wtorek, 22 maja 2012

Siatkarska Liga Mistrzów - bojkot potrzebny od zaraz

Na początek słów kilka o pierwszym weekendzie Ligi Światowej z udziałem polskich siatkarzy. Cieszy wygrana z Brazylią, ale pozostał niedosyt, martwi porażka z Finlandią, ale nie ma co robić dramatu. Oli -Pekka Ojansivu nie będzie miał już meczu życia w starciu z nami, w meczu z Kanadą zadanie zostało wykonane, czyli 3 punkty trafiło na punkty polskich siatkarzy. Przede wszystkim widać spore wahania formy, zarówno całej ekipy jak i poszczególnych siatkarzy. To jednak w takim okresie nic nienormalnego. Pierwszą kolejkę kończymy jako liderzy grupy i oby tak pozostało do końca.

Wpis ten będzie o siatkówce klubowej, a konkretniej rzecz biorąc o europejskich pucharach, a jeszcze szczegółowiej to o Lidze Mistrzyń.

CEV poinformowało w poniedziałek o przyznaniu dzikich kart. Za sprawą dzikiej karty w Lidze Mistrzyń zagra ZAKSA Kędzierzyn Koźle (U pań kartę otrzymał zespół Banku BPS Muszynianki Fakro i będziemy mieć trzy zespoły w Lidze Mistrzyń) i będzie trzecim polskim zespołem w tych rozgrywkach (obok Resovii i Skry). Nie ubolewam z tego powodu, wręcz przeciwnie bardzo dobrze, że tak się stało, że będziemy oglądać aż sześć polskich zespołów.To tyle dobrych wieści.

Niestety włodarze CEV zdecydowali się zwiększyć liczbę drużyn uczestniczących w męskim turnieju z 24 do 28. Nie wiem skąd, nie wiem dlaczego, ale ma to zwiększyć atrakcyjność tych rozgrywek. Szanowny pan Andre Meyer mówi: Jeśli kryzys finansowy ma jakiś wpływ na sport, to siatkarska Liga Mistrzów wciąż pozostaje doskonałą możliwością na rywalizowanie z najlepszymi oraz wspiera siatkówkę w każdym z europejskich krajów. Poszerzenie turnieju o nowe zespoły to krok do tego, by ostatecznie grały w niej 32 kluby, przy utrzymaniu najwyższego poziomu.

Mocno powątpiewam! To może CEV zaczął by płacić zespołom godziwie pieniądze, nie wspominając już o najwyższym poziomie. Na pewno Remat Zalau, Tomis Constanta czy Marek Union-Ivkoni Dupnica nie wspominając o jeszcze innych wynalazkach zagwarantują poziom godny Ligi Mistrzów. Jak dla mnie to strzał nie w stopę, a w głowę.


Chyba wszyscy pamiętają spotkania Skry Bełchatów z rumuńskim Zalau. Siatkarze z Rumunii nie byli w stanie w żadnym setów zbliżyć się do granicy 20 punktów.  Nie było to porywające i interesujące widowisko, wręcz przeciwnie odechciewało się oglądać, bowiem siatkówki było jak na lekarstwo.
Jak dla mnie żaden to rozwój tych drużyn, a popularności  także drużynom to nie przyniesie, nie wspominając o chwale lokalnych kibiców. Przegrywać seta do 9 nie będzie przyjemnie również dla siatkarzy. Siatkarska egzotyka obieca nam puste hale, ewentualnie ci, którzy już się zjawią przywitają ekipy racami, nie zabraknie też nieogrzanych hal, fatalnej transmisji telewizyjnej, a ponadto do rozegrania będzie więcej meczów o pietruszkę dla siatkarzy.

Dalej pan Meyer jeszcze bardziej się ośmieszył twierdząc:  Zebraliśmy najsilniejsze zespół z całej Europy i już nie możemy się doczekać startu tych rozgrywek.

Albo Prezydent CEV-u nie zna się na siatkówce i nie ma bladego pojęcia, o tym co się dzieje w europejskiej siatkówce. Najsilniejsze zespoły? Kpina i Kłamstwo.  Nie wiem dlaczego zespoły z najsilniejszych lig nie zdecydowały się na swój turniej, bo to co robi CEV zakrwawia o skandal. Byle jak byle kasa była. Ale tylko dla biurokratów, a nie siatkarzy.

piątek, 18 maja 2012

Przyszła pora na zwierzenia - cz.II

Witajcie. Jako, że na razie chwilowa cisza i nie dzieje się nic takiego, co wymagałoby mojego komentarza uraczę Was kolejną porcją mojej opowieści. Oczywiście poza inauguracją Ligi Światowej i pierwszego spotkania polskiej reprezentacji już w sobotę (godz 2.00). Na początek Brazylia. O tych meczach, może jednak jak będzie co oceniać i komentować.

Ponownie zdradzę kilka szczegółów z mojego uwielbienia do sportu.
Pierwszą część zakończyłem na 2000 roku i igrzyskach w Sydney. 

Natomiast początek mojej fascynacji dla danej dyscypliny  rozpoczął się jeszcze w zimie tego samego roku. Nie będę zbyt oryginalny, ale mnie wtedy także zaczynała łapać małyszomania. Dotychczasowe zimy zimowałem od sportu . Zmieniło się to wraz z nadejściem Adama Małysza. Z zapartym tchem oglądałem skoki Małysza, dmuchałem w ekran telewizora i krzyczałem: Leć Adam, leć!. Sezon 2000/2001 był moim początkiem od kiedy w ogóle zacząłem interesować się skokami.  Nie ominęło mnie to szaleństwo i grywałem w skoki narciarskie. Co więcej budowałem skocznie w dwóch rozmiarach: taką w domu z klocków Lego, gdzie skoczkami były legowe ludzki. Była także skocznia z ubitego śniegu desek itp. Rekord tej skoczni nie był zbyt oszałamiający (skocznia K2, może ciut mniej). Bo nie muszę natomiast wspominać o skokach z huśtawek, pewnie też tak robiliście. Na jednej z nich miałem nawet swój rekord. Niezwykłę przeżycia, konkursy indywidualne drużynowe, zawody z innymi blokami, dzielnicami. Bywało zabawnie, ale też niestety dramatycznie. Na szczeście ja wychodziłem ze „skoczni” cały i zdrowy. Nie kojarzę jednak, czy śledziłem wszystkie konkursy w telewizji – chyba jeszcze nie. 

Nadal jednak wiodącą dyscypliną była piłka nożna, a prawdziwe epicentrum i futbolowe szaleństwo miało nadejść. Eliminacje do mundialu w 2002 roku. To podczas nich Polska, świat usłyszało o Emmanuelu Olisadabe. Przywołując tamto wydarzenia z pamięci pamiętam tylko najważniejszy mecz biało-czerwonych, czyli wygrane spotkanie z Norwegią 3:0. Polska zapewniła sobie awans na mistrzostwa świata w 2002 roku i w naszym kraju zaczęła się gorączka i pompowanie balonika. Pamiętam, że na podwórku prawie każdy z nas miał koszulki Polski, furorę robiła ta z napisem Olisadebe (sam taką miałem), był też Dudek czy Żurawski czy Krzynówek. 
Fot. news-poland.com
Za nim jednak mundialowi szaleństwo, wcześnie były Igrzyska Olimpijskie.  Były to moje pierwsze zimowe igrzyska, które oglądałem. Miałem spore nadzieje na dobre igrzyska dla Polaków, c wszystko za sprawą jednego nazwiska. Adam Małysz narobił nam apetytów i zaciągnął miliony przed telewizorami. Ja również byłem tego świadkiem. Nie oglądałem jednak całych igrzysk. Nie mogło zabraknąć skoków narciarskich z naszym mistrzem. Bardzo przeżywałem tamte zawody i odczułem także pierwsze rozczarowanie. Liczyłem, że w końcu będziemy mieć upragnione złoto po tylu latach… Niestety Małysza dwukrotnie wyprzedził niesamowity Szwajcar Simon Amann (a na normalnej skoczni jeszcze Sven Hannawald). Ponadto bardzo mocno w pamięci utkwił mi bieg Jagny Marczułajtis (półfinał slalomu równoległego). Szansa na medal było tak blisko. Gorączka mediów udzieliła się także mnie i bardzo mocno trzymałem kciuki za polską snowbordzistkę, niestety Marczułajtis wypadła z trasy i marzenia o medalu prysły…  Za sprawą telewizji po raz pierwszy usłyszałem o Ole Einarze Bjorndalenie. Jednakże, wtedy jeszcze nie za bardzo zdawałem sobie sprawę jak wielka to jest osobistość. Wiedziałem tylko, że w Salt Lake City zdobył cztery złote medale.

Niemal zakończyły się igrzyska a już rozpoczęło się piłkarskie szaleństwo. Muszę stwierdzić, że wtedy byłem zafascynowały piłką do reszty. Plakaty, gazety naklejki, piłki wszystko, wszystko co było na związane z futbolem. Po raz pierwszy mogłem przeżyć wielką piłkarską imprezę. To było coś. Miałem dopiero 12 lat a moi idole jadą na Mundial. Pamiętam wszystkie trzy mecze, ale smutek był ogromny, ale po kolei. Pierwsze starcie z Koreą pomaga mi pamiętać Edytka Górniak i jej wykonanie hymnu. Wydawało się, że mimo tego Polacy dadzą radę. Pierwszy mecz naszej kadry oglądałem z bratem u mojej ciotki (dlaczego akurat tam? Wbrew pozorom ten Mundial był dla mnie przykry przede wszystkim z powodów osobistych. I na tym poprzestańmy. Wybaczcie, aż tak bardzo się nie otworzę). Gospodarze bardzo szybko sprowadzili naszą kadrę na ziemię, a mój zapał do kibicowania malał z każdą minutą tego spotkania. Mecz otwarcia 0:2. Za kilka dni kolejne starcia i tzw. mecz o życie. Rywalem piekielnie mocna Portugalia (jeszcze bez Christiano Ronaldo, ale z Figo czy Pauletą). Ten mecz oglądałem w szkole na lekcji historii. Tak, tak taką mieliśmy dobrą panią! Serdecznie ją pozdrawiam z tego miejsca! To był pierwszy mecz, kiedy oglądałem to spotkanie ze znacznie większą grupą niż rodzina. Niespodzianki nie było 0:4 w plecy i jedziemy do domu. Tyle będzie z tego mundialu. Będąc jeszcze wtedy prawdziwym kibicem piłkarskim zobaczyłem także mecz o honor. Bez emocji, na luzie i spokojnie podobnie do tego spotkania podeszli też, chyba nasi piłkarze, którzy niespodziewanie wygrali z reprezentacją Stanów Zjednoczonych 3:1. Miłe pożegnanie, ale teraz gra toczy się bez nas. Co pamiętam z mundialu 2002? Z perspektywy czasu chyba, niewiele. Pamiętam jak sędziowie przepychali Koreańczyków do kolejnych faz. Zapłakanych Hiszpanów, którzy powinni wygrać spotkanie właśnie z gospodarzami, rewelację turnieju, czyli Turcję (ostatecznie 3.miejsce) grającą bez pardonu, bez kompleksów i bardzo efektownie. Szlagierowe spotkanie ćwierćfinałowe Anglia – Brazylia, co ciekawe kibicowałem, wtedy Anglikom. What the f***? Nie pytajcie mnie dlaczego J I finał pamiętam! Jokohama, 30 czerwca starcie Niemców z Brazylią. Olivier Kahn nie powstrzymał Ronaldo, który zagrał fantastycznie w finale; strzelił dwa gole, a w całych mistrzostwach aż osiem. 

Piłki nożnej w wykonaniu naszej kadry nie zabrakło. Rozpoczęły się, bowiem mecze eliminacyjnie do mistrzostw Europy w 2004 roku. O nich szerzej opowiem, jednak kiedy przyjdzie pora na turniej główny.
Dalsza część wakacji spokojna, znowu przyszła pora na Małysza, który robił swoje zyskując coraz większą popularność, a zjawisko małyszomanii nasilało się. 

Spowiedzi wystarczy. Dziękuję za uwagę. Myślałem jednak, że uporam się z tym znacznie szybciej. Chodź im wydarzenia świeższe, tym więcej się działo, a przede wszystkim więcej pamiętam. Na szczęście niedługo pierwszy kontakt z siatkówką, więc co poniektórzy nie będą się nudzić.

poniedziałek, 14 maja 2012

Arrivederci Londyn, ciao Wlazły!

Niemal bez wyjątków polski siatkarski światek zelektryzowała wiadomość jakoby Mariusz Wlazły jednak zdecydował się na grę w reprezentacji Polski. Tyle, że Anastasi mu podziękował, więc Wlazłego w tym sezonie w kadrze nie zobaczymy.

Przyznam się szczerze, że pierwszą moją reakcją po zobaczeniu tytułu newsa było zniesmaczenie i zażenowanie. Po co znowu do tego wracać w tak ważnym roku dla polskiej reprezentacji; nie potrzebne jest zamieszanie pt. Wlazły w kadrze zagra czy nie?

Najgorsze w tym wszystkim jest dla mnie argumentacja zarówno Wlazłego  jak i Anastasiego. Nie rozumiem dlaczego Anastasi nie chciał zdecydować się powołać na próbę atakującego skoro tak o niego zabiegał? Fakt w składzie na LŚ go nie ma, ale dla chcącego nic trudnego można trenować w Spale indywidualnie – zresztą i tak nie wszyscy gracze będą grać w Światówce. Ale co gorsza Wlazłego nie ma w składzie na igrzyska olimpijskie? Tak twierdzi włoski szkoleniowiec. Hmm to skład już jest wybrany to, po co wtedy ta cała szopka? Co do wybranego składu to nie jest to prawda, bowiem jeszcze długo przed rozpoczęciem trzeba było wysłać do związku listę osób biorących udział w przygotowaniach, a PZPS wysyłał ją do Ministerstwa Sportu (przypomnę sytuację z kadry kobiet, gdzie trener Świderek wpisał na listę Małgorzatą Glinkę, mając nadzieję, że ta wystąpi jednak w kadrze), czy Anastasi, który tak chciał Wlazłego nie mógł uczynić w ten sposób? Nie wspomnę o tym, że sama kadra na LŚ liczy 25 osób, a znalazło się tam miejsce chociażby dla Krzyśka czy Ferensa, których szybko jednak odesłał. Kolejna rzecz, która nie podoba mi się w zachowaniu Włocha to stwierdzenie, będzie to tylko i wyłącznie jego decyzja odnośnie powołania Wlazłego. Teraz usprawiedliwia się faktem, że zniszczyłoby to ducha drużyny (co prawda z tym się zgadzam).
Fot. allegro.pl
To tyle jeśli chodzi o Anastasiego, który jednak coś mąci i nie do końca wiedział co chce.
Natomiast owe zachowanie Wlazłego uważam za brak szacunku zarówno dla kadrowiczów, ale co gorsza  dla reprezentacji. Nie można od kaprysu uzależniać swoich występów w kadrze, w tak ważnym sezonie, sezonie olimpijskim. Nie rozumiem dlaczego teraz jest wszystko ok, a niecałe dwa miesiące temu jeszcze nie było.  

A teraz czy ja chciałbym Wlazłego w kadrze. Po pierwsze to nie oznacza, że jak Wlazły mówi tak reprezentacji to ma miejsce w szóstce. Uważam, że szansę na spróbowanie powinien otrzymać, choć z drugiej strony jeśli nie ma gdzie go przetestować. To może sobie lepiej darować. Taka decyzja może mieć jeszcze jedno wytłumaczenie. Atmosfera w drużynie. Z tą w naszej kadrze bywało rożnie (przypomnę lojalkę zawodników wobec decyzji w sprawie Żygadły), sam Wlazły również popadł w niemały konflikt z czołowymi siatkarzami naszej kadry. Być może teraz stare waśnie odrodziły i zawodnicy postawili Anastasiemu ultimatum, chcesz Wlazłego albo nas. Uważam, że dla dobra zespołu, w tym momencie o sprawie należy zapomnieć. To wszystkim wyjdzie na dobre. 

Coś tu śmierdzi nie wiadomo tylko, kto ten smród wypuszcza…

czwartek, 10 maja 2012

Recenzja: "Rok w raju" Andrés Iniesta

Pewnie się zdziwiliście, że jednak nic nie napisałem o niedzielnym spotkaniu finałowego meczu turnieju kwalifikacyjnego do IO Londyn 2012. Napisałem, jednak postanowiłem jednak tego nie publikować. Było tam wiele gorzkich, choć prawdziwych słów. Była to dosyć poważna rozprawa o całości żeńskiej siatkówki. Jednak o wielu z nich pisałem już wcześniej, więc nic nowego bym nie stwierdził. To, co było już nie wróci. Nie udało się, chociaż przyznam, że gorączkowo śledziłem stronę FIVB i CEV w poszukiwaniu informacji, że jednak Polki zagrają turnieju interkontynentalnym w miejsce Kuby czy Peru. Jednak nic z tego. Szkoda. Pozostaje kibicom siatkarzom i Marioli Zenik, która zmieniła klub z Muszyna przyjeżdża do Sopotu 
Teraz jednak do klu tego wpisu. Dużo się działo w kwietniu, więc nie było czasu wrzucić recenzji. Teraz nadrabiamy zaległości.

Zaznaczam, że nie jest to jednak autobiografia z krwi i kości, to pamiętnik opisujących szczególne wydarzenia  w życiu piłkarza. Andrésa Iniesta  napisał „Rok w raju”, w którym dzieli się wspomnieniami i wrażeniami. Piłkarz Barcelony opisuje wyjątkowy rok dla samego siebie jak i klubu, z którym wspólnie zdobył tryptyk, czyli zwyciężył Puchar Króla, Ligę Hiszpańską i Ligę Mistrzów. W książce Iniesta wyjawia swoje sekrety zaczynając od spotkania z Pepą Guardiolą, poprzez wydarzenia widziane wewnątrz Barçy do momentu świętowania na ulicach stolicy Katalonii trzech trofeów.

„Ro w kraju” to opowieść samego piłkarza o najlepszym sezonie. Iniesta zdradza kulisy barcelońskiej szatni, pisząc o atmosferze przyzwyczajeniu i zasadach panujących w klubie, do których nie mógł przyzwyczaić się chociażby Zlatan Ibrahimović. Nie brakuje wiadomości o życiu prywatnym, o relacjach z dziewczyną, i rodziną w tym szczególnym 2009 roku.Wszystko to jednak jest nazbyt oczywiste i mało zaskakujące.

Nie jest to książka, po której zarywałem noce, aby przeczytać co się wydarzy dalej. Historia była dosyć przewidywalna i jasna. Taki był cel książki omawiający wydarzenia z punktu widzenia Hiszpana. Publikacja idealnie nadaje się podczas podroży. Czyta się szybko, bo i stron nie ma zbyt wiele (142). Jak dla mnie jest trochę zbyt spokojna. Prawdopodobnie wynika to z charakteru piłkarza, który nie szuka skandali, jest prawy wręcz idealnie grzeczny. Bije od niego skromność i wielka rozwaga, mimo tylu sukcesów pozostał sobą. Nie oszalał, nie zdziczał i obsesyjnie nie wydał milionów pieniędzy, które zgromadził na swoim koncie, wręcz przeciwnie pomaga potrzebującym i jak sam mówi: „Chcę przejść do historii jako wielki piłkarz, ale przede wszystkim jako wspaniały człowiek. Futbol przemija. Ludzie pozostają”.

Najgorszy był fakt, że rzeczy najbardziej interesujące były omawiane pokrótce jak na przykład to dlaczego miał problemy z dostaniem się do szkółki piłkarskiej w Barcelonie.

Kilka cytatów z książki:

„Abstrahując od ulubionych pozycji, jedyną pewną rzeczą jest fakt, że lubię – tak po prostu- być na boisku i robić wszystko, by pomóc drużynie zwyciężyć”.

„Najlepsze w tym golu i w mojej pracy są właśnie towarzyszące emocje. Wszystko, to co daje tyle szczęścia i radości. Oczywiście, w momencie zdobywania gola nie jestem tego świadomy. Jak już wcześniej wspominałem, w takich chwilach nie myślę o tym, czy zdjąłem koszulkę, czy nie, ani czy sędzia pokazuje mi kartkę… W takich momentach człowiek nie jest w stanie uświadomić sobie, jak wielki wpływ na życie innych osób może mieć właśnie ta chwila, która staje się jego udziałem”.


„Czekaliśmy z moją dziewczyną i siostrą przy barze, aż kelner wskaże nam stolik. Nagle podeszła do nas jakaś Kobie i spytała: ,,Przepraszam, czy jesteś kelnerem?”. Myśląc, że żartuje odpowiedziałem: „Tak proszę pani”. Na to kobieta:” To proszę podaj mi, proszę, Fantę”. Wszystkich nas – mnie, moją dziewczyną i siostrę bardzo to zaskoczyło".


„To było w 1991 r. Miałem wtedy jakieś siedem lat. Kropnie się wówczas zezłościłem na Dumę Katalonii. To wydarzenie i presja rodziny spowodowały, że zacząłem mówić, że jestem z Madrytu. Byłem wściekły za to, że Barca strzeliła aż sześć goli mojej biednej drużynie z Albacete”.


„Rok w raju” odbieram jako wstęp i preludium przed autobiografią Iniesty. Człowiek, który jest specyficzny, to artysta piłki.  Skromność rzuca się w oczy i dlatego należy tego piłkarza szanować. Mimo wielkich umiejętności nie króluje w tabloidach, nie poczytamy o nim na pudelku czy kozaczku. Choć po wszystkich sukcesach nie łatwo walczyło mu się z mediami, którzy chcieli zrobić z niego Christiano Ronaldo. Mimo, że zdobył już niemal wszystko w swojej dyscyplinie: mistrzostwo świata i Europy z kadrą Hiszpanii, wygrał Ligę Mistrzów, był mistrzem Hiszpanii, zdobywcą pucharu Hiszpanii to nadal znajduje motywację do gry na najwyższym poziomie. On ma  charakter, który sprawia, że wyznacza sobie nowe cele i odbudowuje swoją świadomość. Odnajdzie w sobie ambicję, bo może liczyć na wsparcie rodziny i na silnie osadzoną osobowość.

Ograniczona tematyka sprawia, że jest to książka tylko dla tych, którzy choć w niewielkim stopniu interesują się piłką nożna, dla wszystkich pozostałych może okazać się po prostu niezbyt interesująca.

Moja ocena: 3/5
„Rok w raju”, Andrés Iniesta, Sine Qua Non, Kraków 2010


niedziela, 6 maja 2012

Wszystko się może zdarzyć. Niestety, nie teraz!

 Może przypadek, a może przeznaczenie. Włączam sobie radyjko i słucham piosenki Anity Lipnickiej "Wszystko się może zdarzyć". Oby się zdarzyło. Refren jak nic pasuje do tego co ma się wydarzyć dzisiaj.


WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ
GDY GŁOWA PEŁNA MARZEŃ
GDY TYLKO CZEGOŚ PRAGNIESZ
GDY BARDZO CHCESZ O, O...
WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ
GDY SERCE PEŁNE WIARY
GDY TYLKO CZEGOŚ PRAGNIESZ,
GDY BARDZO CHCESZ O.O..
WSZYSTKO MOŻE ZDARZYĆ SIĘ



Nie zdarzyło się, nie udało się. Dziś nie mam siły na więcej...

sobota, 5 maja 2012

Żegnaj Margareto!

Witajcie! Myślałem, że na dzisiaj wystarczy już emocji i będę mógł szczęśliwie wyczekiwać niedzielnego spotkania Polska-Turcja. Niestety ciśnienie podniosła mi wypowiedź Margarety Kozuch, kapitan reprezentacji Niemiec, która podczas pomeczowej konferencji powiedziała, że wierzy w to iż Turcja awansuje do Igrzysk Olimpijskch w Londynie.

Czy przypadkiem ta pani nie deklarowała, że czuje się Polką, że należy jej też kibicować i, że blablabla
Widać, to wszystko nic. Jak dla mnie ta pani jest skończona. Wstyd. Nie spodziewałem się tego po osobie, która deklarowała, że ma polskie korzenie, że jest jej przykro kiedy gra naprzeciwko polskiej drużynie. Można jednak powiedzieć to Niemka z krwi i kości widać to po tym zachowaniu. Jestem zniesmaczony i zażenowany.

Nie wspominając o fakcie, iż Kozuch straciła rozum, bowiem awansu do ona powinna życzyć Rosjankom i to byłoby w jakimś sensie zrozumiałe. Ewentualny awans dawałby Niemkom szansę na turniej interkontynentalny. Ale co głupie to głupie.

 Mam nadzieję, że udowodnimy tej Niemce, że się myli! Nie będziemy zważać na sędziów, zagłuszymy tureckich kibiców i ostatecznie pokonamy zespół znad Bosforu. Przecież historia lubi się powtarzać, a Ankara i 2003 rok...

Na pozytywne zakończenie dnia miłe wspomnienia z Ankary. Finałowe starcie z Turcją.


środa, 2 maja 2012

Pokonać mistrzynie świata, można? Można!

Co tu pisać, wystarczy spojrzeć na wynik:

POLSKA - Rosja 3:2
(25:17, 16:25, 25:21, 19:25, 18:16 )

Zgodnie z obietnicą mój komentarz do dwóch meczów biało-czerwonych w Ankarze. Postanowiłem operować skalą ocen jakie używane są w szkole, trochę to łatwiejsze i miarodajne. Za nim jednak przejdę do wystawiania cenzurek, kilka ogólnych uwag. Na pewno zwycięstwo nad Holandią i nad Rosją niezmiernie cieszą. Polki wykonały plan minimalny, jeśli tak można w ogóle stwierdzić, awansowały do półfinału. Przed nimi jednak mecze, które powinny wygrać, bo prawda będzie taka, że w przypadku braku awansu nikt długo o zwycięstwie nad mistrzyniami świata pamiętać nie będzie. Taki to jest turniej. Jednak należy być, chyba optymistą, dziewczyny jako drużyna grają nieźle, widzę podobieństwa do tego turnieju z przed czterech lat w Halle. Jest walka, jest duch zespołu. Świderek poukładał ten zespół. Co ważne na czasach pomaga dziewczynom, podrzuca informacje, co u wcześniejszego szkoleniowca nie było istotne. Po dwóch meczach można odnieść wrażenie, że Polki stały się faworytkami. Ale po pierwsze boję się, że w turnieju zawsze przychodzi dzień słabszej dyspozycji (niech będzie to mecz z Serbią), dwa w akcji widziałem wszystkie drużyny i w naszej grupie Holenderki i Serbki będą bez szans na awans. W drugiej grupie też wszystko jasne Turcja i Niemcy. Ktoś z tej pary zagra z biało-czerwonymi w półfinale. Kto byłby dla nas lepszy? Turczynki jakoś mnie nie przekonały, mają słabsze skrzydła, oczywiście poza Neslihan Darnel, choć ta też w najwyżej formie nie jest. Niemki są nieobliczalne, co zresztą widać było w Dąbrowie. A finał... Przyjdzie na to czas... A jak wspominam Halle, to przypomina mi się, może to głupie, ale Gosia Glinka. Z nią, chyba awans byłby w kieszeni, bo brakuje jej na tym lewym skrzydle... Musiałem to napisać, ot tak!

Oceny po meczach z Holandią i Rosją:

Katarzyna Skorupa: 5
Z czystym sumieniem stawiam piątkę. Zdarzają jej się błędy szczególnie do lewego skrzydła nie wszystko wygląda tak jak być powinno. Ważne jest jednak, że gramy szybciej, kombinacyjnej i ryzykowniej. Większość z Was zdaje sobie, również sprawę, że jestem orędownikiem takich rozgrywających jak Skorupa, a nie tylko lewe, lewe, prawe, lewe.

Katarzyna Skowrońska-Dolata: 5
Kolejna piątka dla kolejnej Katarzyny. Doskonale w ataku, zmienia rytm:kiwa, plasuje, mocno uderza. Nie boi się podejmować ryzyka w trudnym momentach. Na takiej siatkarce można budować drużynę. Ponadto dobra zagrywka i dobra gra w obronie.

Anna Werblińska: 5-
Może, co po niektórych zdziwi ta ocena, ale moim zdaniem to jest siatkarka klucz w naszym zespole. Żywe srebro, przyjmuje, atakuje, broni, zagrywa, wystawia. Robi wszystko na wysokim poziomie. Zdarzają jej się słabsze momenty, jak choćby te dwa sety z Rosją, gdzie przeżywała katusze, ale co ważne potrafiła się przełamać i w tie-breaku była bezbłędna.

Izabela Żebrowska: 4
Niestety do tej siatkarki mam najwięcej zastrzeżeń. Mam na uwadze, że zmieniła pozycję itd., miała być wzmocnieniem w ataku, ale nie jest. Wieczorem oglądałem  powtórkę meczu z Rosją i w piątym secie na cztery ataki Żebrowska nie skończyła żadnego. Wielka szkoda. mam nadzieję, że się przełamie. Żebrowska potrafi atakować, co udowodniła w lidze, a może reprezentacja to za wysokie progi? Obym zmienił zdanie po 6 maja i liczę, że będzie taki mecz w którym, Żebrowska będzie miała dzień konia. A pochwalę natomiast przyjęcie, w tym elemencie nie popełnia drastycznych błędów, chwała jej za to.

Agnieszka Bednarek-Kasza: 4
Tak niska ocena przede wszystkim za słabą skuteczność w ataku w meczu z Rosją. Blok w naszym wykonaniu działa świetnie. Aga to trudnej zagrywki nas przyzwyczaiła. Jednak musi nauczyć się kończyć przechodzące piłki, spore problemy w tym elemencie, były w meczu z Niemkami, były i w środę w meczu z Rosją.

Berenika Okuniewska: 4+
Mecze z Niemkami narobiły nam apetytów, co do gry Bereniki. W Ankarze jeszcze tak dobrze nie było. Zagrywka może być lepsza, momentami grała za pasywnie. W ataku podobnie jak Aga, za to w bloku rewelacyjnie.

Paulina Maj: 5-
Nie można mieć zastrzeżeń do Pauliny, radzi sobie w przyjęciu i w obronie. Mankamentem są dogrywane piłki, o których wspominałem we wcześniejszym wpisie, oby ten, wydawałoby się prosty element nie zaważył na kilku punktach. Więcej dokładności a minus za piątką zniknie.

Pozostałe zawodniczki grały za krótko aby je ocenić, może tylko drobna uwaga co do Kosek, która niestety ale formę gdzieś zostawiła. I tu ponownie wrócę do ruchu, dlaczego Świderek nie zabrał drugiej libero, które mogłaby wchodzić za Żebrowską. Taką funkcję ma pełnić Kosek, ale w przyjęciu bladziutko, w ataku też chyba nie pomoże.

Fot. CEV