wtorek, 11 grudnia 2012

Przyszła pora na zwierzenia - cz.IV

Aby nie krążyć wokół tych samych tematów i ciągle wytykać jakieś usterki przyjdzie mi się z Wami podzielić kolejnymi wspomnieniami ze sportowymi akcentami w tle.

Czas na czwartą już część moich zwierzeń. W poprzednim wpisie udało się dotrzeć do siatkarskich, niezwykle szczęśliwych momentów z 2003 roku. Jednak w sporcie jak w przyrodzie musi zostać zachowana równowaga, tym samym pojawiły się smutne incydenty. Pierwszy z nich był nawet dramatyczny. Adam Małysz doznał bardzo groźnego wypadku. Nasz mistrz stracił przytomność, ze skoczni zabierała go karetka a chyba każdy w telewizji śledził doniesienia dotyczące zdrowia nasze skoczka. To był również chyba taki moment, w którym uświadomiłem sobie, że sport potrafi być brutalny, a skoczkowie tudzież inni sportowcy ryzykują swoje życie dla osiągnięcia swoich celów, ale też sprawienia przyjemności kibicom.

Mniej brutalny, ale jednak niespodziewany był brak awansu polskich piłkarzy na Euro 2004. Po występie na mundialu dwa lata wcześniej, mistrzostwa Europy miały przynieść potwierdzenie poziomu polskiego futbolu. Niestety zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Szczególnie dwa mecze utkwiły mi w pamięci. Pierwszy z nich to potyczka z Łotwą u siebie na początku eliminacji. Porażka 0:1 i już nasza sytuacja wyglądała nie najlepiej. Ten mecz okazał się być kluczowym, bowiem nie potrafiliśmy wygrać ze Szwedami (to właśnie lanie 0:3, nie chce wylecieć z mojej pamięci). Wydawało się, że trafiliśmy do dość łatwej grupy, a mimo to nie udało nam się jednak zająć drugiego miejsca (pierwsze zdecydowanie przypadało Szwedom). Trzeba przyznać, że wpływ na to miała niespodziewana porażka pewnych awansu Szwedów w ostatnim meczu z Łotwą. Gdyby Łotysze nie wygrali, to my zagralibyśmy w barażach. Ostatecznie to oni cieszyli się z wyjazdu do Portugalii.

Tak jak czternaście innych ekip, które zmierzyły się o końcowy triumf w mistrzostw Europy, którymi gospodarzami byli Portugalczycy. Wydawać by się mogło, że turniej ten nie powinien wzbudzić zainteresowania, było jednak zgoła odmiennie. Wszystko to za sprawą wspólnej pasji mojej i kilku moich kolegów z gimnazjum (pozdro dla Was!). Czas ten spędzaliśmy na klasowej wycieczce. Tak więc, zamiast zwiedzenia, przelewał się sok i toczyliśmy długie dyskusje do białego rana. Wszystko to za sprawą wyczekiwania na wyniki w napięciu. Były to czasy, kiedy internet nie był w każdej komórce, telewizora w pokoju nie mieliśmy, więc albo chodziło się do świetlicy albo słuchało się radia bądź też czekało się na smsy od brata, taty czy kolegi.

Jakie były moje preferencje, komu kibicowałem? Mocno ściskałem kciuki za Portugalczyków i prawie się udało... Grecy okazali się fantastyczną ekipą, która zaskoczyła cały futbolowy świat. Te mistrzostwa, chyba wszyscy zapamiętają, bowiem mecz otwarcia i finał był taki sam (Portugalia kontra Grecja). A przede wszystkim wygrała drużyna, która miała nie wyjść z grupy. Futbol okazał się piękny i nieprzewidywalny. Dlaczego Portugalia? Grał tam Luis Figo, jeden z moich ulubionych piłkarzy. Wiedziałem, że po ME zawiesi buty na kołku, więc chciałem aby zakończył je ze złotem i odszedł w glorii chwały (historia pokazała, że Figo na chwilę wrócił i grał w eliminacjach do MŚ i samych MŚ w 2006 roku). A i to właśnie na stadionach Portugalii pojawił się Cristiano Ronaldo, ale kto się wtedy nim interesował - w każdym razie nie ja.

Fot. londyn2012.wp.pl
Nie był to tylko rok futbolu, bowiem w tym samym roku co mistrzostwa Europy odbywają się również letnie igrzyska olimpijskie. Te w 2004 roku rozgrywane były w Atenach. Choć nie było znaczącej różnicy czasu ( jedna godzina do przodu), to nie śledziłem wszystkiego od pierwszej do ostatniej relacji. Nadal były to najważniejsze wydarzenia. I tym samym (o zgrozo, jak to się mogło stać) nie oglądałem wszystkich meczów polskich siatkarzy na IO. Na pewno nie oglądałem pierwszego meczu - wygranego z Serbią i Czarnogórą (mistrzami olimpijskimi z Syndey!), dopiero po latach mogłem delektować się tym spotkaniem. Spotkanie z Francją pamiętam jak przez mgłę, bardzo dobrze natomiast przypominam sobie mecze z Tunezją i Argentyną i ten cholerny przegrany mecz z Grekami. Ćwierćfinał z Brazylią też. Pamiętam go, pamiętam Gibę jak nas bił, pamiętam jak Kanarki tańczyły sambę, a my nic nie mogliśmy zrobić, walczyliśmy, ale to było za mało... Pamiętam też, że było dość późno, oglądałem to spotkanie w ciszy i spokoju, od czasu to czasu dewastując poduszkę.

Jeśli jednak ktoś zapytałby mnie z czym kojarzą mi się igrzyska w Atenach odpowiedziałbym z całą stanowczością, że z Otylią Jędrzejczak. To była jej impreza, jej czas... Złoto i dwa srebrne medale. Polska zakochała się w motylku, Polska zakochała się w pływaniu. Muszę przyznać, że gdy oglądam filmiki z wyścigów Otylii w Atenach, to nadal się wzruszam i ściska mnie w gardle.

Prawdziwe emocje przeżywałem także podczas walk Sylwii Gruchały na planszach szermierczych. Nie oszczędzała nas także Anna Rogowska i Agata Wróbel. Wiele natomiast mówiło się o Robercie Korzeniowskim. I ponownie wyrażę swoją radość! Jestem szczęśliwy, że mogłem oglądać jak popularny Korzeń przechodzi do historii polskiego sportu zdobywając czwarty złoty medal w chodzie.

Lato było długie, dostarczając mi wielu sportowych emocji. Najgorsze w igrzyskach jest to, że nadchodzi moment, kiedy gaśnie znicz i trzeba poczekać kolejne cztery lata, by móc dopingować wszystkich polskich sportowców jednocześnie. Uspokajam Was jednak, że Wy - drodzy Czytelnicy na kolejny wpis nie będziecie musieli czekać tak długo!

Wszystkiego dobrego!

1 komentarz:

  1. Moje sportowe wspomnienia tego okresu nie łapią, a więc bardzo fajnie czyta się takie wspomnienia... Heh jak pisałeś o tym tańczeniu samby na IO to aż mi łzy w oczach stanęły..

    OdpowiedzUsuń