niedziela, 28 kwietnia 2013

Transferowe hity i kity w PlusLidze 2012/2013

Tradycją na moim blogu stał się ranking z transferowymi hitami i kitami dokonywanymi w PlusLidze w poprzednich sezonach. Teraz nie będzie inaczej. Sezon 2012/2013 w męskiej lidze został zakończony, więc zapraszam na subiektywny ranking najlepszych i najgorszych zagranicznych transferów, jakie uraczyły kluby walczące o tegoroczne mistrzostwo Polski. Byli tacy, po zagraniach, których wzdychaliśmy ochy i achy, pojawili się też ci, którzy sprawili na przykrą niespodziankę. Samo życie.

Na początek coś miłego, czyli siatkarze, którzy swoim przyjściem dodali kolorytu rozgrywkom, a przede wszystkim jednak stanowili o sile swoich ekip.
Fot. Cyfrasport/Newspix.pl
1. miejsce – Felipe Fonteles
Nie będę oryginalny, ale nie ma też, co się oszukiwać. Brazylijczyk okazał się być najlepszym transferem nie tylko ZAKSY, ale całej PlusLigi. Nic tylko zachwalać i zachwalać Fontelesa. Oprócz niebywałych umiejętności czysto siatkarskich posiadał charyzmę, którą porwał tłumy, a kibice w Polsce już żałują, że nie będzie go w przyszłym sezonie. Wielka strata.

2. miejsce – Nikołaj Penczew
Brawa należą się także działaczom z Kielc, którym udało się namówić bułgarskiego przyjmującego do gry w naszym kraju. Penczew, mimo młodego wieku zaprezentował się bardzo dobrze, a spokojne utrzymanie Effectora było dużą zasługą właśnie tego zawodnika. Uniwersalny siatkarz niemający żadnych braków: dobry w przyjęciu, ataku, w obronie mający trudny serwis. Mam nadzieję, że jeszcze Penczewa zobaczymy w PlusLidze.

3. miejsce – Jochen Schöps
Szykowany na następcę Georga Grozera, Schöps wywiązał się ze swojej roli do spółki z Bartmanem. Obaj doskonale się uzupełniali. Niemiecki atakujący doskonale spisywał się w ćwierćfinałowych i półfinałowych starciach, na finały zabrakło trochę sił, choć to nie umniejsza jego zasług. Schöpsa oglądało się z przyjemnością. Zmienny rytm ataku, zagrywki. W samych superlatywach można wypowiadać się o Schöpsie i działacze Resovii nie mają, czego żałować.

Takich siatkarzy, chciałoby się oglądać i błagać, aby było ich jak najwięcej w naszej lidze. Po przeciwnej stronie znajdują się jednak siatkarze, o których szybko chcielibyśmy zapomnieć. Do Polski dotarli tacy obcokrajowcy, którzy delikatnie mówiąc dali ciała.

Fot. skra.pl
1. miejsce – Transfery Skry Bełchatów
Tak, tak. Wszystkie transfery dokonane przez Skrę były kiepskie. Z różnych powodów one takimi się okazały, ale nie ma co się oszukiwać, że 5. miejsce bełchatowian wynikało z kiepskich ruchów transferowych. Był Vincić, był Cala, ale pożegnano się z nim wtedy, kiedy liga jeszcze na dobre nie ruszyła. Ściągnięcie Boninfante również było nieporozumieniem. Takich ruchom transferowym mówimy: nie!

2. miejsce – Matteo Martino
To poniekąd moja osobista porażka. Przed inauguracją sezonu 2012/2013 wieszczyłem, że Martino będzie jednym z odkryć. Było zgoła odmiennie. I niestety o takiej ocenie zadecydowały nie tylko względy sportowe, a przede wszystkim pozaboiskowe. Martino nie mógł dogadać się z włoskim szkoleniowcem Jastrzębskiego Węgla, ale też nie miał ochoty występować na parkiecie wraz z polskimi zawodnikami. O Martino można by napisać doktorat. Ja natomiast skupiam się, na tym co zawodnik wniósł do zespołu, jak również do całych rozgrywek. I w każdym razie, nie jest to nic dobrego.

3. miejsce – Nikola Kovacević
Mistrz Europy i najlepszy przyjmujący tego turnieju miał był wzmocnieniem składu Asseco Resovii, co więcej przychodził do zespołu, by wygryźć z podstawowego składu Amerykanina Lotmana. Wysiłki jednak spełzły na niczym i większość sezonu Serb spędził na ławie, a w decydujących momentach walki o mistrzowski tytuł nie był nawet, w stanie pomóc zespołowi z ławki. I ponownie nie roztrząsam, dlaczego tak się stało, bo już nic tego nie zmieni. Sezon się skończył i kariera Serba w Rzeszowie również.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Pomocna dłoń dla Makowskiego

Cześć! Sporo miałem czasu na oswojenie się z myślą o nowych trenerze polskich siatkarek, a mimo wszystko po wtorkowej konferencji PZPS-u jakoś nie mogłem dojść do siebie. Oficjalnie Piotr Makowski został trenerem reprezentacji. Oczywiście, że się nie cieszę, kłamstwem byłoby gdybym napisał inaczej. Moje zdanie na ten temat ukazywało się już we wcześniejszych postach, po raz ostatni tu, a wcześniej tu i tu.

Prezes i jego świata pozostali głusi na głosy przede wszystkim siatkarek, ale też kibiców tej dyscypliny. Teraz jednak, nic już nic nie można zrobić. Ewentualnie czekać, aż Makowskiemu powinie się noga i będzie okazja dla nowego trenera. Tylko czy będą lepsi (a właściwie, czy PZPS wie, że tacy są!)? Powątpiewam, podobnie jak w sukces Makowskiego. Jeśli się pomylę to ukłonię się w pas i przeproszę, na razie jestem nastawiony mało optymistycznie. Zresztą, poprzednie decyzje PZPS-u  nie był lepsze. Apelowałem, aby zwolnić Matlaka po ME 2009 - nic z tego, błagałem, żeby nie dawać kadry Świderkowi. Jak grochem o ścianę.Teraz z wyborem Makowskiego było podobnie.

Jednak Makowski trenerem został i basta. Niestety już mam pewne obawy, że dobrze nie będzie. Dlaczego? Po doborze współpracowników. Kosmol drugim trenerem? To ja nie mam pytań. Ale jaki pierwszy trener, taki drugi trener (co ciekawe, Anastasi współpracuje z Gardinim, McCutcheon jak prowadził kadrę USA to miał Kiraly'ego). A my mamy kogo? Nie wiem? Serio piszę :( Niestety

Fot. PAP
Wiem, bije ode mnie optymizm nie ma co, ale trudno się go doszukiwać. Może w inny sposób pomogę reprezentacji i wyślę powołania dla siatkarek, bo Makowski za wiele do obserwacji przyszłych kadrowiczek nie miał czasu. Drogi trenerze wyciągam do Pana pomocną dłoń! Szeroka kadra powinna przedstawić się następująco:

Rozgrywające:
Katarzyna Skorupa, Joanna Wołosz, Ewelina Tobiasz,

Środkowe:
Maja Tokarska, Justyna Łukasik, Agnieszka Bednarek-Kasza, Berenika Okuniewska, Monika Martałek, Gabriela Wojtowicz (gdy poprawi zagrywkę!),

Atakujące:
Katarzyna Skowrońska-Dolata, Katarzyna Zaroślińska, Katarzyna Konieczna, Zuzanna Czyżnielewska,

Przyjmujące:
Anna Werblińska, Karolina Kosek, Anna Grejman, Koleta Łyszkiewicz, Bogumiła Pyziołek, Aleksandra Wójcik,

Libero:
Mariola Zenik, Paulina Maj.

Panie Makowski to siatkarki najlepsze, najlepiej rokujące, jednym słowem te, które mogą wywalczyć awans i pojechać do Rio. Czas postawić na młode zawodniczki, nawet kosztem słabszych wyników. To mieszanka młodości z doświadczeniem (a nie na odwrót).

Drobny komentarz do mojego wyboru:

Rozgrywające:
Nie ma żadnych wątpliwości, to najlepszy wybór. Skorupa to numer jeden, Wołosz to numer dwa. Można było dać Bełcik, ale lepiej postawić na Wołosz.

Środkowe:
Niby nie ma problemu, ale jednak jest. Mianowicie taki, że środkowych mamy spore, ale przeciętne. Najlepsza środkowa w lidze to Julia Szeluchina, ale za dużą z nią problemów, więc trzeba sobie odpuścić. Furorę zrobiła Łukasik i w kadrze też trzeba na nią postawić (nie mogę tego nie napisać: dobrze, że Matlaka już nie ma w Atomie, bo tej dziewczynie nie dałby szans, uwziął się na jakąś Bułgarkę, zamiast zaufać Łukasik - kunszt Matlaka).

Atakujące:
Tutaj także wątpliwości być nie mogło. Skowrońska-Dolata ma grać pierwsze skrzypce, Zaroślińska jako rezerwowa to dobra opcja.

Przyjmujące:
Tu prawdziwa rewolucja. Trzeba szukać lewego skrzydła, wśród młodych. Pozycja Werblińskiej jest niekwestionowana. Grejman, Łyszkiewicz, albo Wójcik. Mają grać nawet kosztem porażek, przyjdzie czas, że to zaprocentuje.

Libero:
Tak ma być, koniec i kropka. Mariola to Mariola, a teraz zaczyna wracać do najlepszej dyspozycji.

PS Kadetki na razie zostawiłbym w spokoju. Poczekajmy rok-dwa, co się stanie w kategorii juniorek. Pozostaje tylko dbać o talenty i czekać na prawdziwą eksplozję!

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Recenzja: "Umysł Mistrza. Autobiografia" Pete Sampras

Mocno ubolewam nad faktem, że Pete Sampras nie rozpoczął swojej kariery później, chociaż o kilka lat. Wtedy każdy fan tenisa mógłby delektować się jego pojedynkami z Rogerem Federerem, Rafaelem Nadalem czy Novakiem Djokoviciem. Czy wciąż święciłby triumfy na największych kortach świata? Po przeczytaniu „Umysłu Mistrza” nie mam żadnych wątpliwości. Dałby radę! Drżę na samo wyobrażenie pojedynków podczas Wimledonu pomiędzy Samprasem a Federerem (obaj tenisiści spotkali się tylko raz na zawodowych kortach, w 2001 roku).

Pete Sampras to amerykański tenisista, jeden z najlepszych zawodników w historii. Karierę zakończył w 2003 roku. Sampras zdominował tę dyscyplinę w latach dziewięćdziesiątych. Na swoim koncie ma 14 tytułów wielkoszlemowych. To prawdziwy geniusz tenisa, przez sześć lat (1993-1998) był liderem rankingu, na którym łącznie spędził 286 tygodni. Rekord Samprasa pobił Szwajcar Roger Federer (302 tygodnie).

W autobiografii „Umysł Mistrza” dokładnie prześledzimy tenisową karierę Amerykanina o greckich korzeniach. Skryty, tajemniczy Sampras zdecydował się opowiedzieć swoją historię, swoją drogę do absolutnego mistrzostwa i tenisowego kunsztu. Amerykanin przyznaje, że „książka w szerszym kontekście i czasami w mniej poważny sposób pokażę, kim naprawdę jestem”. I pokazał.

Trzeba przyznać, że również na polu pisarskim Sampras odniósł zwycięstwo (do spółki z Peterem Bodo). Nie mogło być inaczej, bowiem jest on zaprogramowany na wygrywanie, we wszystkim chce być po prostu najlepszy. Właśnie takie aroganckie, ale napędzające poczucie bycia najlepszym pozwoliło Samprasowi wspiąć się na tenisowe wyżyny.

W autobiografii nie znajdziemy wybuchowych opowiastek, skandali czy szokujących informacji, którymi raczył chociażby czytelników inny amerykański tenisista Andre Agassi. Nie oznacza to jednak, że publikacja jest nudna i nic nieznacząca. Sampras nie zalewa niepotrzebne długimi i męczącymi opisami, wszystko zaprezentowane jest dokładnie, klarownie i widowiskowo, podobnie jak tenisowa taktyka Samprasa, czyli serw i wolej przynosząca mu wiele chwały i radości.

W książce Sampras prowadzi czytelnika przez wszystkie etapy swojej kariery. Nie brakuje wspomnień z pierwszego wygranego wielkoszlemowego turnieju - jeszcze, jako dziewiętnastolatek, o reprezentowaniu amerykańskiego narodu podczas Pucharu Davisa, czy starciach z Andre Agassim, które - mam wrażenie - do dziś elektryzują samego Pete’a.

Tytuł autobiografii jest znaczący. „Umysł Mistrza” to publikacja będąca psychologicznym portretem tenisisty, wybitnego zawodnika odnoszącego sukcesy za sprawą siły rozumu. W książce znajduje się wiele odniesień do tego, kim trzeba być i co trzeba mieć, by wygrywać jak Pete Sampras. Amerykanin zdradza, że wiele zawdzięcza rodzicom; spokojną i zdystansowaną naturą odziedziczył po ojcu, a od matki dostał siłę, wytrzymałość i odrobinę uporu. Psychologia w tej publikacji uwidacznia się na każdym kroku. Sampras zdradza, w jaki sposób walczył ze stresem, jak unikał dekoncentracji i w trakcie najważniejszych spotkań i wreszcie ujawnia szczegóły swojego ogromnego poświęcenia i zaprogramowania kariery mistrza już przy pierwszym kontakcie z tenisową rakietą. 

Amerykanin słynął z mocnej psychiki, dzięki temu mógł umiejętnie bronić piłek na przełamanie asami z drugiego serwisu. Z kolei opanowanie nad emocjami, a także umiejętność wyzwolenia w sobie dodatkowych pokładów energii pozwalała mu, aby w kluczowych momentach meczu na przykład w tie-breakach prezentował tenis na najwyższym poziomie.

Poniżej kilka cytatów:

„Jednak jeśli chcesz być w czymś najlepszy, to coś musi stać się sensem twojego życia. Nie możesz mieć wszystkiego. Nie da się prowadzić bogatego życia towarzyskiego, pogodzić ambicji naukowych ze sportowymi i jeszcze koncentrować się na nich wszystkich. By stać się dobrym w tenisie, trzeba dużo czasu i pracy, a najważniejsze są najmłodsze lata”.

„Wygranie US Open tak jakoś „po prostu” się zdarzyło i było zdecydowanie fajne. (…) Tamta wygrana zmieniła moje życie. Wkrótce musiałem zmierzyć się z czymś, czego dotąd nie znałem: z presją. Presją, by bronić swojej pozycji, by zachowywać się jak mężczyzna i mistrza, by spełnić oczekiwania i wymagania pojawiające się wraz ze zmianą i bogactwem, by zmierzyć się z byciem „zawodowcem” i co najważniejsze z presją, by wygrywać, dzień po dniu, runda po rundzie, utrzymać miejsce w rankingu i piąć się wyżej”.

 „Nie mogłem powstrzymać wymiotów. Odszedłem od linii końcowej i wyrzuciłem z siebie colę, kawę i resztę tego, co było w moim żołądku – na szczęście niewiele. Wtedy już miałem to w nosie. Nic nie słyszałem ani nie widziałem. Nie obchodziło mnie, jak wyglądam i co myślą inni. Byłem we własnym świecie bólu, ale choć czułem się źle, nie zamierzałem odpuszczać tego meczu”.

„Fachowcy oraz kibice czasem zastanawiali się, dlaczego od czasu do czasu nie okazywałem więcej złości czy emocji, ale odpowiedź jest prosta – nie czułem ich, a raczej nie pozwoliłem sobie ich odczuwać. Wszystko chowałem w środku”.

Specyficzna osobowość pozwalała Samprasowi sięgać po tytuły na kortach całego świata. Z „Umysłu Mistrza” płynie również istotna informacja: Amerykanin zwycięstwa w turniejach nie zdobywał tylko dzięki psychice, ale także ciężkiej pracy na treningach czy siłowni szlifując tenisowe umiejętności - fantastyczny serwis (zarówno pierwszy, jak i drugi), doskonały forehend czy cudowne wyczucie przy siatce. Jego pewność siebie(siła umysłu) wynikała z tego, że doskonale wykorzystywał swoje techniczne i taktyczne zdolności gry w tenisa.

„Umysł Mistrza” ze względu na dużą dozę psychologicznych treści powinna zaciekawić wszystkie osoby, które interesują tajemnice ludzkiej psychiki. Autobiografii Samprasa nie traktowałbym jednak,  jako poradnika dla rodziców chcących wychować przyszłego mistrza. Amerykanin miał Dar, któremu ufał. Dar, który sprawiał, że na bok odsuwał wątpliwości i walczył ciężej, jeszcze ciężej. Nie każdy z nas rodzi się z umiejętnością zapominania złych rzeczy, nie każdy z nas potrafi odciąć się od problemów i zablokować wszelkie sprawy powodujące utratę koncentracji, nie każdy z nas jest na tyle silny, by zgodzić się na pełne poświęcenie i odmawiania sobie nawet najprostszych i nieszkodliwych przyjemności. Sampras to uczynił, dlatego był mistrzem!

Moja ocena: 4/5

„Umysł Mistrza. Autobiografia”, Pete Sampras, Peter Bodo, Bukowy Las, Wrocław 2013

niedziela, 21 kwietnia 2013

PlusLiga 2012/2013 zakończona! - podsumowanie

Sezon 2012/2013 w PlusLidze dobiegł końca. A wszystko zaczęło się w październiku. PlusLigowa karuzela po siedmiu miesiącach zwolniła, a tym samym poznaliśmy nowego, starego mistrza Polski. Resovia Rzeszów obroniła, bowiem tytuł wywalczony w ubiegłym sezonie.  Śledziłem wiele meczów zarówno przed telewizorem, jak i aktywnie dopingując siatkarzy w hali. Widziałem, co się działo z różnych perspektyw. Zapraszam na podsumowanie sezonu. Będzie krótko, treściwie i mam nadzieję, adekwatnie. Nie należy jednak zapominać, że to moje subiektywne odczucia.

Asseco Resovia Rzeszów
Po pierwsze wyświechtane, ale oddające cały sens: nie ważne jak się zaczyna, ale ważne jak się kończy. Mistrzowie jak na mistrzów przystało zaczęli grać wtedy, kiedy rozgorzała prawdziwa walka. A po drugie mistrzów się nie ocenia. Pozostaje mi nic innego jak tylko pogratulować obrony tytułu (to także nie jest łatwe) i śledzić, jakie transfery poczyni zarząd klubu, aby Resovia zdominowała Europę.
Fot. SportoweFakty.pl
ZAKSA Kędzierzyn-Koźle
Myślałem, że już tego nie napiszę, ale wciąż prawdziwe jest zdanie „kto ma Zagumnego, ten nie ma mistrzostwa” . Przykre. Zabrakło mocy na ostatnie spotkania. Nie ma sensu rozliczać poszczególnych zawodników i oceniać, kto zawinił, a kto nie. ZAKSA w tym sezonie grała razem i razem przegrywała. Znakomity kolektyw, prezentujący ładną grę. Niestety siatkówka to nie gimnastyka i oceny za wrażenia artystyczne się nie liczą.

Jastrzębski Węgiel
To najlepszy wynik od trzech lat. W ubiegłym sezonie było czwarte, teraz jest trzecie. Postęp jest widoczny. Pewnego poziomu jednak się nie przeskoczy, przede wszystkim należy sypnąć groszem, jeśli pragnie się zdobyć upragnione mistrzostwo, ewentualnie stworzyć zespół (patrz wyżej: ZAKSA).

Delecta Bydgoszcz
Brutalnie sprowadzeni na ziemię. Było pięknie, ale tylko w fazie zasadniczej. Były kapitalne mecze, świetne wygrane, a skończyło się katastrofą w Jastrzębiu-Zdroju. I dobrze, że nie było transmisji. Wolę pamiętać cudne chwile w Łuczniczce i zwycięstwa nad mistrzem Polski. Cytując klasyka: I cały misterny plan w p***u.
PGE Skra Bełchatów
Jeśli Delecta została brutalnie sprowadzona na ziemię, to dla Skry nie mam określenia na ich piąte miejsce. Jak określiłbym ten sezon bełchatowian? Porażka, Porażka i jeszcze raz Porażka. Kiepska gra w fazie zasadniczej dała właśnie taki rezultat, a dlaczego słabo grali? To już pytanie nie do mnie.

AZS Politechnika Warszawska
Siatkarze z Warszawy dali radę. Na pierwszą piątkę byli za słabi, ale dla pozostałych drużyn byli po prostu za mocni. Toczyli swoje boje, o swoją pozycję. Nic dodać, nic ująć.

Effector Kielce
Każdy zna historię tego, jak drużyna z Kielc zbierała się do gry w PlusLidze. Dlatego zbudowanie zespołu naprędce, będącego o krok od wyeliminowania Jastrzębskiego Węgla, ale przede wszystkim pewnego utrzymanie w lidze pokazuje, że jak się chce to można! Wielkie brawa za ambicję i walkę!

Lotos Trefl Gdańsk
W tym sezonie było lepiej niż w ubiegłym, ale dalej jest kiepsko. Średnio udany transfery, słabe wyniki i jeszcze gorszy trener. Wieje przeciętnością, a Ci, którzy mnie znają wiedzą, że nie lubię przeciętności.

Wkręt-met AZS Częstochowa
Już przed sezonem wiadomo było, co czeka klub z Częstochowy. W fazie zasadniczej byli czerwoną latarnią. Uniknęli jednak ostatnie miejsca. Młode wilki pokazały charakter i powiedziały dość porażkom. Uplasowali się na dziewiątym miejscu, ale i tak zyskali sympatię całego siatkarskiego światka.  To właśnie w Częstochowie rodzą się reprezentacyjne perełki, prawdziwa kuźnia talentów, ma gdzie grać i ma gdzie się rozwijać.

Indykpol AZS Olsztyn
Wstyd. Żal. Kompromitacja. Szkoda czasu, na choć odrobinę dłuższe wywody. Marność nad marnościami. Kiedy to się skończy prezesie Szyszko? Nie obiecywał pan złotych gór, ale miały być chociaż niziny, a Olsztyn sięgnął dna.
Fot. SportoweFakty.pl

czwartek, 18 kwietnia 2013

Gdzie jesteś, trenerze?

Szukam go, szukam go nieustannie, szukałem go prawie wszędzie, ale ani widu ani słychu. Gdzie jest nowy trener reprezentacji polskich siatkarek? Nie ma! Nie ma od stycznia 2013 roku...

Nie ma co się przejmować, przecież to dopiero cztery miesiące, minęło 108 dni od kiedy nie wiadomo, kto będzie przygotowywał zespół. Tego nie wiedzą kibice, może sam zainteresowany, ale o zgrozo nie wiedzą, o tym siatkarki!

Jest jeszcze coś gorszego. Na jakiej podstawie siatkarki będą powoływane do kadry? Nie wiadomo, bo przecież kto ma je oglądać, jak trenera nie ma. Ciekawe, kto stworzy, w takim razie kadrę na rok 2013. To jeszcze nic, przecież w OrlenLidze zapadają najważniejsze decyzje, jesteśmy po ćwierćfinałach, półfinały też były, ale trener nie mógł ich oglądać, bo kto miał oglądać, jak nikt nic nie wie. Cudem będzie, jak jakiś trener dotrze na finały, wtedy po kilku meczach powoła kadrę. To szczegół, przecież trzon kadry stanowią siatkarki z Muszyny, Sopotu czy Bielska-Białej, po co inne siatkarki, najłatwiej powoływać te, które powoływali inni. A wtedy potrzebny będzie Cud, aby poprawić, eee co ja piszę, aby chociaż wyrównać osiągnięcia poprzedników. A przecież nowy trener nie będzie Bogiem, ooo Boże on nie będzie także McKaczką.

Ach, marny los reprezentantki Polski. Tylko, kto jest reprezentantką, a kto nie? To zasadnicze pytanie. Przecież siatkarki mają swoje życie, a po wyczerpującym ligowym sezonie pragną odpocząć, chcą uciec od szarej, nudnej rzeczywistości i pojechać na wakacje. Na Kanary, na Hawaje, czy jeszcze gdzie indziej. Bilety zarezerwowane, strój kąpielowy kupiony wszystko przygotowane i.. dzwoni nowy trener siatkarek. Za późno, za późno o trzy miesiące, bo w kalendarzu na czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień drukowanymi literami napisane jest jedno słowo: WAKACJE. Czasu na kadrę nie ma, bo siatkarka najzwyczajniej nie wiedziała, czy w niej będzie czy też nie. Niepewność. Ot, taki żywot siatkarki grającej z orzełkiem na piersi.

Farsa i tragizm. Kto jeszcze może niech uroni łzę, bo ja płakać nawet nie mam siły, a ręce już dawno opadły.

PS
Siatkarkom życzę udanych wakacji, niech wypoczywają, kurują się i wracają do zdrowia na ligę, aby w przyszłym sezonie prezentowały się jeszcze lepiej, stać je na to. Ja to wiem, gorzej z przyszłym trenerem reprezentacji, który nie miał czasu ich doglądać.

Ze specjalną dedykacją dla PZPS-u i nowego trenera P.M.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

ZAKSA zdobyła rzeszowską twierdzę!

Rzeszowska twierdza miała być niezdobyta, Rzeszów miał u siebie świętować tytuł mistrzów Polski. Miał. Ponieważ gracze kędzierzyńskiej ZAKSY przeszli skuteczną metamorfozę. Tylko najwierniejsi fani ZAKSY wierzyli, że po sobotnim laniu jakie dostali od rzeszowian, uda się ZAKSIE pozbierać i wygrać spotkanie. Jak się okazuje, wiara czyni cuda i z sobotniego 3:0 dla Resovii, w niedzielę było 3:0 dla ZAKSY.

Nieprawdopodobny, zaskakujący, niewiarygodny zwrot akcji dokonał się w ten weekend. Chłodził się szampan, były nawet medale prezentowane w przedmeczowym studio, to wszystko jednak musi poczekać do soboty. Do decydującego piątego spotkania, które rozstrzygnie o tegorocznym mistrzostwie Polski.

Siatkówka po raz kolejny pokazała jak pięknym, a zarazem brutalnym potrafi być sportem. Po sobotnim spotkaniu przewaga Resoviaków była ogromna. Przynajmniej teoretycznie, bo nic nie powinno stanąć na przeszkodzie, by wygrać również w niedzielę. Po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że mentalne przygotowanie jest równie ważne co fizyczne, a wciąż tak mało poświęca się mu uwagi. Może, po tych spotkaniach wreszcie psycholog będzie jednym z osób należących do sztabu szkoleniowego. Przez 24 godziny fizycznie, nie można wiele zrobić, ale w ciągu doby można popracować nad psychiką, grać w siatkówkę się przecież nie zapomina, ale żeby mogło ciało musi też głowa.
Fot. PAP
O tym, że było nerwowo i wszystkim udzielały się emocje świadczą zachowania samych siatkarzy. Niedzielny mecz obfitował w groźne spojrzenia, ironiczne uśmieszki i wrzenia siatkarzy po obu stronach siatki. Scysja Felipe Fontelesa z Krzysztofem Ignaczakiem, ze Zbigniewem Bartmanem w tle próbujący wytłumić emocje, które ostatecznie nie pomogły Resovii, a sam Bartman po meczu wziął udział w kolejnym incydencie, w którym jednak odegrał wiodącą rolę. Rzeszowski atakujący oraz Brazylijczyk Rogerio Noguiera mieli sobie coś do powiedzenia. Wszystko skończyło się szczęśliwie, bowiem opanowania nie stracił Marcin Możdżonek, który rozdzielił zwaśnione strony. Było nerwowo, jednak nie na tyle by robić z tego szumne halo. W takich momentach są wyzwalane wielkie emocje, a te nie zawsze można kontrolować. Myślę, że dopóki nie dochodzi do regularnej bijatyki, nie ma co siać paniki. W końcu są to mężczyźni, którzy mają swój charakter i najzwyczajniej w świecie nie chowają głowy w piasek.

Chciałbym jeszcze napisać słów kilka o rzeszowskich kibicach. O świetnej atmosferze na Podpromiu, za sprawą, której można było mówić o rzeszowskiej twierdzy. Weekendowe starcia pokazały, jak wielkie jest zainteresowanie siatkówką w stolicy Podkarpacia, ale nie tylko. Koczujący po kilkanaście godzin kibice, zainteresowanie biletami przez 50 tysięcy osób. To nieprawdopodobne. Oprawa spotkań była fantastyczna. I choć mecze oglądałem w telewizji, doping był tak słyszalny, że mogłem poczuć się tak, jak bym był na Podpromiu. Wielkie brawa dla kibiców będących w hali!

Rzeszowianie jednak nie wykorzystali atutu własnego boiska i ostateczne starcie rozegrane zostanie w Kędzierzynie-Koźlu. Minimalną przewagą mają gospodarze, ale o wszystkim zadecyduje siła umysłu.

sobota, 13 kwietnia 2013

Kolejny jubileusz!

Witajcie! Specjalnie czekałem z kolejnym wpisem, bo chwila wyjątkowa! Dziś minął rok, od kiedy jestem na blogspocie, a dwa lata już w blogosferze. Tak, tak szybko zleciało!

Dziękuję wszystkim czytelnikom, jeszcze tym odwiedzającym mnie na onecie, a czyniącym to do tej pory. To bardzo, ale to bardzo miłe. Dziękuję za wszystkie komentarze, e-maile i po prostu odwiedziny!

Cieszę się, że mam stałe, wierne grono komentujących. Po każdym wpisie z niecierpliwością oczekują Waszych opinii, aby móc poznać Wasz punkt widzenia i poprowadzić dyskusję i wymianę poglądów!

W związku z 12 miesiącami na blogspocie kilka zmian.

1. Zmieniła się nazwa bloga. Szpilką w parkiet ustępuję miejsca: Po sportowej stronie mocy. To za Waszą sprawą tak się stało i bardzo za, to dziękuję!

2. Blog jest na Facebooku!~Długo dojrzewałem, aby pojawić się na fejsie, ale w końcu jestem! Zapraszam wszystkim do polubienia oficjalnej strony Po sportowej stronie mocy.

3. Jedno natomiast pozostaje niezmienne! Dalej będę go prowadził, pisał i starał się, by był lepszy, coraz lepszy. Mam nadzieję, że mi w tym pomożecie :) I za rok mieli co wspominać!

4. Będzie także nowy wygląd bloga. Myślę, że na dniach będzie już widoczny ten najważniejszy, kluczowy efekt. 

PS. Obiecuję, że kolejne wpisy będą bardziej sportowe, bardziej siatkarskie, bo zaczęło się dziać. Anastasi podał listę wybrańców, półfinały w lidze siatkarek i przede wszystkim decydujące pojedynki w walce o medale! Resovii brakuje już tylko jednego triumfy, by obronić tytuł mistrzów Polski (dziś wygrali 3:0 z ZAKSĄ).
Fot. naszepociechy,gliwice.pl 

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Recenzja: "Wyścig Tajemnic" Tyler Hamilton

Wobec „Wyścigu Tajemnic” nie można przejść obojętnie. Już pierwsze strony wyzwalają w czytelniku sprzeczne emocje. „Wyścig Tajemnic” Tylera Hamiltona i Daniela Coyle’a szokuje i przeraża, zdradzając kulisy dopingu w kolarstwie za czasów Lance’a Armstronga.

Tyler Hamilton jest byłym kolarzem (w zawodowym peletonie od 1996 do 2005 roku), który po wielu latach postanowił ujawnić prawdę, brutalną prawdę. Prawdę, która męczyła, bolała a w ostateczności przyniosła ulgę Hamiltonowi. „Wyścigu Tajemnic” nie można zaklasyfikować do kategorii autobiografii kolarza. Ta książka to swoisty pamiętnik, przypominającym zeznania świadka będącego w samym centrum ciemnej strony mocy.

Czytając słowo po słowie, stronę po stronie, pochłaniając rozdział za rozdziałem myślałem, że nic mnie nie już zdziwi, bo przecież nic więcej nie mogło się stać. Wytrzeszcz moich oczu stawał się jednak coraz większy i większy, a fascynująca opowieść przeradzała się w iście wstrząsającą historię. Bo czy jest ktoś w stanie zrozumieć tłumaczenie Hamiltona: „To nie doping, to dla mojego zdrowia”?

Publikacja ta prócz historii głównego bohatera książki i dopingu w kolarstwie porusza także kwestię Lanca Armstronga. „Wyścig Tajemnic” odziera ze złudzeń, przedstawiając jak apodyktycznym, bezczelnym i cynicznym człowiekiem był amerykański zawodnik.

Doping w „Wyścigu Tajemnic”.
Opisany został jako zaawansowany pod względem fizjologicznym i medycznym proceder, z którym doskonale radzili sobie lekarze od dopingu (jeden z lekarzy potrzebował zaledwie pięciu minut, by obejść test na obecność EPO w moczu i krwi, a władze organizacji antydopingowej, aby go stworzyć potrzebowali kilka lat i miliona dolarów!). Doping był wszechobecny, Hamilton zdradza, że wszyscy brali, nikt nie chciał być paniąguą i zamykać stawkę kolarskich tourów. Korzystanie z dopingu wymagało jednak skutecznie opracowanego planu działania, wszystko musiało być zaplanowane od A do Z, a jakikolwiek błąd mógł skończyć się katastrofalnie, czego doświadczyć mógł sam Hamilton. Kim jest Edgar, jak wielbione jest czerwone jajeczko, i dlaczego trzeba czekać tysiąc dni, aby wreszcie przestać być paniaguą? Hamilton opowiada o tym wszystkim ze szczegółami, więc ja ich oszczędzę.

Najgorszą kwestią dopingu w tej dyscyplinie sportu jest fakt, iż wiedzieli o nim wszyscy, ale nie mówił nikt, bo w ten sposób pragnęli dbać o dobre imię kolarstwa. Co za ironia losu…

Lance Armstrong w „Wyścigu Tajemnic”.
Jeśli jeszcze była osoba, która wierzyła w dobroć tego człowieka, to po zeznaniach Hamiltona powinna przestać się łudzić. Mit Armstronga runął już dawno, teraz jeśli można się głębiej dna, to oszustowi wszech czasów to się udało. W książce ukazał się bezwzględny obraz kolarza, który niszczył każdego na swojej drodze, nie mający skrupułów, aby donosić na swoich najgroźniejszych rywali do Międzynarodowej Unii Kolarskiej sugerując, że oni coś biorą. Armstrong to furiat, dążący do zwycięstw za wszelką cenę, któremu podporządkowywali się wszyscy. Podczas obozu treningowego w Kalifornii przeprowadzono test (wynik z badania krwi i czas osiągnięty na dziesięciokilometrowej pętli). Po podliczeniu okazało się, że Lance był drugi, za Christianem Vandelveldem. Jednak powiedziano, że to Lance był najlepszy, by nie zaburzać hierarchii w drużynie.

Tyler Hamilton w „Wyścigu Tajemnic”.
Mam bardzo mieszane uczucia, co do jego postawy. Przede wszystkim drażniło mnie usprawiedliwienie w stylu: ,,wszyscy biorą, to ja też”. Hamilton każdemu, kto chce osądzać sportowców, którzy sięgnęli po doping, zaleca by postawić się w ich sytuacji zadając pytanie: A co Ty byś zrobił? Odpowiadam: z pewnością bym nie dołączył, a od początku zaczął z tym walczyć, w końcu, jak sam twierdzi pokochał kolarstwo, a nie chęć sławy, sukcesu i sięgania po najwyższe laury. Można było zmienić dyscyplinę, w której nie wszystko zależy od dopingu. Obrazując to na innym przykładzie: jeśli, ktoś zabija ludzi, to ja mam się dołączyć i czynić to samo? Tłumaczenie Hamiltona jest dla mnie niepojęte. Dlaczego nie walczył od początku, a zdecydował się nielegalnie wspomagać, a gdy nastał czas kryzysu, nie mógł znaleźć drużyny, był zawieszony za doping postanowił wreszcie wyjawić sekret. Dlaczego, po co? Nie wiadomo, a jeśli nie wiadomo to wiadomo, o co chodzi.

Poniżej kilka cytatów z książki:

„Wierzę z całego serca, że byłbym silniejszy, gdybym wyrzucił czerwone jajeczko z powrotem do buteleczki i męczył się na końcu stawki jako „paniagua”. Wierzę, że gdybym zdał sobie sprawę, jaką drogę obrałem, rzuciłbym ten sport, wrócił do Kolorado, skończył college, być może zapisał się do którejś z biznesowych szkół i prowadził zupełnie inne życie. Nie zrobiłem tego. Wziąłem tę tabletkę, a ona zadziałała”.

„Jak się czuje człowiek, który zażywa EPO? Wspaniale… Głównie dlatego, że nie odczuwa negatywnych bodźców. Nie jesteś wyczerpany, czujesz się zdrowy, normalny, silny. Twoje policzki promienieją, stajesz się mniej zrzędliwy, we wszystkim dostrzegasz coś pozytywnego. Te maleńkie pastylki działają jak fale radiowe – motywują nerki do wydajniejsze pracy, sprawiają, że produkują więcej czerwonych krwinek. (…). Kolarze zwykli mówić o „miodowym miesiącu” z EPO. Z mojej doświadczenia wiem, że to stwierdzenie ma wiele wspólnego z prawdą”.

„Miałem swój system. Najpierw moczyłem kartonowe opakowanie w wodzie, aż napisy stawały się nieczytelne, następnie rwałem na kawałki i spuszczałem w sedesie. Potem zdzierałem paznokciem etykiety naklejone na szklane fiolki EPO, które wtedy były wysokie na cztery centymetry i szerokie na centymetr. Etykiety również spuszczałem w toalecie. Następnie całość owijałem folią aluminiową i chowałem w lodówce, za warzywami”.

„Niczego nie ukrywałem przed Haven (była żona – przyp. red.) Wiedziała o moich wyprawach, kosztach, systemie „rozbijania i płukania”, o wszystkim. To byłoby nie w porządku, gdybym jej nie powiedział, a poza tym było bezpieczniej, gdy mieliśmy wspólny cel, czyli uniknięcie policji lub testu na obecność prochów.  Nie żebyśmy rozmawiali o EPO, zajadając tosty i popijając kawę. Nie znosiliśmy rozmawiać o tym, ale ten temat zawsze wisiał w powietrzu”.

„Wyścig Tajemnic” ujawnia kulisy tego, jaki był świat kolarstwa w erze Armstronga. Świat, który podziwiał i kochał kibic tej dyscypliny sportu, a który okazał się być skażony nieprawdą, dopingiem i manipulacją. Na wszystkich szczeblach - kolarzy, szefów i właścicieli ekip aż po Międzynarodową Unię Kolarską.

„Wyścig Tajemnic” został uznany za najlepszą książkę sportową 2012 roku. Ja natomiast wyrażam uznanie dla polskiego tłumaczenia. Nic tylko czytać, by mieć swoje zdanie na ten temat.

Moja ocena: 4/5
 
„Wyścig Tajemnic”, Tyler Hamilton, Daniel Coyle, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania dziękuję:

czwartek, 4 kwietnia 2013

Przyszła pora na zwierzenia - cz.V

Ahoj :) Witam po świątecznej przerwie. Trwała trochę dłużej niż powinna, ale też pogoda za oknem nie nastrajała pozytywnie i jakoś nie było weny, żeby spłodzić jakiś ciekawy tekst.

Dawno nie było nic o mnie, więc dziś kolejna część odsłony o moim związku ze sportem. Ostatnie zwierzenia zakończyły się na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach w 2004 roku, tym samym nastał rok 2005. Zima nie była zbyt udana, nasz wielki Król Skoczni przeżywał kryzys, i po wielkich sukcesach przyszło zaledwie czwarte miejsce w Pucharze Świata.Trzeba było poczekać na wiosnę, która rozgrzała kibiców!

To był jednak udany piłkarski rok! Oj to był przepiękny czas, który miałem okazję oglądać. Niezaprzeczalnie futbolowa euforia panowała w naszym kraju, choć Euro odbyło się bez naszego udziału, to biało-czerwoni przystąpili do eliminacji mistrzostw świata w Niemczech. A Maciej Żurawski i Tomasz Frankowski stworzyli, chyba najlepszy duet napastników, który miałem okazję oglądać. Polscy piłkarze w eliminacjach przegrali tylko dwa mecze, z Anglią, ale potrafiliśmy strzelić im bramkę i walczyć, tak że trzeszczały kości, nie to co teraz...

Sukcesy reprezentacji to jedno, a sukces Jerzego Dudka w wielkim finale Ligi Mistrzów to drugie. Ahhh co to był za finał. To jeden z tych meczów, który zapamięta się na zawsze, nie kłamię! Choć od 2005 roku, minęło już sporo czasu, i finałów Ligi Mistrzów rozegranych było już siedem, to ten ciągle pamiętam, wiem co się wydarzyło. Na samą myśl, o tym spotkaniu buzują we mnie emocje. Choć nie grała tam polska drużyna, to ekipie z Liverpoolu kibicowałem właśnie w ten sposób!

Każdy z nas pamięta osławiony już "Dudek Dance", który okazał się bardzo skuteczny. Polski bramkarz zatrzymał wielki Ac Milan. Nie ma w tym krzty przesady, bo to Dudek obronił dwa rzuty karne! A wcześniejszy przebieg meczu także był zaskakujący, tego nie wyreżyserowałby sam Hitchcock. W Stambule działy się rzeczy niebywałe, z 0:3 do 3:3. Coś pięknego, taka huśtawka emocji, tak fantastycznie zakończony wieczór. Była radość, oj była! Długo nie mogłem zasnąć, choć to nie ja rozgrywałem to spotkanie :)
Fot. sport.interia.pl
W roku 2005 czekał mnie jeszcze jeden powód do radości. Nasze Złotka obroniły tytuł mistrzyń Europy! Już dotknięty siatkarską różdżką śledziłem zmagania polskich siatkarek i przecierałem oczy ze zdumienia. Fazę grupową Polki przeszły jak burza. Półfinałowe starcie z Rosją (to właśnie chyba od tego momentu, kluczowe mecze dające medale, trzeba rozgrywać z ekipą Sbornej). Kolejna huśtawka nastrojów, Polki były tak blisko 2:0, piłki meczowe w górze, a jednak trzeba było to odłożyć w czasie i grać kolejne sety. Jednak czwartej i piątej partii nie oglądałem, nie wytrzymałem tych nerwów. Zdarzyło mi się to pierwszy raz, i nigdy później też tego nie doświadczyłem. Wyłączyłem telewizor i poszedłem z kolegami grać w siatkę, pokazać siatkarkom jak to się robi. Dopiero po powrocie do domu dowiedziałem się o wyniku i obejrzałem powtórkę tie-breaka, który podopieczne Andrzeja Niemczyka wygrały. I chyba dobrze się stało, bo nie wiem, co by się wydarzyło, gdybym oglądał tego piątego seta. Potem finał z Włoszkami Bonitty, ale to nic mistrzynie świata pokonane. Polki po raz drugi z rzędu ze złotymi medalami! Kij tam z wynikami wyborów!

Wierzę, że gdzieś tam czuwał Arkadiusz Gołaś. 16 września tragiczny wypadek samochodowy przerwał karierę, Arka. Pustka, smutek, pojawiły się także łzy. Wśród nas nie ma już siatkarza o stratosferycznym zasięgu...

Los nie oszczędzał polskich kibiców. Dwa tygodnie później miał miejsce wypadek z udziałem Otylii Jędrzejczak, w której zginął młodszy brat medalistki olimpijskiej. Od tego momentu, to już nie był ten sam "Motylek"...

Rok 2005 był rokiem, w którym doświadczyłem wielu pozytywnych emocji, ale też pojawiły się smutne chwile w życiu polskiego kibica. Dla mnie to był także przełomowy rok, bowiem na zabój zakochałem się w siatkówce. Była ona wszędzie! Wtedy też, po raz pierwszy zaistniałem w blogosferze. Prowadziłem bloga na onecie o... Łukaszu Kadziewiczu. Zdziwieni? Gdy o tym myślę, nie mogę w to uwierzyć. Cieszę się, że teraz jest Mariolka, ale to już inna historia...