środa, 29 maja 2013

Recenzja: "Gramy dalej" Alessandro Del Piero

Kolejna unikatowa lektura pojawiła się na polskim rynku wydawniczym. Nakładem Wydawnictwa Sine Qua Non ukazała się publikacja Alessandro Del Piero pt.: „Gramy dalej”. Książka jest wyjątkowa, bowiem ogromny wkład w jej wydanie mieli polscy kibice zrzeszeni w JuvePoland.com. Dzięki olbrzymiemu zaangażowaniu opublikowano autoryzowane, oficjalne i co najważniejsze pierwsze tłumaczenia na świecie!

Nazywam się Alessandro Del Piero i gram w piłkę nożną.
Mogę powiedzieć, że spełniło się moje marzenie.
Los nie mógł być dla mnie bardziej łaskawy.


Tak brzmią słowa z okładki wypowiedziane przez samego piłkarza. Wielkiego piłkarza, bo Alessandro Del Piero wielkim piłkarzem był i basta! Del Piero to mistrz świata z 2006 roku, wielokrotny mistrz kraju i jeden z najlepszych napastników w historii futbolu. „Gramy dalej” nie jest autobiografią Del Piero. Nie znajdziemy w niej szczegółowo i chronologicznie opisanej drogi na szczyt wielkiego Aleksa, nie ma tam również historii o pozaboiskowych ekscesach, piłkarz nie ujawnia tajemnic z szatni Juve czy reprezentacji Włoch... To, co w takim razie jest w tej książce? Del Piero dzieli się z czytelnikami swoimi przemyśleniami, które zostały podzielone na dziesięć rozdziałów, każdy opowiadający o innej ważnej dla Del Piero cesze. Dlaczego jest dziesięć istotnych tematów? Odpowiedź jest banalnie prosta: Del Piero grał z dziesiątką na koszulce.

W „Gramy dalej” Włoch opowiada o talencie określając go nieodkrytą tajemnicą. Zdradza fakt, że aby odnieść sukces potrzebna jest pasja. Ponadto w futbolu, ale i nie tylko ważna jest przyjaźń będąca czymś niezwykle cennym, ale i kruchym. W „Gramy dalej” znajdziemy także opis dotyczący wytrwałości i zmaganiu się z fizycznym i psychicznym bólem. Uczciwość to kolejny ważny aspekt poruszany przez włoskiego napastnika, który pragnie być postrzegany, jako osoba szczera i prawdomówna. Tak też chce wychować swoje dzieci. Oddzielny rozdział został poświęcony duchowi drużyny. Zdaniem Del Piero bycie częścią drużyny oznacza również bycie egoistą. Włoski napastnik dzieli się przemyśleniami na temat istoty poświęcenia i stylu, z którymi trzeba się mierzyć nie tylko na boisku, ale także w sytuacjach życia codziennego.  Rozdział wyzwanie stanowi swoiste podsumowanie wszystkich wymienionych wyżej wartości.

„Gramy dalej” to wyjątkowe, nietuzinkowe podsumowanie kariery Del Piero. W książce znaleźć można liczne wspomnienia z dzieciństwa, historie z futbolowych boisk z całego świata. To zbiór doświadczeń wielkiego mistrza przelanych na papier. Włoski napastnik w szczery, dokładny, a zarazem prosty i łatwy w odbierze sposób przekazuje czytelnikom 10 najważniejszych wartości za sprawą, którym znalazł się na samym szczycie piłkarskiego świata.

Każdy, kto sięgnie po Gramy dalej będzie miał niespotykaną możliwość poznania sekretu, jaki kryje się za napisaniem tej książki. Del Piero przelewając swoje myśli na papier wykazał się olbrzymią odwagą, którą zebrał w sobie po wielu, wielu latach. Teraz każdy z nas może być nauczycielem Del Piero i ocenić jego dzieło.

Osobiście z warstwy merytorycznej jestem zadowolony. Del Piero szczerze, prawdziwie, ale i z sentymentem opisuje wydarzenia, których był uczestnikiem. Wyjaśnia pewne prawidła rządzące w piłce nożnej, (ale nie tylko). Pisze wprost o swoich problemach, z którymi borykał się podczas kariery występując w barwach Juventusu czy też reprezentacji Italii.

Kilka cytatów z książki:

„Nie lubię kazań i sam też nie zamierzam ich wygłaszać. Kocham za to zasady, wartości. Jakie? Ducha drużyny, zdolność przetrwania. Tylko, jako zachowanie wyższej klasy. Cenię uczciwość i poświecenie. Pasję, która oznacza dla mnie skupianie całej energii na rzeczach, które kocham. Cenię przyjaźń. Cenię solidarność i możliwość dokonywania wyboru(…)”.

„W mojej wiosce był bar Acli, a w nim – piłkarzyki, paintball, którego oczywiście nie mogło zabraknąć, oraz gra wideo o statkach kosmicznych, sto lirów za jedną rundę. Każdy marzył o tym, by pobić rekord, ale żeby tego dokonać, trzeba było grać wiele razy pod rząd, za każdym razem wrzucając kolejną monetę i wciskając magiczny przycisk „kontynuuj”(…). Żeby móc grać wiele razy pod rząd, pewnego sobotniego wieczora postanowiłem wziąć z portfela taty tysiąc lirów. Ukradłem je. Robiłem to już kilka razy wcześniej i nigdy nie zostałem przyłapany, dlatego czułem się niezłym cwaniakiem. Ten raz był ostatnim w moim życiu i pamiętam go doskonale”.

„W młodym wieku chce się wszystkiego natychmiast, choćby wrócić na boisko od razu po porażce, by móc się odegrać i ją wymazać, nawet jeśli jest się całkowicie wyplutym i poobijanym. Tymczasem to błąd. Nawet zemsta musi poczekać na swój dzień”.

„Jestem pasjonatem wrestlingu i przez długi czas oglądałem w telewizji walki Tygrysiej Maski. (…) Poznałem Tygrysią Maskę osobiście. Podarowałem mu koszulkę, on z kolei dał mi swoją oryginalną maskę. Pomyślałem wtedy, by założyć ją na anonimowy wypad do Wenecji. (…) Krótko mówiąc, spędziłem całe popołudnie, pozując do zdjęć z nieznajomymi i rozdając autografy. Zatrzymała się jednak również gondola pełna Japończyków. Nie byłem już dłużej Del Piero, byłem Tygrysią Maską”.

Jeśli jesteście fanami książek, od których nie można się oderwać i które wprowadzają czytelnika w świat bohatera znajdujący się na kartkach to „Gramy dalej” wpisuje się w te słowa.  Idealna na spokojny wieczór z lekturą i szklanką kakao. Tylko do jednego mogę się przyczepić: za dużo błędów językowych (dawno już tych nie uraczyłem w książkach SQN). Plus za graficzną część „Gramy dalej”: interesująca okładka, a wkładka zdjęciowa w środku jak zwykle bez zarzutu.

Mecz z Aleksem jeszcze trwa, jeszcze się nie zakończył. Gramy dalej. Gramy dalej, by wciąż cieszyć się grą. Gramy dalej, by sięgać po najwyższe laury. Gramy dalej wkładając, w to całe serce, głód zwycięstw i ambicję by być najlepszym. Jeśli nie chcecie wypaść z gry, albo zadowolić się miejscem na ławce rezerwowych musicie grać dalej z Del Piero. Grać mogą nie tylko Ci ubrani w barwy Starej Damy – pozostali także mogą spędzić czas z Del Piero.

Moja ocena: 3,5/5

,,Gramy dalej”, Alessandro Del Piero, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013


poniedziałek, 27 maja 2013

Dla Muzaja matura to bzdura

Pierre de Coubertin mawiał, aby troszczyć się zarówno o ciało, jak i umysł. Okazuje się, że nie wszyscy słowa francuskiego barona wzięli sobie do serca. Sportowcy od lat starają się zwalczać stereotyp głuptasa, człowiekiem nierozgarniętego, z którym można porozmawiać tylko o uprawianej przez niego dyscyplinie. Niestety po występie Macieja Muzaja nie będzie to łatwe.

Oglądając materiał z programu Matura to bzdura, w którym wystąpił Maciej Muzaj siatkarz PGE Skry Bełchatów przecierałem oczy ze zdumienia, załamka..:( Okazuje się, że dla Muzaja matura to rzeczywiście bzdura. Nie owijając w bawełnę młody siatkarz poległ na całej linii. Istna kompromitacja.

Nie przeczę. Pewnie nie znałbym wszystkich odpowiedzi, które zadaje ludziom prowadzący program, ale są takie pytania na, które Polak powinien znać odpowiedź.

Dramat jest tym większy, iż Muzaj nie znał odpowiedzi na wydawałoby się podstawowe pytania. W którym wieku uchwalono Konstytucję 3 Maja? Panie Maćku na pewno nie w XX. (sic!). Był to rok 1791, a więc był to wiek XVIII. Ja rozumiem, że nie każdy lubii historię, ale wydarzenia, które były ważne w dziejach Polski należy znać. A do takich z pewnością można zaliczyć Powstanie Warszawskie. Drogi Maćku! Powstanie Warszawskie miało miejsce 1 sierpnia 1944 roku. Wstyd Panie Muzaj, ogromny wstyd.

Gombrowicz pewnie się w grobie przewraca, że zrobiłeś z niego wojskowego. Ferdydurke to się nie czytało. Co ja piszę, pewnie się nawet o tej lekturze nie słyszało.

I pomyśleć, że ktoś taki reprezentuje Polskę na arenie międzynarodowej, gra z orzełkiem na piersi. Żyje w kraju, w którym swoje życie oddali walczący w powstaniu warszawskim.  Naprawdę przykro się tego słuchało wiedząc, że nie wszyscy szanują ludzi, którzy przelewali krew i walczyli z okupantem o wolność.

W przypadku dramat jest, chyba tym większy, iż jest on tegorocznym maturzystą. Jak to możliwe, że zdawał z klasy to klasy? To, że ktoś trenuje po kilka godzin dziennie nie oznacza, że na całą resztą można położnych laskę. Piłka to nie całe życie, a młody człowiek powinien o tym wiedzieć.

Byłbym ten fakt w stanie zaakceptować, gdy byłbyś zawodnikiem wybitnym, genialnym, fantastycznym. Prawdopodobnie takim nie będziesz, bo w głowie też coś trzeba mieć, co pokazuje przykład Witalija Kliczko posiadającego doktorat czy Pau Gasola, który studiował medycynę.  W Polsce także nie brakuje sportowców wykształconych: Justyna Kowalczyk czy Agnieszka Rabka piszą doktoraty.

Dając już spokój Muzajowi jeszcze jedna rzecz nie napawa optymizmem. Mianowicie, że tak idiotyczne wypowiedzi zrobiły furorę wśród kibiców siatkarza, klubu, w którym występuje. W każdym razie ludzie nie widzą, w tym niczego złego. A gdy czyta się komentarza pod filmikiem to scyzoryk się w kieszeni otwiera. Panie Maćku ładny dajesz przykład nie ma, co. Sportowiec ma świecić przykładem, ma być idolem. Mam nadzieję, że z wzorca, jakim jest Maciej Muzaj nikt nie będzie się wzorował, bo najzwyczajniej w świecie nie ma, na kim.

Oj Panie Maćku, jest badder albo more bad. Sam już nie wiem, co gorsze. Jak Pan się dogadasz z Falaską to nie mam zielonego pojęcia…

Poniżej odcinek prezentujący niewiedzę siatkarza:

piątek, 24 maja 2013

Przygodę z reprezentacją czas zacząć!

Doczekałem się! Wreszcie, po paru tygodniach oczekiwania ponownie wszystko będzie kręciło się wokół siatkówki, a nie ulega wątpliwości, że i emocje będą większe! Dlaczego? Powód jest jeden! Dziś pierwszy mecz reprezentacji Polski siatkarzy, którzy w Miliczu zagrają z Serbią.

Liga się skończyła i niewiele działo się w siatkarskim światku, ale wraz z inauguracją w Miliczu, a dzień później w Twardogórze znowu będziemy krzyczeć: Do boju Polsko! Będziemy obserwować cudowne parady Ignaczaka, perfekcyjne przyjęcia Winiara, piorunujące uderzenia Kurka i niebanalne rozegrania Żygadły. Długo trzeba było czekać, aby zobaczyć chłopców znowu razem, ale już są i będą z nami przez całe wakacje i jeszcze dłużej, kocham takie wakacje :)

Dwumecz z Serbią jest przede wszystkim testem i możliwością sprawdzenia przez Anastasiego kilku nowych graczy (jak i tych z małym dorobkiem reprezentacyjnym). W kadrze na mecz z Serbią znalazł się chociażby Fabian Drzyzga czy Dawid Konarski oraz absolutni debiutanci: Wojciech Włodarczyk i Andrzej Wrona. Czy dostaną szansę? Pewnie tak i nie tylko w owych sparingach z mistrzami Europy z 2011 roku.
A propos Plavich. Sporo zmian właśnie w składzie naszych rywali,  przyznam szczerze skład na potyczkę z biało-czerwonymi - jak  dla mnie - ekstremalny. Brak Atanasijevicia, brak Janicia, nie ma Nikicia, nie ma Petkovicia... Natomiast jak zwykle dużo młodzieży w serbskiej ekipie, aczkolwiek pokolenie Grbiciów czy Mljkovicia może pojawić się nieprędko.

Mecz z Serbią to preludium tegorocznego sezonu reprezentacyjnego, oczywiście docelowo najważniejsze są mistrzostwa Europy, a może pójdę dalej - przyszłoroczne mistrzostwa świata, które rozegrane zostaną nad Wisłą, po drodze będzie jeszcze Liga Światowa. Bronimy tytułu z ubiegłego sezonu, dlatego dobrze byłoby zagrać w argentyńskim fiinale. O podopiecznych Anastasiego jestem spokojny, wszystko dzieje się tak jak trener zapowiada, w składzie nie ma rewolucji. Włoch pragnął wprowadzić do ekipy na każdą pozycję młodego siatkarza. Jak zapowiedział, tak zrobił. Mamy silną reprezentację teraz i z wielkimi perspektywami, aby tak było w przyszłości.

Dosyć już tej pisaniny. Kibicowanie Biało-Czerwonym czas zacząć!
Fot. FIVB
 Mecze w Polsacie Sport. Piątek godz. 20:30, sobota godz.18:30.

poniedziałek, 20 maja 2013

Kolektywizm czy indywidualizm - co pomaga w sporcie?

Robert Whiting opisywał trudności, których doświadczyli amerykańscy baseballiści, próbując się przystosować do gry w drużynach japońskich. Za przykład podaje Johna Millera, który w 1972 roku został wyrzucony z drużyny za niewłaściwe zachowanie.

Miller nie tylko często pojawiał się na treningu z pięcio lub dziesięciominutowym spóźnieniem, nie przepraszając kolegów z drużyny, za to, że musieli na niego czekać, ale także popełnił inny, niewybaczalny błąd. Kiedy trener usunął go z boiska wprowadzając na jego miejsce zmiennika, Miller nie opanował wściekłości i wrzasnął: Nie obchodzi mnie, czy ta drużyna wygra czy nie!
Nie pomogły późniejsze przeprosiny, ani fakt, że w ciągu sezonu Miller zdobył dla swojej ekipy najwięcej punktów za tzw. home run (wykonanie pełnego obiegu gry i zdobycie bazy domowej). Z końcem sezonu stracił miejsce w drużynie, zatrzymano natomiast innego amerykańskiego zawodnika – lepszego w grze zespołowej – chociaż ten zdołał odbić zaledwie 19% rzuconych piłek.

Ten przykład obrazuje podział kultur na kolektywistyczną i indywidualistyczną. Kolektywizm/ indywidualizm jest tym wymiarem różnic międzykulturowych, który może mieć znaczenie w osiąganiu sukcesu przez zawodników i drużyny należące do danej kultury.  W Japonii nagradza się zawodników za zgranie i dobrą grę zespołową, a nie za indywidualne, gwiazdorskie wyczyny na boisku. Amerykanie powiadają, że „trzeba robić swoje”, a według japońskiego przysłowia „należy wbić wystający gwóźdź”.

Jakie są podstawowe różnice między kulturą indywidualistyczną a kulturą kolektywistyczną?
Przede wszystkim kultura indywidualistyczna cechuje się postrzeganiem jednostki jako podstawowego elementu społeczeństwa. Własnością tej kultury jest podejmowanie decyzji indywidualnie i konsekwencja odpowiedzialności za swoje czyny.  Osiągnięcie celu jest ważniejsze od relacji międzyludzkich. Relacje między Relacje między trenerem i zawodnikiem są kontraktem przynoszącym obopólne korzyści .

W kulturze kolektywistycznej z kolei jednostka jest silnie związana z organizacją (rodzina, grupa sportowa), do której przynależy, jej życie osobiste jest uzależnione od dobra społecznego,  a każdy przejaw indywidualizmu jest niedopuszczalny.  To dzięki uczestnictwu w grupie osoba zyskuje tożsamość. Relacje międzyludzkie są ważniejsze od osiągnięcia celu. Relacje między zawodnikiem i trenerem są postrzegane w kategoriach moralnych i przypominają więzy rodzinne.

Chciałbym przedstawić rezultat badań prowadzonych przez Piotra Sorokowski z Uniwersytetu Wrocławskiego, który porównał wyniki czterech czołowych sprinterów z USA, Wielkiej Brytanii, Brazylii i Japonii z najlepszymi wynikami sztafety 4 x 100 m z tych krajów w latach 2001-2008.

Owe badania miały właśnie pokazać, czy dany rodzaj kultury może mieć wpływ na wyniki sportowców z grupy kolektywistycznej lub indywidualistycznej. Co się okazało? Przedstawia poniższa tabela.


Wynika z niej, że biegacze z kultur kolektywistycznych mogą osiągać lepsze wyniki w wyścigach sztafetowych niż biegacze z indywidualistycznych kultur. Rezultaty te ukazują, że kolektywizm jest bardziej sprzyjający dla rozwoju drużyny sportowej.

Dlaczego tak się dzieje? Piotr Sorokowski zakłada, że przyczyną takiego stanu rzeczy, może być skupianie się nad niektórymi elementami szkolenia w sztafecie na przykład wymiany pałeczki.

Nie ukrywam, że owe wnioski bardzo mnie zaciekawiły i na swoje możliwości postanowiłem przeprowadzić własne obserwacje.

Ja natomiast zbadałem wyniki sztafet pływacki podczas igrzysk olimpijskich w 2008 roku i w 2012 roku. Badałem sztafety biorące udział w zawodach 4x100m stylem zmiennym (grzbietowy, motylkowy, klasyczny, dowolny) ekipy: USA, Australii, Japonii i Rosji.
Poniższa tabela dokładnie to ilustruje.

Co daje się zauważyć? To samo, co u Sorokowskiego. Podobnie sztafety japońskie i rosyjskie potrafiły więcej wycisnąć startując wspólnie niż indywidualnie. Kultura kolektywistyczna sprawia, że zawodnicy dla dobra grupy potrafią dawać z siebie więcej niż w przypadku krajów indywidualistycznych.

I na koniec jeszcze jeden fakt potwierdzający dotychczasowe rezultaty.

Przeanalizowano zwycięzców mistrzostw świata w czterech dyscyplinach męskich (piłce nożnej, siatkówce, koszykówce i piłce ręcznej). Pod uwagę wzięto wyniki osiągnięte od 1970 roku.

Piłka nożna (11 turniejów) – 8 mistrzów świata to państwa z grupy kolektywistycznej: Brazylia(3), Argentyna(2), Włochy(2), Hiszpania(1). Grupa indywidualistyczna to: RFN(2) i Francja.

Siatkówka (11 turniejów) – 8 mistrzów świata to państwa z grupy kolektywistycznej: ZSRR(2), Włochy(3), Brazylia(3). Grupa indywidualistyczna to: NRD, Polska i USA.

Koszykówka(11 turniejów) – 8 mistrzów świata to państwa z grupy kolektywistycznej: Jugosławia(5), ZSRR(2), Hiszpania(1). Grupa indywidualistyczna to: RFN(2) i Francja.

Piłka ręczna (17 turniejów) – 13 mistrzów świata to państwa z grupy kolektywistycznej: Francja(3), Hiszpania(2), Rumunia(2), ZSRR(1), Rosja(2), Jugosławia(1), Chorwacja(1). Grupa indywidualistyczna to: RFN, Niemcy, Szwecja(2).

Dodatkowo przeanalizowałem zwycięzców igrzysk olimpijskich w czterech dyscyplinach męskich (piłce nożnej, siatkówce, koszykówce i piłce ręcznej). Pod uwagę wzięto wyniki osiągnięte od 1972 roku.
I tak:

Piłka nożna (11 turniejów) – 8 złotych medalistów to państwa z grupy kolektywistycznej: Argentyna(2), Nigeria(1), Kamerun(1), Hiszpania(1), Meksyk(1), Czechosłowacja(1). Grupa indywidualistyczna to: NRD, Francja i Polska.

Siatkówka (11 turniejów) – 6 złotych medalistów to państwa z grupy kolektywistycznej: Brazylia(2), ZSRR(1), Japonia(1), Jugosławia(1), Rosja(1) . Grupa indywidualistyczna to: Polska, Holandia i USA.

Koszykówka(11 turniejów) – 4 złotych medalistów to państwa z grupy kolektywistycznej: ZSRR(2), Argentyna(1), Jugosławia(1). Grupa indywidualistyczna to: USA(7).

Piłka ręczna (11 turniejów) – 8 złotych medalistów to państwa z grupy kolektywistycznej: Chorwacja(2), ZSRR(2), WNP(1), Jugosławia(2), Rosja(1). Grupa indywidualistyczna to: Francja(2).

Jest tylko jeden wyjątek, w którym najwięcej tytułów zdobył kraj z kultury indywidualistycznej. Była to koszykarska ekipa USA, która triumfowała 7 razy podczas igrzysk olimpijskich. Oczywiście powyższe rezultaty należałoby przeanalizować dogłębniej choćby z samego faktu, iż w ekipie Stanów Zjednoczonych rdzennych Amerykanów mogłoby być niewiele, z uwagi na sam fakt historyczny (emigranci z Afryki). Podobnie sprawa mogła wyglądać z pozostałymi zespołami z różnych dyscyplin. Czy w zespołach nie było naturalizowanych graczy? Chociaż tak znacząca przewaga zwycięstw państw z kultury kolektywistycznej pokazuje, że w kolektywie łatwiej osiągać triumfy.

Fot. FIVB
Bibliografia:
L. Juang, D. Matsumoto, Psychologia międzykulturowa, GWP, Gdańsk 2007,
W. F. Price, R. H. Crapo, Psychologia w badaniach międzykulturowych, GWP, Gdańsk 2003,
R. Whiting, You’ve gotta have „Wa”. Sports Illustrated, 1979.
P. Sorokowski, Influence of Culture on Sports Achievements: The Case of Sprint Relay Teams from Japan, Brazil, the USA and Great Britain [w:] Human Movement, Warszawa 2009.

czwartek, 16 maja 2013

Żarty Makowskiego rozpoczęte. Kadra siatkarek na rok 2013 powołana!

Namaszczony przez PZPS Piotr Makowski ogłosił dziś kadrę reprezentacji Polski siatkarek. Lista liczy 32 nazwiska, a mimo tego w ekipie brakuje bardzo wielu siatkarek, które stanowiły o sile tej drużyny bądź miały za sobą niezwykle udany sezon reprezentacyjny.

Zacznijmy od rozgrywających:
Milena Radecka, Joanna Wołosz, Izabela Bełcik, Dorota Wilk, Natalia Gajewska

Ja się pytam: gdzie jest Katarzyna Skorupa? To pierwszy żart od Makowskiego! Reszta bez wielkiego znaczenia, aczkolwiek fakt, że uznanie w oczach Makowskiego znalazła wieczna rezerwowa Wilk daje do myślenia...

Przyjmujące:
Anna Werblińska, Kinga Kasprzak, Ewelina Sieczka, Anna Grejman, Patrycja Polak, Karolina Kosek, Koleta Łyszkiewicz, Aleksandra Wójcik, Elżbieta Skowrońska, Justyna Raczyńska, Ewa Śliwińska

Tu jest dopiero kongo. Kasprzak w kadrze? To już bidonów nie ma kto nosić?. Z takim przyjęciem nie mogła znaleźć się w składzie Muszynianki, a co dopiero w reprezentacji. Czytam listę dalej i widzę nazwisko "Polak" a czy przypadkiem nie powinno być Pyziołek. Gdzie jest Bogusia? Makowskiemu chyba pomyliły się wrocławskie siatkarki, bo to co grała Polak to była kaszana, w porównaniu do Pyziołek (będąca jedną z najlepszych siatkarek OrlenLigi, co potwierdzają statystyki). To nie koniec dowcipów. Jest Raczyńska, a nie ma młodej Kurnikowskiej z AZS-u Białystok.

Czas na środkowe:
Maja Tokarska, Zuzanna Efimienko, Monika Martałek, Justyna Łukasik, Agnieszka Kąkolewska, Karolina Szymańska, Aleksandra Sikorska

Owszem nie ma Bednarek-Kaszy, nie ma Okuniewskiej. Tu winy Makowskiego nie ma, obie siatkarki po prostu mają problemy zdrowotne i będę się leczyły (choć może i Bera, dałaby  radę zagrać). W takiej sytuacji przydałaby się jednak środkowa z międzynarodowym ograniem i doświadczeniem. Zostały nam same szczypiorki, które nie wiadomo czy dadzą radę.

Nasze atakujące:
Katarzyna Skowrońska-Dolata, Katarzyna Konieczna, Joanna Kaczor, Zuzanna Czyżnielewska, Tamara Kaliszuk

Ważne, że jest Skowrońska-Dolata. Na tym mógłbym zakończyć, ale jeśli w kadrze widzę Kaczor, a nie ma Zaroślińskiej to ciśnienie mi się podnosi. To już jest kpina w czystej postaci. Podstawowa atakująca wicemistrzyń Polski dla Makowskiego jest za słaba, ale rezerwowa z tej ekipy już nie. Dziwicie się pewnie dlaczego w kadrze jest Kaliszuk, to Wam powiem: bo to była jedna z nielicznych siatkarek, którą nasz trener mógł zobaczyć na żywo, bo przecież zespoły z OrlenLigi rozgrywki zakończyły, a siatkarki w I lidze wciąż walczyły...

I na koniec libero:
Paulina Maj, Krystyna Strasz, Agata Durajczyk, Dorota Medyńska

Jest mi smutno. Nie ma Marioli Zenik :( Czy to już koniec jej przygody z reprezentacją? Mam nadzieję, że nie. Prawdopodobnie jednak Mariola sama podziękowała Makowskiemu za grę w jego zespole, ale tego jeszcze dokładnie się dowiem.

Rozbawił mnie dziś pan trener. Tylko był to śmiech przez łzy. Kompletnie niezrozumiałe powołania. Budowanie kadry na Rio bez siatkarek, które miały być silnym ogniwem tej reprezentacji. Co w sytuacji, gdy wolne zrobią sobie Werblińska i Skowrońska-Dolata? Czarno to widzę i nawet różowe okulary nie pomogą. Niektóre nazwiska na liście zostały zapisane w skutek losowania w bębnie maszyny losującej, bo jak wytłumaczyć powołanie Wilk, Polak czy Kasprzak. Był w Polsce pewien piłkarski trener, który szukał piłkarzy o potencjale na miarę: international level. W siatkówce niektóre zawodniczki nie osiągnęły jeszcze poziomu national level. Ale jaki trener, takie powołania. Ot co.

Fot. Agencja SE/East News

wtorek, 14 maja 2013

Giba, Sergio Santos, Yoshie Takeshita - wielcy tego świata już nie zagrają

Sezon reprezentacyjny zbliża się nieubłaganie. Do pierwszych spotkań z udziałem polskich siatkarzy zostało całkiem mało czasu. Przygotowując się do nowego sezonu zacząłem czytać i poszukiwać wszelkiego rodzaju informacji na temat naszych rywali, ich przygotowań, ale przede wszystkim, w jakich wystąpią składach.
I tak śledząc listę Brazylijczyków powołanych nie było dwóch nazwisk, którzy dla mnie byli tam zawsze. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że ich w tym sezonie (i w następnych) nie zobaczę, bowiem po Igrzyskach Olimpijskich w Londynie zakończyli oni reprezentacyjne kariery.

Zapraszam na kilka słów komentarza, po którym krótki filmik zaczerpnięty z sieci o każdej z postaci.

Dopiero teraz jednak zaczynam odczuwać stratę Giby i Sergio. Nieodłączna para, ile to było obrazków, kiedy obściskiwali się tak, że o mało żeber nie połamaliby sobie. Ile razy wykrzykiwali sobie motywacyjne słowa do gardeł, po ilu obronach Sergio Giba punktował. Duet niepowtarzalny, nie do podrobienia.
Giba. Wybitny przyjmujący i cudowna postać. Ikona brazylijskiej, światowej siatkówki. Z przyjemnością oglądało się występy tego siatkarza. Po raz pierwszy zobaczyłem go w Antenach podczas igrzysk, to było nieprawdopodobne, wtedy to właśnie Canarihnos pod wodzą Giby(został MVP turnieju) sięgnęli po złote krążki. Zakochany w Polsce z wzajemnością, człowiek o wielkim sercu, autorytet i idol wielu młodych adeptów siatkówki. Drugiego takiego nie będzie… Żałuję, że już nie zobaczę jego z „7” na koszulce, że nie ujrzę doskonałych ataków po prostej, widowiskowych akcji z szóstej strefy, sprytnych kiwek i może nie silnych, ale za piekielnie skutecznych zagrywek. Giba efektywny i efektowny kiedy trzeba. Mistrz! 


Nie mogę przeboleć też braku w kadrze Brazylii Sergio Santosa. Jego gra bardzo mi się podobała, imponował mi swoimi umiejętnościami. Na libero nie miał sobie równych, prawdziwy wirtuoz. Dzięki niemu o pozycji libero zaczęto mówić jasno i wyraźnie, zaczęto podkreślać rolę tych zawodników w ekipie. Sergio był uroczy, taki swojski, po prostu chłopak z dzielnicy. Wszędzie tam gdzie były, brazylijskie sukcesy był i on. Ponadto dusza towarzystwa, otwarty i komunikatywny. Dzięki niemu mecze oglądało się z przyjemnością i z pewną dozą niepewności:, co jeszcze wymyśli Sergio, do kogo rozegra piłkę, jakie niewiarygodne uderzenia podbije i jak wysoko z radości skoczy do kolegów.


Pragnę napisać o jeszcze jednej wybitne siatkarskiej postaci, której nie zobaczymy na międzynarodowych arenach. Jest nią kobieta. Japonka. Rozgrywająca. Myślę, że  teraz wszystko jest jasne. Yoshie Takeshita, również ona po olimpiadzie w Londynie postanowiła powiedzieć: pas. Poprowadziła koleżanki do historycznego rezultatu (brązowy medal) i w glorii chwały postanowiła odejść. Jeśli chodzi o rozegranie nie miała sobie równych (może postawię odważną tezę, ale myślę, że tę pozycję może dzierżyć i wśród pań, ale też panów). Udowodniła, że mimo 159 cm wzrostu można grać w siatkówkę na najwyższym poziomie. Doskonała, perfekcyjna. Z zachwytem oglądałem zagrania Takeshity. Był taki moment, że mi przeszkadzała, że nie mogłem do końca jej strawić (w dużej mierze, wtedy, kiedy Polki dostawały sromotne lanie od Japonii, bo Yoshie gubiła blok), ostatecznie jednak smucę się, że nie będzie już robiła wiatraczku na siatce, nie ujrzę już doskonałych wystaw sposobem dolnym… Na szczęście w pamięci mam chwile, które zapamiętam do końca, bo przecież niecodziennie zdarza się, aby 159 cm Takeshita blokowała dwumetrową Jekaterinę Gamową. 
 

Wiele siatkarzy i siatkarek po igrzyskach zawiesiło buty na kołku. To fakt, jednak ta trójka odcisnęła na światową siatkówkę piętno. Sprawili, że siatkówkę pokochali ludzie na całym świecie. Każde z nich wniósł specjalną wartość. Giba, że po ciężkiej chorobie można wrócić do sportu, Sergio mimo trudnego dzieciństwa i z samego dna wspiął się na szczyt, i Takeshita, która mimo niskiego wzrostu udowodniła, że jak się bardzo chce to można grać w siatkówkę.  To wybitne postacie i dla mnie wyjątkowe, z tego względu, że mój kontakt z siatkówką miał miejsce, wtedy, kiedy oni byli na topie, byli najlepsi w swoich fachu. Teraz już ich nie będzie, a mi zostaną piękne wspomnienia, kiedy za kilkanaście lat będę mógł przywoływać w pamięci obrazki z udziałem Giby, Sergio i Takeshity.


Jeszcze małe ogłoszenie. 

Wydawnictwo SQN zaprasza na IV Warszawskie Targi Książki, które odbędą się w dniach 16–19 maja br. na Stadionie Narodowym w Warszawie (stoisko 177/D18). Przedstawiciele oficyny będą przez cały czas dostępni dla odwiedzających – zachęcają do spotkania i rozmów, a także zapoznania się z ofertą wydawniczą.

Będzie wiele ciekawych gości, którzy mogą Was zainteresować:
- spotkanie z Andrea Anastasim - trenerem polskich siatkarzy (18 maja godz. 16)
- spotkanie z Michałem Polem - dziennikarzem sportowym i tłumaczem książek (18 maja godz. 11)
- spotkanie z Jakubem Ćwiekiem - autorem książek dla młodzieży (19 maja godz. 14)

Polecam!

piątek, 10 maja 2013

Transferowe hity i kity w OrlenLidze 2012/2013

Transferowa gorączka szaleje w Polsce i kluby, co i rusz prześcigają się w doniesieniach dotyczących nowych siatkarskich nabytków, którzy w przyszłym sezonie będą występować na polskich parkietach. Za nim jednak nowy sezon, warto ocenić najlepsze ruchy transferowe, jakie zostały poczynione w sezonie 2012/2013. Które zagraniczne siatkarki okazały się najlepsze i warto je zatrzymać, a których trzeba się prędko pozbyć? Poniżej moje hity i kity.

Prawdziwe perełki z zagranicy, które dotarły nad Wisłę. Te siatkarki, które prócz wysokich umiejętności, niebywałej urody dodały też odrobinę kolorytu OrlenLidze. One oczarowały swoją grą!
Fot. s-w-o.pl
1. miejsce – Erika Coimbra
Z Brazylijką wiązałem duże nadzieję i koniec końców nie zawiodłem się. Choć rzeczywiście początki nie nastrajały optymistycznie. Jednak po problemach z aklimatyzacją, z komunikacją z Matlakiem – Kiki zaczęła grać coraz lepiej. Nikomu nie musiała nic udowadniać, a jednak ponownie pokazała klasę. W szczególności, w ostatnim, decydującym starciu finałowym przeciwko dąbrowiankom. Jak dla mnie to była gwiazda. Wtedy, kiedy trzeba pokazała klasowe zagrania, grała doświadczeniem i sprytem. Mam nadzieję, że zostanie w Sopocie dzięki, temu w przyszłym sezonie od początku może grać rewelacyjnie.

2. miejsce – Rachel Adams
To prawdziwe odkrycie OrlenLigi. Nikomu nieznana siatkarka czyniła spustoszenie na siatce. Bardzo mocny i pewny punkt Pałacu Bydgoszcz. Jej bloki niejednokrotnie ratował zespół z opresji, jej piorunujące ataki powodowały, że kibice w hali czy przed telewizorem robili „wow”.  Amerykanka zasłynęła również z prowadzenia bloga, w którym polscy kibice (nie tylko) mogli dowiedzieć się, co myśli, czuje siatkarka zza Wielkiej Wody. O tym, że transfer ten to dobry ruch niech świadczy fakt, iż po Adams zgłosiły się czołowe kluby w Polsce, ale też z Turcji czy Azerbejdżanu.

3. miejsce – Makare Wilson
Do Wrocławia przychodziła z wieloma tytułami zdobytymi z włoskimi ekipami. Z Impelem nic zwojować się nie udało (przynajmniej w tym sezonie), ale środkowa rozgrywała bardzo dobry sezon (2 miejsce w rankingu blokujących). Niebagatelne doświadczenie Wilson pomagało drużynie w trudnych sytuacjach, w szczególności w tych z pierwszej części sezonu, w której zespół grał słabo.

Nadszedł czas krytycznie spojrzeć na transferowe niewypały. Niestety trochę ich było. Co nie najlepiej świadczy o działaczach, choć o samych zawodniczkach również. O tych obcokrajowcach lepiej, abyśmy nie pamiętali. Krótko (i delikatnie) rzecz ujmując nie spełnili oczekiwań.

Fot. foto.ziolo.eu
1. miejsce Kim Staelens
Kto wie, czy przez holenderską rozgrywającą nie zaczęły się kiepskie rezultaty Impela.Staelens miała być podstawową zawodniczką, co więcej miała być liderką, siatkarką nadającą charakter temu zespołowi. Rozgrywająca prezentowała jednak wątpliwą formę, a odtąd kojarzyć mi się będzie tylko i wyłącznie z błędem podwójnego odbicia. Staelens do końca sezonu nie dotrwała i z Wrocławiem się pożegnała.

2. miejsce – Helena Horka
Osobiście dużo więcej oczekiwałem po powrocie Horki. Jej pierwsza przygoda z naszą ligą była dużo bardziej udana. Teraz atakująca grała bardzo nierówno, a co gorsza w newralgicznych momentach zespół nie mógł liczyć na pewnie zbicie swojej atakującej. Okazuje się, że nie wszystkim z łatwością przychodzi wracać po urlopie macierzyńskim.

3. miejsce - Soraia Dos Santos
Miała zdobywać po 20 punktów w meczu, miała być główną armatą drużyny, miała być strzałem w dziesiątkę na miarę Rachel Rourke. Nic nie było prawdą, a Brazylijka bardzo szybko musiała spakować manatki i z Łodzi się wyprowadzić.  Działacze długo ją obserwowali… w drugiej lidze włoskiej. Jak widać polska liga jest dużo silniejsza, ale nie wszyscy o tym wiedzieli.

wtorek, 7 maja 2013

OrlenLiga 2012/2013 - zakończona! - podsumowanie

W OrlenLidze już wszystko jasne! Sezon 2012/2013 przeszedł do historii. Czy był to nudny sezon? Z pewnością nie! Szkoda tylko, że poziom rozgrywek nie idzie w parze z dawką emocji dostarczanych przez  walczące ekipy. Ostatecznie po siedmiu miesiącach bojów doczekaliśmy się mistrza Polski. Tytuł obronił zespół Atomu Trefla Sopot. Trudno pisać, że siatkarki, bo te zostały tylko dwie z ubiegłorocznej ekipy. I podobnie, jak w męskiej lidze udało mi się osobiście być na kilku spotkaniach przede wszystkim Pałacu, ale mogłem dzięki temu obserwować  również grę i innych ekip.

Atom Trefl Sopot
Im trudniej tym lepiej. Kłopotów w Sopocie było, co niemiara. Jeszcze przed startem OrlenLigi, potem w trakcie trwania rozgrywek. Siatkarki pokazały charakter i wyszły z tych trudnych czasów obronną ręką. Na tyle, że zdobyły mistrza. Mam zasadę, że mistrzów się nie ocenia. Dały radę i mnie ich kibica, to cieszy!
Fot. Sport.pl (Agencja Gazeta)
Tauron Dąbrowa Górnicza
Sukcesywnie mały kroczkami do przodu. Wcześniej zdobywane brązowe medale, teraz był awans do ścisłego finału. Skończyło się na srebrnych krążkach, ale gdy zaliczy się do tego: wygrane w Pucharze  i Superpucharze. To był to fantastyczny sezon. Martwi mnie jedno. Zachowanie kibiców z Dąbrowy, nie wiem na ile wiernych i oddanych, ale niektóre komentarze zarówno te oceniające swój zespół, jak i rywalki były delikatnie mówiąc niesmacznie. Tym samym w Dąbrowie Górniczej mają, co poprawiać, aby być na piedestale.

Bank BPS Muszynianka Fakro
I znowu się nie udało. Tyle można napisać, jeśli chodzi o poczynania na krajowym podwórku. W Europie wielki sukces, na tyle wielki, że chyba przyćmił maleńką Muszynę i wszyscy zachłysnęli się tym triumfem. Kolejna rewolucja przyniosła połowiczny sukces, ale aby marzyć o wielkich sukcesach trzeba mieć wielką przyjmującą (i nie chodzi tu rzecz jasna o gabaryty fizyczne), bo jedna Werblińska tego nie pociągnie.
Fot. PAP
Aluprof Bielsko-Biała
Miejsce na miarę możliwości. Zespół był po prostu za słaby na medal, a za mocny dla pozostałych ekip. I trochę się dziwię działaczom, że robią wielką aferę o to czwarte miejsce, przecież z pustego to i Salomon nie naleje. A jeśli są pieniądze na siatkarki tej klasy, to jest i czwarte miejsce.

Impel Wrocław
Nowa siła w lidze. Wynik na miarę oczekiwań, zważywszy na dopiero ósmą lokatę na początku rozgrywek . Zespół grał kaszanę, choć skład gwarantował średnią półkę. Na szczęście zmiana trenera przyniosła spodziewany impuls. Zespół zaczął grać lepiej. Poprzedni sezon organizowany był trochę na wariackich papierach. W nowym powinno być więcej czasu, aby ściągnąć odpowiednie zawodniczki (bez holenderskich wynalazków).

PTPS Piła
Po cichu, bez rozgłosu. Piła była spokojna o swój ligowy byt. Po fazie zasadniczej uplasowała się na piątym miejscu, ale ostatecznie szóste z pewnością ujmy nie przynosi. W pilskiej ekipie, co innego zaskakuje. Tajemnicze rozstania. Najpierw rozgrywającej Katić, potem asystenta Świeniewicz, a ostatecznie także trenera Zawieracza. Nikt, nic nie wie.

Budowlani Łódź
Z roku na rok coraz gorzej. A o czwartym miejscu i perspektywach o medalu, to już nikt nie pamięta. W ekipie z Łodzi wiecznie komuś, coś nie pasuje, wieczni mydli się ludziom oczy. Siatkarki robią swoje, grają swoje i efekty też są, takie, jakie są. Proste i logicznie? Nie dla wszystkich, jak się okazuje.

KS Pałac Bydgoszcz
Pałac odgrywa podobną rolę, co ekipa z Częstochowy w PlusLidze. Kuźnia talentów OrlenLigi. Pokazały się młode, zdolne, które –miejmy nadzieje- będą stanowiły o sile kadry Polski.  Brawo za ambicje i za walkę, bo tego dziewczynom odmówić nie można.

Siódemka Legionovia Legionowo
Beniaminek OrlenLigi. Swoje zadanie wykonał i w lidze się utrzymał. Drużyna frycowe zapłaciła i teraz może być tylko lepiej. Jedna uwaga niech siatkarki zaczną nauczyć się grać na wyjazdach, bo z punktami zdobytymi w roli gościa jest kiepsko, a w dalszych latach z utrzymaniem może być kłopot.

AZS Metal-Fach Białystok
Ja wiem, że dla kibiców tej drużyny nie będzie to miłe, ale dobrze, że ten zespół wreszcie spadł. Ileż można było słuchać o problemach w Białymstoku. Uszy więdły i ręce opadały. Żenada. Problemem jednak nie były siatkarki czy kibice, ale działacze, którzy na stanowisku prezesa zmieniali się częściej niż światła na przejściu dla pieszych. Jednego zespołu mniej, który w nie najlepszym stopniu wpływał na wizerunek całej ligi.

Fot. poranny.pl

niedziela, 5 maja 2013

Złoto do Atomu należy! Atom najlepszy jest!

Najzwyczajniej w świecie bardzo się cieszę! Zespół, któremu kibicuję wygrał, wygrał nie byle, co bo MISTRZOSTWO POLSKI! Atom Trefl Sopot obronił tytuł mistrzyń Polski.

Trzeba jednak przyznać, że droga do złotych medali łatwa nie była. Zostawiając w tyle to, co działo się przed sezonem (obniżeniu budżetu itp.), o wydarzeniach i kontuzjach w trakcie sezonu zasadniczego, aż do samego starcia w finale z Tauronem Dąbrową Górniczą.

Takiego finału nie było, przynajmniej ja nie pamiętam. Nie ukrywam, że po spotkaniach w hali Centrum, skąd sopocianki wyjeżdżały z dwoma porażkami na koncie optymizmem nie tryskałem. Jednak w Ergo Arenie wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Obserwatorzy wydarzenia w meczu numer trzy i cztery określili mianem sopockich koszmarów. I jest w tym sporo prawdy. Dąbrowianki spotkaniach w Sopocie mogły mieć na szyi złote krążki, mogły je mieć także u siebie, w piątym decydującym starciu. A jednak nie potrafiły postawić kropki nad i, nie umiały dobić rywala, nie dać mu się odrodzić, a ten powstał jak feniks z popiołów i zadał decydujący cios, cios zgarniający mistrzostwo.

I niech ktoś mi powie, że psychika nie jest ważna, że należy pomijać trening mentalny. W sporcie, a w szczególności w tenisie występuje coś takiego, jak strach przed pokonaniem mistrza. Kiedy niżej notowany zawodnik ma na widelcu wielkiego mistrza, a od triumfu dzieli go jedna-dwie piłki… przegrywa. Myślę, że siatkarkom Tauronu przytrafiło się coś podobnego. W decydujących momentach nie umiały zdobyć najważniejszego punktu. Doświadczenie zespołu odegrało tu niebagatelną rolę, wbrew pozorom w Atomie było więcej siatkarek, które w swojej karierze grały o coś i były już w podbramkowych sytuacjach. Można to też po prostu skwitować: żeńska siatkówka. Powinno wystarczyć.

A dość już tej analizy. Przecież niedługo, niewielu będzie o tym pamiętać. Faktem jest, że Atom obronił złoto, a dziewczyny pokazały charakter i ogromną wolę walki, walki do końca. Z tego jestem dumny i bardzo zadowolony.

Gratuluję Mariolce (choć przy ostatniej piłce się nie popisała), Izie, Rachel i pozostałym siatkarkom. Przegranym także należą się brawa.

Na podsumowanie OrlenLigi i pochwały i nagany dla zawodniczek przyjdzie jeszcze pora.

PS Swoją drogą sporo analogii do męskiego mistrza Polski Resovii Rzeszów. Obie drużyny po rundzie zasadniczej były na czwartym miejscu, obie wygrały piąte starcia, i obie obroniły tytuł. Zresztą w poprzednim sezonie było bardzo podobnie (pierwszy tytuł od dawien dawna, tocząc heroiczne boje z mistrzami Polski, Muszynianką i Skrą). Tak, więc niech oba zespoły podążają wspólną ścieżką i zawojują teraz siatkarską Europę!
Fot. PAP

czwartek, 2 maja 2013

Recenzja: "Powinienem być już martwy" Dennis Rodman

Dennis Rodman wciąż nie daje o sobie zapomnieć. Chociaż zakończył już karierę sportową to nadal jest (i będzie) obecny w kulturze masowej. A za przykład niech stanowi publikacja drugiej autobiografii. Nakładem wydawnictwa Sine Qua Non ukazała się książka Rodmana napisana wspólnie z Jackiem Isenhourem „Powinienem być już martwy” (wcześniej, bo w 1996 roku koszykarz przelał swoje myśli na papier wydając autobiografię pt.: „Zły do szpiku kości”).

Koszykówka nigdy nie znajdowała się w centrum moich sportowych zainteresowań, ale nie jestem ignorantem.  O Rodmanie najpierw bardzo dobrym koszykarzu, a później jeszcze lepszym celebrytą słyszałem. A kim jest Dennis Rodman według samego Rodmana? Otóż koszykarz takie słowa chciałby umieścić na swoim nagrobku:  „Fajny skurwiel. Bezpretensjonalny, prostolinijny, szczery skurwysyn z wielkim sercem. Z bardzo wielkim sercem”.

I właściwie na tym, można by zakończyć próbę zrecenzowania „Powinienem być już martwy”. W tej autobiografii aż roi się od dobrych i złych opowieści, o wzlotach i upadkach, o byciu raz na wozie raz pod wozem. Kanwą tej książki jest próba powrotu koszykarza do zawodowego grania. W 2003 roku Rodman pragnął ponownie zaistnieć w NBA. Chciał zakończyć karierę na własnych warunkach.

Z „Powinienem być już martwy” dowiadujemy się, że nie było to takie łatwe. Z resztą życie Rodmana nie było łatwe. Dzięki publikacji poznamy liczne skandale z udziałem Rodmana, a za sprawą, których był na ustach całej Ameryki. Nie brakuje też pikantnych szczegółów dotyczących życia intymnego koszykarza (chociażby o złamanym fiucie), o związku z Madonną czy Carmen Electrą. Lektura ta nie jest jednak jedną wielką imprezą, nie na każdej stronie pojawia się alkohol. Choć z pewnością Rodman miał problem z alkoholem. Poza tym koszykarz ze szczerością opowiada o swoich trudnych relacjach z matką czy własnymi dziećmi. Co ciekawe, okazuje się, że Rodmanowi w głowie nie tylko kluby ze striptizem, czy seks z setkami przypadkowych kobiet. W książce znajdziemy wynaturzenia Rodmana w kwestiach światopoglądowych (np. homoseksualizmu), opisuje też swoje zaangażowanie w akcje charytatywne (np. PETA -organizacji zajmującej się prawami zwierząt).

Nie ulega wątpliwości, że Dennis Rodman był złym chłopcem, jednym z największych na koszykarskich parkietach i takim właśnie językiem napisana jest ta książka (stąd bardzo dużo wulgaryzmów). Mogę zagwarantować, że podczas czytania „Powinienem już być martwy” czytelnik dozna emocjonalnego rozchwiania: rozkoszne i radosne chwile przeżywane wspólnie z Rodmanem, w mgnieniu oka zamienią się w bolesną i nieowijającą w bawełnę historię o problemach osobistych człowieka. Człowieka, który był ważnym ogniwem w zespole Chicago Bulls (w drużynie z Michaelem Jordanem), najlepszej koszykarskiej ekipy w historii tego sportu.

Kilka wskazówek dla przyszłych czytelników. Nie radzę czytać autobiografii w miejscach publicznych, nie tylko dlatego, że ktoś ukradkiem przeczyta parę zdań i zgorszy się licznymi wulgaryzmami, ale przede wszystkim, aby nikt nas nie uznał za osobę niepoczytalną – huśtawka nastrojów gwarantowana. Podczas spożywania pokarmów nie czytaj lektury, bo jest nieobliczalna. Możesz trafić na mało subtelny moment jak na przykład wkręcanie makaronu w odbyt … I ostatnia rada, jeśli możesz czytaj książkę, kiedy ktoś jednak znajduje się w pobliżu (bywają momenty bardzo mroczne i przerażające – pewien fragment autobiografii jest tylko dla dorosłych!).

Poniżej kilka cytatów z książki:

„Cała ta zgraja włazidupów, ludzi spod znaku „Hej-chodźmy-na-imprezę-z-Dennisem”, ma to do siebie, że spędzając czas z kimś dla jego kasy albo sławy, a nie dlatego, że po prostu się go lubi, staje się potwornie zagubiona. Kiedy twoje życie polega na nieustannym całowaniu kogoś w dupę, to nagle się okazuje, że wszystkie twoje poglądy, twoje pomysły i twoje myśli przestają mieć znaczenie – tracisz kontakt z samym sobą, upadasz, zaprzedajesz duszę. I tak naprawdę robisz znacznie większą krzywdę sobie, niż mnie”.

„Wiele kobiet, które grają w tenisa albo w golfa, to lesbijki. Podobnie jest w koszykówce i softballu. Ludzie się jakoś nie dziwią, kiedy sportsmenki okazują się lesbijkami. U mężczyzn jest odwrotnie. Sportowiec musi być typem macho, nie jakąś ciotą. To pierdolenie. Tak jak jest mnóstwo lesbijek, które się malują, tak zdarzają się i geje macho albo faceci hetero, którzy są jednocześnie ciotami. Ale ten sam przypadkowy kibic, który wzruszy ramionami, kiedy się dowie, że jakaś sportsmenka jest lesbijką, w przypadku geja w świecie sportu już nie będzie taki obojętny”.


„Traktuję kobietę tak, jak na to zasługuje. Jeśli pracuje jako striptizerka, to tak właśnie ją traktuję – jak striptizerkę. (…) Poniżające byłoby, gdybym potraktował cię jak kogoś, kim nie jesteś. Powiedzmy, że potraktowałbym kurwę jak niedzielną guwernantkę. Suka chyba umarłaby z głodu”.


„Każdy dziennikarz, który miał do dyspozycji kilka faktów, dostawał instrukcję, co ma zostawić, a co wyciąć. Rodman się upił i pokazał publicznie tyłek? Zostawiamy.
Rodman dał zwitek banknotów bezdomnemu? (…) Wywalamy.
Rodman przekroczył prędkość w Kolorado, pędząc swoim lamborghini wartym ćwierć miliona dolarów. Zostaje.
Rodman jedzie przez Kolorado zgodnie z przepisami drogowymi w swoim starym używanym vani z naklejką „Co zrobiłby Jezus”. Wylatuje. (…) Dziennikarze zawsze starają się dobierać fakty i podkręcać je tak, żeby potwierdziły ich tezę”.


Ponadto moją uwagę przykuły graficzne wstawki o znamiennym tytule: „Trochę Realizmu”. Paski z tym właśnie tytułem znajdują się w wielu miejscach książki i po pierwsze dają czytelnikowi odpocząć od silnej dawki emocji, a po drugie zmuszają do refleksji. Innym atutem autobiografii Rodmana są wypowiedzi osób blisko związanych z koszykarzem, co dodaje lekturze obiektywizmu, przedstawiając czytelnikowi inny punkt widzenia.

Podczas czytania lektury Rodmana nie można zaznać nudy, ciągle coś „wisi w powietrzu”, bezustannie coś się dzieje, akcja goni akcję. Nie chcąc psuć zabawy nie będę wspominał zbyt wielu anegdot z życia Rodmana. Nie mam wątpliwości, że „Powinienem być już martwy” to historia człowieka, którego życie pełne było niespodziewanych zwrotów akcji, dziejących się na oczach miliona widzów i czytelników.

Warto jednak nie zatracić się w tym celebryckim życiu Rodmana, w którym (nie) zawsze trwał Sylwester. Należy pamiętać, że Denis Rodman prócz ekstrawaganckiego ubioru, kolorów włosów i licznych kontrowersji wyróżniał się niebywałymi umiejętności koszykarskimi. Rodman był najlepiej zbierającym zawodnikiem lat 90. Siedem razy z rzędu zdobył tytuł obrońcy i aż pięciokrotnie sięgał po mistrzostwo NBA i ostatecznie w 2011 roku trafił do Koszykarskiej Galerii Sław. Dodatkowo „Dennis Rodman – mimo wszystkich swoich wad – był pierwszym koszykarzem w historii NBA, który zrozumiał na długo przed erą internetu, blogów, YouTube’a, Facebooka i Twittera, że koszykówka i NBA to przede wszystkim zabawa”.

Moja ocena: 4,5/5

„Powinienem być już martwy”, Dennis Rodman, Jack Isenhour,  Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013
 Za możliwość przeczytania i zrecenzowania dziękuję: