wtorek, 31 grudnia 2013

Moje ostatnie głosy w 2013 roku...

Witajcie w ostatnim dniu tego roku! Nie pokuszę się o jakieś duże i solidne podsumowanie. Odszedłem od tego, albowiem zarówno na blogowych stronach moje koleżanki i koledzy czynią to świetnie, a i na wszelkich stronach www możemy wybierać od opisów, zdjęć czy filmów przedstawiających najważniejsze wydarzenia minionego roku.

Zupełnie od podsumowań odejść nie można, w tym roku postanowiłem pójść troszkę na łatwiznę i wykorzystać Plebiscyt Przeglądu Sportowego na Najlepszych Sportowców 2013. 
Poniżej prezentuje moich wybrańców, a tym samym sportowców, do których należał ten rok!
Oczywiście lista jest subiektywna i nie ma wątpliwości, że obok sukcesów czysto sportowych decydowały większe tudzież mniejsze sympatie do danego sportowca. 

To, co może cieszyć to obecność kilku sportowców reprezentujących dyscypliny zimowe. Oby ten rok był tylko preludium do tego, co się będzie działo już za chwil parę, i w 2014 roku reprezentanci zimowi spowodowali jeszcze większy kłopot z wyborem. Niestety jest tzw. smuteczek, gdyż brakuje tu zawodników z gier zespołowych. Z pewnością to nie był rok piłkarzy, całej siatkówki. Na koniec na szczęście polskie szczypiornistki dały nam chwilę radości i wlały nutkę optymizmu w moc sportów drużynowych.
W sumie teraz jak patrzę na ten obrazek i widzę kategorię: najpopularniejszy sportowiec 2013 to zastanawiam się, dlaczego umieściłem tam Piotrka Żyłę. Jednak wtedy, uzupełniając tę listę zrobiłem to właściwie bezwarunkowo, nie zastanawiając się ani chwili. Tym samym, myślę, że to dobry wybór, nie wiesz po, co i dlaczego, ale tak się dzieje. Z pewnością Żyła zyskał popularność i powinien dzierżyć ten tytuł, który przyznany zostanie po raz pierwszy.

I na koniec w gwoli formalności. Ci, którzy jeszcze nie zagłosowali mają na to jeszcze 8 dni, a głosować można tutaj. 
I już zupełnie, zupełnie na koniec :)

Z okazji zbliżającego się wielkimi krokami Nowego Roku skorzystam z okazji i chciałbym życzyć wszystkim czytelnikom przede wszystkim szczęścia, szczęścia przejawiającego się szerokim hollywoodzkim uśmiechem. Zarówno w życiu prywatnym, zawodowym, ale także tym związanym z przeżywaniem sportowych emocji. Ponieważ nasze szczęście, nasze zadowolenie będzie oznaczało, że nasi sportowcy zdobywają najwyższe laury i sprawiają nam olbrzymią radość! Wszystkiego dobrego w 2014 roku :)

sobota, 28 grudnia 2013

Recenzja: "Moje życie" Serena Williams

Z pewnością półki w jej domu uginają się od namiaru zdobytych pucharów, a od ilości zer na jej koncie z pewnością nie jednemu człowieku zakręciłoby się w głowie. Choć, pewnie nie tylko z tego powodu, albowiem Serena Williams to niekwestionowana królowa kobiecego tenisa. Zachwyca urodą, wdziękiem, ale także doskonałą grą za sprawą, której zdominowała kobiece rozgrywki WTA.

Dzięki Wydawnictwu Bukowy Las specjalizującej się w serii tenisowych książek o mistrzach, możemy poznać historię Sereny Williams. „Moje życie” to autobiografia amerykańskiej tenisistki napisana przy współpracy z Danielem Paisnerem, pisarzem pomagającym pisać książki osobom znanym, ale też zwykłym ludziom. W naszym kraju kojarzony ze wspomnieniami Krystyny Chiger wydanej pt. „Dziewczynka w zielonym sweterku”.

Na początku pragnę zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz. Mianowicie premiera autobiografii Williams w Stanach Zjednoczonych miała miejsce w 2009 roku, w Polsce ukazała się dopiero w 2013 roku. Dlatego też ostatnim wydarzeniem opisywanym w publikacji jest US Open w 2008 roku (z krótkimi wzmiankami o roku 2009). Tym samym kibice nie dowiedzą się, co dokładnie stało się w 2010 roku (Amerykanka podczas wizyty w restauracji nastąpiła na rozbite szkło i zraniła stopę , co wymagało interwencji chirurgicznej. Późniejsze komplikacje spowodowały, że Williams otarła się o śmierć).

„Moje życie” pozwala czytelnikowi zapoznać się z początkami Sereny z grą w tenisa. To sięganie pamięcią do pierwszych lat życia. Wspomnienia te ściśle związane są z tenisem, bo w tenisa grała cała rodzina. Serena będąc najmłodszą w rodzinie po prostu nie miała wyjścia, musiała grać w tenisa.

Książka zawiera szereg opisów z dawnych lat. O tym, jak trenowała na publicznych kortach, a parę metrów dalej rozgrywały się dantejskie sceny i od kul ginęli ludzie. Serena wspomniała również o niełatwych relacjach w amerykańskim społeczeństwie i segregacji rasowej. Przedstawiła drogę, która nie była usłana różami…Musiała radzić sobie z olbrzymią presją od najmłodszych lat, ponieważ zawsze była porównywana do starszej siostry Venus. Dla wielu fachowców była tylko dodatkiem do lepiej rokującej siostry. Ta sytuacja nie spowodowała jednak napiętej sytuacji rodzinnej wręcz przeciwnie – siostry kochają się na zabój. Dobre, siostrzane relacje utrzymywały się również dlatego, że Serena Williams nie miała własnego łóżka. Każdej nocy spała w łóżku wraz z inną siostrą.

O ile Serena tenisistka na korcie charakteryzuje się wysokim, równym poziomem, o tyle Serena pisarka prezentuje nierówny poziom. Z jednej strony przeczytamy o brutalnych mechanizmach rządzących w sporcie, kiedy przedstawiciel Nike, kilka minut przed rozpoczęciem pierwszego meczu Australian Open 2007 oświadczył, iż firma może wycofać się ze sponsorowania, jeśli wynik nie będzie dobry.  Z drugiej mamy rodzinne „dramaty” , gdyż mała, rozwydrzona dziewczynka  nie przyznała się do tego, iż zjadła  ulubiony przez całą rodzinę chlebek z „Hungry Howie”.

Na szczęście publikacja dotyka także inne zagadnienia. Jest rozdział dedykowany wierze. Serena opowiedziała jak wielką siłę czerpie ze słów w Biblii, opisała szczęście jakie daje jej głoszenie świadectwa Boga Jahwe, jak wielką moc daje jej sam Bóg. Dowiadujemy się również, jak ważnym elementem w życiu wielkiej mistrzyni jest religia.

Ze smutkiem przyznaje również, że niektóre fragmenty były ciężkostrawne, zważywszy na specyficzny styl i momentami infantylny język. Trzeba jednak docenić ogromną szczerość Williams. Stwierdzi tak, każdy kto przeczyta rozdział dziewiąty dedykowany Tunde, najstarszej siostry Sereny. Tenisiska podzieliła się z czytelnikami traumatyczną historią jaką było zamordowanie Tunde. To wydarzenie odcisnęło piętno na karierze Sereny. Odnoszę jednak wrażenie, że im gorzej się działo, tym po każdym takim wydarzeniu Serena Williams wychodziła jeszcze silniejsza, jeszcze mocniejsza, po prostu jeszcze lepsza (np. tragiczny wypadek a z 2010 roku, po którym ponownie wróciła na szczyt).

Cytaty z autobiografii:

„Żadna nie miała tego przywileju, że co noc spała w innym łóżku. Można traktować to bardzo negatywnie, lecz ja bardzo sobie to ceniłam. Każdej nocy wczołgiwałem się pod inną kołdrę, a w efekcie z każdą siostrą odczuwałam specjalną więź. Zamiast martwić się, że nie mam własnego miejsca, czułam, że moje miejsce jest wszędzie”.

„Nie wychodzę na kort, żeby wypruwać sobie flaki dla tlenionej śmietanki towarzyskiej Palm Springs. Nie, robię to dla siebie i ludzie powinni to zrozumieć. (…) Nie wymagajcie żebym grała, odczuwając ból, którego sami nigdy byście nie znieśli. Jeżeli gram, to gram, a kiedy nie – to nie. Kiedy jednak wychodzę na kort, możecie liczyć, że dam z siebie wszystko. A ja liczę, że pozwolicie mi wykonać moją robotę”.

„Z początku załamałam ręce i pomyślałam: „ mogę grać świetnie, a i tak ponieść porażkę. Cóż więcej mogę zrobić?”. Potem jednak przemyślałam wszystko jeszcze raz i dostrzegłam w tych stwierdzeniach ukrytą siłę. Nie, nie mogłam kontrolować sędziów stołkowych ani liniowych, nie potrafiłam też kontrolować mojej rywalki. Jedyną osobą na korcie, nad którą miałam kontrolę, byłam ja sama”.

„Naprawdę nie wiem, jak daleko bym zaszła, gdyby nie Venus. Przypuszczam, że znalazłabym własną drogę, lecz trwałoby to dłużej. Popatrzcie na tablicę wyników, a zobaczycie, że V pokonała mnie kilka razy w rozgrywkach Wielkiego Szlema. Dwa razy wygrała w finałach – w 2001 roku podczas US Open i w 2008 roku na Wimbledonie – co oznacza, że gdyby nie ona, mogłabym może powiększyć kolekcję o te dwa tytuły. Patrzę na to jednak nieco inaczej: kto wie, czy zaszłabym tak daleko bez Venus?”.

Autobiografia zawiera interesujące anegdotki, niestety większość z nich dotyczy życia pozasportowego. Można żałować, że o sportowych wydarzeniach naprawdę jest niewiele. Być może Williams wyszła z założenia, aby nie przynudzać czytelnika opisem meczów i podawania ile forhendów skończyła, czyi ile zagrała asów serwisowych. Tymczasem zabrnęła w drugą stronę. Jak się okazało nawet dla mistrzyni znaleźć złoty środek jest bardzo trudno. Natomiast jeśli już autorka skupiła się na jakimś spotkaniu, zrobiła to bardzo umiejętnie i trafnie. Fragment o skandalu w Palm Springs w 2001 roku ukazał czytelnikowi obraz tenisowych rozgrywek. Może z brutalnym tłem w postaci rasistowskich zachowań tłumu, ale doskonale opisujący mentalną sferę tenisistek podczas spotkania.

Muszę przyznać, że Williams dość często poruszała w książce psychiczny aspekty gry w tenisa oraz prezentowała sytuacje, dzięki którym zbudowała tak silny umysł. Williams swoje dobre przygotowanie mentalne zawdzięcza grze UNO, w którą grała wraz z całą rodziną (amerykańska gra zbliżona do znanej w Polsce makao, której celem jest zostać numerem jeden). Amerykanka prowadziła też specjalny dziennik, w którym zapisywała różne sentencje, aforyzmy czy powiedzonka, a następnie chowała je do meczowej torbie i czytała pomiędzy gemami, kiedy zaszła taka potrzeba.

„Moje życie”  to pozycja, która raczej nie przypadnie do gustu wszystkim, ponieważ tenisowe rozgrywki zeszły na drugi plan, a najważniejsze stało się życie prywatne. Ci, którzy chcieli dowiedzieć się jak wyprowadzać zabójczy topspinowy forehand będą zawiedzeni. Natomiast ci, którzy pragnęli poznać prywatną sferę mistrzyni mogą być usatysfakcjonowani.

Moja ocena: 3,5/5

„Moje życie”, Serena Williams, Daniel Paisner, Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2013

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych Świąt!!

W okresie Świąt Bożego Narodzenia pragnę życzyć wszystkim moim czytelnikom wszystkiego najlepszego! Przede wszystkim zdrowia, szczęścia i radości, pieniędzy i uśmiechu na twarzy goszczącym przez cały rok.  Życzę Wam wiary, nadziei, wytrwałości i pasji w kibicowaniu, emocjonowaniu się sportowymi wydarzeniami. Niech ta magiczna noc będzie bodźcem do realizacji ciekawych wyzwań osobistych w nadchodzącym 2014 roku, a Wasze marzenia, nawet te najskrytsze, urzeczywistnią się!

Fot. enterair-virtual.pl

niedziela, 22 grudnia 2013

Kopciuszek wróci bez butów :(Orlicom Rasmussena mówię: dziękuję!

Niestety nasze szczypiornistki wrócą z MŚ w Belgradzie bez medalu :( W meczu o brąz przegrały z reprezentacją Danii. Czwarte miejsce jest tym najgorszym dla sportowca, dla Polek pewnie również. Zważywszy jednak na fakt, że biało-czerwone jechały na serbski mundial w roli kopciuszka, zespołu, który od sześciu lat nie gościł na arenie międzynarodowej to jest to jednak bardzo dobry wynik, z którego trzeba się cieszyć.

Polski kopciuszek nie zdobył jednak teraz butów, jakim byłby medal mistrzostw świata. Trzeba będzie poczekać. Choć z pewnością jest czego żałować. Bo mimo, że jest to najlepszy rezultat w historii to brutalnie trzeba stwierdzić, że za parę lat i tak niewielu będzie o tym pamiętało. Medal to medal.

Nie czynię jednak z tego zarzutu. Nie mógłbym. Choć niedosyt mamy wszyscy. Szkoda jest ogromna, albowiem mecz z Danią był do wygrania, nasze rywalki były do przejścia. Świadczy chociażby o tym wynik po pierwszej połowie, który brzmiał 15:12, a tak naprawdę to mogło być 16:10. A i w drugiej to pewnego momentu było całkiem nieźle...

Sport stwarza doskonałą okazję do gdybania: gdyby ta strzeliła, gdyby ta złapała piłkę. Gdyby, gdyby. Wynik padł jaki padł. Już nic nie zmienimy, nie powinien się jednak zmienić nasz stosunek do dziewczyn. Wykonały fantastyczną robotę. Dały nam tyle radości, tyle emocji. Spowodowały, że choć na chwilę mogliśmy oderwać się od świątecznych obowiązków i pooglądać grę walczących, grających do końca i ambitnych zawodniczek.
Fot. AFP
Jesteśmy czwartą drużyną świata, choć przed turniejem modliliśmy się o wyjście z grupy. A po drodze do półfinału Polki były lepsze od Rumunek i Francuzek. Niedosyt jest spory, żal również. Nie można odmówić im walki oraz tego, że nie chciały. Chciały. Wydaje się, że zrobiły więcej niż my, kibice oczekiwaliśmy. A ten uśmiech, który podarowały nam w tym tygodniu, bezcenny. Polska, kobieca piłka ręczna zaczyna się odradzać. Cieszmy się z tego, będziemy mieć zespół, który da nam radość. Nie sposób odnieść się do polskich piłkarzy :)Nie do pomyślenia jest, aby na mundialu zaszli tak daleko, aby tak zaciekle walczyli. Wygrać z wicemistrzem świata, Holandią? Patrząc na to co robi Lewandowski i spółki raczej nierealne, a Orlice Rasmussena pokonały wicemistrzynie świata (Francuzki), a i z mistrzyniami MŚ (Brazylią) potrafiły wygrywać. Dziękujemy za wolę walki, determinację, energiczność i radość z gry.

Wracając jeszcze do meczu z Danią. Żaden ze mnie ekspert piłki ręcznej, więc nie odniosę się do warstwy technicznej i taktycznej rozgrywania akcji. Dało się jednak zauważyć, że pod względem mentalnym naszym szczypiornistkom jeszcze brakuje. Tego nie da się nauczyć ot tak, jeśli nie przeżyło się tego wcześniej. Przecież dla tych dziewczyn to pierwszy taki moment w karierze. Po prostu zapłaciły frycowe debiutanta. Zabrakło zimnej krwi. Zamiast dobić rywala w pierwszej połowie daliśmy mu nadzieję. A wydarzenia z drugiej połowy, kiedy Dunki stopniowo nas dochodziły sprawiły, że biało-czerwone się spaliły. Trudno powiedzieć, że zabrakło im umiejętności technicznych, one wiedzą jak rzucać aby zdobywać gole, zabrakło doświadczenia w takich właśnie sytuacjach. Nie od dziś wiadomo, że psychika w sporcie odgrywa coraz ważniejszą rolę. Gdzieś, kiedyś wyczytałem, że różnica pomiędzy wygraną a porażką, pomiędzy drużynami, czy sportowcami, kiedy ci mają wyrównane możliwość fizyczno-techniczne, leży w tym, co jest w głowach. I tego Polki muszą się nauczyć.

To jednak doskonała, choć bolesna lekcja. Lekcja, z której powinniśmy czerpać. Doświadczenie z tego turnieju, z takich meczów powinno zaprocentować w przyszłości. Takie zawody mogą być krokiem milowym dla naszej ekipy. Oby tylko Polki po tak dobrym rezultacie zaczęły pojawiać się na imprezach rangi mistrzowskiej, abyśmy przestały być kopciuszkiem, a stały się elitą...

Fot. Newspix

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Polskie piłkarki ręczne - piękne, zabawne i walczące!

Historia tworzy się na naszych, a na pewno na moich oczach albowiem po raz ostatni polskie szczypiornistki zagrały w ćwierćfinale mundialu w 1978 roku...

Teraz biało-czerwone po wczorajszej wygranej w 1/8 z ekipą Rumunii mają szansę poprawić ten rezultat. Ćwierćfinał mundialu z Francją w środę!

Ci czytelnicy, którzy dość regularnie śledzą mojego bloga wiedzą, że mam słabość do dyscyplin uprawianych przez kobiety :) Piłka ręczna nie jest odosobniania i nie dlatego, że teraz zacząłem się nią interesować na fali wydarzeń z ostatnich tygodni.

Tylko po prostu wcześniej nie było tak wspaniałej okazji. A wszystko zaczęło się od cholernej Portugalii, z którą biało-czerwone przegrały w barażach do ME 2008. Tyle nam przyszło czekać na występy Polek na światowych parkietach. Pamiętam te mecze, tak smutno, tak niedobrze... A teraz, teraz wracamy!

Pod wodzą nowego szkoleniowca Kima Rasmussena nasze szczypiornistki prezentują solidny poziom, pozwalający im zagrać w ćwierćfinale MŚ! Wielki sukces!

Kto oglądał wczorajszy mecz ten miał w głowie przekonanie, że się nie uda, że to już jest koniec. Szczególnie po pierwszej połowie, którą Rumunki wygrały 17:13. Wydawało się, że z tak ogranym zespołem będzie ciężko odrobić straty.

Ale udało się, w dużej mierze za sprawą dobrej postawy bramkarki, która dała sygnał do ataku. Trzeba jednak pogratulować walki do końca, nasze zawodniczki nie odpuszczały i mimo wciąż odrabiania strat walczyły ofiarnie i zaciekle. Wszystko to przyniosło spodziewany rezultat. Nadzieje polskich kibiców z minuty na minuty stawały się coraz większe, emocje sięgały zenitu a kiedy Patrycja Kulwińska w 54 minucie doprowadziła do remisu. Wtedy chyba nie było już nikogo, kto nie wierzył, że ten mecz można wygrać i biało-czerwone rozstrzygną go na swoją korzyść. A gdy było 29:26 dla Polski to już prawdziwe szaleństwo, choć do końca meczu były jeszcze dwie minuty. Nerwy, wielkie podniecenie i na zakończenie wielkie szczęście i wielka radość.

Uśmiechałem się jak głupi do sera patrząc w telewizyjny ekran jak z radości skaczą nasze dziewczyny. A patrząc na ten materiał z TVP Sport uśmiech nie znikał z mojej twarz. Piękne dziewczyny, patriotki, niezwykle zabawne, z poczuciem humoru, ambitne i wierne Orzełkowi. Widać, że atmosfera w tym zespole jest bardzo dobra.
Fot. AFP
I co jeszcze można dodać? Polska piłka ręczna to gwarant emocji do końca na najwyższym poziomie, bo ileż to już przeżywaliśmy tych wyczerpujących momentów, w których albo odrabialiśmy straty i wygraliśmy mecze, albo drżeliśmy o końcowy rezultat, albowiem przeciwnik zbliżał się nieubłaganie?

Orlice Rasmusena do boju! Twórzcie swoją historię, taką jak nasi panowie w 2007 roku!
Fot. AFP

wtorek, 10 grudnia 2013

Olsztyńska Akcja Bombka rozpoczęta! Po raz czwarty!

Olsztyński oddział Fundacji Dr Clown po raz czwarty zorganizował świąteczną aukcję bombek pomalowanych przez znane osoby ze świata sportu i muzyki. Robiąc doskonały prezent na święta, pomagasz w zbieraniu funduszy na zakup pompy infuzyjnej na rzecz Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala Dziecięcego im Prof. Stanisława Popowskiego w Olsztynie.

W tegorocznej edycji udział wzięli:  Dawid Podsiadło, Sebastian Świdereski, drużyna ZAKSY Kędzierzyn Koźle oraz Indykpolu AZS UWM Olsztyn,  Kabaret LIMO, oraz bombki namalowane przez Pablo Bangoleę, Matti Oivanena!

 Licytować bombki można tutaj!

Fot. Facebook Dr Clown - Olsztyn
Serdecznie zapraszam do wzięcia udziału w licytacji. Miły prezent dla bliskich w postaci bombki, ale przede wszystkim dla potrzebujących dzieci!

czwartek, 5 grudnia 2013

Mariola wraca do reprezentacji!

Witajcie! Wreszcie ochłonąłem :) Po raz ostatni Mariolę Zenik w koszulce z orzełkiem na piersi mogliśmy oglądać 27 kwietnia 2012 podczas sparingowego spotkania z Niemkami. Prawie 300 spotkań rozegranych w reprezentacji Polski, nieprzerwanie w kadrze przez sezony 2005-2010 powraca do reprezentacji!

Mariola Zenik znalazła się w kadrze Makowskiego na styczniowy kwalifikacyjny turniej do MŚ! Nareszcie trener poszedł po rozum do głowy i powołał najlepszą libero w Polsce! Nie mam, co do tego żadnych wątpliwości.

Tak jak nie wierzę, w to, że Mariola w Łodzi nie zagra. Nie po to ją Makowski powołał. Obok Izy Bełcik, Katarzyny Skowrońskiej i Małgorzaty Glinki to najbardziej doświadczone siatkarki. A wiemy, jak ważne to będą zawody.

Wszyscy, którzy pilnie śledzą mojego bloga wiedzą, że Mariolka to moja idolka, moja ulubiona siatkarka, za którą dałbym się pokroić :)

Chciałbym sądzić, że turniej do MŚ nie będzie epizodem, bo libero Atomu nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w kadrze. Wciąż może grać na najwyższym poziomie, i wciąż możemy się przyglądać dokonaniom zawodniczki w tym sezonie, w którym "Mała" wraca do wysokiej dyspozycji. Mam nadzieję, że po wywalczeniu awansu do MŚ, na włoski mundial Mariola także pojedzie i zawalczy przede wszystkim o swoje i udowodni, że potrafi stawić czoło trudnym wyzwaniom, a turniej w 2010 roku był po prostu wypadkiem przy pracy. Był sezonem słabszym, który po prostu w karierze się zdarza, bo ciągle nie można grać na światowym topie.

Przeżywałem trudne chwile, kiedy "numer dwa" wędrował od rąk do rąk. Teraz dwójka wraca w należyte miejsce. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że to jest po prostu numer, z którym gra Mariola i, który się z nią kojarzy.

Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę. Cieszę się, bo strasznie się męczyłem. Musiałem przez ponad dwa sezony w biało-czerwonej koszulce oglądać kogoś innego. A jej grę mogłem podziwiać tylko w okresie klubowym, w wakacje miałem przerwę. Teraz Nowy Rok, rok 2014 zacznie się pozytywnie. Będą powody do radości.

Będziemy mogli oglądać dokładne przyjęcie, cudowne obrony, perfekcyjne dogrania i spokój w linii defensywnej. Taka jest Mariola Zenik!


Znalazłem poniższy film u siebie na telefonie. Niestety w necie, coraz mniej filmików z udziałem Marioli. Szkoda, bardzo żałuję. Powinno być więcej filmów! Nigdzie nie mogę znaleźć też tego filmiku z IO w Pekinie..., ostało mi się tylko to... sorry za jakość i przepraszam, że nie wiem kto jest twórcą tego dzieła :)


Jeszcze chciałbym podzielić się z Wami pewnymi odczuciami dotyczącymi Marioli, które na moim blogu się nie pojawiły, choć swój debiut zaliczyły na blogu: mylife-asiaa.blogspot.com w cyklu: My, kibice: Nasz siatkarski idol.

Ona i piłka to Tom i Jerry, są jak kot Sylwester i ptaszek Tweety. Nierozerwalnie złączone. Nieodłączne elementy, które razem współgrają. To powoduje, że lepiej ją rozumie, dzięki temu lepiej nad nią panuje, czuje. Piłka sama jej szuka. To dwa ciała wzajemnie się przyciągające, piłka sama do niej zmierza, a ona do piłki.

Jako zawodniczka posiada repertuar interwencji, które dodają widowisku uroku. Moc umożliwia jej ruch do piłki, wyzwolić maksymalną siłę. Dzięki szybkości skraca czas trwania ruchu z piłką lub do piłki, niesamowity i wyczuwalny czas reakcji zwiększa częstotliwość zagrań. Mariola jest zwinna i gibka, co pozwala jej odnaleźć się w każdej akcji w każdej płaszczyźnie i kierunku w przestrzeni i czasie. Ona nie stoi i nie czeka na piłkę, jak niektórzy twierdzą. Ona czyta grę, posiada umiejętność ustawiania się. 


Gdy gra toczy się bardzo szybko, ona zdolna jest do błyskawicznego podjęcia decyzji. Nie ma wątpliwości, że potrafi zrobić użytek ze swoich umiejętności w każdym meczu. To siatkarka, którą jedną akcją może przesądzić o wyniku. Stać ją na błysk. Natchnienie, szósty zmysł? Nie ważne! Ważne, że to posiada.

Los także jej nie oszczędzał zmagała się z kontuzjami, poradziła sobie i wróciła jeszcze silniejsza, jeszcze lepsza. Choć tak wiele się zdarzyło w reprezentacji była zawsze, jej stosunek do gry był oczywisty i klarowny. Orzełek na piersi to dla niej zaszczyt! Dla niej najważniejszą motywacją w siatkówce było zespołowe wygrywanie.


A poza tym? Mariola jest piękną kobietą! Jest moją idolką!

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Recenzja: "Zinédine Zidane. Sto dziesięć minut, całe życie"

Dziewiąty lipca 2006 rok, Berlin, finał piłkarskich MŚ. Włochy kontra Francja. Ostatni mecz w karierze Zinedine'a Zidane'a, kapitana Trójkolorowych. Data pamiętna, bo cesarz futbolu rozstał się ze swoją dyscypliną w najmniej spodziewany sposób. Sytuacja ze 108 minuty meczu zapisała się w annałach światowej piłki. Na szczęście wielu sympatyków nie kojarzy Zizou tylko z momentem, w którym uderzył głową włoskiego obrońcę Marco Materazziego. Za ten incydent Francuz kiedy otrzymał czerwoną kartkę i ze zwieszoną głową mijał Puchar Świata opuszczając berlińską murawę.

Niemniej jednak historia z 2006 roku jest lejtmotywem książki „Sto dziesięć minut, całe życie” wydanej przez wydawnictwo Sine Qua Non. Biografię Zizou opisał Luca Caioli, dobrze znany w Polsce autor publikacji o Messim i Cristiano Ronaldo.

Caioli pokusił się o ciekawą kompozycję książki. Każdy z rozdziałów zaczyna się krótkim wstępem, relacją z finałowego starcia o złoto mistrzostw świata, dalej jednak autor opowiadział o życiu francuskiego piłkarza, w których to wspomnieniach mieszają się epoki i zdarzenia. Na bazie opowieści różnych ludzi, którzy mieli okazję spotkać na swojej drodze Zizou lub też prasowych doniesień Caioli ukazał przebieg kariery francuskiej dziesiątki. Dzięki temu przenosimy się do Cannes, gdzie zapoznajemy się z opowieścią o młodym Yazidzie marzącym o wielkim, piłkarskim świecie. Przez Bordeaux i Turyn, gdzie poznaje smak futbolu, udajemy się do Realu Madryt – galaktycznego klubu z wielkimi aspiracjami i konstelacją gwiazd wśród, których był Zinedine Zidane (w 2001 roku za 76 milionów euro przerzedł do Madrytu, zostając wtedy najdroższym piłkarzem w historii). Caioli uchylił również rąbek tajemnicy z szatni Realu Madryt, w którym grał Zidane - jakie to opowiastki zdradzać nie będę.

Siódmego maja 2006 roku Francuz publicznie ogłosił zakończenie piłkarskiej kariery, jednak biografia ,,Sto dziesięć minut, całe życie” nie kończy się na tym etapie. Publikacja zawiera także wiadomości o obecnym życiu Zidane’a, które teraz skupia się  m.in. na karierze trenerskiej. Czytelnik dowie się, dlaczego doszło do rozstania z Mourinho i jak to się stało, że znalazł się u boku Carlo Ancellottiego prowadząc Real Madryt.

Oczywiście nie zabrakło też wątku reprezentacyjnego. Z publikacji dowiadujemy się o motywach rezygnacji pochodzącego z Algierii piłkarza. Nie brakuje wspomnień dotyczących największych sukcesów Trójkolorowych, czyli triumfach podczas Mundialu ’98 i Euro 2000. Złoty dublet sprawił, że o francuskiej reprezentacji mówił każdy, a każdy młody chłopiec chciał grać jak Zidane. On sam jednak musiał mierzyć się z olbrzymią presją i wielkimi oczekiwaniami. O tym jak sobie z nimi radził można dowiedzieć się właśnie z książki „Sto dziesięć minut, całe życie”.

W porównaniu do poprzednich książek Caioli’ego książkę o Zidanie czyta się przyjemnie i szybko. Może i historia jest opowiedziana trochę banalnie, ale obyło się bez dłuższego przynudzania i koloryzowania jakim to cudownych piłkarzem nie był Zidane. Być może dlatego, że to po prostu prawda i autor akurat tej tezy udowadniać nie musiał. Plusem biografii są także wywiady z osobami, które naprawdę miały coś do powiedzenia - Vincente del Bosque, Marcello Lippi czy Lillian Thuram.

Cytaty z książki:

„Pewnej nocy, o trzeciej nad ranem, obudziłem się nagle i z kimś rozmawiałem… Jednak nikt, nawet moja żona, nie wie z kim. I nie wyjawię tego do końca moich dni. To zbyt mocne. To zagadka, to prawda, ale nie rozwiążecie jej. To ktoś, kogo nigdy nie będziecie mogli spotkać. Nawet ja nie potrafię sobie tego wyjaśnić. Ta osoba istnieje, ale pochodzi z bardzo daleka. Podczas spędzonych z nią godzin podjąłem decyzję o powrocie”

„Nie robię nie wiadomo czego, bawię się ze swoimi synami. Co jakiś czas oglądam film. Czytać nie czytam, wolę posłuchać muzyki: r’n’b, klasyki bardzo lubię Pavarottiego, Bocellego, Ramazzottiego, a także piosenki prowansalskie. Jeśli wychodzę, to po to, żeby pójść do restauracji albo obejrzeć jakiś spektakl razem z żoną i dziećmi”.

„Przepraszam dzieci, które to oglądały. Moje zachowanie jest niewybaczalne. Nie jest to coś, co należy robić. Chcę to powiedzieć głośno i wyraźnie, ponieważ widziały to dwa czy trzy miliardy ludzi, w tym miliony dzieci. Ich oraz ich wychowawców proszę o wybaczenie. Sam mam dzieci, wiem, co mówię, nauczyłem je, że nigdy nie wolno się bić, a taki gest jest niedopuszczalny”.

„Uważa pan, że w finale mistrzostw świata, na dziesięć minut przed końcem swojej kariery, zrobiłbym coś takiego dla przyjemności? Chcę powiedzieć, że zawsze mówi się tylko o reakcji. Oczywiście, to jest karalne i powinno zostać ukarane. Jednak nie ma reakcji bez prowokacji. Trzeba ukarać prawdziwego winnego, a winnym jest ten, który prowokuje".

„Sto dziesięć minut, całe życie” to opowieść o dziecku, który wychowywał się w biedzie, dla którego futbol był całym jego życiem, sposobem na trudne czasy. Książka opowiada o chłopcu, który pragnął zostać wielkim piłkarzem, który wspiął się na piłkarski szczyt. Takich futbolowych życiorysów było wiele, ale ta jest wyjątkowa, bo Zidane był wyjątkowym piłkarzem, ale co ważniejsze wciąż jest wyjątkowym człowiekiem. I o tym jest też ta książka, o Zizou – człowieku. Skromnego, uczciwego, honorowego, niezatracającego się w luksusie, o wielkim sercu, skorego do pomocy.

Nikomu nie trzeba też udowadniać, że był najlepszym piłkarzem. Dla Davida Beckhama, Zidane to najlepszy zawodnik, z jakim grał. Thierry Henry porównał Zidane’a do Boga, dla Platiniego był królem kontroli nad piłką i podaniami. A Franz Beckenbauer uznał Zidane'a za jednego z najlepszych zawodników w historii piłki nożnej. Lepszej rekomendacji o tym, jakim geniuszem był Zizou nie potrzeba.

Myślę, że moja rekomendacja odnośnie biografii również jest zbyteczna! „Sto dziesięć minut, całe życie” to książka, którą koniecznie trzeba przeczytać. I starsi i młodsi, fani Realu i Barcelony i ci, którzy kochają Francję i lubują się we Włoszech. Ja się nie rozczarowałem, kto wie może dlatego, że uwielbiałem Zizou i na podwórku biegałem w Trójkolorowej koszulce z numerem 10 na plecach…

Moja ocena: 3,5/5

,,Zinédine Zidane. Sto dziesięć minut, całe życie”, Luca Caioli, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013


czwartek, 28 listopada 2013

Jak trwoga to do... Glinki, Gosi Glinki



Małgorzata Glinka wraca do kadry. To już pewne! Maggie zagra w kwalifikacjach do MŚ, które rozegrane zostaną na początku stycznia 2014 roku w Łodzi. 

Medialne doniesienia pojawiły się już jakiś czas temu, więc raczej nie jest to decyzja zaskakująca. Bo kiedy Gosia musi, że się waha, to w większości przypadków oznacza to dobre wiadomości J
Moja pierwsza reakcja, bo zapoznaniu się z tą wiadomością to po prostu: WOw! Super! Bardzo mnie ucieszyła, jednak im więcej o tym myślę, tym uśmiech na mojej twarzy staje się coraz węższy. Ale może najpierw o dobrych aspektach powrotu Gosi do kadry. 

Nie ulega wątpliwości, że pod względem sportowym, ale i mentalnym to będzie wzmocnienie.  Glinka, w jakiej by nie była w formie jest tej reprezentacji w stanie pomóc. A nie od dziś wiadomo jaki mamy problem apozycji lewoskrzydłowej.  Inny plus. Glinka zadziała jak magnez. Wraz z nią przyjdą pozostałe siatkarki, które z różnych względów w tej kadrze nie wystąpiły w poprzednich sezonach. Glinka dała sygnał: skoro ja mogę grać i powiedzieć ostatnie słowo, to Wy też powinniście! 

Brawa należą się samej zawodniczce, że jeszcze raz chce zagrać w reprezentacji, baa po prostu jej pomóc, widząc to, co się ostatnio z nią dzieje. Musimy sięgnąć po koło ratunkowe, jakim jest Maggie. Wielki szacunek i olbrzymie brawa, za jeszcze kolejny akt poświęcenie i fakt, że losy naszej ekipy nie są Gosi obojętne.

I niestety korzyści się kończą. Dlaczego takiej jak Glinka dać spokój, podziękować jej za te wszystkie lata i pozwolić z godnością odejść z kadry...
Fot. Newspix, Piotr Matusiewicz
Czy będzie to jednorazowy występ tylko na kwalifikacje? Trudno mi sobie to wyobrazić i łudzę się, że tak nie będzie. Wywalczyć awans w jednym składzie, a na same MŚ pojechać w innym. Gdzie sens i logika? Przede wszystkim jeśli chodzi o budowanie składu. One na parkiecie powalczą o bilety, a na wycieczkę pojadę te, które grzeją ławę w klubach. 

Gdzie koncepcja Makowskiego o budowaniu składu na igrzyska? Nie ma, a teraz wiemy, że nigdy nie było. A ten ruch pokazuje, tylko jak w swoim działaniu pogubił się Makowski i PZPS zmieniając gorszych na jeszcze gorszych szkoleniowców.

Fakt faktem jeśli te zawodniczki zagrają też na MŚ, a nawet zadeklarują swój udział w walce o igrzyska to w porządku. Ale takiej pewności nie ma. A jednorazowy udział najlepszych siatkarek ma po prostu zamydlić oczy kibicom, że z żeńską siatkówką nie jest tak źle. Bo brak awansu na MŚ byłby katastrofą… i Całkowitym porzuceniem w głęboką otchłań, z której nieprędko byśmy się wydostali.

Nie mogę się nadziwić, do czego to doszło, że obawiamy się Szwajcarek, Hiszpanek i Belgijek. Co pokazuje, że naprawdę nie ma wiary w nasza kadrę i nie ma na nią żadnej koncepcji na najbliższe lata. Po co szukać następczyń Glinki, przecież można powołać samą Glinkę. Ale czas Gosi biegnie nieubłaganie i wiecznie grać nie będzie.

Owszem Glinka i spółka wywalczą awans, jakieś tam punkty w rankingu zdobędziemy, ale na MŚ zagrają panie, no właśnie, które sportowo odbiegały poziomem od swoich koleżanek, ale podróż do Włoch będzie zaliczona. A co ciekawe, na MŚ musimy bronić 9 pozycji, która dzisiaj wydaje się być marzeniem. Wbrew pozorom, dzięki tym punktom znajdujemy się jeszcze na przyzwoitym poziomie w rankingu FIVB.
Jeden rok straciliśmy już na budowę składy na Rio, teraz zapowiada się kolejny. I na nic zdadzą się jednorazowe akcje jak ta z powrotem Gosi Glinki. 

Mam do niej wielki szacunek i za to, co zrobiła dotychczas i za to, co uczyniła teraz, jednocześnie gdzieś w środku ubolewam, bo gdyby chciała pomóc kadrze w walce o Londyn, to obecnie nasza sytuacja byłaby zupełnie inna, a rankingu nie bylibyśmy obok Kenii czy Algierii. Ogromnie żałuję, że wtedy nikt, z  Prezesem na czele nie namawiał Gosi. A nie ma co ukrywać, że była ona brakującym ogniwem w finałowym starciu z Turcją o olimpijskie paszporty do IO 2012. Fakt, to już historia, ale dlaczego nie wtedy, a teraz? W 2012 roku powrót Glinki byłby znaczący, a teraz? Czy ta decyzja pomoże w postawieniu polskiej siatkówki na nogi? Nie wiem. Mam jednak nadzieję, że skoro Gosia jeszcze raz weszła do tej samej rzeki, to tak szybko z niej nie wyjdzie i ewentualnie zagra jeszcze na MŚ, bo o występ Polek w Rio to ja taki pewny nie jestem…

sobota, 23 listopada 2013

Zamykam Orlen Ligę!

Witajcie! Zastanawiałem się o czym, by dzisiaj napisać. Nadrabiając zaległości natknąłem się w innych mediach na temat zamknięcia tudzież jak inni to nazywają otwarcia Orlen Ligi, czyli żeńskiego odpowiednika męskich rozgrywek Plus Ligi.

Właściwie teraz wiemy już znacznie więcej na ten zamknięcia rozgrywek, bowiem od 2011 roku Plus Liga została zamknięta bądź też krótko mówiąc żadna z drużyn nie spada z najwyższej klasy rozgrywkowej.

Dylematy w przypadku Orlen Ligi wydają się być mniejsze, ponieważ wiemy z czym to się je. Zamknięta Plus Liga przynosi więcej zysków niż strat, choć obaw przed i po tej decyzji było sporo. Czas pokazał jednak, że była to decyzja słuszna.

Tym samym nie pozostaje mi nic innego jak wysunąć żądanie: zamykamy Orlen Ligę! Zawsze byłem za równym traktowaniem kobiet i mężczyzn, a w przypadku gdy chodzi o siatkówkę to zawsze jestem za wyrównywaniem szans i nie traktowaniem siatkarek jak piąte koło u wozu.

Pytanie brzmi jednak czy wszystkie kluby z Orlen Ligi byłyby na taką decyzje gotowe. I nie chodzi mi tu tylko o kwestie finansowe, ale przede wszystkim o warunek stworzenie kobiecej Młodej Ligi dla zespołów grających w Orlen Lidze. To powinien być obowiązek. Co do hal nie powinno być problemów, bowiem większość zespołów gra w bardzo dobrych salach, jak Atomówki, Pałacanki czy łodzianki.
 
Nie martwiłbym się również o poziom sportowy, bo ten wbrew pozorom może wciąż jest daleki od poziomu europejskiego, ale na szczęście bardzo się wyrównał. A wraz z pojawieniem się na mapie siatkarskiej zespołu z Polic, optymistycznie można również patrzyć, na to co będzie się działo w Europie.

Natomiast wraz z zamknięciem ligi nie powinno iść jej rozszerzenie, na 12 zespołów Orlen Liga gotowa nie jest. Chyba, że znalazłyby się dwie pierwszoligowe ekipy, które stworzyłyby naprawdę solidne podstawy. Czy takie są? Z pewnością możliwości tkwią w Rzeszowie, aby został siatkarską stolicą Polski, Developres Rzeszów śmiało poczyna sobie w pierwszej lidze. Ponadto budżet musiałyby zwiększyć obecnie będące na końcu tabeli Orlen Ligi, czyli Pałac Bydgoszcz i PGNIG Piła.

Jest jeszcze jedna kwestia. W żeńskiej siatkówce działacze w pierwszej lidze bardzo szybko tracą cierpliwość. Było kilka klubów, które mierzyły w awans do najwyższej ligi, niestety gdy tego awansu nie udało się wywalczyć, to zaraz klub został rozwiązany, popadał w tarapaty finansowe lub też zwalniał najdroższe zawodniczki. Eliteski AZS UEK, Jedynka Aleksandrów Łódzki, Silesii Volley MOSiR Mysłowiceczy Pięciogaz Murowana Goślina to przykłady zespołów z ostatnich lat. W innym razie sponsorzy może by się nie wycofali, a działacze spokojnie mogliby budować ekipę nie w perspektywie jednego sezonu, a conajmniej trzech.

Opowiadam się za zamknięciem Orlen Ligi, albowiem wierzę, że to pomogłoby reprezentacji. A nie od dziś wiecie, że dobro żeńskiej kadry leży mi na sercu jak mało komu :)

wtorek, 19 listopada 2013

O tym, co o mnie i obok mnie

Witajcie!
Na początek przepraszam, że nie odzywałem się wcześniej, ale po prostu zabrakło czasu. Teraz też nie mam go zbyt wiele, ale pisanie notki jest lepsze niż przygotowywanie się na jutrzejszą wejściówkę :)

Nie ma lekko również dlatego, że nie dzieje się nic takiego, co dałoby mi temat do stworzenia wpisu, a sam jestem delikatnie wypruty z wymyślania czegoś nowego. Bo nowe muszę wymyślać na zajęciach, na spotkaniach Koła Naukowego Psychologii Sportu i na wpisach na fanpage'ach, które prowadzę.

Troszkę Na początek będzie tyle, że wciąż studiuję dwa kierunki i z żadnego mnie nie wywali, co uznaje za sukces :)

Nadal jest prezesem koła, które też miewa się całkiem dobrze, aczkolwiek wraz z początkiem roku jest jak zwykle kilka spraw do załatwienia. Pochwalę się, że jutro gościem będzie postać z siatkarskich parkietów. Będę rozmawiał z Dariuszem Jasińskim, sędzią z Bydgoszczy - w wolnej chwili oraz jak będzie coś ciekawego to może przemycą tu jakieś wieści ze spotkania :)

A i właściwie, rzecz najważniejsza. Wróciłem do grania! Obecnie gram w Autonomicznej Lidze w Bydgoszczy w ekipie Hirschpolu/Albert.edu.pl Bydgoszcz. Treningi, mecze,  i jeszcze raz mecze i prowadzenie strony na Facebooku zabrały mi kolejne godziny z mojego tygodnia.

I oczywiście piszę pracę, to ta wersja oficjalna dla rodziców i promotorki, a w nieoficjalnej to nadal myślę i zbieram materiały :)

Nie brakuje jednak siatkówki. Oglądam i kibicuje, ale akurat na Puchar Wielkich Mistrzyń czy teraz Mistrzów z uwagi na godziny meczów nie mam na niego czasu, ale spotkania ligowe jak najbardziej oglądam. I trzeba też się wybrać na kolejne spotkanie Transferu, coby panowie zaczęli lepiej grać :)

Trzymam kciuki za siebie i za wszystkich innych borykających się z podobnymi problemami :)


środa, 13 listopada 2013

Być kapitanem, czyli kim?

Nie interesuję się nad wyraz mocno piłką nożną, ale sprawy reprezentacji Polski wciąż mnie dotyczą, a z niezwykłą uwagę czytałem wszystkie doniesienia dotyczące kapitana piłkarskiej reprezentacji Polski Jakuba Błaszczykowskiego.

Wielu myślało, że wraz ze zwolnieniem Waldemara Fornalika, Kuba zostanie pozbawiony opaski kapitana. Nic z tego, zgodnie z zasadą trenera Adama Nawałki, Błaszczykowski wciąż kapitanem będzie, bowiem ma na koncie najwięcej występów z orłem na piersi.

Natomiast, nie od dziś wiadomo, że rola kapitana jest ważną funkcją w zespole sportowym. Nie mnie oceniać czy Kuba do tej roli się nadaje czy też nie, albowiem nie mam takich informacji. Spróbuję jednak zanalizować wybór i role kapitana w zespole pod kątem psychologicznym.

Na początek kilka uwag ogólnych. Kapitanem nie musi być najlepszy zawodnik, nie musi nim być też najstarszy. I co ważne kapitan zespołu to nie to samo, co lider. A wydaje mi się, że u niektórych ta granica wyraźnie się zatarła.

I jeszcze jedna sprawa, która mi się nie podoba to, fakt w jaki sposób dokonuje się wyboru kapitana. Żyjemy w czasach demokracji, kiedy trener nie powinien sam podejmować decyzji, kto jest kapitanem. Z różnych powodów. Po pierwsze może nie znać dobrze zawodników, i wybrać tego, który może nie nadawać się do tej funkcji. Po drugie wybierze zawodnika, który owszem może mieć dobry kontakt ze szkoleniowcem, ale z zawodnikami niekoniecznie.

Dlatego też, dlaczego zawodnicy sami nie mogą wybrać kapitana w demokratycznych wyborach? Zbiera się reprezentacja i na karteczkach po prostu wpisuje nazwisko gracza, któremu chcą powierzyć opaskę. Lepiej mieć zadowoloną drużynę niż niezadowolonego trenera...
Fot. PAP
Niegłupi jest też pomysł zaproponowany przez francuskiego szkoleniowca Laurenta Blanca, który kapitana wybierał z psychologiem sportu, który stworzył specjalny test dla zawodników. Reprezentanci Francji zaangażowali się w ten pomysł, a trener dzięki temu mógł poznać swoich zawodników i rozwiał tym samym swoje wątpliwości, komu przyznać rolę kapitana drużyny.

Warto o tym wspomnieć, bo najzwyczajniej w świecie rodzimy się z pewnymi cechami i nie łatwo je zmienić. Nie możemy nikogo zmusić do mówienia i motywowania innych jeśli nie leży to w jego naturze – niezależnie od tego, ile ma lat. To po prostu nasza osobowość.

Napisałem, że nie podejmę się oceny, czy Kuba Błaszczykowskim jest dobrym czy złym kapitanem, bo nie mam pełnego obrazu. Kapitan powinien być osobą kontaktową, być lubianym przez wszystkich, nie mieć z nikim zatargu i znaleźć czas dla każdego piłkarza na zamienienie choć słówka. To ważne w motywowaniu i wspieraniu ekipy.

Stowarzyszenie Applied Sport Psychology wyróżniła trzy podstawowe cechy dobrego kapitana:
Opiekuńczość - dbać o sukces zespołu, ale też dbanie o poszczególnych zawodników,
Dzielność - kapitan powinien być przykładem dla innych, musi ciężko pracować,
Spójność - spójna komunikacja ze wszystkimi członkami zespołu.

Kapitan musi mieć charyzmę, musi być ugodowy, łatwo nawiązywać kontakty z innymi ludźmi. Nie może przejawiać się agresją, łatwo wpadać w złość. To banały, ale to też prawdziwe stwierdzenia, jak te, że kapitan powinien mieć twardą dupę i otwarty umysł, aby trudnych momentach zarówno na boisku jak i poza nim, udzielając wywiadów wiedział, co i jak powiedzieć, aby zadowolić dziennikarzy, nie przekraczając jednak zaufania drużyny.

Swoimi spostrzeżeniami, z którymi nie sposób się nie zgodzić podzielił się także Ashley Williams, kapitan reprezentacji Walii:


"Nie możesz być przyłapanym na odpuszczaniu. Po pierwsze należy robić za wzór. Musisz potwierdzać słowa czynem. Inaczej reszta zawodników nie będzie cię szanować, gdy o coś ich poprosisz.

Inny ważny element to komunikacja. Jesteś prawą ręką trenera na boisku, więc upewnij się, że każdy w zespole otrzymał przekazywane wiadomości. Mam donośny głos i ciężko pracowałem nad lepszym wygłaszaniem opinii. Nie każdemu przychodzi to naturalnie. Kapitan nie musi krzyczeć, ale czasami trzeba przekazać informację w trakcie gry.

Musisz też zmienić nastawienie. Nie koncentrujesz się już tylko na sobie. Nie pozwól też, aby liderowanie rozpraszało cię od najważniejszych zadań, w moim przypadku obrony. Trzymaj oko na tym, co dzieje się na boisku.

Bądź w dobrych relacjach z każdym w zespole. Daj innym do zrozumienia, że mogą do ciebie przyjść z każdym problemem" - cyt za: http://performance24.pl

Na koniec chciałbym poświęcić kilka słów przywództwie. Kapitan musi być też przywódcą. A dobry przywódca, to taki, który posiada pewien zestaw cech: napęd (ambicja i wytrwałość), uczciwość, motywacja do przewodzenia innym, pewność siebie, inteligencja, znajomość celów grupy, kreatywność (wyobraźnia i oryginalność) oraz elastyczność. Przywódcy nie muszą być wyjątkowymi osobami pod względem wybitnej inteligencji czy też zdolności przewidywania przyszłości, ale muszą mieć właściwy zestaw tych cech, który nie występuje u wszystkich ludzi w takim samym układzie (Jarvis, Psychologia sportu, 2003).

Jak się okazuje wybór kapitana to niełatwa decyzja, ale prześciganie się w nazwiskach, kto lepiej sprawdziłby się w tej roli, a kto nie, z pewnością nie należy do nas, obserwatorów z zewnątrz. I sprawa ta nie dotyczy tylko naszej piłkarskiej reprezentacji, taki wybór będzie czekał nowego szkoleniowca siatkarskiej męskiej kadry, a i u naszych siatkarek z opaską kapitańską ostatnimi laty były spore zawirowania. 

Jakie rozwiązanie jest najlepsze? Oczywiście złoty środek, czyli najpierw przeprowadzenie testów za sprawą, których trener może dokonać wyboru kapitana spośród kilku mających najlepsze wyniki. Bo to kapitan ma być łącznikiem pomiędzy osobą szkoleniowca, a grupą zawodników. 

sobota, 9 listopada 2013

Przedpełski pyta: grasz czy nie grasz?

PZPS za wszelką cenę chcę odnieść sukces na MŚ i wpadł na kontrowersyjny pomysł, aby ten sukces osiągnąć.  Włodarze polskiej siatkówki  podjęli uchwałę o zmianie polityki względem siatkarek i siatkarzy uchylających się od gry w reprezentacji Polski. Tym, którzy bez powodu odmówią występów w zespole narodowym, może grozić nawet zawieszenie lub utrata licencji na grę w zespole klubowym.

Temat ten wraca jak bumerang, co jakiś czas (sprawa z Anna Werblińską (wtedy Barańską) czy z Mariuszem Wlazłym), ale teraz PZPS podjął zdecydowane kroki, aby wymusić grę w reprezentacji.  Jednak większość obserwatorów i fachowców jak mantrę powtarza zdanie: z niewolnika nie ma pracownika! I pełna zgoda.

Pomysł jest dla mnie absurdalny. Przymuszanie kogoś do gry, na dobre nie wyjdzie prędzej czy później i nie chodzi tu o formę sportową, ale o atmosferę w szatni. Historia również wielokrotnie dawała przykłady, że rządy dyktatorskie i zmuszanie ludzi do czegoś, czego nie chcą robić kończy się źle.

Jak dla mnie PZPS ponownie poszedł po linii najmniejszego oporu. Zamiast karać powinien zastanowić się, dlaczego siatkarze i siatkarki odmawiają gry w kadrze i zachęcić ich do gry w reprezentacji. Może by tak zadbać o naszych kadrowiczów, zrobić dobry marketing i umożliwić im grę w reklamach, dać zarobić na kadrze nie tylko na boisku. A może by tak nagradzać kluby mające w składzie reprezentantów Polski, wtedy klub chciałby mieć takich graczy, bo miałyby profity, wtedy kadrowiczom byłoby łatwiej znaleźć pracę i kluby po prostu zabiegałyby o takich zawodników.
Fot. Agencja Gazeta
I inny pomysł. Może radykalny, ale publicznie ogłosić, kto nie chce grać w reprezentacji Polski, tak żeby kibice wiedzieli, komu tak naprawdę zależy na grze w kadrze, a występowanie z orzełkiem to świętość, a nie tylko pusty slogan. Wtedy każdy z szacunkiem podchodziłby do reprezentantów Polski, którzy poświęcają swój czas i zdrowie, by móc dawać radość biało-czerwonym fanom.

Jak zwykle niezwykle celnie o różnych decyzjach PZPS-u wypowiedziała się Katarzyna Skowrońska, która stwierdziła, że gra w reprezentacji Polski nie jest obowiązkiem, ale przywilejem i wielkim zaszczytem. I chyba od tego powinniśmy wyjść w tej dyskusji.

I PZPS właśnie powinien rozbudować system przywilejów dla tych zawodników, którzy chcą śpiewać Mazurka Dąbrowskiego i stworzyć kadrowiczom takie przywileje, gdzie gra w kadrze będzie przyjemnością, a nie odgórnym nakazem.

Pozwolę sobie na delikatną zmianę tematu i poruszę jeszcze jeden wątek budowania sukcesu na MŚ. Mirosław Przedpełski poprosił Małgorzatę Glinkę, aby ta ponownie wspomogła zespół podczas styczniowych kwalifikacji do MŚ. I właściwie wcale mnie to nie dziwi, bo o tym wspominałem, że wraz z powrotem Glinki do Polski pojawi się okazja, by jeszcze raz nakłonić ją do założenia biało-czerwonej koszulki. Przedpełski chce ratować swoją skórę i fotel Makowskiego, bo w przypadku braku awansu do MŚ, żeńska reprezentacja sięgnęłaby dna. A pomysł z Makowskim w roli trenera byłby błędem prezia.
Fot. FIVB
Najgorsze, że Glinka prawdopodobnie się zgodzi, bo kiedy mówi albo nie albo tak to zawsze później decyzja jest pozytywna. Nie wiem, czy to dobrze. Powinniśmy dać jej możliwość zakończenia kariery, przyjmująca wywalczy awans, a na MŚ pojedzie siatkarka, która w lidze grzała ławę, gdzie sens i logika? Mam również zastrzeżenia, co do samej postawy Glinki i jej zdecydowania lub niezdecydowania gry w kadrze. Uważam, że czas, w którym mogła pomóc reprezentacji minął. A ostatni turniej, w którym moim zdaniem powinna pomóc były kwalifikacje do igrzysk olimpijskich w Londynie. Śmiem twierdzić, że gdyby wtedy w Ankarze zagrałaby Glinka, bylibyśmy na igrzyskach…

W każdym razie jaką decyzję Glinka podejmie uszanują i broń Boże nie będę miał do niej pretensji, gdy w Łodzi powinna nam się noga. To nie Glinka będzie winna. Co to, to nie.  Wydaje mi się, że ewentualny powrót Glinki ma być motywacją dla pozostałych siatkarek, które nomen omen nie zrezygnowały z gry w kadrze z błahego powodu. Zaczęliśmy od rezygnacji zawodników z występowania w biało-czerwonych barwach i na tym, też stanęło. Amen.

wtorek, 5 listopada 2013

Przez Glinkę wieje nudą...

Tytuł oczywiście z przekąsem, bo od momentu, kiedy dowiedziałem się, że Małgorzata Glinka wraca do Polski i planuje zakończenie kariery w polskim klubie cieszyłem się nie miłosiernie. I wiedziałem, że nudno nie będzie.

Jednak teraz za sprawą dobrej gry Glinki OrlenLiga stała się przewidywalna. I w ciemno można obstawiać wygraną Chemika Police i liczyć, ile stracą setów, a drużyny przeciwne mogą tylko zakładać ile zdołają wygrać punktów.

Oczywiście Chemik Police to nie tylko Małgorzata Glinka, to prawdziwy dream team, z najlepszymi polskimi siatkarkami wzmocniony bardzo dobrymi zawodniczkami z zagranicy. I jak na polskie warunki został stworzony zespół, który długo może nie doznać porażki. Przede wszystkim dlatego, iż zawodniczki w nim będące gwarantują równy i wysoki poziom. Gra cała drużyna, a kiedy jej nie idzie lub kiedy jest trudna sytuacja, wtedy na boisku jest Gośka i kończy sytuacyjne piłki. W Policach nie będzie tak, jak w ubiegłym sezonie w Sopocie, gdzie punkty zdobywała tylko Rachel Rourke. Australijka mogła i pociągnęła ten wózek sama, Glinka też tak zapowiadała przed sezonem. A co się okazało po pięciu kolejkach?  Glinka jest najlepiej punktującą zawodniczką w swoim zespole.

Nie dane było mi obejrzeć wszystkich spotkań Chemika w tym sezonie, jednak poza pierwszym spotkaniem z Atomem, gdzie widać było, że Gosia bardzo przeżyła debiut po latach, Glinka prezentuje wysoką i stabilną formę, i co ważne, z każdym kolejnym spotkaniem gra coraz lepiej.

Dlatego też trudno znaleźć przeciwnika, która zdoła z Policami wygrać. Owszem to tylko sport, jednak ligowy terminarz pokazuje, iż drużyna z zachodniopomorskiego najtrudniejsze potyczki ma już za sobą. Trzeba też przyznać, że rywalki nie utrudniają policankom zadania. Ostatni rywal, Polski Cukier Muszyna przyjął zasadę, że z Chemikiem nie da rady wygrać jeszcze rozpoczęciem spotkania.
Szkoda.
Fot. interia.pl
Małgorzata Glinka wróciła w wielkim stylu do Orlen Ligi, dając popis swojej gry. Choć wciąż uważam, że stać ją na więcej i wiem, że to więcej pokaże w spotkaniach decydujących, w meczach, gdzie ważyć się będą losy mistrzostwa Polski. Niejednokrotnie, bowiem udowodniła, że jak się czegoś bardzo mocno pragnie, to można tego dokonać. Mistrzostwo Polski to jest jej cel, trofeum, o którym marzy i do którego będzie dążyć, a że jej w życiu wszystko się udaje....

Kibice z plusligowych parkietów mawiali, że kto ma/miał Mariusza Wlazłego ten miał mistrzostwo. Czy w przypadku Glinki także będzie można tak powiedzieć, poczekamy zobaczymy, choć tureccy kibice z pewnością mogą potwierdzić, że Glinka to siatkarka gwarantująca złoto.

Czy tegoroczny sezon będzie nudny? Nie wiem, czas pokaże. Ale jeśli tak, to nie będę marudził, bo dzięki temu mogłem zobaczyć Glinkę na polskich parkietach. Wielką gwiazdę siatkówki, która na zakończenie kariery chciała pożegnać się z polskimi kibicami. I choćby dlatego, będę trzymał za nią kciuki. Dziękuję!

piątek, 1 listopada 2013

Pamiętajmy o tych, których straciliśmy na zawsze...

W tak szczególnym dniu jak dziś słowa są zbędne. Liczy się pamięć. Pierwszy listopada wiąże się zadumą i wspomnieniami o tych, którzy odeszli na zawsze.

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
Teresa Swędrowska,
Stanisław Szozda,
Maciej Berbeka,
Tomasz Kowalski,
Artur Hajzer,
Nikos Samaras.
Ingrid Visser
i wielu wielu innych, którzy odeszli w ostatnich 12 miesiącach.


poniedziałek, 28 października 2013

Recenzja: "Philipp Lahm. Drobna różnica, czyli jak zostać piłkarzem" Philipp Lahm

Philipp Lahm to chyba jeden z najbardziej lubianych piłkarzy przez kibiców na całym świecie niezależnie od klubowych czy reprezentacyjnych preferencji.  I nie będę w tej kwestii wyjątkiem. Dla mnie Philipp Lahm to właśnie jeden z tych piłkarzy, którzy w moim rankingu na najsympatyczniejszego gracza są w ścisłej czołówce. Dlatego też z wielką radością przyjąłem do wiadomości, iż publikacja została przetłumaczona na język polski. Książkę, która w Niemczech wywołała spore kontrowersję zdecydowało się wydać w kraju nad Wisłą Wydawnictwo Sine Qua Non.

„Drobna różnica, czyli jak zostać piłkarzem” to książka napisana przez samego piłkarza, który szczerze i bez ogródek opowiada o historii chłopca, który biegał po rozklepanych, nierównych boiskach ligi okręgowej a trafił do jednego z najlepszych klubów świata rywalizując na pięknym i wypełnionym po brzegi stadionie z równo przyciętą i zieloną trawą.

Lahm już w przedmowie zaznacza, że „książkę taką jak ta sam chętnie by przeczytał, gdyby był początkującym zawodnikiem. Odsłania ona bowiem kulisy funkcjonowania futbolu”. Dlatego też nazywanie „Drobnej różnicy” autobiografią jest moim zdaniem trochę na wyrost. To coś na kształt piłkarskiego poradnika dla młodych adeptów futbolu. Książce Lahma z pewnością bliżej do innej publikacji wydanej przez SQN a napisanej przez włoskiego piłkarza Allesandro Del Piero „Gramy dalej” niż do dzieła napisanego przez Zlatana Ibrahimovicia.

Tym samym wszyscy, którzy spodziewają się w książce pikantnych opowieści, skandalicznych i sensacyjnych wydarzeń będą niezadowoleni. Nie oznacza to jednak, że „Drobna różnica” jest nudna. Co to, to nie aczkolwiek muszę przyznać, że jest w książce (szczególnie w jej środkowej fazie) kilka momentów, w których Lahm pisał o rzeczach oczywistych i  jasnych, używając ogólników, utartych frazesów za sprawą, których przychodziła ochota na ziewanie. Natomiast im bliżej końca tym było ciekawiej. Niemiecki piłkarz opisywał swoje relacje ze szkoleniowcami, których spotkał na swojej drodze. Nie szczędził słów krytyki dla Jurgena Klismanna, Felixa Magatha czy Louisa van Gaala. Opowiadział o reprezentacyjnych niepowodzeniach podczas Euro 2004 czy wyjaśnił tajemnicę sukcesów kadry Niemiec w późniejszych latach.

W „Drobnej różnicy” niemiecki piłkarz nie bał się podjać tematów trudnych, o których nie wszyscy mieliby ochotę mówić. Lahm poruszył zagadnienie homoseksualizmu w futbolu, zdradził tajniki prawidłowej komunikacji z prasą  i opisał w jak prosty sposób można dozować wiadomości z życia prywatnego, aby kibice i media byli usatysfakcjonowani, a zawodnik nie czuł się osaczony.

Do gustu przypadł mi również styl wypowiedzi Lahma. Wydarzenia opisywał w żołnierskich słowach. Zdania są krótkie, ale treściwe. Bez zbędnych metafor, porównań czy epitetów. W pisarskim stylu Lahma widziałem swoje odbicie, więc przyswojenie treści „Drobnej różnicy” było dla mnie łatwością. Nie ulega też wątpliwości, że spora w tym zasługa polskiego tłumacza. Michał Jeziorny stanął na wysokości zadania przede wszystkim dlatego, iż oprócz dobrej znajomości języka niemieckiego, Jeziorny bardzo dobrze zaznajomiony jest z piłkarską tematyką. Rozwiązanie idealne.

Kilka cytatów z książki:

„Najgorsze przychodzi jednak dopiero po meczu, jeszcze we Florencji (Niemcy 1- 4 Włochy). Michael Schumacher, niemiecki mistrz  świata Formuły 1, wchodzi do szatni i każdemu po kolei podał rękę. Po zakończeniu rundki bierze na bok asystenta trenera, pytając go: To chyba nie była nasza najlepsza drużyna, prawda? Ojoj… Jeśli takie słowa usłyszysz z ust pokroju Schumachera, stają się one jeszcze bardziej bolesne”.

„Pani Merkel pojawia się w naszej szatni po tym spotkaniu z Turcją, które wygraliśmy 3:0 8 października 2010 roku w Berlinie. (…) Kilku piłkarzy jest pod prysznicem kilku siedzi z nagimi torsami przed szafkami i prowadzi rozmowy, a inni suszą ekstrawaganckie fryzury. W powietrzu unosi się zapach potu pomieszany z olejkiem do masażu. Ktoś krzyczy: Uwaga! Idzie pani kanclerz wraz z prezydentem. Ci, którzy biegali wówczas po szatni na golasa, porywają pierwszy lepszy ręcznik i owijają go wokół bioder, a po chwili cała świata jest już na miejscu”.

„Jednak impreza tak duża jak mundial nie bez kozery była określana najważniejszym wydarzeniem sezonu. Powrót do normalności i sezonu Bundesligi może spowodować pewne zmęczenie, Urlop był krótki, przeżycia intensywne, a szybkie przywrócenie ciała do formy nie pozwala, aby morale i psychika zregenerowały się wystarczająco przy tak napiętym kalendarzu. Wiesz, że musisz dać z siebie wszystko, aby twój klub zdobył mistrzostwo Niemiec. Jednak twoja psychika nie jest gotowa na to, aby te życzenia przekształcić w koncentrację, zdecydowanie i pasję na boisku”.

„Reporter z „Frontu” spytał mnie, czy znam jakiegoś homoseksualnego piłkarza. Całkiem szczerze odpowiedziałem mu, że nie. Oczywiście nie miałbym problemu, gdybym spotkał piłkarza geja. Nieważne czy we własnej drużynie, czy też przeciwnej. Nie mogę jednak mówić w imieniu wszystkich swoich towarzyszy. Piłkarz gej, który zrobiłby coming out, z całą pewnością nie miałby łatwego życia. Byłby pierwszy, a media by go pożarły”
.

Książka wzbudziła w Niemczech nie lada sensację, a wiele fragmentów było już cytowanych także w naszych kraju. I być może dlatego książką nie spełniła wszystkich moich oczekiwań, ponieważ już przed rozpoczęciem czytania w zdecydowanej większości wiedziałem co się w niej znajdzie i jakie sprawy poruszał będzie niemiecki obrońca. Nie wszystko jednak było dla mnie znajome. Lahm utwierdził mnie w pewnym mechanizmie, który istnieje w świecie futbolu, sportu. Lahm prosto z mostu opowiedział, że zaangażowanie piłkarza, gra z pasją i na pełnej koncentracji zależne jest od poziomu rozgrywek. Lahm za przykład podał rywalizację Bayernu Monachium w Pucharze UEFA wyznając, że rywalizacja w tych rozgrywkach była karą!

Ponadto Lahm zwrócił uwagę na pewien problem, który dla zwykłego obserwatora wydaje się być niezrozumiały. Piłkarz stwierdził, że po zakończeniu turnieju rangi mistrzowskiej niezwykle trudno z werwą i pełnym skupieniem wrócić do gry w lidze, mimo że podczas gry w reprezentacji prezentowało się wysoką formę.

Philipp Lahm „Drobną różnicę” napisał przede wszystkim dla graczy wchodzących w zawodowy świat futbolu. Opisał o czyhających na młodego sportowca niebezpieczeństwach. Wspominał o zachłyśnięciu się sławą, kiedy ta jeszcze na dobre się nie rozpocznie podając za przykłady chłopaków, którzy po pierwszych sukcesach i olbrzymich gratyfikacjach finansowych przepadli i zaprzestali gry w piłkę nożną.

Książka jest niezwykle pouczająca, zawierająca wiele cennych wskazówek nie tylko dla piłkarzy, ale dla wszystkich rozpoczynających swoją przygodę ze sportem.  To również przewodnik dla rodziców, trenerów i wszystkich tych, którzy chcą wiedzieć jak zostaje się profesjonalnym piłkarzem. Idealna dla tych, którzy pragną odkryć gdzie tkwi i jaka jest drobna różnica decydująca o tym czy ktoś będzie ligowym przeciętniakiem czy graczem znanym na całym świecie osiągającym wielkie triumfy.

Moja ocena: 3,5/5

„Philipp Lahm. Drobna różnica, czyli jak zostać piłkarzem”, Philipp Lahm, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013


Za możliwość przeczytania dziękuję:

czwartek, 24 października 2013

Entraîneur Antiga? Non merci, czyli o siatkarzu, który trenuje reprezentacje

Tyle umiem po francusku, być może jeszcze parę słówek, ale wywiadu w tym języku to na pewno nie udzieliłbym. Co innego Stefan Antiga, nowy trener polskich siatkarzy, który miał już za sobą wywiad w języku polskim. Za naukę polskiego dla Francuza należy się szacunek, tym bardziej iż w poprzednim sezonie w Bydgoszczy, poziom znajomości polskiego przez Antigę i mój poziom francuskiego był zbliżony. Teraz, Francuz zdołał mnie wyprzedzić. Niestety, ale na znajomości naszego języka kończą się zalety trenera Antigi.

W czwartek, kiedy decyzja została oficjalnie ujawniona jest mi ciut łatwiej, bo dojrzewałem do niej od kilku dni, kiedy zaćwierkał tę wiadomość Jerzy Mielewski. Jednak wciąż pozostaję sceptyczny inaczej być nie może. A powodów jest co najmniej kilka.

Zacznę od przysłowia, w końcu one są mądrością narodu. Zamienił stryjek siekierkę na kijek. Niby w czym trener Antiga jest lepszy od trenera Anastasiego (swoją drogą jak to dziwnie brzmi), jaki jest gwarant sukcesów Francuza, których nie mógłby spełnić Włoch? Zmiana tylko dla zmiany, by udawać, że coś się robi. Chyba, że prezes Przedpełski hołduje przekonaniu, iż wraz z nowym trenerem przychodzi sukces, a potem to niech się dzieje wola nieba...

Nie od dziś wiadomo, że prezes Przedpełski lubi być modny, lubi być pierwszy, lubi być awangardowy. Natomiast ta decyzja to istne szaleństwo, gdzie od popełnienia harakiri jest tylko krok. 

Grający trener. Takie rzeczy są na porządku dziennym na poziomie amatorskim czy trzecioligowym, ale w reprezentacji narodowej - nigdy. Pomijam, że Antiga na selekcję graczy będzie miał czas po sezonie ligowym, a po tym rusza już sezon reprezentacyjny, więc ile będzie tego czasu, aby dokonać słusznego wyboru? Ktoś mi powie, że będzie się z nimi mierzył, co tydzień będzie miał przegląd graczy, a szczególnie zapamięta tych, którzy go zablokują czy zagrają asa. To jednak nie będzie gwarantem dobrej selekcji. Tym samym można spodziewać się, że trzon kadry nie ulegnie zmianie. Nadal będą te same nazwiska. Może poza jednym. Wlazłym. Dla mnie jednak wciąż jest daleko od tego, aby atakujący Skry przywdział biało-czerwoną koszulkę. Wlazłemu nie chodziło przecież o trenera, a o warunki jakie oferuje kadrowiczom PZPS.

Inna kwestia. Dla mnie najmniej frapująca, ale ważna dla sytuacji wokół kadry i całej siatkówki. Tą decyzją PZPS określił, jak głęboką w... ma polską myśl szkoleniową. Przecież mamy mnóstwo swoich młodych szkoleniowców, którzy pracują w klubach. Świderski, Bednaruk czy Stelmach mogą czuć się urażeni, bo to jest prztyczek w nos. Zadziwiające, że raz Polak jest priorytetem (żeńska siatkówka), a raz ostatecznością, do której nigdy nie dojdzie (męska kadra).

Fot. Agencja Gazeta
Próbowałem poszukać pozytywów w wyborze nowego trenera. Plusem jest fakt, iż obok Antigi będzie Philippe Blain. Doświadczony, obyty w świecie trenerskim, o sporym warsztacie i olbrzymiej wiedzy trener. Tyle plusów, bowiem ostatnie poczynania Blaina z kadrą Trójkolorowych były średnio udane - delikatnie mówiac, albowiem brak awansu do IO i w Pekinie i w Londynie spowodowało, że Francja stała się siatkarską drugą ligą. 

Zastanawia mnie czy to Blain będzie pociągał za sznureczki, a Antiga jest pierwszym ze względu na obowiązki, które pełni Blain w strukturach FIVB uniemożliwiające mu prowadzenie kadry. Ile w tym prawdy nie wiadomo. Jeśli jednak okaże się to prawdą. To ciekawe, kto i jak długo wytrzyma w takiej materii, i kiedy rozpoczną się pierwszy zgrzyty. 

Aaa i jest jeszcze jedna dobra wiadomość. Dobra wiadomość dla... polskich siatkarek. Teraz już nie mają prawa narzekać, że panowie mają trenera z górnej półki. Ot, taka pozytywna szkoła myślenia :)

I już zupełnie na koniec. Jeszcze wkurza mnie to, jak wszyscy pozytywnie wypowiadają się o Antidze. Owszem też go lubię, cenię, podziwiam i biłem brawo dla jego zagrań, ale na boisku, a nie na ławce trenerskiej. Tam nie mam czego oceniać. A wszyscy próbując bronić tej decyzji podkreślają klasę Antigi, ale Antigi - zawodnika, a nie szkoleniowca. Nie od dziś wiadomo, że znakomity siatkarz nie musi być znakomitym trenerem. To nie zawsze idzie w parze. Dlaczego jednak my mamy być poligonem doświadczalnym dla Stefana? Jaki jest sens, aby u nas Antiga prowadził szkoleniowe eksperymenty?

Kilka słów o jeszcze jednym dość intrygującym zdarzeniu. Mianowicie w mediach nie pojawiają się, żadne wypowiedzi reprezentantów Polski. Zastanawiające.


Fot. PAP

wtorek, 22 października 2013

Jak rozegra to Milena Radecka?

Jeśli chodziłoby o spotkanie o punkty to wiadomo, że na lewe skrzydło, ale w dzisiejszym poście nie będziemy poruszać stylu rozegrania Mileny Radeckiej, a okoliczności, iż do tej pory nie znalazła klubu.

Właściwie nie powinno mnie to obchodzić, ale gdy zorientujemy się, że Radecka była/jest podstawową rozgrywającą reprezentacji Polski to już jej problem, może być problemem kibiców, ale przede wszystkim trenera Makowskiego.

Sytuacja, w której reprezentantka kraju pozostaje bez przynależności klubem jest tragiczna, ale i komiczna. Dobrze wróży na przyszłość kadry, gdy grać w niej będzie zawodniczka, która od jakichś pięciu miesięcy nie znalazła sobie nowego klubu. Pytanie: dlaczego? Odpowiedzi może być kilka. Czyżby wreszcie poznano się na rozegraniu polskiej zawodniczki i nikt po prostu nie jest zainteresowany jej czytelną grą. A może Polka posiada tak wygórowane ambicje finansowe, że żaden z klubów nie był w stanie im sprostać albo ma tak kiepskiego menedżera, który nie potrafi znaleźć klubu...

Jeśli bliżej przyjrzymy się karierze Mileny to zobaczymy, że jej z wyborem klubu nigdy się nie spieszyło, zawsze wybierała klub grubo po zakończeniu rozgrywek ligowych. Czy tym razem podobnie chciała zaczekać do końca czekając na dobrą ofertę, a najzwyczajniej w świecie się przeliczyła? Po słabych występach w reprezentacji nic dziwnego, że żaden z klubów europejskich nie chciał mieć Polki w swoich szeregach. Zdaje się to być poważny problem, z uwagi na fakt, iż czołowe zespoły w różnych ligach w Europie czy na świecie mają już zamknięte składy, a bardzo rzadko zdarza się, by w klubie znalazło się miejsce dla trzech graczy na pozycji rozgrywającego.

Fot. siatka.org
W takim razie czy jest jakaś szansa na występy w tym sezonie? Patrząc na, to co wyprawiają rozgrywające w niektórych klubach OrlenLigi myślę, że tak. I jeśli Milena chce grać warto wysłać swoje CV do Dąbrowy Górniczej, bo zarówno Kaczmar jak i Katić to nie poziom dla drużyny walczącej o mistrzostwo Polski i dobry rezultat w Lidze Mistrzyń. Rozgrywająca przydałaby się także w Pile, bo z Kajzer i Archangielską może być trudno włączyć się o walkę o coś więcej niż utrzymanie. Radecka trenowała w Legionowie choć tam szanse na angaż są niewielkie. Na Serbkę narzekać nie można, a i Kinga Bąk w poprzednim sezonie pokazała, że jest w stanie poprowadzić zespół.

Czas leci, choć okienko transferowe otwarte jest wyjątkowo długo, jednak pozycja rozgrywającej jest specyficzną pozycją i im wcześniej dołączy się do drużyny tym lepiej. Liczę, że Milena Radecka znajdzie, w końcu klub gdzie będzie mogła grać.

Jest jeszcze jedna kwestia, której nie wziąłem pod uwagę. Być może siatkarka postanowiła zostać mamą i iść na urlop macierzyński. Jeśli tak to sprawa sama się rozwiązała, bo w takim razie Mileny w reprezentacji nie będzie, i rzeczywiście w takim przypadku nie powinno mnie to obchodzić.