poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Transferowe hity i kity w PlusLidze Mężczyzn 2011/2012

Sezon PlusLigi za nami. Wiele już o nim powiedziano, napisano. Mamy nowego mistrza. Tradycyjnie już, żeby sezon 2011/2012 oficjalnie uznać za zamknięty publikuję moją subiektywną listę transferowych hitów i kitów obcokrajowców, którzy przybyli do naszego kraju.

Zaczniemy od hitów. Graczy, którzy wraz ze swoich przyjściem dali nową jakość! Takich siatkarzy chcemy oglądać na plusligowych parkietach.
Fot. kotek.pl
1. miejsce - Michał Łasko
Jak u pań najlepsza była Niemka z polskim paszportem (Małgorzata Kożuch) tak u panów najlepszy jest Włoch z polskim paszportem, czyli Michał Łasko.  Zawodnik Jastrzębskiego Węgla był ogromną ostoją swojej drużyny i choć „Pomarańczowi” nie zdobyli medalu to Łasko prezentował się doskonale przez cały sezon. Zawsze można było na niego liczyć. Z przyjemnością oglądałem w akcji tego gracza i mam nadzieję, że nadal będę oglądał!

2. miejsce - Paul Lotman
Początek sezonu w wykonaniu Lotmana bardzo niemrawy. Nosiłem się już ze stwierdzeniem, że będzie to kolejny Amerykanin, który nie poradził sobie w naszej lidze. Jednak im dłużej trwał sezon, tym Lotman grał lepiej, pewniej i wywiązywał się ze swoje roli – miał zabezpieczać przyjęcie i to robił bardzo dobrze, co zresztą potwierdzają statystyki. W finałowych starciach pokazał tę amerykańską waleczność, zaciętość, która podrywała zespół, dzięki której Resovia wracała do gry. Jak dla mnie cichy bohater finałów ze Skrą.

3. miejsce - Antonin Rouzier
Francuz z kolei utrzymał swoją pozycją w moim rankingu za sprawą fantastycznych meczów z początku sezonu. Grał wyśmienicie, zresztą jak cała ZAKSA. Potem atakujący przeżywał kryzys, na szczęście przełamał się i mecze o brąz rozgrywał na dobrej skuteczności. Warto mieć takiego zawodnika w swojej drużynie, warto zostawić go w Polsce. Może i spoglądałem na Rouzier łagodnym okiem, bo to jego pierwszy zagraniczny klub i rzecz jasna uwidoczniła się moja słabość do tego, co francuskie.

Niestety trzeba też wlać łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Abyśmy nie rozpływali się w tej krainie, bo tak różowo nie było. Nadal zdarzają się transfery niewypały, zawodnicy, którzy się nie sprawdzili.
Fot. informacjeskrabelchatow.republika.pl

1. miejsce - Wytze Kooistra
Czy ma ktoś wątpliwości? Przed sezonem Holender miał być jednym z najlepszych, oceniano jego przyjście jako kapitalne wzmocnienie. Jego statystyki z Serie A robiły wrażenie. Brutalna, polska, bełchatowska rzeczywistość była zgoła odmienna. Kooistra rozegrał zaledwie 24 sety w PlusLidze! Było tak źle, że nie łapał się nawet do meczowej kadry, a jego miejsce zajął Karol Kłos. Aby nie katować się nad środkowym kończę już ten wątek.

2. miejsce - Vid Jakopin
Nad tym graczem, także nie będę się długo rozwodził, bo wspominałem o jego całej sytuacji w tekście pt.: "Jeszcze raj czy już żal? Co z tą polską ligą?" Jakopin okazał się transferowym niewypałem. Takich zawodników nie potrzebujemy. Miał być liderem drużyny a musiał opuścić ją w połowie sezonu. Słoweniec nie sprostał PlusLidze ze względów sportowych. Przegrał rywalizację sportowo i trener Panas stawiał na polskich zawodników. Dla Żalińskiego i Wierzbowskiego, a wkrótce może i nam wyjdzie to na dobre.  Można by rzec, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

3. miejsce - Rob Bontje
Nie, nie uparłem się na Holendrów. Sytuacja bardzo, bardzo podobna. Bontje tak jak i Kooistra przyjeżdżał do PlusLigi z zamiarem jej zawojowania. Na mojej liście najlepszych transferowych był na 5. pozycji. Choć już wtedy wyrażałem swoją obawę, po zaledwie kilku spotkaniach, że Bontje zamiast transferowym strzałem w dziesiątkę może okazać się klapą. Zawodnik czarujący we Włoszech był cieniem tamtego zawodnika – nie było skutecznego ataku, który przebijał rywali, nie było mocnej i punktującej zagrywki. Tego nie było i nie było Bontje na placu gry. Jego miejsce zajął Bartosz Gawryszewski.

piątek, 27 kwietnia 2012

Bez tytułu - bez obiektywizmu?

Bez tytułu, bo nie wiem jaki może być. W tej chwili jest to dla mnie najmniejszy problem. Alojzy Świderek wybrał "12", które pojedzie na turniej kwalifikacyjny do Ankary. Trener musiał zostawić trzy siatkarki. Wybór padł na Katarzynę Gajgał, Annę Podolec i Mariolę Zenik. Niestety na tę ostatnią.

W tym wpisie raczej nie będzie obiektywizmu. Dlaczego? Każdy wie, że lubię Mariolkę, a kto nie wie, to już wie :) Jestem rozżalony, ale moje uczucia nie mają w tej chwili żadnego znaczenia. Znaczenie ma decyzja Świderka, która moim skromnym zdaniem nie jest dobra. A jeszcze w gwoli ścisłości nie mam nic do Pauliny Maj i zdawałem sobie sprawę, że kiedyś nastąpi zmiana warty. Nie spodziewałem się, że teraz, że już! To mnie zaskoczyło.

Sparingi z Niemkami (wygrana 3:2 i porażka 2:3) nie dały jasnej odpowiedzi, która z nich jest lepsza. No, może ciut, odrobinę w przyjęciu korzystniej prezentowała się Maj. Moim zdaniem w takim wypadku decydować winno doświadczenie, doświadczenie, które jest nie do przecenienia w przypadku Marioli. Doświadczenie, które na tej pozycji jest niezwykle ważne. Może ktoś przyjmować idealnie, świetnie bronić piekielne ataki rywali. Śmiem twierdzić, że w dogrywaniu piłek Mariola jest lepsza! To może być ważne w Ankarze, dograć piłkę do rozgrywającej tak by mogła zagrać wszystko, wystawić piłkę na tyle dokładnie, by atakująca miała łatwiej. Turniej w Ankarze będzie specyficzny, jedna piłka może zdecydować o szczęściu, o żalu, o bycie, albo nie bycie. Mariola już nie raz, bywała w sytuacji stresowych, nerwowych, potrafiła wyciągać piłki, które broniła w punkt, nie tyle by obronić, by w górę. Jest jeszcze jeden element. Niuans, ale właśnie w obliczu, tego o czym już wspominałem, o tej jednej piłce... Wspólna gra na przyjęciu z Anna Werblińską. Grały ze sobą długo, wykonywały pełne automatyzmy. Dawały pewną jakość. To tyle jeśli, chodzi o moje odczucia taktyczne wynikające z gry. Mariola była płucami tej reprezentacji.Wraz z nią oddech był unormowany, spokojny, nie było żadnych arytmii. Jak będzie teraz, nie wiem.

Teraz coś na kształt zasad moralnych i etycznych. O zachowaniu Marioli wspominałem w jednym z ostatnim wpisów (Heroiczna Mery). Świderek, krótko mówiąc pozawracał Marioli dupę i odstawił w kąt. W tej sytuacji mógł wziąć, młodszą np. Krystynę Strasz. Dla, której już sam udział w zgrupowaniu byłby czymś pozytywnym. Dla Marioli, tak doświadczonej i utytułowanej siatkarki to policzek, zniewaga. To także negatywne emocje, które będą w niej jeszcze siedziały przez pewien czas. 

Tyle jeśli chodzi o brak powołania dla Marioli. Co do Gajgał. Sezon przesiedziała na ławie, nie grała i nie pojechała. Natomiast już decyzja o nie zabraniu Anny Podolec, też jest co najmniej dziwna! W jej miejsce Kinga Kasprzak, która grając na przyjęciu nie potrafi przyjmować. Sportowo Podolec jest lepsza i znowu ma większe doświadczenie. Była już w Halle (2008 r. turniej kwalifikacyjny) niemal w pojedynkę rozpracowała Niemki. Ewidentnie widać, że Świderek jej nie ufa. Stawia na Kasprzak, stawia na Żebrowską (moim zdaniem nie sprawdziła się w eksperymencie Świderka). Spośród tej trójki Podolec, najlepiej radziła sobie w przyjęciu, co przy takim ofensywnym ustawieniu winno mieć znaczenia. Dla Świderka nie ma, zresztą się zastanawiam, jaki jest pomysł na tę drużynę.

Same negatywy, ale te decyzje Świderka tak odbieram. Jednak tym, które pojadą do Ankary życzę powodzenia i będą trzymał kciuki. Boję się tylko, oby nie zabrakło nam tej jednej piłki, jednej akcji, gdzie zabraknie Marioli, gdzie Kasprzak nie pomoże...

I na poprawę humoru. Choć chyba mojego :) Dwa filmiki.





PS. Mariolu Dziękuję! Mam nadzieję, że jeszcze zobaczę Cię z orzełkiem na piersi!

środa, 25 kwietnia 2012

Kto zastąpi Grozera?

Ahoj! I mamy nowego mistrza Polski w siatkówce. Resovia w czterech spotkaniach uporała się ze Skrą Bełchatów. O samym widowisku pisał nie będę, bo za pewne wielu oglądało, przeżywało, czytało i słuchało wszystko co pojawiło się w mediach. Moją uwagę przykuła jedna uwaga, do której muszę się odnieść. Po finale pojawiły się głosy, że Resovia bez Grozera nie istnieje, że dzięki niemu wygrała te finały. Co gorsza, takich zawistników było sporo i wielu mianowało siebie kibicami Skry. Nie mogę się zgodzić z tym twierdzeniem. Po pierwsza rzecz najważniejsza, siatkówka to gra zespołowa i za nim Grozer zaatakuje, trzeba jeszcze przyjąć i rozegrać od, tak nadrzędna zasada w siatkówce. Następnie mając zawodnika takiej klasy jak Grozer, w takiej formie, wręcz idiotyzmem byłoby z tego nie korzystać, bo kto nie gra ważnych piłek, do najlepszego gracza, do gracza, który jest ATAKUJĄCYM, "Igła" miał zdobywać punkty? I ostatnia słówka wyjaśnienia, jak we wcześniejszych lata, Skra zwyciężała, to mówiono kto ma Wlazłego ten ma mistrzostwo. Wlazły dobry, a Grozer zły? Więcej pokory!

Ale, ja nie o tym... O Grozerze będzie, a dokładniej o następcy Grozera w Resovii. Można powiedzieć trochę spóźniłem się z publikacją tekstu, bo "PS" także przeprowadził takie poszukiwania. Może moje będą dokładniejsze, celniejsze?

Zacznę może od tego, którego ja chciałbym oglądać na parkiecie, a którego na żywo widziałem tylko raz. Mistrz olimpijski, mistrz Europy, ilość statuetek i tytułów o MVP nie sposób wyliczyć. Domyślacie się? Tak, chcę w PlusLidze Ivana Miljkovicia. Serb gra w Fenerbahce Stambuł zdobył z drużyną krajowy Puchar, będzie grał w Lidze Mistrzów, ale to nie jest jednak powód dla, którego Ivana nie zobaczymy ani w Rzeszowie ani w Polsce. Zarobki, duża kasa, w grę wchodzi pół miliona euro. Resovia na atakującego może wydać 400 tysięcy, bo tyle zaproponowano Grozerowi. Chyba, że znajdzie się ktoś, kto wyłoży kasę na serbskiego atakującego. Dla mnie, najlepszego gracza na tej pozycji. 
Fot. przegladsportowy.pl
Ale zejdźmy na ziemię. Wróćmy do realiów, a marzenia niech pozostaną marzeniami. Jan Stokr, gracz włoskiego Trentino, największego przegranego ligi włoskiej. W Trydencie szykują się zmiany, odchodzi Juantorena i Żygadło. Warto powalczyć o Stokra, zawodnik stylem gry bardzo podobny do Niemca, mocny, silny atak, zawodnik stawiający na siłę i rzecz jasna podobnie ma się rzecz w zagrywce. Atutem w rozmowach z Czechem, może być Tichaczek, który zostaje w Rzeszowie. Niestety w przypadku Stokra, jest jeden, mały problem. Ma jeszcze przez rok ważny kontrakt z ekipą Trentino Volley. 

Kto najlepiej zastąpi Niemca, jak nie drugi Niemiec, ach Ci Niemcy... Jochen Schoeps, ostatnio występujący w Iskrze Odińcowo, gdzie z pewnością kasy mu nie brakowało. Niemiec jednak dobrze czuję się w zespole, w którym gra od 2007 roku. Problemem może okazać się kasa, znowu ona staje nam naprzeciw szczęściu. Niemiec inkasuje za sezon trochę mniej niż pół miliona za sezon. Schoeps może i by się skusił na zmianę otoczenia, ale Rosjanie za wszelką ceną będą się starali zatrzymać swojego najlepszego gracza, a jak wiadomo polskie kluby z rosyjskimi w licytacji szans nie mają.

Ostatnim zawodnikiem z zagranicy jest Alessandro Fei. Takie słuchy chodzą na mieści:) Włoch, któremu skończyła się umowa w Sisleyu Belluno, może zmienić otoczenia. Być może pójdzie w pakiecie z innym siatkarzem z Półwyspu Apenińskiego Simone Parodim. Osobiście nie jestem przekonany do Fei'ego z dwóch względów: wiek i to, że Fei ma już najlepsze lata za sobą oraz to, że zmienia pozycję. W klubie gra na ataku, w kadrze na środku.

Kolejnym na mojej liście i to z wielkimi szansami na grę jest Clayton Stanley. Atutami amerykańskiego mistrza olimpijskiego podobnie jak Grozera jest bezpardonowy atak i piekielnie mocna zagrywka. Zawodnik w lutym rozwiązał kontrakt z Uralem Ufa. Stanley zmagał się z kontuzją i musiał poddać się zabiegowi.Na pewno nie zarabia mało, ale po takich wydarzeniach jego cena zmalała, co może być szansą dla Sovii.  Podobnie jak jego rodak, który występuję w ekipie mistrzów Polski, Paul Lotman.

Teraz będzie o znajomych twarzach, czyli kogo Resovia może podkupić, by wzmocnić siebie, a przy okazji osłabić rywali. Spore szanse na angaż ma Michał Łasko. I kwestia finansowa na pewno nie powinna być barierą. Stać było Jastrzębie, to Pasiaków też.Podwyżka dla Łaski jest oczywista, ale to wciąż realia polskich klubów. Łasko zrobił furorę w polskiej lidze, czołowy atakujący świata, a najważniejszym faktem może okazać się polski paszport. Prezes Góral marzy o polskim składzie, więc kto wie. Sam zawodnik podkreślał, że chce grać w Lidze Mistrzów i marzy o mistrzostwie Polski. Z drugiej jednak strony zakupił mieszkanie w Jastrzębiu, co by znaczyło, że chcą osiąść w tym miejscu na dłużej.

O Polakach na koniec. Ani Jarosz, ani Gruszka to nie jest czas, zarówno dla tego pierwszego oraz tego drugiego. Jarosz z pewnością zostanie we Włoszech, ten klimat mu służy i niech nadal gra w Serie A. A Piotrek? Darzę go ogromnym szacunkiem, ale Resovia z Gruszką... To, nie to czego oczekuję.

Kto to by nie był, będzie ciężko zastąpić Grozera. Nie ma jednak rzeczy niemożliwych, dlatego może Ivan "Groźny"?

sobota, 21 kwietnia 2012

Heroiczna Mery

By nie dolewać oliwy do ognia nie zamierzam wtrącać swoich trzech groszy i nie rozwinę tematu skandalicznego zachowania Skry Bełchatów podczas drugiego finałowego meczu z Resovią. Z dziennikarskiego obowiązku odnotuję fakt, że siatkarze z Rzeszowa prowadzą 2:0 i kolejny mecz (ewentualnie mecze) rozegrają na Podpromiu. Czyżby będziemy świadkami historycznego momentu i doczekamy się detronizacji 7-krotnych mistrzów Polski? Kto wie? W finale pań niespodzianka była... w tej rywalizacji sensacja wisi w powietrzu. Nie ma co jednak uprzedzać wydarzeń, co ma być to będzie, albo inaczej pożyjemy, obejrzymy i zobaczymy.

Trener Alojzy Świderek parę dni temu ogłosił listę zawodniczek, które zostały powołane na rozgrywki World Grand Prix. Na liście 25 nazwisk próżno szukać jednego? Nie było jej ani pod dwójką, ani pod żadnym innym numerem. Wielu zszokowanych i zaskoczonych pytało, gdzie jest Mariola Zenik? Sprawa o tyle dziwna, że libero znalazła się w kadrze na turniej kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich.

interia.pl
To może dziwić, teraz gra a później nie? To można tak wybierać? Można! A dlaczego? Jeśli przez niemal cały sezon gra się z kontuzją. Może nie wyłączającą z gry, ale utrudniającą i powodującą ból przy wykonywaniu niektórych zagrań. Tak drodzy państwo! Mariola Zenik zmaga się z kontuzją kolana. Po zakończeniu tego sezonu miała podać się zabiegowi. Jednak nie zrobiła tego, chce grać w reprezentacji i pomóc jej w zdobyciu niezwykle istotnego i ważnego dla polskiej siatkówki awansu na IO. Na sercu Marioli leży dobro polskiej siatkówki zdecydowanie bardziej niż co poniektórym panom z PZPS-u. Nadludzkim wysiłkiem przedłużyła sezon o ponad miesiąc, by trener Świderek miał na zgrupowaniu wszystkie najlepsze siatkarki.

I tak sytuacja żeńskiej siatkówki nie jest łatwa. Od kilku lat wiele siatkarek z różnych powodów rezygnowało z gry w kadrze. A Mery od 2005 do 2010 nieprzerwanie grała w polskiej reprezentacji. W 2011 roku też by zagrała, ale po fali krytyki jaka spadła na nią po mistrzostwach świata w Japonii w 2010 powiedziała "pas". Musiała psychicznie odpocząć od tego, co zgotowali jej ci, którzy mają czelność nazywać się "kibicami".

Wróćmy jednak to tematu. Do heroizmu polskiej libero, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że postawa Marioli "Mery" Zenik takowa jest! W literaturze polskiej mieliśmy już postacie wykazujące się heroizmem, to tytułowa "Siłaczka" Stefana Żeromskiego, Natalia Lwowna z "Innego świata"czy antyczna Antygona. Bohaterska postawa Marioli jest godna uwagi. Ona sama nigdy jednak się nie zająknie i nie wytłumaczy,bo jest na dodatek jeszcze skromna. Ja nie muszę i zrobię to za nią, bo podążając za słowami Emily Poter: "Bohaterowie nie umierają. Żyją wiecznie w sercach i umysłach tych, którzy podążają ich śladem".

wtorek, 17 kwietnia 2012

Przyszła pora na zwierzenia - cz.I

Zgodnie z obietnicą, przyjdzie Wam drodzy czytelnicy wysłuchać mojej, osobistej historii. Mojego wyznania, mojego pierwszego spotkania z siatkówką, ze sportem w ogóle.

Prawdą jest, że najtrudniej jest pisać o sobie. Zacząć zwierzenia też jest nie łatwo, ale jeśli powiedziało się A, to trzeba powiedzieć i B i tak do Ż. Na razie jednak nie będzie to mój osobisty alfabet (na ten też kiedyś przyjdzie pora).

Moje początki? Dawno, dawno temu, jeszcze w poprzednim wieku! Tak, wiem jestem już stary, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, dzięki temu sporo widziałem.

Nie wiem skąd, nie wiem dlaczego. Przyznam, że nawet trochę mnie to dziwi, ale wszystko zaczęło się od mistrzostw świata we Francji w '98 roku w piłce nożnej. Aaa już wiem, przecież grał tam Ronaldo (ten z Brazylii), kto by go nie znał! Brazylijczyk był geniuszem i wszyscy chcieli go oglądać. Myślę, że to jednak dzięki bardzo dobrym działaniom pijarowym. Ile zjadłem wtedy jogurtów, ile przeżułem gum. Był także album Panini, niestety całego nie udało się wypełnić.Ile ja wydałem na to pieniędzy. Oj dużo, bardzo dużo. To wszystko działo się w Polsce, choć nasza drużyna francuski Mundial oglądała w telewizji tak jak ja :) To był czas, kiedy szalałem za piłką. Miałem tam też swoich faworytów, ekipę Francji i Brazylii. Obu ekipom mocno kibicowałem i do finału 12 lipca 1998 byłem szczęśliwy. W walce o mistrzostwo świata spotkały się, właśnie Trójkolorowi i Canarihnos. Byłem rozdarty - przyznaję. Choć chyba, bliżej serca była mi Francja, bo nigdy nie zdobyli tego tytułu, bo grali u siebie, mieli Zinedina Zidana, mieli ekipę, która ostatni raz grała w tym składzie i nie byli też faworytami tego meczu, a mam akurat tak, że często i gęsto kibicuję drużyną słabszym. Finał oglądałem w telewizji z tatą i bratem, mama krzątała się po kuchni robiła jakąś kolację. Samo widowisko sportowe nie było zbyt dobre, mecz o złoto rozczarował. Francja wygrała 3:0 i została mistrzem świata! Pamiętam, że następnego dnia w Malborku na słupach ogłoszeniowych i innych takich miejscach widniała kartka: "Francja mistrzem świata!". Czy jakoś tak, dokładnie nie pamiętam, wiem ,że zerwałem taką jedną, więc być może gdzieś jeszcze jest w moim szpargałach.


Miało być krótko, a trochę tutaj o tym Mundialu się jednak napisało. Byłem jeszcze młody i szczerze interesowało mnie, wtedy to co interesowało całe masy. Nie byłem zbyt oryginalny i wybredny. Dlatego kolejną imprezą, dzięki, której połknąłem tego sportowego bakcyla były Igrzyska Olimpijskie w Sydney w 2000 roku. Z tej imprezy już tak wiele nie pamiętam. Wszystko przez niesprzyjającą porę. Przyznam się, że wtedy jakoś nie byłem skory do rannego wstawania. Dlatego byłem zdany na wszelkie retransmisje, którymi uraczyła nas Telewizja Polska, dlatego Sydney bardziej kojarzyło mi się z sukcesami. TVP pokazywało tylko dobre rezultaty biało-czerwonych, o słabych niewiele mówili, więc i ja pamiętam tylko naszych mistrzów olimpijskich: Śp.Kamilę Skolimowską, Szymona Ziółkowskiego, Roberta Korzeniowskiego, Renatę Mauer oraz dwójkę podwójną Sycz-Kucharski. Pisząc ten tekst starałem się jeszcze przywołać nazwiska kolejnych polskich medalistów. Pamiętam jeszcze Leszka Blanika i Agata Wróbel (już wtedy miała te swoje warkoczyki, choć nie był to tak wyrazisty kolor, jak ten w Atenach). Igrzyska w Sydney zapamiętałem jeszcze z jednego powodu. No tak, teraz wyjdzie na jaw, że mam wujka w A... Australii, nie w Ameryce. Od niego dostałem też naklejki z logo Igrzysk, czyli kangurem, koalą i dziobakiem, był tam też proporczyk. Miło było!

To tyle. Na pierwszy raz powinno wystarczyć. Sympatycznie było wrócić pamięcią do tamtych lat. Jak widzicie, jeszcze trochę przede mną i przed Wami, którzy będą czytać moje wypociny. Udało nam się wyjść z XX wieku i wkroczyć w wiek XXI. Do następnego razu!

PS. Dzisiaj początek finału o złoto MP. Skra kontra Resovia, Wlazły kontra Grozer. Kto wyjdzie górą z tego starcia. Ja liczę przede wszystkim na dobre widowisko, dużo emocji i dobrej gry. Niech wygra lepszy :)


piątek, 13 kwietnia 2012

Nowy okres "Szpilką w parkiet"

Szału nie ma, jeśli chodzi o wygląd, ale krok po kroku będzie to w miarę jakoś wyglądało. Najważniejsze będą jednak teksty, a tych nie powinno zabraknąć!

Przenosiny do bloggera da mi więcej możliwości, na onecie jednak nie można ingerować w kod html a ostatnio bardzo często i gęsto były z nim problemy. Miejmy nadzieję, że tutaj nic takiego nie będzie.

Trzynasty kwietnia 2012 to nowy okres w historii tego bloga. Mam nadzieję, że będzie równie owocny. Szykuję parę zmian i stałych kolumn. Obecnie były to tylko recenzje, ale to chyba za mało, dla moich czytelników.

Piątek trzynastego. Oby nie był pechowy, oby było jeszcze lepiej i jeszcze ciekawiej.

W kolejnej notce będzie coś o mnie. Myślę, że to odpowiedni czas, by wyrazić siebie jeszcze mocniej!

czwartek, 12 kwietnia 2012

Recenzja: "Ja, Ibra" Zlatan Ibrahimović

Witajcie, jak czujecie się po świętach? Dla tych, którzy mają ochotę zapraszam do przeczytania recenzji. Starałem się zawsze dawać jedną w miesiącu, ale w marcu jakoś nie było na to miejsca. Dlatego mam nadzieję, że w kwietniu pojawią się dwie. Książek mi nie zabraknie, bo trochę ich na mojej półce jest. Dosyć jednak tego gadania, przejdźmy do rzeczy.

„Ja, Ibra” jest autobiografią szwedzkiego piłkarza Zlatana Ibrahimovicia. Lakonicznie można stwierdzić, że to książka opowiadająca historię: od pucybuta do milionera. W publikacji dowiadujemy się o początkach zamiłowania młodego Zlatana do futbolu, o piłkarskiej karierze, które rozpoczęła się Malmö, a stamtąd bardzo szybko trafił do Ajaxu Amsterdam. Z okna na piłkarską Europę trafił do Juventusu, następnie do Interu. Potem nastał czas na Barcelonę, ale długo tam nie pobył i wrócił do Włoch, ale by bronić barw ekipy AC Milan. Sam Zlatan o swojej drodze życiowej mówi następująco: „to jest bajka, podróż z getta do marzeń”.

„Ja Ibra” to nie jest jednak historia piłkarza, który spinał się po szczeblach kariery. To opowieść chłopca, który swoim uporem, ambicją i wielką wiarą we własne umiejętności pokonywał przeciwności i walczył, by być najlepszym.

W autobiografii aż kipi od szczerości. To z ust prostego, chłopaka z Rosengård jak sam mówi o sobie Zlatan, dowiadujemy się o tym, iż Szwed był złodziejem rowerów. Bardzo często głodował. Ojciec był alkoholikiem, który niezbyt często okazywał mu miłość, ale go kochał. Nie brakuje też przygody z narkotykami, boiskowych awantur i bijatyk. Książka odsłania kulisy wszystkich transferowych ruchów Szweda, nie brakuje odważnych opinii na temat najlepszych trenerów na świecie. Szczęście bądź nie, Zlatan pracował z takim trenerskim tuzami jak Beenhakker Capello, Mourinho czy Guardiola, do którego Szwed powiedział: „Nie masz jaj!”.

Wszyscy, którzy przeczytają tę książkę z pewnością stwierdzą, że Ibra ma jaja! Czytając kolejne strony zastanawiałem się, dlaczego i w jakim celu Szwed mówi tak otwarcie i szczerze o wielu rzeczach. Teraz już, wiem on po prostu taki jest. Nie owija w bawełnę, ale również nie przebiera w ostrych słowa. Wulgarny, cięty język także jest domeną Zlatana i takich wyrazów w autobiografii jest dużo. Co ciekawe z książki poznajemy wielowymiarowość Ibrahimovicia, pełno w niej sprzeczności: po jednej stronie Ibra walczy z kompleksami, a po przeciwnej ukazuje się jego narcystyczne podejście i przeświadczenie o własnej wyjątkowości. Człowiek, który wolał kibicować Brazylijczykom niż piłkarzom Szwecji podczas mistrzostw świata w USA w 1994 roku (Szwedzi zdobyli wtedy brązowy medal!).

Książka napisana jest prostym, slangowym językiem. Literówki się zdarzają, ale to chyba tradycja w wydawnictwie SQN. Choć muszę przyznać, że to najlepsza do tej pory publikacja, którą przeczytałem z tego wydawnictwa. 

Tradycyjnie już kilka cytatów z książki:

„(…) zacząłem kraść rowery. Otwierałem kłodki. Stałem się mistrzem. Bang, Bang, Bang i już był mój. Złodziej rowerów- taka była moja pierwsza tożsamość”.

,,W moim domu wszyscy mieliśmy okropne charaktery, nie sposób było usłyszeć pięknych, miłych zdań, jak na przykład: „Skarbie, czy byłbyś tak uprzejmy i podał mi masło?”. Zamiast tego było coś w rodzaju: ”Rusz dupę i przynieś mleko, ciemniaku”, trzaskanie drzwiami i płacz mamy”.

„(…) miałem coś w rodzaju podwójnej osobowości. Byłem jednocześnie zdyscyplinowany i zbuntowany. Na tej podstawie skonstruowałem własną filozofię, określiłem swój styl: żeby za słowami zawsze szły wspaniałe osiągnięcia. Nie lubiłem więc ludzi, którzy mówili na próżno coś w rodzaju: ”Ja jestem najlepszy, a ty kim jesteś”. Nie ma nic bardziej idiotycznego, ale nie podobały mi się też szwedzkie gwiazdy sportu, które miały wielkie osiągnięcia a przed kamerami udawały skromnych. Ja gdybym stał się sławny, to bym się tym przechwalał.”

„Wylądowałem w FBF Balkan. W MBI szwedzcy ojcowie krzyczeli: „Dalej, dalej chłopcy, ruszajcie się. Dobra robota!” W Balkanie słyszało się raczej: „Zapierdalać!”. To byli słowiańscy wariaci, którzy kopcili jak kominy i rzucali butami. Myślałem: „Cudownie, dokładnie jak w domu. Tu mogę się odnaleźć”.

„To musiało robić wrażenie, bo mali chłopcy szybko zaczęli ustawiać się po meczu, żeby poprosić mnie o autograf. (…)W pewnym sensie tamci chłopcy przyznawali mi rację w kwestii mojego stylu gry. Chyba nie przychodziliby gdybym był największym nudziarzem z drużyny! Zacząłem grać dla nich i już na początku zwracałem dużą uwagę, by dawać autograf każdemu, kto o niego poprosił. Chciałem ich uszczęśliwić. „Wszyscy zadowoleni?” pytałem zawsze przed odjazdem”.

„Ja, Ibra” jest intymną spowiedzią piłkarza, który nie znosi krytyki, choć ta dodaje mu jednocześnie motywacji do lepszej gry. Do wszystkiego doszedł sam - uporem i chorobliwą ambicją udowodnienia wszystkim swojej wartości. Mimo olbrzymiej sławy, wielkich sukcesów i niebotycznych pieniędzy nie zapomniał kim jest naprawdę. „Możesz wyciągnąć człowieka z getta, ale nigdy getto z człowieka” - tej treści transparent został wywieszony w przejściu podziemnym, który Zlatan Ibrahimović, jako dziecko, pokonywał z sercem w gardle, by wrócić do domu. Mottem życiowym Ibry jest „Only God Can Judge Me” - Tylko Bóg może mnie osądzić, które wytatuował sobie na ciele. I tak się stanie, ja go nie osądzę. Co więcej, po przeczytaniu książki polubiłem go jeszcze bardziej. Polecam!

Moja ocena: 5/5
„Ja, Ibra”, Zlatan Ibrahimović, Sine Qua Non, Kraków 2012

 
Fot. wydawnictwosqn.pl