piątek, 18 maja 2012

Przyszła pora na zwierzenia - cz.II

Witajcie. Jako, że na razie chwilowa cisza i nie dzieje się nic takiego, co wymagałoby mojego komentarza uraczę Was kolejną porcją mojej opowieści. Oczywiście poza inauguracją Ligi Światowej i pierwszego spotkania polskiej reprezentacji już w sobotę (godz 2.00). Na początek Brazylia. O tych meczach, może jednak jak będzie co oceniać i komentować.

Ponownie zdradzę kilka szczegółów z mojego uwielbienia do sportu.
Pierwszą część zakończyłem na 2000 roku i igrzyskach w Sydney. 

Natomiast początek mojej fascynacji dla danej dyscypliny  rozpoczął się jeszcze w zimie tego samego roku. Nie będę zbyt oryginalny, ale mnie wtedy także zaczynała łapać małyszomania. Dotychczasowe zimy zimowałem od sportu . Zmieniło się to wraz z nadejściem Adama Małysza. Z zapartym tchem oglądałem skoki Małysza, dmuchałem w ekran telewizora i krzyczałem: Leć Adam, leć!. Sezon 2000/2001 był moim początkiem od kiedy w ogóle zacząłem interesować się skokami.  Nie ominęło mnie to szaleństwo i grywałem w skoki narciarskie. Co więcej budowałem skocznie w dwóch rozmiarach: taką w domu z klocków Lego, gdzie skoczkami były legowe ludzki. Była także skocznia z ubitego śniegu desek itp. Rekord tej skoczni nie był zbyt oszałamiający (skocznia K2, może ciut mniej). Bo nie muszę natomiast wspominać o skokach z huśtawek, pewnie też tak robiliście. Na jednej z nich miałem nawet swój rekord. Niezwykłę przeżycia, konkursy indywidualne drużynowe, zawody z innymi blokami, dzielnicami. Bywało zabawnie, ale też niestety dramatycznie. Na szczeście ja wychodziłem ze „skoczni” cały i zdrowy. Nie kojarzę jednak, czy śledziłem wszystkie konkursy w telewizji – chyba jeszcze nie. 

Nadal jednak wiodącą dyscypliną była piłka nożna, a prawdziwe epicentrum i futbolowe szaleństwo miało nadejść. Eliminacje do mundialu w 2002 roku. To podczas nich Polska, świat usłyszało o Emmanuelu Olisadabe. Przywołując tamto wydarzenia z pamięci pamiętam tylko najważniejszy mecz biało-czerwonych, czyli wygrane spotkanie z Norwegią 3:0. Polska zapewniła sobie awans na mistrzostwa świata w 2002 roku i w naszym kraju zaczęła się gorączka i pompowanie balonika. Pamiętam, że na podwórku prawie każdy z nas miał koszulki Polski, furorę robiła ta z napisem Olisadebe (sam taką miałem), był też Dudek czy Żurawski czy Krzynówek. 
Fot. news-poland.com
Za nim jednak mundialowi szaleństwo, wcześnie były Igrzyska Olimpijskie.  Były to moje pierwsze zimowe igrzyska, które oglądałem. Miałem spore nadzieje na dobre igrzyska dla Polaków, c wszystko za sprawą jednego nazwiska. Adam Małysz narobił nam apetytów i zaciągnął miliony przed telewizorami. Ja również byłem tego świadkiem. Nie oglądałem jednak całych igrzysk. Nie mogło zabraknąć skoków narciarskich z naszym mistrzem. Bardzo przeżywałem tamte zawody i odczułem także pierwsze rozczarowanie. Liczyłem, że w końcu będziemy mieć upragnione złoto po tylu latach… Niestety Małysza dwukrotnie wyprzedził niesamowity Szwajcar Simon Amann (a na normalnej skoczni jeszcze Sven Hannawald). Ponadto bardzo mocno w pamięci utkwił mi bieg Jagny Marczułajtis (półfinał slalomu równoległego). Szansa na medal było tak blisko. Gorączka mediów udzieliła się także mnie i bardzo mocno trzymałem kciuki za polską snowbordzistkę, niestety Marczułajtis wypadła z trasy i marzenia o medalu prysły…  Za sprawą telewizji po raz pierwszy usłyszałem o Ole Einarze Bjorndalenie. Jednakże, wtedy jeszcze nie za bardzo zdawałem sobie sprawę jak wielka to jest osobistość. Wiedziałem tylko, że w Salt Lake City zdobył cztery złote medale.

Niemal zakończyły się igrzyska a już rozpoczęło się piłkarskie szaleństwo. Muszę stwierdzić, że wtedy byłem zafascynowały piłką do reszty. Plakaty, gazety naklejki, piłki wszystko, wszystko co było na związane z futbolem. Po raz pierwszy mogłem przeżyć wielką piłkarską imprezę. To było coś. Miałem dopiero 12 lat a moi idole jadą na Mundial. Pamiętam wszystkie trzy mecze, ale smutek był ogromny, ale po kolei. Pierwsze starcie z Koreą pomaga mi pamiętać Edytka Górniak i jej wykonanie hymnu. Wydawało się, że mimo tego Polacy dadzą radę. Pierwszy mecz naszej kadry oglądałem z bratem u mojej ciotki (dlaczego akurat tam? Wbrew pozorom ten Mundial był dla mnie przykry przede wszystkim z powodów osobistych. I na tym poprzestańmy. Wybaczcie, aż tak bardzo się nie otworzę). Gospodarze bardzo szybko sprowadzili naszą kadrę na ziemię, a mój zapał do kibicowania malał z każdą minutą tego spotkania. Mecz otwarcia 0:2. Za kilka dni kolejne starcia i tzw. mecz o życie. Rywalem piekielnie mocna Portugalia (jeszcze bez Christiano Ronaldo, ale z Figo czy Pauletą). Ten mecz oglądałem w szkole na lekcji historii. Tak, tak taką mieliśmy dobrą panią! Serdecznie ją pozdrawiam z tego miejsca! To był pierwszy mecz, kiedy oglądałem to spotkanie ze znacznie większą grupą niż rodzina. Niespodzianki nie było 0:4 w plecy i jedziemy do domu. Tyle będzie z tego mundialu. Będąc jeszcze wtedy prawdziwym kibicem piłkarskim zobaczyłem także mecz o honor. Bez emocji, na luzie i spokojnie podobnie do tego spotkania podeszli też, chyba nasi piłkarze, którzy niespodziewanie wygrali z reprezentacją Stanów Zjednoczonych 3:1. Miłe pożegnanie, ale teraz gra toczy się bez nas. Co pamiętam z mundialu 2002? Z perspektywy czasu chyba, niewiele. Pamiętam jak sędziowie przepychali Koreańczyków do kolejnych faz. Zapłakanych Hiszpanów, którzy powinni wygrać spotkanie właśnie z gospodarzami, rewelację turnieju, czyli Turcję (ostatecznie 3.miejsce) grającą bez pardonu, bez kompleksów i bardzo efektownie. Szlagierowe spotkanie ćwierćfinałowe Anglia – Brazylia, co ciekawe kibicowałem, wtedy Anglikom. What the f***? Nie pytajcie mnie dlaczego J I finał pamiętam! Jokohama, 30 czerwca starcie Niemców z Brazylią. Olivier Kahn nie powstrzymał Ronaldo, który zagrał fantastycznie w finale; strzelił dwa gole, a w całych mistrzostwach aż osiem. 

Piłki nożnej w wykonaniu naszej kadry nie zabrakło. Rozpoczęły się, bowiem mecze eliminacyjnie do mistrzostw Europy w 2004 roku. O nich szerzej opowiem, jednak kiedy przyjdzie pora na turniej główny.
Dalsza część wakacji spokojna, znowu przyszła pora na Małysza, który robił swoje zyskując coraz większą popularność, a zjawisko małyszomanii nasilało się. 

Spowiedzi wystarczy. Dziękuję za uwagę. Myślałem jednak, że uporam się z tym znacznie szybciej. Chodź im wydarzenia świeższe, tym więcej się działo, a przede wszystkim więcej pamiętam. Na szczęście niedługo pierwszy kontakt z siatkówką, więc co poniektórzy nie będą się nudzić.

3 komentarze:

  1. Choć w 2002r. miałam siedem lat każdy mecz reprezentacji Polski obejrzany z rodzeństwem ciotecznym, każdy uśmiech na widok gry Emauela Olisadebe pamiętam jak dziś. Tamci ludzie tworzyli historię, której karty powoli są zamykane.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba każdy był ogarnięty małyszomanią ;) Tych emocji, trzymania kciuków i dmuchania w telewizor zapomnieć się nie da.
    Co do mundialu to najbardziej utkwiło mi w pamięci (oprócz oczywiście hymnu) wspólne oglądanie meczów w szkole ;) nasi panowie wuefiści zamiast zabierać nas na salę gimnastyczną zabierali nas na świetlicę. W końcu oglądanie meczu i kibicowanie to też obcowanie ze sportem ;)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piłka nożna nigdy mnie specjalnie nie kręciła, ale wszelkie mistrzostwa lubię pośledzić. Za to Małyszomania ogarnęła mnie - stety czy niestety - wraz z całym tym "boomem" na bułkę z bananem. W ogóle moje kontakty ze sportem zwykle odbywały sie przez jakiś boom (i, o dziwo, nie do końca z siatkówką tak było:) - a to dlatego, że w moim domu nie było kibiców. Ale za to Stochomania to już coś mojego, własnego - zaczęła się w Pragelato w 2005 r. i przez lata mierziło mnie gadanie komentatorów, że w naszych skokach jest tylko Adam - fakt, taki mistrz na razie jest jeden, ale Kamil ma jeszcze szanse na fajne sukcesy.

    OdpowiedzUsuń