać nie będą.

Wszyscy się cieszą, ja też się cieszę. Nie mam nic do Zbyszka, w reprezentacji Anastasiego został atakującym, choć był przyjmującym. Poświęcił się dla kadry narodowej, miał wiele dobrych spotkań i o tym trzeba pamiętać. Tytuły najlepszego atakującego na Memoriale Wagnera czy Lidze Światowej piechotą nie chodzą. To jednak historia. Trzeba jednak wybierać skład optymalny i grać siatkarzami, którzy zapewniają odpowiedni poziom. Bartman takiego nie prezentował. Taka jest prawda.

Podzielę się z Wami jeszcze jedną moją refleksją i pesymistyczną wizją. Domyślacie się jakie usprawiedliwienie będzie mieć Andrea Anastasi, gdy mistrzostwa Europy zakończą się klapą? Słowa w stylu: mieliśmy młody skład, który musi nabrać doświadczenia, blabla to wszystko, by mieć zespół na przyszłoroczny mundial... Albo: Przecież postawiłem na dwudziestodwuletniego atakującego, w ekipie są siatkarze z rocznika '90.

Obym się mylił. I oby decyzja z Boćkiem była doskonałym i idealnym rozwiązaniem. Rozwiązaniem, które sprawi, że nie będziemy płakać za Bartmanem, i nie będziemy błagać Wlazłego o pomoc...
Fot. gazeta.pl