wtorek, 8 stycznia 2013

Recenzja: "Autobiografia" Michael Phelps

To koniec. Przynajmniej na razie. Wielkiego sportowego fenomenu. Pływaka z innej planety nie zobaczymy już na starcie. Możemy jednak wyobrazić i uczestniczyć, w tym jak olimpijczyk wszech czasów dokonywał cudów. Mamy jednak możliwość dokładniejszego poznania multimedalisty olimpijskiego, bowiem Michael Phelps napisał autobiografię.

To już nie pierwszy raz, kiedy Amerykanin przelewa swoje myśli na papier. Wcześniej opublikował książkę,  w Polsce ukazała się o tytule: „Bez granic” (w 2010 roku), w której mogliśmy poznać sukces zdobycia ośmiu medali olimpijskich na IO w Pekinie. Najświeższa publikacja o Phelpsie nosi prosty i banalny tytuł: Autobografia. Micheal  Phelps. W niej Amerykanin opowiada o całym swoim życiu, czyniąc to z dużą precyzją i wielkim zaangażowaniem emocjonalnym. Książka opowiada niezwykłą historię chłopca, który bał się wody, poprzez 39-krotne bicie rekordów świata aż do 22 medali olimpijskich. 

Wielkich ludzi charakteryzuje to, że od dziecka wiedzą, co dokładnie chcą w życiu osiągnąć i w przeciwieństwie do milionów innych, im akurat się udaje. Założenie Michaela Phelpsa było jasne: „Nie chcę być Markiem Spitz`em drugim. Chcę być Michaelem Phelps`em pierwszym”.

Co ważne książka nie jest tylko o sporcie, o ciężkich wyczerpujących treningach (Phelps miał zaledwie jeden wolny dzień w czteroletnim cyklu olimpijskim). Autobiografia to przegląd wydarzeń, opisów różnych sytuacji widzianych okiem zawodnika. Za sprawą Michaela widzimy świat, który nie byłby dostępny zwykłym śmiertelnikom. Może brzmi to patetycznie, ale jest to prawdziwe. Bo prawdziwa jest historia Phelpsa. Człowieka nie bez skazy, ale bardzo autentycznego. Dzięki niemu łatwiej dostajemy się do tego świata. Czytając książkę można odnieść wrażenie, że Phelps to twój dobry znajomy, który zabrał cię w podróż. Z wielką łatwością wyobrażałem sobie to wszystko, tak jakbym stał u jego boku i razem z nim dokonywał tych wielkich rzeczy. Wszystko to za sprawą prostego, niemęczącego stylu, w jakim została napisana autobiografia. W tym przypadku stwierdzenie, że czyta się lekko i przyjemnie to żaden banał. 

Bliskości z Phelpsem zaznaje się także, dzięki jego normalnemu zachowaniu. Mimo olbrzymiego sukcesu pozostał sobą.  Jest zwykłym śmiertelnikiem. Może pozwolić sobie na jedzenie w McDonaldzie, jest maniakiem gier komputerowych, uwielbia grać w koszykówkę, lacrosse i w futbol amerykański.  Lubi słuchać hip-hopu. Zwykły Amerykanin. 

Z książki dowiemy się również o krytycznym momentach w karierze, o chwilach załamania i zwątpienia. Rok 2004 był z pewnością doskonałą nauczką dla Phelpsa, że nie warto siadać do auta pod wpływem alkoholu. Z tego wydarzenia potrafił jednak wyciągnąć wnioski. Udzielał się społecznie, zwiedzał szkoły, gdzie informował uczniów jakie konsekwencje niesie za sobą takie nierozważne zachowanie. Błądzenie jest rzeczą ludzką, o czym mogliśmy przekonać się, kiedy w 2009 roku Amerykanin został zawieszony na trzy miesiące przez Amerykańską Federację za palenie marihuany. Zwykły Amerykanin.

W autobiografii znajdziemy to, co powinno znaleźć się w tego typu publikacji, czyli poszukiwanie odpowiedzi na nurtujące kibiców pytania. Nie będę odbierał przyszłym czytelnikom tej przyjemności i zdradzę tylko jedną ciekawostkę , która bardzo mnie nurtowała. Otóż, czego słuchał Micheal Phelps, kiedy w skupieniu zmierzał na słupek startowy? W słuchawkach pobrzmiewał utwór Eminema, "Till I collapse". Zwykły Amerykanin. 

Poniżej kilka cytatów z książki:

„Pływak musi golić twarz dużo wyżej niż do bokobrodów. Trzeba też ogolić wszystko, czego nie przykrywa kostium. A nikt nie jest w stanie dokonać wszelkich samookaleczeń niż nowicjusz w goleniu. (…). Pod koniec tej pierwszej sesji golenia miałem na nogach całkiem wyraźny atlas drogowy z licznymi skrzyżowaniami na kolanach”.

„Pewnego dnia jakaś dziewczyna poprosiła mnie, żebym podpisał się jej na bluzce. Był tylko mały problem: tę bluzkę miała na sobie. Powiedziałem, żeby się odwróciła i podpisałem się jej na plecach. Od tamtego czasu miałem jeszcze parę innych tego typu próśb. Dziwnie na przykład składa się podpis na ludzkim ciele. Nie wiem, do którego miejsca może sięgać mój autograf: dokąd jest to taktowne, a odkąd niestosowne”.

„Peter pokazał mi też inną metodę na zaoszczędzenie czasu(…). Na przykład pisać wyraźnie sam inicjał, a dalej ciągnąć kreskę długości liter imienia – i tak samo z nazwiskiem. Próbowałem tak robić, ale pisałem jak kura pazurem. 

- Chcesz coś takiego dawać dzieciakom? – spytałem Petera. (…) Jak dzieciak pokaże to kolegom, to nikt nie powie: „Ekstra! Podpis Michaela Phelpsa”. Powiedzą: „Taa, jasne. Jakieś Mi-ci Pi-ci. Na pewno ci uwierzę!”.

„Więc o medale się nie martwię: znajdą sobie jakieś miejsce. Ale nie miałbym medali, gdybym wcześniej nie miał marzeń. W końcu najlepsze po przebudzeniu jest przecież wspomnienie tego, jak miło było marzyć we śnie”.

Nie będę trudził się na długie, wyczerpujące podsumowanie. O Phelpsie najlepiej świadczą jego czyny, a nie słowa o nim pisane czy wypowiadane. W tym miejscu przytoczę też wypowiedź innej legendy pływania Marka Spitza, który zapytany przez reporterów, co by było, gdyby Phelps powtórzył jego osiągnięcie, zdobywając siedem złotych medali. - To by było, jak drugi człowiek na Księżycu.

Gdy spytali, co by było, gdyby zdobył osiem, odpowiedział:
- Pierwszy człowiek na Marsie.

Zwykły Amerykanin, nieziemski człowiek. 

Moja ocena: 4/5

,,Autobiografia”, Michael Phelps, Brian Cazeneuve, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012
Fot. Wyd. Znak

2 komentarze:

  1. No to mnie zachęciłeś do tej książki, bo z tego co piszesz jest tam wiele szczegółów, ciekawostek...
    Mój budżet chyba padnie, ale zainwestuję w tą książkę...
    No i ten cytat...
    Myślę, że nie będę żałowała zakupu...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciesze się i mam nadzieję, że nie będziesz żałowała, bo ja nie żałuję. Książka interesująca i niebanalna. A zresztą warto wiedzieć "coś" o olimpijczyku wszech czasów :D Pozdrawiam i czekam na ewentualne spostrzeżenia po przeczytaniu :D

    OdpowiedzUsuń