wtorek, 17 kwietnia 2012

Przyszła pora na zwierzenia - cz.I

Zgodnie z obietnicą, przyjdzie Wam drodzy czytelnicy wysłuchać mojej, osobistej historii. Mojego wyznania, mojego pierwszego spotkania z siatkówką, ze sportem w ogóle.

Prawdą jest, że najtrudniej jest pisać o sobie. Zacząć zwierzenia też jest nie łatwo, ale jeśli powiedziało się A, to trzeba powiedzieć i B i tak do Ż. Na razie jednak nie będzie to mój osobisty alfabet (na ten też kiedyś przyjdzie pora).

Moje początki? Dawno, dawno temu, jeszcze w poprzednim wieku! Tak, wiem jestem już stary, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, dzięki temu sporo widziałem.

Nie wiem skąd, nie wiem dlaczego. Przyznam, że nawet trochę mnie to dziwi, ale wszystko zaczęło się od mistrzostw świata we Francji w '98 roku w piłce nożnej. Aaa już wiem, przecież grał tam Ronaldo (ten z Brazylii), kto by go nie znał! Brazylijczyk był geniuszem i wszyscy chcieli go oglądać. Myślę, że to jednak dzięki bardzo dobrym działaniom pijarowym. Ile zjadłem wtedy jogurtów, ile przeżułem gum. Był także album Panini, niestety całego nie udało się wypełnić.Ile ja wydałem na to pieniędzy. Oj dużo, bardzo dużo. To wszystko działo się w Polsce, choć nasza drużyna francuski Mundial oglądała w telewizji tak jak ja :) To był czas, kiedy szalałem za piłką. Miałem tam też swoich faworytów, ekipę Francji i Brazylii. Obu ekipom mocno kibicowałem i do finału 12 lipca 1998 byłem szczęśliwy. W walce o mistrzostwo świata spotkały się, właśnie Trójkolorowi i Canarihnos. Byłem rozdarty - przyznaję. Choć chyba, bliżej serca była mi Francja, bo nigdy nie zdobyli tego tytułu, bo grali u siebie, mieli Zinedina Zidana, mieli ekipę, która ostatni raz grała w tym składzie i nie byli też faworytami tego meczu, a mam akurat tak, że często i gęsto kibicuję drużyną słabszym. Finał oglądałem w telewizji z tatą i bratem, mama krzątała się po kuchni robiła jakąś kolację. Samo widowisko sportowe nie było zbyt dobre, mecz o złoto rozczarował. Francja wygrała 3:0 i została mistrzem świata! Pamiętam, że następnego dnia w Malborku na słupach ogłoszeniowych i innych takich miejscach widniała kartka: "Francja mistrzem świata!". Czy jakoś tak, dokładnie nie pamiętam, wiem ,że zerwałem taką jedną, więc być może gdzieś jeszcze jest w moim szpargałach.


Miało być krótko, a trochę tutaj o tym Mundialu się jednak napisało. Byłem jeszcze młody i szczerze interesowało mnie, wtedy to co interesowało całe masy. Nie byłem zbyt oryginalny i wybredny. Dlatego kolejną imprezą, dzięki, której połknąłem tego sportowego bakcyla były Igrzyska Olimpijskie w Sydney w 2000 roku. Z tej imprezy już tak wiele nie pamiętam. Wszystko przez niesprzyjającą porę. Przyznam się, że wtedy jakoś nie byłem skory do rannego wstawania. Dlatego byłem zdany na wszelkie retransmisje, którymi uraczyła nas Telewizja Polska, dlatego Sydney bardziej kojarzyło mi się z sukcesami. TVP pokazywało tylko dobre rezultaty biało-czerwonych, o słabych niewiele mówili, więc i ja pamiętam tylko naszych mistrzów olimpijskich: Śp.Kamilę Skolimowską, Szymona Ziółkowskiego, Roberta Korzeniowskiego, Renatę Mauer oraz dwójkę podwójną Sycz-Kucharski. Pisząc ten tekst starałem się jeszcze przywołać nazwiska kolejnych polskich medalistów. Pamiętam jeszcze Leszka Blanika i Agata Wróbel (już wtedy miała te swoje warkoczyki, choć nie był to tak wyrazisty kolor, jak ten w Atenach). Igrzyska w Sydney zapamiętałem jeszcze z jednego powodu. No tak, teraz wyjdzie na jaw, że mam wujka w A... Australii, nie w Ameryce. Od niego dostałem też naklejki z logo Igrzysk, czyli kangurem, koalą i dziobakiem, był tam też proporczyk. Miło było!

To tyle. Na pierwszy raz powinno wystarczyć. Sympatycznie było wrócić pamięcią do tamtych lat. Jak widzicie, jeszcze trochę przede mną i przed Wami, którzy będą czytać moje wypociny. Udało nam się wyjść z XX wieku i wkroczyć w wiek XXI. Do następnego razu!

PS. Dzisiaj początek finału o złoto MP. Skra kontra Resovia, Wlazły kontra Grozer. Kto wyjdzie górą z tego starcia. Ja liczę przede wszystkim na dobre widowisko, dużo emocji i dobrej gry. Niech wygra lepszy :)


9 komentarzy:

  1. miło i sympatycznie się zaczęło :).
    czekam na ciąg dalszy . Pozdrawiam :).

    OdpowiedzUsuń
  2. widze, ze ostre zmiany. zmiana adresu to juz cos ;-)
    nowa notka na GUILLAUME-SAMICA.blog.onet.pl, w ktorej krotkie podsumowanie półfinałów :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajny blog, pozdrawiam i zapraszam ponownie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oooooo... zacna historia, aż ja wróciłam do moich początków. RONALDO <3 Któż go nie uwielbia? Tym bardziej, że był zawodnikiem Interu Mediolan :)

    Fajny blog, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a weź ty idź z tym interem! pamiętajmy, że jeszcze nie tak dawno, przed powrotem do Brazylii, grał w Milanie :P :D

      Usuń
    2. Hahaha ale w koszulce INTERU wyglądał lepiej ;))

      Usuń
  5. jak tak czytałam posta, to przypomniały mi się moje początki ze sportem. o dziwo, w moim przypadku też wszystko zaczęło się od piłki nożnej :)
    dopiero później się zakochałam, w siatkówce oczywiście :)
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. kurczę, aż mnie korci o przyjrzenie się swojej sympatii do sportu - pamietam, jak to się zaczęło z siatkówką, mniej więcej ze skokami, ale ze sportem w ogóle? Chyba w szkole, kiedy nauczyciel wystawiał mnie na zawody w biegach ;) Oglądanie sportu to w mojej rodzinie moje własne odkrycie, szkoda, że przez to dość późne. Ale w końcu lepiej późno niż wcale :)

    Podpisano:
    ana
    :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Początek bardzo ciekawy - czekam na dalszą część!
    Ah... aż mnie wzięło na wspominki ;)

    OdpowiedzUsuń